poniedziałek, 12 października 2009

"Jabłka Adama", czyli czarna, duńska prostota.

Powinnam zacząć tak: kocham Madsa Mikkelsena i gdyby nie C., już zbierałabym na bilet do Danii, żeby przekonać wyżej wymienionego, że powinien porzucić swoje dotychczasowe życie i uciec ze mną w siną dal.
Ale zacznę inaczej.
Nie spodziewałam się po tym filmie, że w ogóle przypadnie mi do gustu. C., który duński zna, a do Kopenhagi ma zdecydowanie niezdrowy sentyment, zmusił mnie do obejrzenia duńskiego filmu. Teraz ja również duński mogłabym znać, a kinematografię z chęcią poznam lepiej. Z Mikkelsenem ucieknę innym razem.

"Jabłka Adama" opierają się na odwiecznej walce dobra ze złem, ale podają to w formie czarnej komedii, którą oglądałam z permanentnym wyrazem zdziwienia na twarzy, przerywanym śmiechem. Historia dotyczy pieczenia szarlotki, resocjalizacji więźniów, księdza Ivana, który ma nieszczęście być współczesną wersją Hioba i Adama, który w tej rzeczywistości najpierw nie wierzy własnym oczom, a potem stara się uskutecznić w niej swoją złą naturę.
Ivan jest człowiekiem ciężko doświadczonym przez los (w tej roli rewelacyjny Mikkelsen), który nie przyjmuje do wiadomości otaczającej go rzeczywistości. Adam, neonazista i przestępca, pojawia się na parafii z portretem Hitlera w rzeczach osobistych i dokłada wszelkich starań, żeby Ivanowi oczy na ową rzeczywistość otworzyć.


Nie należy akcji tego filmu ogarniać logicznym umysłem, bo nie o realizm sytuacyjny w "Jabłkach Adama" chodzi. Duńska groteska - to brzmi dziwacznie - ale tym właśnie jest ów film. A niesamowita obsada robi z niego istne cacko, bo naprawdę siłą "Jabłek Adama" są aktorzy. Mikkelsen, nad którym mogę zachwycać się bez końca (więc nawet nie zacznę), ale i cała reszta, szczególnie Ole Thestrup w roli chyba najbardziej dziwacznej postaci tego filmu, dr Kolberga, który jest naprawdę szczególnym przedstawicielem swojego zawodu.

Oryginalność tego filmu i jego w sumie pozytywna wymowa sprawiają, że zapada w pamięć. Sceny są zabawne, są też straszne, ale huśtawka nastrojów nie irytuje tylko przykuwa widza. Na tym przecież polega groteska, tak? A jeżeli miałabym wymienić poza Mikkelsenem mój ulubiony element tego filmu, byłyby nim bez wątpienia dialogi. Krótkie, proste, oddające myśli i uczucia postaci, ale także wrażenia widza. A "Jabłka Adama" okazują się w sumie filmem niezwykle prostym, chociaż dziwacznym. Przez to robiącym jeszcze większe wrażenie.

niedziela, 11 października 2009

"Shutter Island", czyli sama nie wiem czy mam na ten film czekać.

"Wyspa skazańców" Denisa Lehane'a była drugą jego książką, która wpadła mi w ręce, zaraz po "Wypijmy, nim zacznie się wojna". Ale jednocześnie pierwszą, po której Lehane wskoczył na półkę z cenionymi przeze mnie autorami. "Wyspa skazańców", chociaż pamiętam ją jak przez mgłę - kilka lat już minęło - jest książką, która wciąga tajemnicą, którą się w niej czuje. Ale tajemnicą bardziej w stylu - może trochę na wyrost to porównanie - Kinga, niż Cobena. Czytałam kolejne strony i byłam coraz bliżej uchwycenia rozwiązania, którego jednak nie odgadłam sama. Spokojne napięcie towarzyszyło tej lekturze, nie takie, które nie pozwala się oderwać, ale napięcie, które przyciąga czytelnika za cienkie sznureczki z powrotem. Dobry kawałek amerykańskiej prozy.

A teraz nakręcili film, którego zwiastun zupełnie nie odpowiada moim odczuciom. Leonardo DiCaprio jest dobrym aktorem, ale jednocześnie jest typem człowieka, który powinien grać bohaterów żywiołowych, emocjonalnych. A w "Wyspie skazańców" bardziej pasowałby mi ktoś... No nie wiem, introwertyczny. Ja książki zapamiętuję wrażeniami i "Wyspa skazańców" kojarzy mi się tak z nieprzyjemnym pokojem szpitalnym, jak i z moknącym na deszczu facetem, który drżącą ręką stara się zapalić papierosa. Chociaż zabijcie mnie, nie mam pojęcia, czy główny bohater faktycznie palił.
Oczywiście na film trochę czekam, chociaż jest to dość ponure oczekiwanie. Obawiam się hollywoodzkiego produkcyjniaka, boję się sensacyjnego thrillera, boję się, że Scorsese nie nakręci już nigdy tak dobrego filmu, jakie kręcił kiedyś - i nie mam tu na myśli "Infiltracji". No boję się, że zepsuje cały klimat tej książki, którą pamiętam słabo, ale zawsze przecież mogę przeczytać jeszcze raz. A po filmie, wybaczcie dramatyzm, już nic nie będzie takie samo. Ileż razy to przerabiałam, ekranizacje, które obejrzałam z ciekawością, ale również z odrobiną zawodu. Czy istnieją jakieś inne?



