"Przeczytałem całą filozofię antyku, od Sokratesa po świętego Augustyna. I zapomniałem wszystko, poza słodko - kwaśnym smakiem melancholii i rozczarowania. Teraz, kiedy mam sześćdziesiąt cztery lata, o ludziach wiem tylko tyle, że mają wspomnienia, boją się i umierają."Cytatem z historii pewnego Templariusza rozpoczęłam, myśląc nieśmiało - "no spróbujmy". Walczę w ukryciu żeby do kalejdoskopowych zapisków wrócić, pajęczyny uprzątnąć i zaznać spokoju ducha. Bowiem ja to ja, ale Liritio się do świata pcha, mimo pewnych zmian w życiorysie usunąć się w cień nie chce. Liritio daje o sobie znać nazbyt często (w momentach przyziemnych i codziennych), żebym mogła ten cichy pociąg do kalejdoskopowej klawiatury zupełnie zignorować. Czyli klamra, "spróbujmy". Przyznaję, tęskniłam.
Arturo Perez-Reverte, "Ostatnia bitwa Templariusza",Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2000 rok, [strony nie pamiętam]
piątek, 4 maja 2018
Templariusz i ja, zza węgła.
wtorek, 22 marca 2016
Przemija postać złotego ludka
Pamiętam pierwsze Oscary, których nie obejrzałam. I było to zanim zaczęłam w góle oglądać ceremonie Akademii (i zanim przestałam).
To musiał być początek 2003 roku... 75ta ceremonia wręczania Oscarów.
Catherine Zeta-Jones, wtenczas w ciąży, tańcowała na scenie do "All That Jazz" (czy Lirito opowiadała Wam kiedyś o swojej miłości do "Chicago"? z wiekiem coraz trudniejszej, ale nadal miłości...), Adrien Brody wygrywał za pierwszoplanową rolę męską jako najmłodszy aktor w historii (29 lat, nadal trzyma rekord), przy okazji mocno zaskakując Halle Berry, Polański (oczywiście nieobecny) i "Pianista" święcił triumfy z owacją na stojąco, a "Spitrited Away" dostawało najbardziej zasłużonego Oscara tamtego wieczoru, ramię w ramię z rewelacyjną muzyką Goldenthala z "Fridy"... I tu kończy się to, co Liritio z marszu pamięta.
To musiał być początek 2003 roku... 75ta ceremonia wręczania Oscarów.
Catherine Zeta-Jones, wtenczas w ciąży, tańcowała na scenie do "All That Jazz" (czy Lirito opowiadała Wam kiedyś o swojej miłości do "Chicago"? z wiekiem coraz trudniejszej, ale nadal miłości...), Adrien Brody wygrywał za pierwszoplanową rolę męską jako najmłodszy aktor w historii (29 lat, nadal trzyma rekord), przy okazji mocno zaskakując Halle Berry, Polański (oczywiście nieobecny) i "Pianista" święcił triumfy z owacją na stojąco, a "Spitrited Away" dostawało najbardziej zasłużonego Oscara tamtego wieczoru, ramię w ramię z rewelacyjną muzyką Goldenthala z "Fridy"... I tu kończy się to, co Liritio z marszu pamięta.
Etykiety:
Burt Bacharach,
film,
Leonardo DiCaprio,
muzyka,
Oscar,
Peter O'Toole,
Thomas McCarthy,
USA
poniedziałek, 22 lutego 2016
"Nienawistna ósemka", reż. Quentin Tarantino
Tarantino i mnie niewątpliwie łączy gust do mężczyzn, że tak jakby niefortunnie zacznę.
Michael Madsen, Kurt Russell, Demián Bichir... Liritio nie trzeba więcej mówić. A tu jeszcze Tim Roth, i tylko Steve'a Buscemi brakuje, żeby móc ładnie uznać, że Tarantino wraca do korzeni.
Tyle, że nie wraca, i nie wiem czy to dobrze. Trochę dlatego, że "Wściekłe psy" niezmiennie były i pozostają moim ulubionym (nawet przez wielkie "U") filmem Tarantino. Wszystkie lubię, wszystkie mi się podobają, ale jednak "Wściekłe psy" to radość i sentyment, i film zupełnie w moim guście. Widzicie, Tarantino jest zręcznym i wdzięcznym reżyserem z jajami, ale przede wszystkim jest przedobrym scenarzystą.
Michael Madsen, Kurt Russell, Demián Bichir... Liritio nie trzeba więcej mówić. A tu jeszcze Tim Roth, i tylko Steve'a Buscemi brakuje, żeby móc ładnie uznać, że Tarantino wraca do korzeni.
Tyle, że nie wraca, i nie wiem czy to dobrze. Trochę dlatego, że "Wściekłe psy" niezmiennie były i pozostają moim ulubionym (nawet przez wielkie "U") filmem Tarantino. Wszystkie lubię, wszystkie mi się podobają, ale jednak "Wściekłe psy" to radość i sentyment, i film zupełnie w moim guście. Widzicie, Tarantino jest zręcznym i wdzięcznym reżyserem z jajami, ale przede wszystkim jest przedobrym scenarzystą.
niedziela, 17 stycznia 2016
Złoty chłopak na opak (rymy wracają)
Po raz pierwszy odkąd w jakikolwiek sposób interesuję się kinem, przegapiłam oscarowe nominacje! Cios.
To znaczy, nie przegapiłam tak całkiem, ale nie było znanej daty z tyłu głowy, nie było czekania, może nie na wydarzenie kluczowe, ale jednak na coś...
A tu zaskocznie, bo stwierdzam, że w tym roku nominacje są ciekawe. W bardzo pokrętny i niekoniecznie pozytywny sposób, ale jakoś tak... Na opak ciekawe.
To znaczy, nie przegapiłam tak całkiem, ale nie było znanej daty z tyłu głowy, nie było czekania, może nie na wydarzenie kluczowe, ale jednak na coś...
A tu zaskocznie, bo stwierdzam, że w tym roku nominacje są ciekawe. W bardzo pokrętny i niekoniecznie pozytywny sposób, ale jakoś tak... Na opak ciekawe.
środa, 23 grudnia 2015
Trójka po raz pierwszy, czyli małe jest piękne (i zupełnie niemałe)
Liritio z nową energią podjęła pisanie bloga, co nie znaczy wcale, że częściej klika w magiczną ikonę "Opublikuj". Stąd też, ocalamy od zapomnienia, usprawniamy proces i zaczynamy przedświąteczną trójkę (świątecznie niezwiązaną).
Czy poza poniższy wybryk owa trójka cyklem wychynie... Któż wie?
Zawsze zastanawiają mnie "małe" filmy z wielką obsadą, o których wieść rzadko kiedy dociera do naszego polskiego grajdołka (a nawet jeśli, tyłem i na około).
Łatwo spotkać się z taką magią w kinie australijskim, kiedy wielkie gwiazdy (czując zew ziemi rodzinnej?) grają małe role w różnorakich filmach, o których świat mało słyszy.
Jednak to wtręt, chociaż przywołałam Australię, akurat dzisiaj Liritio będzie pisała o kinie amerykańskim.
Czy poza poniższy wybryk owa trójka cyklem wychynie... Któż wie?
Zawsze zastanawiają mnie "małe" filmy z wielką obsadą, o których wieść rzadko kiedy dociera do naszego polskiego grajdołka (a nawet jeśli, tyłem i na około).
Łatwo spotkać się z taką magią w kinie australijskim, kiedy wielkie gwiazdy (czując zew ziemi rodzinnej?) grają małe role w różnorakich filmach, o których świat mało słyszy.
Jednak to wtręt, chociaż przywołałam Australię, akurat dzisiaj Liritio będzie pisała o kinie amerykańskim.
piątek, 6 listopada 2015
O królach i tronach tu mowa...
Skojarzenia między-kulturalne są śmieszne. Na przykład to, jak długo wzbraniałam się przed lekturą "Korony śniegu i krwi", bo niechęć do serii "Pieśni lodu i ognia" George'a R.R. Martina wchodziła mi w paradę.
Wniosków mam kilka, różnie dobrych, czasem złych. Przede wszystkim jestem zachwycona, że ktoś wziął na warsztat rozbicie dzielnicowe (i historię w ogóle), które, nie zdziwiłabym się, jest zapewne jednym z najrzadziej zahaczanych okresów historii Polski (toż, tyle imion, tyle nazw, kto by się połapał, jak dynastycznych królów ciężko spamiętać, a co dopiero tę zgraję zabijaków...).
Historię lubię, wertuję, czytam - naukowo do tematu nie startuję absolutnie, ale w czytelniczym życiu obecny jest raczej stale, w różnym stopniu. I często jestem zawiedziona (nie tylko rodzimymi autorami, spokojnie), że mało znajduję tworów beletrystycznych, które nie pachną natchnionym wieszczem albo tanim badziewiem.
