czwartek, 31 maja 2012

"Znowu noc, bezgwiezdna noc..."

"Taniec wampirów", jakieś... siedem lat temu w teatrze muzycznym Roma.
Łukasz Dziedzic (w roli Hrabiego von Krolocka) naprawdę potrafił mnie (i nie tylko mnie) porwać swoją barwą głosu. Tak bardzo, że kupiłam płytę z muzyką, którą dzisiaj znam na pamięć i w środku nocy, na wyrywki zaintonuję Wam, że "umarł Bóg, nie potrzebuje go nikt...".

Niestety nigdy wcześniej i nigdy później żaden musical w Romie mojego serca nie podbił, chociaż nadal chodzę na nie od przypadku do przypadku i boleję nad własną oziębłością - ostatnio "Nędznicy" zimą... Miejcie litość nade mną, ów spektakl mnie dobił!
Jednyny "Taniec wampirów" wspominam niezwykle dobrze i muzyki słucham uparcie.


Ale wiadomo, że nie w Polsce się zaczęło, a w Wiedniu.
4 października 1997r., data premiery "Tanz der Vampire", i główna rola należąca do jedynego w swoim rodzaju Steve'a Bartona. O szalonym uwielbieniu dla niego wspominałam już wcześniej, nadmiernie powtarzać się nie będę. Głos miał przepiękny, charyzma uszami z niego wyłaziła, platoniczna miłość utkwiła we mnie na dobre.

Oczywiście już sama rola złego i tragicznego Hrabiego skłania do sympatii, a może i wzruszenia.
("Taniec wampirów" to przerobiony na musical scenariusz "Nieustraszonych pogromców wampirów" Polańskiego - sami wiecie, zamek, wioska, straszny wampir, stary profesor, ruda niewiasta i zakochany kawaler... Nawet jak nie wiedzieliście, to już wiecie)
Jakże można polubić młodego i dzielnego Alfreda (na ratunek ukochanej Sarze!), kiedy w opozycji mamy Krolocka, który również urody dziewczynie nie odmawia, ale tak najbardziej to chciałby ją zjeść. Może nie całą, jedynie uszczknąć odrobinkę, nadpić tyci. 

Skąd w nas (w dużej części nas?) takie skłanianie się ku stronie mroczniejszej, że kiedy szlachetne i dzielne serce Alfreda gna go w straszne niebezpieczeństwo, ziewamy, może trochę parskamy i ogólnie nudzimy się odrobinę. A potem nadchodzi wredny Krolock, snuje rzewną pieśń o swoim nienasyconym głodzie i Liritio już go kocha troszkę... Romantyzm odwrócony?

Przykład sztandarowy: "Upiór w operze". Aj, Christine, Christine, dlaczego?
A tak naprawdę jej wybór jest całkowicie zrozumiały. Romantyzm swoje, życie swoje, czy któraś z nas naprawdę chciałaby wiązać się z szalonym awanturnikiem, mordercą, bez pracy, rodziny czy nawet minimalnego dochodu? Śpiewać może ładnie, ale wilgoć piwnic to gwarantowany reumatyzm.
Oczywiście wiem, że sztuka rządzi się innymi prawami, a najbardziej (chyba) znany upiór, znaczy Gerard Butler (zadziwiająco przystojny w tej roli), miał moje pełne poparcie, nawet jeśli znałam tragicznie szczęśliwy koniec.

Jednak dylemat jest inny: kogo preferowałaby Liritio, gdyby Raoula ("Upiorowy..." amant nr. 1) grał Barton? A naprawdę tę rolę grał, w oryginalnej obsadzie na Broadwayu i West Endzie. Upiór, tak dramatycznie pociągający vs. Raoul, strasznie miękkie kluchy w większości interpretacji... Ale Barton!
Prawdopodobnie Raoul de Chagny w wykonaniu Steva Batrona byłby jedynym znanym światu przypadkiem postaci młodzieńca ze szlachetnym błyskiem w oku, którego bym mogła preferować nad Upiory wszelkie.

Skąd więc taki odwrócony romantyzm postaci u co najmniej części dam? Upiór, Krolock, Dracula, Lestat... Możemy też opuścić krainę fantazji i oddać się ziemskim sprawom. Czy to jedynie moja przypadłość, że wśród wszystkich postaci szekspirowskich nie ma żadnej nad Jago?