Nie lubię ekranizacji książek, które rzeczywiście polubiłam (cóż za koszmarne powtórzenie!) - zawsze mnie rozczarują. Nic dziwnego, jakiś tam reżyser ma swoją wizję, a ja swoją. Ale i tak nie lubię. Albo inaczej, lubię oglądać filmy na podstawie książek, które przypadły mi do gustu, bo gwarantują chociaż w miarę inteligentną fabułę. Tylko że potem moja wizja blednie, wypierana przez tą filmową i już zawsze tak się ze sobą gryzą. Nigdy nie mieszają. I jak tu znaleźć złoty środek?

Nobel, czyli w końcu jestem naprawdę zadowolona.

Herta Muller została tegoroczną laureatką literackiej Nagrody Nobla, a ja nie mogłabym się ucieszyć bardziej czyimkolwiek innym zwycięstwem.
Chociaż odkąd przeniosłam się na bloggera wena jakoś mi osłabła, natłok codziennych spraw skutecznie zapełnia mój czas - oczywiście na czytanie zawsze wykroję kawałek, ale z pisaniem już mi tak dobrze nie idzie. Staram się oczywiście :)
Jednak na poprzednim blogu o książkach Herty Muller pisałam, o "Króla kłania się i zabija" oraz "Sercątku".
Chociaż świetnie zdaję sobie sprawę z faktu, że jej proza nie jest podziwiana i uwielbiana przez wszystkich, jednak Muller naprawdę zasłużyła.
Możliwe, że kiedy się zawezmę, zbiorę i siądę na dłużej, napiszę o innych jej książkach, które czytałam. Ale jak długo można powtarzać się w zachwytach? To chyba nudne jest...

PS. Już przekopiowałam te dwie recenzję na tego bloga, są w otagowane nazwiskiem autorki.

sobota, 3 października 2009

Michał Exner, czyli marzenie sojalistycznej pensjonarki.

Kryminały można by podzielić na dwie kategorie: te, które polubiłam ze względu na akcję oraz te, które oczarowały mnie głównym bohaterem. Oczywiście najlepiej, kiedy książka podpada pod obie kategorie, niestety mnie jakoś rzadko się to zdarza. A dobra postać detektywa jest niezwykle istotna, kiedy przychodzi do czytania kryminałów. Niedawny wybuch fascynacji kryminałami Mankella na pewno był w dużej mierze związany z osobą Kurta Wallandera, a rzucanie takimi nazwiskami jak Bosch, Rhyme czy Maigret wywołuje dzisiaj taki sam uśmiech, co nieśmiertelny Poirot. Oczywiście preferencje są różne, ale nie wątpię, że niezwykle uroczy kapitan Michał Exner, również zyskałby wielu zwolenników, nawet jeśli obecny świat wygląda zupełnie inaczej, niż socjalistyczna Czechosłowacja.
Teraz już wszyscy mamy prawo do fantazji, ukochany bohater nie wystarcza, żeby był kolorowo ubrany. A kapitan Exner trochę na tym polega. Jest oczywiście na swój sposób idealny, bo i elegancko ubrany, i przystojny, i doktor (historii sztuki bodajże), i sypie dowcipem, i alfa i omega. Ale poza ową idealnością, która jest dość zabawna obecnie, gdy już przyzwyczajono nas do detektywów z problemami, najlepiej brzydkich detektywów z problemami, Exner jest rzeczywiście dowcipny i kojarzy mi się z niezwykłą indywidualnością. Jedną z takich osób, która pojawia się trochę znikąd i odchodzi w siną dal, a w międzyczasie z niemałym wdziękiem rozwiązuje zbrodnie.
Właśnie, morderstwa w Czechosłowacji… Intryga polityczna to raczej nie jest, prędzej interesujące elementy socjologiczne można być w książkach Erbena odnaleźć. Ale także nie jest to prosta historyjka z przystojnym policjantem w roli głównej, raczej czeska wersja „Morderstw w Midsomer”. Tyle, że Exner pomiata swoimi podwładnymi w dużo zabawniejszy sposób, niż inspektor Barnaby. Wręcz z polotem pomiata (cóż za składnia!).
Vaclav Erben i jego sztandarowy główny bohater umilali mi kilka wieczorów. Najpierw „Tajemnicą złotego księcia”, a potem „Śmiercią utalentowanego szewca”. Chociaż może „Tajemnica złotego księcia” przedstawia bardziej skomplikowaną intrygę, z bardziej złożonym rozwiązaniem, „Śmierć utalentowanego szewca” również wciąga, szczególnie, że w tle Erben opisał czeską prowincję.
Nie widziałam, nie słyszałam i nic nie wiem o jakichkolwiek innych jego książkach przetłumaczonych na język polski. Dla tych szczęśliwców, którzy dadzą radę po czesku, mam dobrą wiadomość, że książek z kapitanem Exnerem jest czternaście. Cała reszta, ze mną na czele, może jedynie ronić krokodyle łzy nad czeskim samouczkiem.