Ha, za to jak ostatnio uniknęłam natchnionego wieszcza (i badziewia), to Parnicki zawitał "Srebrnymi Orłami". Sama chciałam, już prawie (po pół roku) skończyłam pierwszy tom! Na temat Parnickiego i orłów mam trochę do powiedzenia - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się równie masochistyczne kontynuowanie lektury. Naprawdę, Parnicki i orły dają mi do wiwatu językowo, fabularnie również (czy Aaron w końcu schodzi ze sceny? Nie mogę znieść Aarona... A znoszę, trochę trauma).
Wniosków mam kilka, różnie dobrych, czasem złych. Przede wszystkim jestem zachwycona, że ktoś wziął na warsztat rozbicie dzielnicowe (i historię w ogóle), które, nie zdziwiłabym się, jest zapewne jednym z najrzadziej zahaczanych okresów historii Polski (toż, tyle imion, tyle nazw, kto by się połapał, jak dynastycznych królów ciężko spamiętać, a co dopiero tę zgraję zabijaków...).
Historię lubię, wertuję, czytam - naukowo do tematu nie startuję absolutnie, ale w czytelniczym życiu obecny jest raczej stale, w różnym stopniu. I często jestem zawiedziona (nie tylko rodzimymi autorami, spokojnie), że mało znajduję tworów beletrystycznych, które nie pachną natchnionym wieszczem albo tanim badziewiem.
Ha, za to jak ostatnio uniknęłam natchnionego wieszcza (i badziewia), to Parnicki zawitał "Srebrnymi Orłami". Sama chciałam, już prawie (po pół roku) skończyłam pierwszy tom! Na temat Parnickiego i orłów mam trochę do powiedzenia - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się równie masochistyczne kontynuowanie lektury. Naprawdę, Parnicki i orły dają mi do wiwatu językowo, fabularnie również (czy Aaron w końcu schodzi ze sceny? Nie mogę znieść Aarona... A znoszę, trochę trauma).
Etykiety:
historyczna,
książka,
Polska
czwartek, 22 października 2015
"Sicario", reż. Denis Villeneuve i to drugie, które miało być, a nie jest.
Liritio poszła w niedzielę do kina na "Black Mass" i postanowiła napisać o "Sicario" z komentarzem na marginesie, że tak się to robi.
"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.
"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.
![]() |
|
Etykiety:
Benicio Del Toro,
Emily Blunt,
film,
gangsterski,
Johnny Depp,
Josh Brolin,
kryminał,
Peter Sarsgaard,
sensacja,
USA
środa, 7 października 2015
Urodził go "Niebieski Ptak", Stefania Grodzieńska
Jak to w moim życiu często bywa, najlepsze i niechętne są tym samym. Stąd też, lektura zostawiona na szary koniec okazuje się być tą właśnie najmojszą.
Fryderyk Jarosy, nazwisko obce, nie znam międzywojennej sceny kabaretowej i teatralnej, chyba jedyne co znam, to właśnie z każdej wcześniejszej Grodzieńskiej... No i Dymszę.
Postać Jarosy'ego to wyznanie miłości i tęsknoty. Konferansjer, przyjaciel, Polak z wyboru. Potwornie czarujący, wszechstronny zawodowo, genialny reżyser, uroczy amant, ceniony przyjaciel i przy tym wszystkim twardy zawodnik gry w przetrwanie (sejsmograf!). Jak było naprawdę? Może jak w książce... A jeśli inaczej, niewiele mnie to tak naprawdę obchodzi, Grodzieńska wzruszyła i siebie, i mnie.
Fryderyk Jarosy, nazwisko obce, nie znam międzywojennej sceny kabaretowej i teatralnej, chyba jedyne co znam, to właśnie z każdej wcześniejszej Grodzieńskiej... No i Dymszę.
Postać Jarosy'ego to wyznanie miłości i tęsknoty. Konferansjer, przyjaciel, Polak z wyboru. Potwornie czarujący, wszechstronny zawodowo, genialny reżyser, uroczy amant, ceniony przyjaciel i przy tym wszystkim twardy zawodnik gry w przetrwanie (sejsmograf!). Jak było naprawdę? Może jak w książce... A jeśli inaczej, niewiele mnie to tak naprawdę obchodzi, Grodzieńska wzruszyła i siebie, i mnie.
Etykiety:
książka,
Polska,
Stefania Grodzieńska,
wspomnienia
wtorek, 15 września 2015
Rezerwa i sentyment, czyli Agatha Christie i trzynaście zagadek.
Ostrzegam, wstęp rozwleczony, prywatą usiany.
Liritio jest jednak nastawiona na jakąś inną częstotliwość - rzadko kiedy wie, co się dzieje. I jak ostatni osioł (oślica) zastanawia się, o co tyle szumu...
Dopiero wczoraj dostałam po oczach 125 rocznicą urodzin Agathy Christie. Ładna data, zodiakalna panna...
Młodą nacią będąc, Liritio porwała w dłonie "Trzynaście zagadek" z kartą tarota na okładce. Panna Marple dawała popalić kółku wzajemnej adoracji i tak się zaczęło. W tym upatruję dzisiejszą minimalną rezerwę wobec książek Christie - przeczytałam znaczącą większość mając lat dwanaście/trzynaście. I niestety wszystkie emocje ówczesnej ledwo co nastoletniej kózki zupełnie nie są moimi emocjami dzisiaj. A pierwsze wrażenie... To sami wiecie.
Liritio przeczytała wszystkie książki Chritie, które miała w zasięgu ręki (czyli większość jej książek) w tempie zastraszającym. Utrafienie Christie w tym dziwnym okresie, kiedy książki dla dzieci, ujmijmy to na wyrost, stawały się nieco passe, ale te poważniejsze jeszcze nie były ciekawe, było strzałem w dziesiątkę. I początkiem niekończącego się związku Liritio i kryminałów.
Czyli widzicie, "królowej kryminału" stołka nie odmawiam, natrzaskała tego w życiu aż strach, a Herkulesa Poirot (Liritio darzy sympatią) czy pannę Marple (Liritio nie przepada) mało komu trzeba przedstawiać.
I moja rezerwa też jest bestią niepewną, niestałą, przepycha się z sentymentem.
Dlaczego nie ma we mnie wiele sympatii dla panny Marple? Sama nie wiem, dzisiaj wydaje mi się, że może dlatego, że wścibska. Tyle że, jak z początku napisałam, czytałam te książki dawno temu i to za młodu panny Marple nie polubiłam. Teraz może byłoby inaczej, ale nie pamiętam, żebym (poza "Trzynastoma zagadkami") urządzała sobie powtórki Christie z panną Marplę w roli głównej. Może tracę?
Ciekawostka? Nigdy nie przeczytałam "Kurtyny". Bo mama powiedziała, że Poirot umiera, a Liritio ledwo nastoletnia nie chciała czytać o umieraniu. I chyba nadal nie chce, książka leży odłogiem i w sumie nie czytam tej nieszczęsnej "Kurtyny" już chyba z przyzwyczajenia.
Koniec wstępu. Jak tytułem zapowiedziane, "Trzynaście zagadek" zapoczątkowało moje kryminalne czytanie i trzynaście zagadek znajdziecie poniżej. Czyli ulubione książki Liritio autorstwa Agathy Christie, mniej więcej rosnąco (tzn, numerycznie malejąco) w uwielbieniu uporządkowane. Trochę tylko oszukałam, może mi wybaczycie.
Liritio jest jednak nastawiona na jakąś inną częstotliwość - rzadko kiedy wie, co się dzieje. I jak ostatni osioł (oślica) zastanawia się, o co tyle szumu...
Dopiero wczoraj dostałam po oczach 125 rocznicą urodzin Agathy Christie. Ładna data, zodiakalna panna...
Młodą nacią będąc, Liritio porwała w dłonie "Trzynaście zagadek" z kartą tarota na okładce. Panna Marple dawała popalić kółku wzajemnej adoracji i tak się zaczęło. W tym upatruję dzisiejszą minimalną rezerwę wobec książek Christie - przeczytałam znaczącą większość mając lat dwanaście/trzynaście. I niestety wszystkie emocje ówczesnej ledwo co nastoletniej kózki zupełnie nie są moimi emocjami dzisiaj. A pierwsze wrażenie... To sami wiecie.
Liritio przeczytała wszystkie książki Chritie, które miała w zasięgu ręki (czyli większość jej książek) w tempie zastraszającym. Utrafienie Christie w tym dziwnym okresie, kiedy książki dla dzieci, ujmijmy to na wyrost, stawały się nieco passe, ale te poważniejsze jeszcze nie były ciekawe, było strzałem w dziesiątkę. I początkiem niekończącego się związku Liritio i kryminałów.