Muszę jednak przyznać, że pomijając twory fantastyczne czy inaczej bajkowe, niełatwo znaleźć czarny charakter, który nie miałby trudnej konkurencji w bohaterach lepszych od siebie. I chyba nie będzie stwierdzeniem na wyrost, że im bardziej kino szło do przodu, tym bardziej czarne i białe stawało się szarym?

Ten wpis był próbą, czy nadal potrafię. Czy potrafię usiąść i bez zmuszania się stworzyć kilka zdań na temat (albo i bez, jak dzisiaj), czy mój blog jeszcze ma sens.
I chyba ma, bo nawet jak odstawiam wirtualne zwierzątko na margines, cięgle wracam - z lepszym lub gorszym skutkiem. Tego możecie się bać albo na to czekać, na razie mam nadzieję na wzrost formy.

A tymczasem, umiecie wybrać swoich ulubionych "złych"? Albo "złe"?
Gdybym miała zaczynać taką wyliczankę... No tak, na pierwszym miejscu jeden pan słuchający Beethovena, trzaskający szyją, zawsze na prochach. Kto? Norman, oczywiście, Gary Oldman kupił  mnie tą rolą na wieki. W ogóle, któż lepszy na czarny charakter, niż znakomite trio: Oldman, Rickman (yippee-ki-yay... zakończenie boli mnie niezmiernie), Malkovich. Panowie nie są zaszufladkowani do złej strony mocy, ale nie da się ukryć, pierwszorzędnie odnajdują się w rolach moralnie wątpliwych charakterów.
Ale rzeczywistość jest trudniejsza do oceny, w ilu bowiem filmach, które oglądamy z zadowoleniem, można wyznaczyć wyraźną granicę dobro/zło? Oczywiście kino z American Dream chętnie wyznacza tę granicę za nas, ale poza tym?
Nie można.
Stąd może pytanie powinno być dłuższe: czy macie ulubieńców wśród charakterów z szarej strefy?
Ponownie mogłabym zacząć przypadkowo, pierwszym skojarzeniem z ostatnich dni: Patty Hews, główna rola (Glenn Close) z bardzo godnego polecenia serialu "Układy" ("Damages"). Tak, ale to jest serial o prawnikach, gdzież więcej szarych stref, niż w serialu o prawnikach? Glenn Close jest w tej roli tak świetna, że pozostaje jedynie zalecać Wam osobiste zapoznanie się z serialem. Bez wątpienia warto.

Swobodny przepływ myśli doprowadził mnie od polskiej sceny musicalowej do amerykańskiego serialu. Na początek, po przerwie, wystarczy.

niedziela, 13 maja 2012

Uciekłam, wróciłam. Kręcę się.



Paląc papierosa na balkonie o piątej nad ranem podziwiałam czyste, niebieskie niebo nad Warszawą. I wzruszałam ramionami na mój niedawny powrót z rejonów zdecydowanie bardziej południowych - skoro nad miastem najmojszym takie niebo, na co komu palmy?
Ale teraz pada okrutnie smutno, szaro i chłodno, a myśli uciekają jednak do stron słoneczniejszych, które ledwo co zostawiłam.

Nagłe zniknięcie po równie nagłym powrocie. Najwyraźniej ostatnio jestem trochę diabłem z pudełka, wyskakuję zza krzaka, pojawiam się i znikam. Nie poradzę, plany sobie, życie sobie, od C. daleko byłam zbyt długo, urlop z zaskoczenia się nadarzył, wyjazd z zaskoczenia nastąpił.

Miasto urzekające mnie różnorodnością, chociaż na pewno nie to "naj..." na świecie. Dzielnice piękne niczym Paryż, dzielnice kostropate, łaciate, dobudówki, nadbudówki, kolorowe kamienice. Dzielnice najzwyklejsze pod słońcem i klimatyczne stare miasto, którego uliczki bywają węższe niż łepek szpilki.
Palmy, cerveza cerveza, Pakistańczycy, Azjaci... A przecież Hiszpanie, chociaż ja tam poznałam głównie Portugalczyków.