czwartek, 1 października 2009

"Bóg pali cygara", czyli romans, któremu nawet ciągłe zapalanie papierosa nie dodało charakteru.

Agnieszkę Bojarską znam tylko z jednej książki, de facto o Wildzie i Bosiem. Nie podobała mi się, ale nie o tym dzisiaj. „Bóg pali cygara” został przeze mnie przeczytany jakby z konieczności, gdy w odległym kraju, w którym mówią po żabiemu, znalazłam się nagle i tylko z jedną książką w torebce. Dzięki Bogu była tam inna panienka z Polski, która czytała właśnie „Bóg pali cygara” – czytałam więc i ja. Szczerze przyznam, że trzeba było lepiej nauczyć się francuskiego… Wtedy mogłaby chociaż kartkować ogromny zbiór książek C.
Ja rozumiem, że temat osamotnienia w tłumie i różnych bólów egzystencjalnych, szczególnie na tle historii miłosnej, sprawia wrażenie idealnego materiału na książkę. Ale źle mi się robi, kiedy czytam kolejną z rzędu historyjkę, która jest dokładnie taka sama, jak milion innych. Kiedy popularne stało się wydawanie książek o niczym, które nie przybliżają nawet najmniejszej myśli twórcy na temat? Mój główny zarzut do wielu książek jest taki, że ich autorzy właściwie nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. A jak się nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to z zasady należałoby się zamknąć. Szczególnie, kiedy w dobie Internetu można założyć bloga.
„Bóg pali cygara” przedstawia nam rosyjską emigrantkę w Paryżu i faceta, który już – odkąd mieszka we Francji – nie czuje się Rumunem. I tak… Ona jest poszkodowana przez los, on również. Ale najwyraźniej żadne z nich większych wniosków z tego nie wysuwa, natomiast oboje plotą trzy po trzy w swoich monologach, głównie o bólu egzystencji. Z założenia miało być chyba cynicznie, wyszło zdecydowanie histerycznie i mętnie. Jakby historię swojego życia opowiadała para recydywistów na prochach. Oczywiście jest i miłość, a jakże. Nie można pisać książki o neurotycznych singlach w Paryżu bez odrobiny miłości – to jasne. Tyle że i ta miłość taka, że się brzydko wyrażę, z dupy strony. Chyba dosłownie miejscami. Bo oni i chcą, i boją się, a wszystko oczywiście z powodu traumy z przeszłości.
Poza tym ten Paryż nieszczęsny… Nijaki, poza tym, że oczywiście każdy w nim pali. Kiedy ustawia się książkę na trzech bohaterach – on, ona i miasto, wypadałoby, żeby chociaż jedno z tej trójki miało charakter. A o charakterze Paryża można zapisać mnóstwo stron, tego akurat Francji nigdy nie brakowało. Jak to się więc stało, że pani Bojarska, która w Paryżu mieszka, pokazała swoje miasto jako takie nic? Rozumiem, gdyby napisała romans w Nicei, tak, Nicea zbyt wiele charakteru nie posiada. Ale Paryż?
A kiedy czytam z tyłu książki takie zdanie „(…) drapieżna proza Anny Bojarskiej doskonale oddaje gorączkową atmosferę Paryża, (…) klimat frenetycznej radości, podszytej nieuleczalnym smutkiem i samotnością”, dochodzę do dwóch wniosków. Przede wszystkim, że najwyraźniej czytałam inną książkę, bo gorączkowej atmosfery Paryża to u pani Bojarskiej jak na lekarstwo. A zaraz po nim następuje drugi: dzięki Bogu, że najwyraźniej czytałam inną książkę, bo takie trochę nudne paplanie dwójki ludzi o niczym, przerywane odrobiną teoretycznie bolesnych wspomnień i seksu, w wakacje można nawet tylko z minimalnym grymasem niezadowolenia przeczytać. A „frenetycznej radości, podszytej nieuleczalnym smutkiem i samotnością” mogłabym na trzeźwo w obcym kraju nie zdzierżyć.