Czyli widzicie, "królowej kryminału" stołka nie odmawiam, natrzaskała tego w życiu aż strach, a Herkulesa Poirot (Liritio darzy sympatią) czy pannę Marple (Liritio nie przepada) mało komu trzeba przedstawiać.
I moja rezerwa też jest bestią niepewną, niestałą, przepycha się z sentymentem.
Dlaczego nie ma we mnie wiele sympatii dla panny Marple? Sama nie wiem, dzisiaj wydaje mi się, że może dlatego, że wścibska. Tyle że, jak z początku napisałam, czytałam te książki dawno temu i to za młodu panny Marple nie polubiłam. Teraz może byłoby inaczej, ale nie pamiętam, żebym (poza "Trzynastoma zagadkami") urządzała sobie powtórki Christie z panną Marplę w roli głównej. Może tracę?
Ciekawostka? Nigdy nie przeczytałam "Kurtyny". Bo mama powiedziała, że Poirot umiera, a Liritio ledwo nastoletnia nie chciała czytać o umieraniu. I chyba nadal nie chce, książka leży odłogiem i w sumie nie czytam tej nieszczęsnej "Kurtyny" już chyba z przyzwyczajenia.
Koniec wstępu. Jak tytułem zapowiedziane, "Trzynaście zagadek" zapoczątkowało moje kryminalne czytanie i trzynaście zagadek znajdziecie poniżej. Czyli ulubione książki Liritio autorstwa Agathy Christie, mniej więcej rosnąco (tzn, numerycznie malejąco) w uwielbieniu uporządkowane. Trochę tylko oszukałam, może mi wybaczycie.
Etykiety:
Agatha Christie,
kryminał,
książka,
Wielka Brytania
czwartek, 10 września 2015
Złota jesień, czyli czekam(y).
Ujmując rzecz w skrócie, amerykańska jesień będzie naprawdę dobra. Nasza może też, jeśli dystrybutor pozwoli.
Poniżej brak chronologii czy innego ładu, jest za to moja nadzieja i entuzjazm (ekhm, powiedzmy), i ogólnie rozumiane zaczekanie. Cieszcie oczy. Dajcie znać czy coś mnie ominęło.
Poniżej brak chronologii czy innego ładu, jest za to moja nadzieja i entuzjazm (ekhm, powiedzmy), i ogólnie rozumiane zaczekanie. Cieszcie oczy. Dajcie znać czy coś mnie ominęło.
czwartek, 6 sierpnia 2015
Mała ziemska wieczność
"W domu towarowym widziałem rozbite lustro na przecenie. Całe kosztowało 150 zł, strzaskane kosztuje już tylko 50."
Tadeusz Konwicki, "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa, 2005r., str. 268
Dni bywają lepsze. Na przykład dzisiaj, kiedy wszechobecny żar zmienił się w znośny upał i co jakiś czas czuję zalążek letniego wiatru. Kiedy nieźle spałam (a Liritio częściej sypia jednak źle) i nie popijam kawy kawą. Kiedy włączyłam radio akurat na początek Bohemian Rhapsody...
Więc Queen zapytało śpiewnie, is this a real life? A ja uznałam, że może to znak, skoro na myśl o moim ponownie i ponownie porzucanym Kalejdoskopie nawet się uśmiechnęłam.
Za sprawą Buksy przeczytałam "Kalendarz i klepsydrę" Konwickiego (tytuł ściągnięty z 255 strony) - za sprawą Buksy wiele książek przeczytałam i chyba nigdy ładnie nie podziękowałam za te inspiracje, bo jestem niedobra. A zatem, ukłon w jej stronę.
Jakoś sama nigdy nie wpadłam na to, żeby czytać Konwickiego, a trochę by mnie ominęło. Może on zbytnio filozoficzny w tym niby dzienniku, w dodatku nie zawsze w ładny sposób. Chyba wyrachowany, do czego sam się przyznał nie raz, ale może to blaga. Tak czy inaczej, Liritio wyrachowania nie piętnuje, jeśli już by miała wytykać cokolwiek, to nieszczerość. Ale są w "Kalendarzu i klepsydrze" momenty, które każdą nieszczerość i wyrachowanie odpracują.
Dziennik Konwickiego jest różnorodny, mnie najmilsza wileńska kraina dziecięcej szczęśliwości i szacunek dla przyrody. Ale też zamglona, socjalistyczna Warszawa z dworcowymi kloszardami, Pałacem Kultury i setką na stole. Też almanach roztargnionych, pokątne rozliczanie się z ustrojem i dużo prywaty. Samotna akacja i wdowa łabędzica, które dostają tyle samo czasu, co wielkie nazwiska polskich artystów. I wspaniały Iwan.
A myśl przewodnia? Nie wiem, jaki był zamiar, Liritio wyczytała najwięcej o tym, że zmienia się obraz świata.
Tadeusz Konwicki, "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa, 2005r., str. 268
Dni bywają lepsze. Na przykład dzisiaj, kiedy wszechobecny żar zmienił się w znośny upał i co jakiś czas czuję zalążek letniego wiatru. Kiedy nieźle spałam (a Liritio częściej sypia jednak źle) i nie popijam kawy kawą. Kiedy włączyłam radio akurat na początek Bohemian Rhapsody...
Więc Queen zapytało śpiewnie, is this a real life? A ja uznałam, że może to znak, skoro na myśl o moim ponownie i ponownie porzucanym Kalejdoskopie nawet się uśmiechnęłam.
Za sprawą Buksy przeczytałam "Kalendarz i klepsydrę" Konwickiego (tytuł ściągnięty z 255 strony) - za sprawą Buksy wiele książek przeczytałam i chyba nigdy ładnie nie podziękowałam za te inspiracje, bo jestem niedobra. A zatem, ukłon w jej stronę.
Jakoś sama nigdy nie wpadłam na to, żeby czytać Konwickiego, a trochę by mnie ominęło. Może on zbytnio filozoficzny w tym niby dzienniku, w dodatku nie zawsze w ładny sposób. Chyba wyrachowany, do czego sam się przyznał nie raz, ale może to blaga. Tak czy inaczej, Liritio wyrachowania nie piętnuje, jeśli już by miała wytykać cokolwiek, to nieszczerość. Ale są w "Kalendarzu i klepsydrze" momenty, które każdą nieszczerość i wyrachowanie odpracują.
Dziennik Konwickiego jest różnorodny, mnie najmilsza wileńska kraina dziecięcej szczęśliwości i szacunek dla przyrody. Ale też zamglona, socjalistyczna Warszawa z dworcowymi kloszardami, Pałacem Kultury i setką na stole. Też almanach roztargnionych, pokątne rozliczanie się z ustrojem i dużo prywaty. Samotna akacja i wdowa łabędzica, które dostają tyle samo czasu, co wielkie nazwiska polskich artystów. I wspaniały Iwan.
A myśl przewodnia? Nie wiem, jaki był zamiar, Liritio wyczytała najwięcej o tym, że zmienia się obraz świata.
"Zobaczyłem takie same lasy jak wszędzie i takie samo miasto jak wszędzie. I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś nadbiegającej z nicości godziny."
Tadeusz Konwicki, "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa, 2005r., str. 357
Etykiety:
książka,
Polska,
wspomnienia
środa, 29 kwietnia 2015
Rzecz o przekombinowaniu.
Liritio zacznie od zmierzwienia i zmarszczenia, że Scott Lynch zaprezentował "Republiką Złodziei" dokładnie to samo, co George Verbinsky "Piratami z Karaibów: Na krańcu świata".
Niecnymi Dżentelmenami zachwyciłam się kilka lat temu, i kiedy tam stwierdzałam, że po części pierwszej (super świetnej i tęczowej), druga obniżyła poziom, mogę teraz dopisać, że przy trzeciej zasypiałam.
Verbinsky wydostając dla Disneya pirackie dusze z szafy, mógł nie wpaść na to, jak wielkim hitem stanie się jego Czarna Perła. Ten film od dawien dawna pozostaje w moim absolutnym wierzchołku zajebistości filmów przygodowych, filmów poprawiających humor... Filmów w ogóle.
I chociaż obejrzałam "Klątwę Czarnej Perły" co najmniej o raz za dużo, nadal uważam, że jest to film petarda. Skutecznie przygaszona ciężarem trylogii i powstających obecnie ogonów.
Chociaż "Kłamstwa Locke'a Lamory" nie są aż tak bliskie sercu Liritio, byłam wzruszona stopniem, w jakim swego czasu wciągnęłam się w tę książkę, a ostatnio zasmuciłam się nieudolnością trzeciej części cyklu, "Republiki Złodziei".