Barcelona.
Miasto, w którym zdecydowanie nadmiar jest szczęścia lokalizacji - z jednej strony morze, z drugiej górki pagórki, te palmy bezczelne, słońce hen wysoko obecne nawet, ekhm, zimą. Zimą, haha.
Miasto kojarzące mi się z luzem, relaksem. Pozbawione sztywności chociażby Paryża, który chociaż w części przepiękny, zbyt równą linią oddziela ładne od współczesnego.
Moje miejsce? Zdecydowanie Ciutat Vella, port, zaułki, pranie na suszarkach... Atmosfera podręcznikowo czarująca, ale ciężko jest się oprzeć. Poza tym na granicy trzech dzielnic, Eixample, Ciutat Vella i Sants Montjuic pomieszkuje obecnie C., a więc pomieszkałam i ja.


Dlaczego kojarzy się z luzem? Nie odczuwa się zbytnio obecności turystów, a przynajmniej nie w stopniu irytującym (chociaż ja też przyjezdna, co ja wiem o życiu?).
Nie odczuwa się silenia na cokolwiek. Zbieranina ludzi zewsząd, a w porcie domki przywołujące obrazki z Turcji sąsiadują z nowoczesną bryłą hotelu-żagla.
Jak tu nie pryskać wodą na plaży, nie wzdychać do zachodu słońca i nie cieszyć życiem, które rozpoczyna się w środku nocy? Dla mnie, pierwszego nocnego stworzenia RP, Barcelona to środowisko adekwatne i radosne.

Więcej? Wspominana różnorodność, stalowe bryły (w sumie okropne), monumentalne zabytki (plac Hiszpański, niby rozreklamowany, ale nadal zwala z nóg), Gaudi... Wszechobecny Gaudi, a w sercu miasta jego klejnot, Sagrada Familia. Dziwo zaskakujące. I chyba brzydkie. Projektów Gaudiego nigdy nie darzyłam wielkim uczuciem, ale trzeba mu przyznać, umysłem władał ponadprzeciętnym, wizjonerstwa mu nie odmówię.
Chociaż i tak wolę klasyczne piękno katedry św. Eulalii i mroczny urok starych uliczek gubiących światło.


Barcelona nigdy nie będzie miastem, do którego będę chciała "na zawsze i na wieczność", ale takich miejsc jest mało.
Chociaż w teorii żyć mogę wszędzie, tak naprawdę Liritio między Warszawą a Rzymem odwiecznie rozdarta.
Wybory, wybory, życie to podstępny złośliwiec.



sobota, 28 kwietnia 2012

Na rozbieg, na raz, dwa, trzy.

Zapominam jak się nazywałam wczoraj, a jak nazywam się dzisiaj. Ale teraz basta! Że karuzela się kręci, nie znaczy, że nie znajdzie się ponownie miejsce na jeszcze jednego konika i balonik, i cukrową watę. Jak karuzela to karuzela, o bloga należy dbać, szczególnie, że obietnice są pamiętane i powinnam się poczuć. Poza tym, nie da się ukryć, tęsknię za klepaniem w klawisze i zalewaniem Was tym, co akurat dzisiaj do głowy wpadło. A przecież wpada. I wypada, łapać należy.