Liritio nigdy nie mogła pojąć tej pogoni za dobijaniem prostoty, którą to przypadłość sukces nadmiernie często rodzi w twórcach. Nie jest to może reguła, raczej dotykająca sporą część plaga. Plaga szarżowania komplikacją.
Zrobiliście świetny film o facetach w skórach, skakaniu w dal, tajemniczych agentach i cyfrowej Kobiecie w Czerwieni? Świetnym pomysłem jest przejście od zwartej koncepcji tragicznego świata, w którym ludzie funkcjonują jako uśpione bateryjki maszyn, do rozpołożonej historii ocalałych bohaterów, "ostatniego" miasta wydrążonego w skale, aż do przewrotnej koncepcji wirtualnego bóstwa i jego muzy, którzy stworzyli swoiste perpetuum mobile.
Zrobiłeś świetny film o piratach, małpach i East India Company, który poza byciem opowieścią adekwatną dla dzieci, jest cudownym filmem przygodowym, z głównym bohaterem, który staje się ikoną? Zablokuj jakikolwiek rozwój jego postaci, dołóż nagłe resurekcje, radę największych (a przepraszm, Największych) piratów i ostateczną, ale to Ostateczną walkę nie-wiadomo-o-co, będzie fajnie.
Npisałeś świetną, nieco fantastyczną książkę o złodziejach i przekrętach, która kradnie ludziom noce i czyta się jednym tchem. Obejrzyj "Piratów z Karaibów 3" i napisz część drugą jakoś tak podobnie... Po czym gładko przejdź do wątku miłosnego, którego protagonistka jest nieznośna i ruda, ale jej osoba zmienia głownego bohatera z cwaniakującego szermierza podstępu w rozmemłanego trutnia, któremu tylko sztywno narzucona przez autora akcja pozwala ocalić twarz. Udało się!
Skąd takie inklinacje?
Już o serialach nie wspomnę (kłamię, wspomnę), ale dla przykładu, jak świetny był "House M.D." na początku i jak tragiczny po siedmiu sezonach. Kiedy skończyć, to też trzeba wiedzieć, była taka piosenka, żeby ze sceny zejść niepokonanym i jak z moich obserwacji wynika, niewielu się to udaje.
Co jest smutne? Że problem nadmiernego kombinowania dotyczy nawet moich ukochań, czyli teraz mocno skrótowo będę się pastwić nad wspaniałym "Sherlockiem" BBC. Trzy sezony po trzy odcinki według stałej reguły dwóch mocnych i jednego słabego... Chociaż sezon drugi trochę z tym schematem zawalczył, kiedy "Pies Baskerville'ów" w sumie słaby nie był, po prostu nie aż tak dobry. Ale trzeba pochlić głowę nad geniuszem i napięciem sezonu drugiego.
Zatem przejdźmy do trzeciego, którego pierwsze dwa odcinki były jak najbardziej zacne, a trzeci sam sobie strzelał w kolano. Żeby serial tej klasy zboczył w kierunku, który przyprawia Liritio o nadmierne użycie brzydkich słów i ogólny stan "what the fuck?". Nieładnie.
T był w ogóle nieciekawy koncept, tak rewelacji z żoną Watsona (przekombinowane, ot co! Mafijny mąż pani Hudson - to zabawne, Mary jako była agentka CIA... To bezsensowne i nudne), jak i wątku Magnussena. Niestety, o ile Magnussena można łatwo pozostawić w tyle, Mary musi być pisana konsekwentnie.
A przede wszystkim, jeśli zatrudnia się któregokolwiek Mikkelsena w tak dobrym serialu, jakim jest "Scherlock", trzeba jeszcze mieć jaja, żeby go odpowiednio wykorzystać.
Jak widzicie, Liritio jest bardzo trzecim odcinkiem trzeciego sezonu zniesmaczona, bo temat rozwlekła, a miał być w sumie dygresją.
Podsumowując: twórco drogi, nie kombinuj! Szczególnie, kiedy odcinasz kupony.
Niecnymi Dżentelmenami zachwyciłam się kilka lat temu, i kiedy tam stwierdzałam, że po części pierwszej (super świetnej i tęczowej), druga obniżyła poziom, mogę teraz dopisać, że przy trzeciej zasypiałam.
![]() |
| Jeden z bezsprzecznie ulubionych bohaterów Liritio w "Piratach z Karaibów" będzie nagłówkiem dzisiejszych rozważań. Komplikujesz? Udziwniasz? Jack mówi: Robisz to źle! |
I chociaż obejrzałam "Klątwę Czarnej Perły" co najmniej o raz za dużo, nadal uważam, że jest to film petarda. Skutecznie przygaszona ciężarem trylogii i powstających obecnie ogonów.
Chociaż "Kłamstwa Locke'a Lamory" nie są aż tak bliskie sercu Liritio, byłam wzruszona stopniem, w jakim swego czasu wciągnęłam się w tę książkę, a ostatnio zasmuciłam się nieudolnością trzeciej części cyklu, "Republiki Złodziei".
Liritio nigdy nie mogła pojąć tej pogoni za dobijaniem prostoty, którą to przypadłość sukces nadmiernie często rodzi w twórcach. Nie jest to może reguła, raczej dotykająca sporą część plaga. Plaga szarżowania komplikacją.
Zrobiliście świetny film o facetach w skórach, skakaniu w dal, tajemniczych agentach i cyfrowej Kobiecie w Czerwieni? Świetnym pomysłem jest przejście od zwartej koncepcji tragicznego świata, w którym ludzie funkcjonują jako uśpione bateryjki maszyn, do rozpołożonej historii ocalałych bohaterów, "ostatniego" miasta wydrążonego w skale, aż do przewrotnej koncepcji wirtualnego bóstwa i jego muzy, którzy stworzyli swoiste perpetuum mobile.
Zrobiłeś świetny film o piratach, małpach i East India Company, który poza byciem opowieścią adekwatną dla dzieci, jest cudownym filmem przygodowym, z głównym bohaterem, który staje się ikoną? Zablokuj jakikolwiek rozwój jego postaci, dołóż nagłe resurekcje, radę największych (a przepraszm, Największych) piratów i ostateczną, ale to Ostateczną walkę nie-wiadomo-o-co, będzie fajnie.
Npisałeś świetną, nieco fantastyczną książkę o złodziejach i przekrętach, która kradnie ludziom noce i czyta się jednym tchem. Obejrzyj "Piratów z Karaibów 3" i napisz część drugą jakoś tak podobnie... Po czym gładko przejdź do wątku miłosnego, którego protagonistka jest nieznośna i ruda, ale jej osoba zmienia głownego bohatera z cwaniakującego szermierza podstępu w rozmemłanego trutnia, któremu tylko sztywno narzucona przez autora akcja pozwala ocalić twarz. Udało się!
Skąd takie inklinacje?
Już o serialach nie wspomnę (kłamię, wspomnę), ale dla przykładu, jak świetny był "House M.D." na początku i jak tragiczny po siedmiu sezonach. Kiedy skończyć, to też trzeba wiedzieć, była taka piosenka, żeby ze sceny zejść niepokonanym i jak z moich obserwacji wynika, niewielu się to udaje.
Co jest smutne? Że problem nadmiernego kombinowania dotyczy nawet moich ukochań, czyli teraz mocno skrótowo będę się pastwić nad wspaniałym "Sherlockiem" BBC. Trzy sezony po trzy odcinki według stałej reguły dwóch mocnych i jednego słabego... Chociaż sezon drugi trochę z tym schematem zawalczył, kiedy "Pies Baskerville'ów" w sumie słaby nie był, po prostu nie aż tak dobry. Ale trzeba pochlić głowę nad geniuszem i napięciem sezonu drugiego.
![]() |
| Robisz to źle! |
T był w ogóle nieciekawy koncept, tak rewelacji z żoną Watsona (przekombinowane, ot co! Mafijny mąż pani Hudson - to zabawne, Mary jako była agentka CIA... To bezsensowne i nudne), jak i wątku Magnussena. Niestety, o ile Magnussena można łatwo pozostawić w tyle, Mary musi być pisana konsekwentnie.
A przede wszystkim, jeśli zatrudnia się któregokolwiek Mikkelsena w tak dobrym serialu, jakim jest "Scherlock", trzeba jeszcze mieć jaja, żeby go odpowiednio wykorzystać.
Jak widzicie, Liritio jest bardzo trzecim odcinkiem trzeciego sezonu zniesmaczona, bo temat rozwlekła, a miał być w sumie dygresją.
Podsumowując: twórco drogi, nie kombinuj! Szczególnie, kiedy odcinasz kupony.
Etykiety:
fantastyka,
film,
książka,
moje cuda,
powieść,
serial,
USA,
Wielka Brytania
niedziela, 8 marca 2015
Magiczna nuda, Desplat i Liritio.
Ponieważ tradycji musi stać się zadość, a czemu musi Liritio nie wie, ale jednocześnie czas za szybko płynie, Liritio minęła gorący temat i będzie trochę odgrzewała kotleta.
Liritio oglądała w życiu kilka oscarowych gal - raczej nie kilkanaście, ale pewnie w okolicach 7/8... Teraz nie ma na to siły, tzn siłę na samą galę ma, bo kocha nie spać po nocach, tyle że potem poniedziałek to zmora, a praca nie poczeka. I tak oto Liritio przy zmianie (vel, modyfikacji) zawodu i oscarowe noce przestała sobie urządzać. Liritio nie jest z tego zadowolona, mimo że Oscary to nudne wydarzenie. Nudne, niezmiennie, ale też magiczne, równie niezmiennie. Jak w tytule, Oscary to taka magiczna nuda, do której ja lubiłam wracać, mimo że często marudziłam.
Tyle że, skoro czas już jakiś minął, spróbuję pozostać zwięzła.
Rzecz główna, a w duszy Liritio gromkie TAK!
W końcu, po latach i latach, i jeszcze kilku latach, Alexandre Desplat ma Oscara. Liritio wyskoczyła w górę, głęboko westchnęła, rozświetliła gębusię, po czym... To co teraz?
Z czekania na Oscara dla Desplata uczyniłam już niemal hobby, a tu psikus, dostał.
Ale spokojnie, po wynikach tegorocznych mogę proces czekania przenieść na Michaela Keatona.
Może Liritio się nie zna, może nikt się nie zna, może Eddie miał swoje plusy. Ale bez jaj! Redemayne jest aktorem utalentowanym, nie mówię, że nie.
Tyle, że Keaton w "Birdmanie" jest aktorem wybitnym. I nie mógł w tym celu posłużyć się rolą poważnej choroby, która wykręca ciało. Musiał chodzić prosto i mówić pełnymi zdaniami. Keatona, nie Redemayne'a nazywam w tym roku najlepszym i szkoda, że Akademia miała inne zdanie na ten temat.
Ale Akademia miewa niezmiennie inne zdania na temat. Wolę już wygraną Julianne Moore, która była beznadziejnym pewniakiem.
Nie, żeby Julianne była beznadziejna, skąd. To pewniaki są beznadziejne.
Liritio z wyborami typu Redemayne ma ten problem, że niespecjalnie uznaję rolę nagród w początkach kariery. Tzn, przykładów zacnych jest wiele, nie mówię, że nie są zasłużone, zagrane i zarobione, ale tak samo miałam mieszane odczucia odnośnie Lawrence, mieszane mam też odnośnie Redemayne'a.
Dajcie spokój, Keaton jest Batmanem! I Birdmanem! To jest Michael Keaton, dlaczego...? (Liritio robi buzię w podkówkę i wychodzi). Przynajmniej Innaritu, przynajmniej Grand Budapest Hotel, przynajmniej Hayo Miyazaki... No tak, J.K. Simpson, szokujące.
Litirio żałuje, że nie widziała Neila P. Harrisa w roli prowadzącego... Liritio chciałaby zobaczyć na tej scenie zbitkę Hugh Jackmana i Ricky'ego Gervaisa, i mam wrażenie, że Neil Patrick Harris jest najbliżej (wśród dotychczasowych prowadzących) takiej mieszkanki. Jest, nie jest? Kto widział i wie?
Niemniej, nie ma co się oszukiwać, Oscary już prawie w ogóle nie interesują Liritio. Nie tak, jak kiedyś, może to zmęczenie materiału, zabieganie, może zblazowanie osiąga szczyty.
Ale widzę, że nawet ten Desplat nie cieszy mnie tak, jak cieszyć powinien.
Chociaż, jeśli chodzi o Desplata, przyznam bez bicia, nominowali go za dwie ścieżki dźwiękowe w jednym roku, a żadna z nich nie jest jego najlepszym osiągnięciem.
A jeśli chcecie Oscarowych nominacji na kolejny rok, można spojrzeć, do czego Desplat pisze muzykę - z dużym prawdodpodobieństwem jeden z tych filmów w 2016tym będzie wyczytywany wśród nomiacji do najlepszego. Więc zerknijmy.
Jakiś film Wendersa o traumie, śmierci i rodzinie, James Franco, Rachel McAdams... Wenders nakręcił Pinę, myślę, że od tego czasu Akademia go kocha.
Dalej, latarnia morska, Michael Fassbender, Rachel Weisz i Alicia Vikander (ktorą ostatnio widzę dosłownie wszędzie). No, to się nie może nie udać! Ale czy Hollywood to łyknie? No nie wiem, reżyser, Derek Cianfrance, nakręcił wcześniej kilka filmów, ale chyba tylko "Blue Valentine" i "Place Beyond the Pines" zostało jakoś tłumniej dostrzeżone. Aczkolwiek, silna obsada i muzyka Desplata... No zobaczymy.
Spójrzmy dalej, włoski (?) film z Salmą Hayek i Vincentem Casselem? No... Ja to chętnie obejrzę, ale Akademia nie. Chociaż... Matteo Garrone nie kręci głupich filmów, więc tym bardziej chętnie to obejrzę.
Haha, mamy zwycięzcę, muzyka Desplata do "Sufrażystki", a tam Meryl Streep, Carey Mulligan, Helena Bohnam Carter, kręci Sarah Gavron, Oscara może nie dostać, ale na mur beton znajdzie się w peletonie firmowanym przez Akademię.
Podobnie jest oczywiście z muzyką Johna Williamsa, z tym że on ma swoje lata i nie jest tak aktywny. Zawsze też można losować Newmana i Zimmera, któryś z nich zwykle z pudełka wyskakuje. Ale Newman robi muzykę do nowego Bonda, co nominacji dla muzyki nie wyklucza (aczkolwiek nie gwarantuje), ale na film nie ma co liczyć. No to Zimmer, "Mały Książe", "Kung Fu Panda 3" i "Batman vs. Superman"... No nie, jednak przy faworytach w przyszłorcznych nominacjach (do najlepszego filmu roku) zostałabym przy nazwisku Desplata.
Kontynuując tradycję, w tym roku karygodnie spóźnioną - aczkolwiek w zeszłym roku w ogóle pominiętą, (więc jest postęp) - niezmiennie przy okazji Lirito i Oscarów, Burt Bacharach.
I czy państwo znają? When you get caught between the Moon and New York City...
Arthur's Theme, The Best that You Can Do,
Liritio oglądała w życiu kilka oscarowych gal - raczej nie kilkanaście, ale pewnie w okolicach 7/8... Teraz nie ma na to siły, tzn siłę na samą galę ma, bo kocha nie spać po nocach, tyle że potem poniedziałek to zmora, a praca nie poczeka. I tak oto Liritio przy zmianie (vel, modyfikacji) zawodu i oscarowe noce przestała sobie urządzać. Liritio nie jest z tego zadowolona, mimo że Oscary to nudne wydarzenie. Nudne, niezmiennie, ale też magiczne, równie niezmiennie. Jak w tytule, Oscary to taka magiczna nuda, do której ja lubiłam wracać, mimo że często marudziłam.
Tyle że, skoro czas już jakiś minął, spróbuję pozostać zwięzła.
Rzecz główna, a w duszy Liritio gromkie TAK!
W końcu, po latach i latach, i jeszcze kilku latach, Alexandre Desplat ma Oscara. Liritio wyskoczyła w górę, głęboko westchnęła, rozświetliła gębusię, po czym... To co teraz?
Z czekania na Oscara dla Desplata uczyniłam już niemal hobby, a tu psikus, dostał.
Ale spokojnie, po wynikach tegorocznych mogę proces czekania przenieść na Michaela Keatona.
Może Liritio się nie zna, może nikt się nie zna, może Eddie miał swoje plusy. Ale bez jaj! Redemayne jest aktorem utalentowanym, nie mówię, że nie.
![]() |
| Miałam podobną minę. |
Ale Akademia miewa niezmiennie inne zdania na temat. Wolę już wygraną Julianne Moore, która była beznadziejnym pewniakiem.
Nie, żeby Julianne była beznadziejna, skąd. To pewniaki są beznadziejne.
Liritio z wyborami typu Redemayne ma ten problem, że niespecjalnie uznaję rolę nagród w początkach kariery. Tzn, przykładów zacnych jest wiele, nie mówię, że nie są zasłużone, zagrane i zarobione, ale tak samo miałam mieszane odczucia odnośnie Lawrence, mieszane mam też odnośnie Redemayne'a.
Dajcie spokój, Keaton jest Batmanem! I Birdmanem! To jest Michael Keaton, dlaczego...? (Liritio robi buzię w podkówkę i wychodzi). Przynajmniej Innaritu, przynajmniej Grand Budapest Hotel, przynajmniej Hayo Miyazaki... No tak, J.K. Simpson, szokujące.