Czyli na raz: "Kobiety", Charles Bukowski.
Wymarzone życie każdego rockmana czy smutna konstatacja alkoholika na koniec dnia? Jedno i drugie po trochu, taką bajkę dla ubogich serwuje nam Bukowski, pisząc opowieść Chinaskiego, narratora i bohatera.
Chinaski: pisarz z opóźnionym zapłonem (tę charakterystykę można interpretować wielorako), samotniczy, obojętny, w wiecznym oczekiwaniu na kolejną kolejkę i kolejną kobietę.
Bukowski uniknął tworzenia taniej pornografii przez swoją szczerość. Obezwładniającą miejscami. Trzyma się gruntu, zachodów słońca tam nie znajdziecie. Zostają odkryte uda, nadpsute zęby i wymioty przez drzwi samochodu. Ale Bukowskiemu nie można odmówić czaru, który tworzy jego dystans do siebie, cięty humor i całkowity brak owijania w bawełnę. Jakie jest życie Chinaskiego, każdy widzi, siebie samego człowiek nie przeskoczy.
I może chciałoby się czytać "Kobiety" z niesmakiem (na to wiele lat za późno), a może z wypiekami na twarzy, ale mnie nie udało się ani tak, ani tak.
Chwile ziewania nad kolejnym dniem (pobudka w południe, alkohol, jakaś kobieta, alkohol... czasem ktoś wybija szyby w oknach, czasem ktoś krzyczy) przeplatały się z okazyjnym ożywieniem. Kiedy? Proza Bukowskiego to podstarzałego dziwkarza życie codzienne, ale raz na kilka stron trafiają się teksty, które wyekstrahowane można równie dobrze znaleźć w wyszukiwarce pod hasłem "Bukowski, cytaty".
I dlatego też uważam, że Bukowskiego to albo w większej masie, albo wcale. Po jednej książce (jak "Kobiety") tonie się w rutynowych opisach nie pozostawiających nic dla wyobraźni. Wśród tego nadmiaru prozy łatwo może umknąć fakt, że Bukowski czasem napisał również coś wartego zapamiętania.
A "Kobiety" same w sobie? Nie sposób się zgorszyć. Może to taki "Żywot człowieka poczciwego", wersja dla współczesnych? Dla ożywienia, dla oderwania, dla każdego według aktualnej potrzeby.
I wreszcie cytat mój ulubiony, jak szaleć to tylko cytatem, chociaż większości zapewne jest znany:
"Na tym polega kłopot z piciem, pomyślałem, nalewając sobie drinka. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo."
Charles Bukowski, "Kobiety", Wyd. Noir Sur Blanc, 2004r., str. 252.

Na dwa: "Nietykalni", reż. Olivier Nakache, Eric Toledano.
 Z tego, co rozumiem, Francja (i nie tylko) na punkcie "Nietykalnych" oszalała. Do tego entuzjazmu, zachwytów i nagród mogę ze swojej strony dodać stwierdzenie, że na pewno w aktualnym repertuarze kin jest to film, na który naprawdę warto się wybrać. Dla higieny umysłu zalewanego tandetą, agresją i głupotą, dla odświeżenia po ciężkim dniu/tygodniu/życiu.
Philippe - sparaliżowany od szyi w dół milioner - przede wszystkim nie chce litości, obłudy, traktowania go jak dziecka ze szkła. I na pewno Driss (rewelacyjny Omar Sy) - przyjęty na pielęgniarza chłopak po niedawnej odsiadce - tej litości dla niego nie ma, a panowie rzeczywiście świetnie się dogadują w codziennej rutynie i odskokach.  
Co jest w "Nietykalnych" piękne? Traktowanie kalectwa (paraliżu) jako po prostu kolejnej cechy człowieka. Chociaż tutaj "Nietykalni" obciążeni są przekłamaniem, a nam towarzyszy nam oczywiste pytanie: jak by to wyglądało bez tych wszystkich pieniędzy? Pozostawmy je bez odpowiedzi, "Nietykalni" to bardzo lekki film, niewiele w nim przygnębiającej prozy życia.
Jeszcze urocza bezpretensjonalność. Nie do pobicia żadnym wysilonym morałem, których pełno we francuskiej kinematografii. "Nietykalni" to radość życia na ekranie, radość fantastycznie zagrana, która przenosi się na widza momentalnie. Wybuchy śmiechu na sali zaczęły się już w pierwszej scenie i skończyły po napisach, a "Nietykalni" to świetnie napisana komedia, która łatwo przywraca odrobinę optymizmu i sympatii do świata.
Te wszystkie zalety nie zmieniają jednak faktu, że "Nietykalni" to mgiełka, złudzenie, które długo można pamiętać, ale nastrój podczas seansu przyswojony, w następnych dniach pozostawia po sobie zbyt delikatny, wątły ślad. W dniu codziennym powrócić do bańki "Nietykalnych" nie da rady.
Ale dwie godziny prostej radości z dwoma panami w Paryżu, to chyba niemało? To warto obejrzeć.