Litirio żałuje, że nie widziała Neila P. Harrisa w roli prowadzącego... Liritio chciałaby zobaczyć na tej scenie zbitkę Hugh Jackmana i Ricky'ego Gervaisa, i mam wrażenie, że Neil Patrick Harris jest najbliżej (wśród dotychczasowych prowadzących) takiej mieszkanki. Jest, nie jest? Kto widział i wie?
Niemniej, nie ma co się oszukiwać, Oscary już prawie w ogóle nie interesują Liritio. Nie tak, jak kiedyś, może to zmęczenie materiału, zabieganie, może zblazowanie osiąga szczyty.
Ale widzę, że nawet ten Desplat nie cieszy mnie tak, jak cieszyć powinien.
Chociaż, jeśli chodzi o Desplata, przyznam bez bicia, nominowali go za dwie ścieżki dźwiękowe w jednym roku, a żadna z nich nie jest jego najlepszym osiągnięciem.
A jeśli chcecie Oscarowych nominacji na kolejny rok, można spojrzeć, do czego Desplat pisze muzykę - z dużym prawdodpodobieństwem jeden z tych filmów w 2016tym będzie wyczytywany wśród nomiacji do najlepszego. Więc zerknijmy.
Jakiś film Wendersa o traumie, śmierci i rodzinie, James Franco, Rachel McAdams... Wenders nakręcił Pinę, myślę, że od tego czasu Akademia go kocha.
Dalej, latarnia morska, Michael Fassbender, Rachel Weisz i Alicia Vikander (ktorą ostatnio widzę dosłownie wszędzie). No, to się nie może nie udać! Ale czy Hollywood to łyknie? No nie wiem, reżyser, Derek Cianfrance, nakręcił wcześniej kilka filmów, ale chyba tylko "Blue Valentine" i "Place Beyond the Pines" zostało jakoś tłumniej dostrzeżone. Aczkolwiek, silna obsada i muzyka Desplata... No zobaczymy.
Spójrzmy dalej, włoski (?) film z Salmą Hayek i Vincentem Casselem? No... Ja to chętnie obejrzę, ale Akademia nie. Chociaż... Matteo Garrone nie kręci głupich filmów, więc tym bardziej chętnie to obejrzę.
Haha, mamy zwycięzcę, muzyka Desplata do "Sufrażystki", a tam Meryl Streep, Carey Mulligan, Helena Bohnam Carter, kręci Sarah Gavron, Oscara może nie dostać, ale na mur beton znajdzie się w peletonie firmowanym przez Akademię.
Podobnie jest oczywiście z muzyką Johna Williamsa, z tym że on ma swoje lata i nie jest tak aktywny. Zawsze też można losować Newmana i Zimmera, któryś z nich zwykle z pudełka wyskakuje. Ale Newman robi muzykę do nowego Bonda, co nominacji dla muzyki nie wyklucza (aczkolwiek nie gwarantuje), ale na film nie ma co liczyć. No to Zimmer, "Mały Książe", "Kung Fu Panda 3" i "Batman vs. Superman"... No nie, jednak przy faworytach w przyszłorcznych nominacjach (do najlepszego filmu roku) zostałabym przy nazwisku Desplata.
Kontynuując tradycję, w tym roku karygodnie spóźnioną - aczkolwiek w zeszłym roku w ogóle pominiętą, (więc jest postęp) - niezmiennie przy okazji Lirito i Oscarów, Burt Bacharach.
I czy państwo znają? When you get caught between the Moon and New York City...
Arthur's Theme, The Best that You Can Do,
Etykiety:
Alejandro González Iñárritu,
Alexandre Desplat,
film,
Michael Keaton,
muzyka,
Oscar,
USA
niedziela, 25 stycznia 2015
"Popularity is the slutty little cousin of prestige", a do Oscarów mniej niż miesiąc.
Nominacje oscarowe niezmiennie są taką rapsodią o ścieraniu się moich zauroczeń z amerykańskim przemysłem filmowym. Zwykle marudzę i nie pochwalam finalnych wyborów Akademii, ale też (jak my wszyscy) znam jej "gust" na wylot. I może w tym problem, że gdyby tylko chcieli nas choć raz zaskoczyć...
"Boyhood" zgarnia nagrody na prawo i lewo, rozumiem, że docenia się koncept i zamysł filmu kręconego naście lat (o ile się nie mylę) - samego filmu nie widziałam i prawdę mówiąc, w góle mi się nie spieszy.
Linklater za owe "Boyhood" też jest nominowany i akurat tutaj chyba nie mamy wątpliwości, że Oscar będzie jego...
Liritio by chętnie wszystkie nagrody wepchnęła Iñárritu, jako że jeszcze nigdy nie spudłował, ale niezmienna jest wola Akademii w olewaniu moich ulubionych filmów roku.
Aczkolwiek Linklatera im może wybaczę... Za kameralną trylogię z Julie Deply i Ethanem Hawkiem. Niemniej, Iñárritu zasługuje na zupełnie oddzielny wpis, ale z braku takowego (póki co, można mieć nadzieje na przyszłość - płonne, oczywiście), kilka haseł a propos. Przede wszystkim, Gustavo Santaolalla robił muzykę do większości jego filmów - trzy to już "większość" w przypadku Iñárritu - a to nigdy nie jest zły znak. I Liritio bardzo, bardzo docenia jego filmy, a najbardziej "21 gram". A "Birdman" jest bez wątpienia jednym z najlepszych filmów roku.
Chociaż właściwie Liritio zwykle nie bywa zwolenniczką oddawania Oscarów "początkującym", kiedy Gary Oldman nadal Oscara nie posiada (niech on w końcu dostanie tę głupią nagrodę! może Daniel Day-Lewis oddałby jednego ze swoich?), z tegorocznego peletonu reżyserów i tak wybieram Iñárritu. Skoro Jennifer Lawrence mogła dostać Oscara...
A tak, zdaję sobię sprawę, że Oldman nie jest w tym roku nominowany. Ani Malkovich. Ani Depp... Chociaż ten ostatni robi zatrważające rzeczy, odkąd opuścił plan "Pubilc Enemies" (ale akurat "Mortdecai" nie jest w połowie tak zły, jak wieść niesie... Albo ja mam naprawdę zły gust).
Wes Anderson jest ciekawostką, "Grand Budapest Hotel" i Liritio winszuje. Może nie jest moim faworytem, jeśli chodzi o Wesa Andersona, ale tak naprawdę ciężko na dłuższą metę tych faworytów wyłonić (nieprawda! "Royal Tenenbaums", ktokolwiek czyta cokolwiek z wypocin Liritio, zgaduje chyba w pierwszym podejściu). Ale Anderson to inna historia, zupełnie nie-oscarowa, którą może w końcu, pewnego dnia blogowo napocznę. Wes Anderson należy do gromady, która akurat z nagrodami Amerykańskiej Akademii nie kojarzy mi się ani, ani...
Julianne Moor - niech jej będzie, ale to nuda. Wybór Felicity Jones bym wyśmiała, jednak poza nią... W sumie każdej z trzech pozostałych pań bym statuetki wręczała, Cotillard za zasługi, Witherspoon z rozbawieniem, a Rosamund Pike zapewne najszybciej - nic nie poradzę, jeśli chodzi o aktorki, moją odwieczną miłością pozostanie zawsze Lauren Bacall, niemniej, miłostki się zdarzają i Rosamund Pike jest od dawna jedną z nich.
Co mnie cieszy w tym roku najbardziej? Brak "Big Eyes" (no dobra, brak "Interstellar" również) wśród nominowanych, a po Złotych Globach miałam obawy, bo chociaż Amy Adams za "The Master" i "The Fighter" zasługuje na nagrody, "Big Eyes" jest pomyłką.
Chcecie zobaczyć naprawdę zły film? Tim Burton przedstawia!
Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina równie wkurzona. Na reżysera, na beznadziejny scenariusz, na casting, na efekty castingu... Tyle dobrego, że przynajmniej Danny Elfman od lat, niezmiennie, tłucze Burtonowi muzykę na poziomie. Bo poza muzyką jest dramat, przede wszystkim scenariusz jest koszmarny, koncept się rozmywa, ciągłości brak, sensu też, a Burton zrobił ze swojej bohaterki miauczącą, bezwolną kozę. No bidulka.
Amy Adams może potrzebuje dobrej ręki reżysera, żeby pokazać, co potrafi, tutaj jej się nie udało. Postać Margaret Keane nie ma początku ani końca, jedyne co stanowi mocniejszy punkt to jej rozmowa kwalifikacyjna w fabryce mebli i świadkwie Jehowy na Hawajach. Poza tym z ekranu spoziera na nas wycofana, kwiląca bryndza. I to jest w bardzo dużej mierze wina scenariusza, który od sasa do lasa zaczyna wątki, a żadnego nie kończy. Przede wszystkim, brakowało dobitnego pokazania, że Keane terroryzował ją psychicznie - czy tak było naprawdę, nie wiem, ale taki miał być wydźwięk filmu - sceny, w których on krzyczy to mało, wybaczcie, związki tak się toczą, że czasem się krzyczy.
Tutaj zabrakło budowania relacji, tylko hop, hop, po łebkach, od poznania do ślubu, od wystawy w klubie do opętania sławą i pieniędzmi. A po drodze mnóstwo niezwiązanych ze sobą scen, w których Waltz miał być czarującym tyranem, a Adams zniewoloną artystką.
Właśnie, Christoph Waltz... W żadnym świecie ten facet, ze swoją manierą, trochę strasznym uśmiechem i specyficznym sposobem mówienia nie jest bon vivantem uwodzącym ludzi charyzmą, która przysłania im beztalencie. I o ile Waltz wyjątkowo pasuje do groteskowych filmów Burtona, nie tym razem. Waltz jest absurdalny, przerażający, śmieszny... Nie jest czarujący.
Oto pół wpisu dotyczy tego, czego na Oscarach nie ma... Nikt nie mówił, że Liritio nie jest przewrotna.
Gwoli podsumowania? Wątek głowny przebił się bez wątpienia, Liritio pozabierałaby wszystkie nagrody i obdarowała Iñárritu (w tym jedną powinien dostać Keaton, jeśli wygra kto inny, ręce Liritio miną się z kolanami). Oraz, oczywiście, oddała statuetkę za muzykę Desplat'owi. Ale tego ostatniego chyba już nawet nie muszę dodawać. To jest straszne, w tym roku ma dwie nominacje. DWIE! Dajcie mu tego Oscara, wiecie, że chcecie...
(Reznor i Atticus mogą poczekać w kolejce, zrobią jeszcze ze dwie ścierzki dźwiękowe dla Finchera i się zastanowię).
A jeśli chodzi o "Idę", Liritio trzyma kciuki za "Mandarynki" i "Dzikie historie".
I chciałabym jeszcze zobaczyć "Foxcatchera".
PS. Jak wyłączyć odwołania w tekście do jakichś dziwacznych reklam? Liritio chce się tego pozbyć równie mocno, co Johnny Bravo kocha placki (bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo...).
"Boyhood" zgarnia nagrody na prawo i lewo, rozumiem, że docenia się koncept i zamysł filmu kręconego naście lat (o ile się nie mylę) - samego filmu nie widziałam i prawdę mówiąc, w góle mi się nie spieszy.
Linklater za owe "Boyhood" też jest nominowany i akurat tutaj chyba nie mamy wątpliwości, że Oscar będzie jego...
Liritio by chętnie wszystkie nagrody wepchnęła Iñárritu, jako że jeszcze nigdy nie spudłował, ale niezmienna jest wola Akademii w olewaniu moich ulubionych filmów roku.
Aczkolwiek Linklatera im może wybaczę... Za kameralną trylogię z Julie Deply i Ethanem Hawkiem. Niemniej, Iñárritu zasługuje na zupełnie oddzielny wpis, ale z braku takowego (póki co, można mieć nadzieje na przyszłość - płonne, oczywiście), kilka haseł a propos. Przede wszystkim, Gustavo Santaolalla robił muzykę do większości jego filmów - trzy to już "większość" w przypadku Iñárritu - a to nigdy nie jest zły znak. I Liritio bardzo, bardzo docenia jego filmy, a najbardziej "21 gram". A "Birdman" jest bez wątpienia jednym z najlepszych filmów roku.
![]() | |||
| Tak, tak, wiem, że nie ma nominacji... |
A tak, zdaję sobię sprawę, że Oldman nie jest w tym roku nominowany. Ani Malkovich. Ani Depp... Chociaż ten ostatni robi zatrważające rzeczy, odkąd opuścił plan "Pubilc Enemies" (ale akurat "Mortdecai" nie jest w połowie tak zły, jak wieść niesie... Albo ja mam naprawdę zły gust).
![]() |
| Pomijając urodę, Amazing Amy na prezydenta... |
Co mnie cieszy w tym roku najbardziej? Brak "Big Eyes" (no dobra, brak "Interstellar" również) wśród nominowanych, a po Złotych Globach miałam obawy, bo chociaż Amy Adams za "The Master" i "The Fighter" zasługuje na nagrody, "Big Eyes" jest pomyłką.
Chcecie zobaczyć naprawdę zły film? Tim Burton przedstawia!
Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina równie wkurzona. Na reżysera, na beznadziejny scenariusz, na casting, na efekty castingu... Tyle dobrego, że przynajmniej Danny Elfman od lat, niezmiennie, tłucze Burtonowi muzykę na poziomie. Bo poza muzyką jest dramat, przede wszystkim scenariusz jest koszmarny, koncept się rozmywa, ciągłości brak, sensu też, a Burton zrobił ze swojej bohaterki miauczącą, bezwolną kozę. No bidulka.
![]() |
| Nie, nie i jeszcze raz nie. Wróć lepiej do Deppa, będzie może słabo, ale stabilnie. |
Tutaj zabrakło budowania relacji, tylko hop, hop, po łebkach, od poznania do ślubu, od wystawy w klubie do opętania sławą i pieniędzmi. A po drodze mnóstwo niezwiązanych ze sobą scen, w których Waltz miał być czarującym tyranem, a Adams zniewoloną artystką.
Właśnie, Christoph Waltz... W żadnym świecie ten facet, ze swoją manierą, trochę strasznym uśmiechem i specyficznym sposobem mówienia nie jest bon vivantem uwodzącym ludzi charyzmą, która przysłania im beztalencie. I o ile Waltz wyjątkowo pasuje do groteskowych filmów Burtona, nie tym razem. Waltz jest absurdalny, przerażający, śmieszny... Nie jest czarujący.
Oto pół wpisu dotyczy tego, czego na Oscarach nie ma... Nikt nie mówił, że Liritio nie jest przewrotna.
Gwoli podsumowania? Wątek głowny przebił się bez wątpienia, Liritio pozabierałaby wszystkie nagrody i obdarowała Iñárritu (w tym jedną powinien dostać Keaton, jeśli wygra kto inny, ręce Liritio miną się z kolanami). Oraz, oczywiście, oddała statuetkę za muzykę Desplat'owi. Ale tego ostatniego chyba już nawet nie muszę dodawać. To jest straszne, w tym roku ma dwie nominacje. DWIE! Dajcie mu tego Oscara, wiecie, że chcecie...
(Reznor i Atticus mogą poczekać w kolejce, zrobią jeszcze ze dwie ścierzki dźwiękowe dla Finchera i się zastanowię).
A jeśli chodzi o "Idę", Liritio trzyma kciuki za "Mandarynki" i "Dzikie historie".
I chciałabym jeszcze zobaczyć "Foxcatchera".
![]() |
| Jedyny właściwy wybór. |
Etykiety:
Alejandro González Iñárritu,
Alexandre Desplat,
Amy Adams,
film,
Meksyk,
Michael Keaton,
muzyka,
Oscar,
Rosamund Pike,
Tim Burton,
USA,
Wes Anderson
niedziela, 26 października 2014
Ot, dziwactwo
Jedna godzina w sztucznym nadmiarze - wiem, wczesną wiosną i tak mi ją odbiorą.
Ale może owa godzina popchnęła mnie do ukrócenia zaniku blogowania.
Niemniej, to będzie proces. Co dalej, okaże się.
Kiełkowało stale, najwyraźniej nieskutecznie.
Jeszcze nie zorientowałam się, że porzuciłam mój zabałaganiony kalejdoskop, a już myślałam o nowych wpisach. Jeszcze nie męczyła mnie myśl, że czegoś mi nieco brak, a już układałam w głowie zdanie za zdaniem. Że efektów nie było, to jedno.
Że w Liritio tęsknota urastała, to drugie.
Na pewno wpływ osobistej osobistości jest niemały - kotłowało się, zmieniało, odchodziło i wracało. Zamęt, szaleństwo w oku i łapanie samej siebie w biegu. Ale...!
Liritio ma nawroty, czego dokładnie, trudno okreslić.
Miewa, cyklicznie, nazwałabym to syndromem rozpadającego się domku z kart. Bardzo przydatne w określaniu stałych punktów w życiu.