I na trzy: garść rozważań o kinie prawie dobrym i prawie głębokim. 
Poza niewątpliwie dopracowanymi do perfekcji "Nietykalnymi", wymienić można wiele innych filmów z kategorii, w której "Nietykalni" są klejnotem w koronie, pewnym ideałem niedoścignionym przez wielu.
Jest ich mrowie a mrowie, o "życiu, śmierci i tych sprawach", podawane w sosie "prawimy mądrze".
A w zasadzie o czym? Po co?
Chociażby "The Beginners", film dobry, miejscami pomysłowy, nadal bez większej treści. Fakt, Christopher Plummer mnie rozbroił, piesek również, ale to był wątek poboczny. Na pierwszy plan wysuwała się znajomość pewnej dwójki nawykłej do odpychania ludzi i odpuszczania uczuć.Sentymentalne, naiwne? Też. Miejscami rzeczywiście dostrzegałam przebłyski krzyku "to ma przesłanie!". Ale w ostatecznym rozrachunku nie miało.

Inna bajka: obejrzana niedawno, w sumie z głupich powodów, "Daydream Nation", nastolatka w nowym mieście, romans z nauczycielem, romans z kolegą, w tle wątek kryminalny, niepotrzebny...
Oglądam te filmy, tak jak do niedawna oglądałam komedie romantyczne, zaczynają się, kończą, a potem niewiele z tego mam.

Niedoścignionym wzorem filmu, którego nie przeskoczą nawet "Nietykalni", jest "Mała Miss Sunshine". Do dziś pamiętam, chociaż oglądałam lata temu, historię dziewczynki opętanej pragnieniem wygranej w dziecięcym konkursie piękności. Konkursie oddalonym spory kawał drogi, co zmusiło całą rodzinę do wpakowania się w żółciutkiego żuczka i długą wycieczkę w znane/nieznane.
Powiecie mi, że "Mała Miss Sunshine" miała wiele treści i była zdecydowanie bardziej skoncentrowana tematycznie, niż miałki twór o nastoletnich roztkliwieniach i wypadkach, jakim jest "Daydream Nation". Zgodzę się, ale nie zmieni to faktu, że w "Małej Miss" konkretnego celu nie było. Zupa egzystencji zwyczajnej, ja to uwielbiam, to nie krytyka. ("Małą Miss Sunshine" musicie obejrzeć, jeżeli jeszcze nie znacie, to jest zalecenie odgórne i nie ma wyjątków).

Nie macie jednak wrażenia, że od czasów "Małej Miss Sunshine" (2006r.) zalewają nas filmy prawie sensowne, prawie celowe... Tylko prawie.
W praktyce jednak miałkie i skrywające próżnię pod płaszczykiem intelektualnych rozważań zaprezentowanych w towarzystwie alternatywności wszelakiej i niezłego aktorstwa? 
Mogę sypnąć tytułami: "Sunshine Cleaning", "Purple Violets", "The Last Night", "Fireflies in the Garden", "50/50"... Do jednego worka wrzuciłam zupełnie różne w ciężarze i klimacie filmy, wiem. W moim przekonaniu łączy je jednak sporo: to nieznośne i nagminne silenie się na skromność i intelektualizm, na bezpretensjonalność, która udawana zgrzyta najgorzej. A to wszystko jest puste.
I chociaż nie odmówię tym filmom walorów rozrywkowych - idealne na zabicie czasu w wolne popołudnia, kiedy nie chcecie być widziani w towarzystwie Kate Hudson czy Jennifer Aniston - ale ich twórcy idą na łatwiznę, tworzą nieprawdę.

A skoro znam dowody niebanalnego pomysłu i zręczności wykonania, jak "Nietyklani", "Little Miss Sunshine", "Karmel", czy wychwalane przeze mnie w zeszłym roku "Mine Vaganti", dlaczego jest ich tak mało?

I pytanie najważniejsze, czy to ja marudzę na wyrost w zdaniach powyżej, czy świat naprawdę został opanowany przez mądrość głupią? Pisząc ten tekst szukałam intelektualnych dialogów w zakamarkach pamięci i wniosek jest jeden: należy powrócić do początku. Znaczy włączam "Pulp Fiction".

wtorek, 27 marca 2012

Brontë.

„Może się wydać dziwne, że pisarka, która miała tak duże poczucie humoru, nie umiała przyjąć wobec ludzi czy zdarzeń postawy szyderczej. Nie wynikało to z jej szacunku dla osoby ludzkiej – potrafiła osobą ludzką gardzić, a jej cechy wyśmiewać. Nie potrafiła jednak z niej szydzić. Nie miała tego cennego dla pisarza daru prowokującej przewrotności, którym tak skąpo obdarzeni zostali wiktorianie, a tak szczodrze pisarze osiemnastowieczni.”
„Na plebani w Haworth. Dzieje rodziny Brontë.”, Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2010r., str. 379.

Tak o Charlotcie Brontë napisała Anna Przedpełska-Trzeciakowska, autorka bardzo obszernej i świetnie napisanej biografii rodziny Brontë, „Na plebanii w Haworth”. Książki, mam wrażenie, blogowo tłumnie chwalonej i recenzowanej już od jakiegoś czasu. Ale ja tu od razu do sedna, a przecież Liritio i szybkie przejście do meritum to się nie godzi!

Jedną (jedyną chyba) z zalet chorowania jest zastrzyk wolnego czasu. Można czytać! Oglądać! W sumie, najchętniej można spać, ale załóżmy, że w chorobie się ukulturalniam. Tak naprawdę zaczęło się od pożyczonej dla mnie „Villette” C. Brontë, której nigdy nie czytałam, mimo sporego sentymentu do trzech sióstr. Początkowo zniechęcała mnie mało wartka akcja, mało zachęcająca bohaterka – bezpodstawnie, ale uporczywie przez pierwsze rozdziały trzymało się mnie skojarzenie z „Pollyanną”, której szczerze nie lubię – jednak w pewnym momencie Lucy i ja złapałyśmy wspólny język, dalej poszło szybko i teraz cierpię niewątpliwie, bo mądry C. pożyczył jedynie pierwszy tom. Cudny pomysł.

Na fali tęsknoty za dalszym ciągiem „Villette” wpadłam (nie po raz pierwszy) w bronëtańską fazę, wygrzebałam z regału porzuconą kiedyś (młode Liritio, to głupie) „Na plebanii w Haworth” i tym razem wpadłam w tę książkę po uszy. Stąd też wybuch nagłej chęci odświeżenia nieco zaniedbanego bloga, koniecznie siostrami z Haworth, koniecznie...
„Villette” jeszcze połowa przede mną, więc na razie pominę te wrażenia, ale przecież innych, znacznie wcześniejszych mam sporo (spokojnie, niektórych Wam oszczędzę, jakaś selekcja musi mieć miejsce). Ileż to już razy napisałam, że „Wichrowe Wzgórza” wyczytałam w każdą stronę, prawie wspak? Sama siebie w kostkę kopię, że to tylko krótkie słowa, bez stosownego rozwinięcia z mojej strony. Przyjdzie niebawem na to czas, tym razem bez zwłoki. Bez aż takiej zwłoki.

Tymczasem zerknijcie na zdjęcie po prawej, zaśnieżona plebania w Haworth, której jedyne okna wychodzą na cmentarz. Dom na krańcu świata, za nim już tylko wrzosowiska, atmosfera może klimatyczna, ale romantyzmem czarująca jedynie na papierze.
Nie będę ukrywała, nigdy nie wnikałam bardziej w prawdziwe oblicza sióstr Brontë, zadowalało mnie własne (mylne bardzo) wyobrażenie, w którym traktowałam trzy siostry niczym te trzy wariatki z czyjegoś strychu. Szczególnie najdroższą moją Emilię bez zbytniego zastanowienia sportretowałabym z mrokiem szaleństwa w oku, błąkającą się wśród wrzosowisk.
Tutaj "Plebania w Haworth" oświeciła mnie w stopniu wystarczającym, rzetelność autorki jest godna podziwu: brak naleciałości jej własnych opinii, jest wielostronnie, uważnie i logicznie. Mnie to bardzo odpowiadało, podejście "wydajemisię" jest biografa niegodne, a karygodnie często praktykowane.

Zbudowanie postaci trzech sióstr i ich rodziny ze skrawków nie mogło być łatwe. O ile jeszcze Charlotta Brontë zostawiła po sobie wiele listów i wrażeń od osób postronnych, jak też można napisać o Emilii, na której temat niewiele wiadomo? Autorka sama zaznacza, wszystko na temat Emilii jest niepewne i mgliste. I może szkoda, ale w sumie Liritio to nie przeszkadza. Naprawde, na dłuższą metę nie robiłoby mi też różnicy, czy ona sama napisała "Wichrowe Wzgórza", czy napisał je Branwell - mało mnie porywający brat nałogowiec. Chociaż ta wątpliwość zdecydowanie i przekonywająco jest rozwiana w "Na plebanii w Haworth", najwyraźniej Branwell nie miał szans.

Charlotta jest więc portretem w miarę pełnym i jej dotyczy największa części książki Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Napisać, że Charlotta wydała mi się męczącą histeryczką będzie stwierdzeniem bezczelnym i na wyrost. Ale nieprzystosowanie sióstr do świata "prawdziwego" jej najdłużej dawało się we znaki i najwierniej zostało opisane, a nie czyta się o jej dramatach i problemach bezboleśnie. Z jednej strony współczucie ściska serce, z drugiej następuje bezlitosne wzruszenie ramion, Charlotta staje się postacią fikcyjną, a przecież była małą kobietką z krwi i kości. Napisane jest w tej pokaźnej biografii, że postacią fikcyjną stawała się już za życia, jak ponuro musiało to świadczyć o jej życiowej sytuacji. Do tego nie trzeba już znajomości wszystkich nieszczęść spadających na tę rodzinę.

Emilia, raczej duch, słabo uchwytna postać za mgłą. Żelazna wola, męski charakter? Najbardziej, nazwijmy to, aspołeczna z czwórki rodzeństwa. Zamknięta w domu na własne życzenie, samotna na wrzosowiskach, panna bez wykształcenia, bez wiedzy o świecie, bez doświadczeń. Zadziwiająca jest więc ponura kreacja pozornie skromnego umysłu, jaką są "Wichrówe Wzgórza". Jak musiały biec jej myśli, w jakiej głowie rodzi się taka opowieść, jakim cudem? Niepokojąca wyobraźnia, niepokojący charakter, kiedy dodamy to, jak niewiele o Emilii wiadomo, spokojnie można spuścić własne złudzenia ze smyczy i niezliczone jej przypisywać charaktery i zamiary.
Ale niewiele warte są wnioski budowane na niepewnym gruncie, dlatego też w "Na plebanii w Haworth" Emilii mało, raczej wzmianki. Ale doceniam bardzo wysiłek, jaki został włożony w spójne skonstruowanie nawet tych wzmianek, na wydobycie ich z zakamarków, otrzepanie z kurzu i ułożenie w jednolitą całość pozbawioną pobożnych życzeń i cudzych wymysłów.

Wreszcie Anna, której obraz można stworzyć ładny, ale czy prawdziwy? Łagodna, pokorniejsza niż siostry. Może tragicznie zakochana? Do Anny stosunek mam o tyle żaden, że znam jedynie jej spokojniejszą, stonowaną "Agnes Grey", którą czytałam bez przykrości, ale na kolana mnie nie rzuciła. Najwyraźniej jednak siedziało i w Annie coś więcej, skoro "Dzierżawca Wildfell Hall" jest jej dziełem. I na tę książkę będę się teraz czaiła.

Po połknięciu "Na plebanii w Haworth" wniosków garść, po części powyżej. Jeszcze ojca, pastora mi mało. O nim też zapewne niełatwo informacje zebrać, ale tutaj niezdrowa ciekawość mnie pcha do lektury innej biografii sióstr Brontë, chciałabym naturę tego człowieka uchwycić, o ile to możliwe. Anglikański pastor, który przeżył swoją żonę i wszystkie dzieci, głosił dobre kazania, strzegł swoich zasad pilnie. Przecież on również sam w swojej plebanii życie spędzał, wrzosowisk sąsiadem był, było nie było, z dziećmi kontakt miał, na ich niekonwencjonalny rozwój jakoś wpływał... W wersji Przedpełskiej-Trzeciakowskiej był to człowiek szlachetny, tolerancyjny, wierzący, ale tutaj autorka ma pytania. Ja też mam, pastor Brontë jednoznaczny się nie wydaje.

Co wyczytane o siostrach, na razie wystarczy, do przyswojenia trochę jest. Trzy panny Brontë, nieśmiałe, smutne, odizolowane, nieprzystosowane, ale szaleństwa w tym nie ma. Pełne wyobraźni, w symbiozie z rodzeństwem wychowane, od najmłodszych lat w światach równoległych, tylko jednym prawdziwym. Czas trzy wariatki ze strychu wyrzucić i przenieść je do oświetlanej płomieniem kominka kuchni, zmyć szaleństwo z twarzy i tam już panny Brontë zostawić, gdzie skrobią sobie drogę do sławy, której może wcale nie pragnęły.

sobota, 17 marca 2012

O tożsamości, kobietach i Paszczaku.

"Starał się być Paszczakiem, którego wszyscy lubią i starał się być Paszczakiem, którego nikt nie lubi. Lecz co z tego, kiedy i tak ciągle był tylko Paszczakiem, który wszystko robi, jak może najlepiej, ale nic mu naprawdę dobrze nie wychodzi."
Tove Jansson, "Dolina Muminków w listopadzie", wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa, 1990r., str.36.
Wraz z wiosną powracam do Doliny Muminków, chociaż w sumie powracam z wiosną w wiele miejsc. Dzisiaj akurat tam.
"Dolina Muminków w listopadzie" trafia w nastrój, w którym Liritio nie lubi świata. Zdarza się najlepszym. I proszę, oto Paszczak, Filifionka, i Włóczykij, który głownie odchodzi. Książki Tove Jansson to bezpudłowe ukojenie, kiedy nachodzi mnie ten zgubny nastrój.

Ostatnio z lekkim niepokojem analizowałam fakt, że wśród ulubionych bohaterów literackich Liritio nie ma ani jednej kobiety. Trafiłam na kilku blogach na listy dziesięciu ulubionych postaci kobiecych, zabawa początek ma tutaj.
Wybieranie "ulubieńców" to czynność, której oddaję się raczej niechętnie, ale tutaj zadziwiła mnie całkowita pustka w preferencjach. Kiedy ktoś rzuca pytanie "ulubione postaci literackie", Liritio odpowiedź może zaterkotać bez zająknięcia, a przynajmniej jej początek: "Lucas Corso...".
I jakkolwiek niepełna ewentualna lista, którą w bólach mogłabym może utworzyć, po głębokim zastanowieniu widzę, że kobiet na niej nie ma.
Może po prostu kobiet nie lubię? Nie, to nie to.
Może więc problem leży w kobietach, które są bohaterkami książek... W dużej części prozy dawnej panie rozpisane są na jedno kopyto, figurantki bez charakteru. Albo mimotyczne, romantyczne i pełne westchnień, albo mroczne femme fatale.
A weźmy pierwszy z brzegu przykład, który nieco bardziej kobiecy charakter angażuje, chociażby książki sióstr Bronte. Kocham "Wichrowe Wzgórza", ale Katy nie jest postacią, którą bym uwielbiała.
Nawet wpadająca od razu do głowy Scarlett... Czy ja naprawdę tak ją lubię? Z jej wieczną pogonią za czymś, co nie daje jej szczęścia i upartym zamknięciem na to, co może być dla niej dobre, na prawdę o samej sobie? Niekoniecznie.
Czuję sympatię do wielu bohaterek literackich, bardzo wielu nawet. Ale żadna z nich mnie bardziej jakoś nie porywa. Jakbym naprawdę musiała wybierać to może... Może Hatsumomo z "Wyznań Gejszy" Arthura Goldena?
Przy całej beznadziei faktu, że nie jestem w stanie naprawdę "wciągnąć się" w naturę kobiet przedstawianych w literaturze, przynajmniej wiem na pewno, że kobiety tworzone przez Tołstoja znalazłyby się na pewno na szczycie listy AntyTop10. Tak, tak, z Kareniną na samej górze. Możecie uznać to za dowód mojego negatywnego nastawienia.

Temat podjęty bez okazji, chociaż może na fali 8ego marca? W każdym razie doprowadził mnie do wniosku kolejnego: nie umiem uświadomić sobie istnienia jakiekolwiek postaci literackiej, z którą bym się utożsamiała. Ani jednej, mniejsza już o płeć.
Chociaż faktem jest, że osoba jednej pisarki byłaby przeze mnie w tym momencie wymieniana. Ale pani żyła naprawdę, nie była tworem wyobraźni i już od dawna uważam, że jestem do niej mocno podobna. Ale o niej innym razem.
Jednak postać literacka? Nawet Paszczak nie pasuje... Koniec świata po prostu.

A Wy? Potraficie utożsamić się w dużej części z jakąś postacią literacką? W stopniu małym, fragmentarycznie, potrafię i ja, ale dążąca do całości tożsamość jakoś mi przez myśl przejść nie może.