Porzucając zagłębianie się w prywatę (co gorsza, w moim blogowym wykonaniu, prywatę mocno metaforyczną), jakie było zdziwienie Lirito, kiedy kalejdoskopowe przelewanie myśli w bloga (chciałoby się rzec, "na papier", ale niestety, gęsiego pióra brak, a i fizys wieszcza niegodny) okazało się jednak stałą. Jakby daleką orbitą, cichą, pewną, bardzo moją i bardzo znaną. Aczkolwiek w codziennym hałasie nie zawsze obecną.
Ot, znowu jestem. Może to dowcip.
Ale może owa godzina popchnęła mnie do ukrócenia zaniku blogowania.
Niemniej, to będzie proces. Co dalej, okaże się.
Kiełkowało stale, najwyraźniej nieskutecznie.
Jeszcze nie zorientowałam się, że porzuciłam mój zabałaganiony kalejdoskop, a już myślałam o nowych wpisach. Jeszcze nie męczyła mnie myśl, że czegoś mi nieco brak, a już układałam w głowie zdanie za zdaniem. Że efektów nie było, to jedno.
Że w Liritio tęsknota urastała, to drugie.
Na pewno wpływ osobistej osobistości jest niemały - kotłowało się, zmieniało, odchodziło i wracało. Zamęt, szaleństwo w oku i łapanie samej siebie w biegu. Ale...!
Liritio ma nawroty, czego dokładnie, trudno okreslić.
Miewa, cyklicznie, nazwałabym to syndromem rozpadającego się domku z kart. Bardzo przydatne w określaniu stałych punktów w życiu.
Porzucając zagłębianie się w prywatę (co gorsza, w moim blogowym wykonaniu, prywatę mocno metaforyczną), jakie było zdziwienie Lirito, kiedy kalejdoskopowe przelewanie myśli w bloga (chciałoby się rzec, "na papier", ale niestety, gęsiego pióra brak, a i fizys wieszcza niegodny) okazało się jednak stałą. Jakby daleką orbitą, cichą, pewną, bardzo moją i bardzo znaną. Aczkolwiek w codziennym hałasie nie zawsze obecną.
Ot, znowu jestem. Może to dowcip.
Etykiety:
prywatny cyrk
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Oscar, Oscar, won ze sceny
Liritio bardzo chciałaby porozmawiać o Oscarach, ale niestety nie ma zbyt wiele do powiedzenia.
nie, żeby dotąd powstrzymywały mnie takie szczegóły
Oscary nadal są nudne, od lat mniej więcej pięciu, o ile nie mylę się w rachubach.
Albo Liritio już nieodwracalnie postarzała się i zdziadziała?
"Kapitan Phillips" oficjalnie dołącza do grona TYCH filmów, które nagrody nie dostają, choć powinny."Social Network", "Michael Clayton", "Frost/Nixon" i dalej wymieniać nie będę
2013 rok to "12 Years a Slave" i Akademia chyba nie ma innej opcji. Chociaż może nas zaskoczą.
Gdzie w nominacjach za rolę główną zgubili Toma Hanksa?
Załapał się Leonardo, dadzą, nie dadzą?
Chyba nie dadzą, Christian Bale jest cacy wyborem, dla Liritio, i dla Akademii.
Chociaż Leonardo pozostaje tytanem Hollywood, Liritio odwiecznie woli go w tych innych rolach.
Z dawniejszych - "Co gryzie Gilberta Grape'a". Z tych pośrednich, "Złap mnie, jeśli potrafisz".
Z nowszych, "Revolutionary Road" (w której był naprawdę niesamowity), "Blood Diamond" i cudowne "Body of Lies", które nie wiedzieć czemu w Polsce przeszło bez najmniejszego echa. Mimo, że był to wierzchołek jakości w filmografii Ridleya Scotta ostatnich, nie przymierzając, dziesięciu lat... Od "Naciągaczy" licząc.
"Naciągacze", Nicolas Cage, Sam Rockwell, 2003 rok, kiedy to było? I cóż się potem z Ridleyem stało? "Królestwo niebieskie", "American Gangster", "Robin Hood", "Prometeusz" i wreszcie wisienka na torcie, "The Counselor".
W jego najnowszym filmie ("Exodus") gra Christian Bale, Ben Kingsley i John Turturro, może podniosą Scotta z odmętów. Chociaż film dotyczący wyjścia Żydów z Egiptu... Może być odwrotnie, może Bale i reszta wpadną w czeluść Scottowego obłąkania.
Jeśli o chodzi o kategorię "aktor pierwszoplanowy", Liritio niezmiennie popiera Johnny'ego Deppa, w drugiej kolejności Joaquina Phoenixa... Że nie są nominowani, Matthew McConaughey wydaje się zabawnym finałem. Ale "Dallas Buyers Club jeszcze nie widziałam, więc o opinię ciężko.
Cuarona za "Grawitację" bym nagrodziła, Pyne'a może nawet bardziej. McQueena jeszcze chyba nie. Chociaż... Byle nie Russel, byle nie Scorsese
Zastanawia mnie, co w tej kategorii robi David O. Russel, kiedy tak naprawdę jeszcze od podłogi nie odrósł.
O jego muzowatej Jennifer Lawrence aż przykro pisać. Lubię ją jako młodą aktorkę, która miała ciekawy start, świetną rolę w "Winter's Bone", lubię jako kwiat młodzieży, z czasem przeradzający się w ogromny talent.
Ale obecnie? Won ze sceny!
Ogółem do aktorek podejścia mam mieszane. Drażni mnie kolejna nominacja dla Meryl Streep, aczkolwiek tutaj Blanchett nie ma raczej równorzędnej przeciwniczki. Aż szkoda, pewniaki są równie nudne co amerykańska flaga.
Zadziwiająco, w tym roku ciekawszą kategorią jest aktorka drugoplanowa.
Liritio cieszy oczy "Polowaniem" w zagranicznej kategorii, Mads Mikkelsen górą!
Chociaż innych nominowanych nie widziałam, może któryś by mnie powalił na kolana?
Liritio cieszy oczy Desplatem za "Tajemnicę Filomeny".
Alexandre Desplat... Moja mini Ziemia Obiecana, jeśli o Oscarach mówimy. Dajcie mu wreszcie tę łysą statuetkę!
Oczywiście Williams za "Złodziejkę książek". Już nie mam na to siły, aż dziw, że Akdademia jeszcze ma.
To niech już wygra Newman za "Ratując Pana Banksa"...
Z tych filmów widziałam jedynie "Grawitację", ale bez oglądania trzymam kciuki za Desplatową "Philomene". Jeśli Clooney może go zatrudniać przy swoich filmach ("The Monuments Men"), Oscar też powinien się znaleźć w jego łapce. W końcu Złoty Kawaler Hollywood wie co robi.
tutaj miałam na myśli Clooneya, nie złotego Oscara
A jeśliby mówić o tym, co rzeczywiście Liritio w tegorocznych Oscarach pociąga, to jednak "Dallas Buyers Club" i "Her".
cicho sza, że żadnego jeszcze nie widziałam...
Liritio cieszy oczy jeszcze niewidzianym "Her".
nie, żeby dotąd powstrzymywały mnie takie szczegóły
Oscary nadal są nudne, od lat mniej więcej pięciu, o ile nie mylę się w rachubach.
Albo Liritio już nieodwracalnie postarzała się i zdziadziała?
"Kapitan Phillips" oficjalnie dołącza do grona TYCH filmów, które nagrody nie dostają, choć powinny."Social Network", "Michael Clayton", "Frost/Nixon" i dalej wymieniać nie będę
2013 rok to "12 Years a Slave" i Akademia chyba nie ma innej opcji. Chociaż może nas zaskoczą.
Gdzie w nominacjach za rolę główną zgubili Toma Hanksa?
Załapał się Leonardo, dadzą, nie dadzą?
Chyba nie dadzą, Christian Bale jest cacy wyborem, dla Liritio, i dla Akademii.
Chociaż Leonardo pozostaje tytanem Hollywood, Liritio odwiecznie woli go w tych innych rolach.
Z dawniejszych - "Co gryzie Gilberta Grape'a". Z tych pośrednich, "Złap mnie, jeśli potrafisz".
Z nowszych, "Revolutionary Road" (w której był naprawdę niesamowity), "Blood Diamond" i cudowne "Body of Lies", które nie wiedzieć czemu w Polsce przeszło bez najmniejszego echa. Mimo, że był to wierzchołek jakości w filmografii Ridleya Scotta ostatnich, nie przymierzając, dziesięciu lat... Od "Naciągaczy" licząc.
| Najlepszy film Ridleya Scotta od 2004 roku. Tylko jakoś przeszedł bez echa... |
W jego najnowszym filmie ("Exodus") gra Christian Bale, Ben Kingsley i John Turturro, może podniosą Scotta z odmętów. Chociaż film dotyczący wyjścia Żydów z Egiptu... Może być odwrotnie, może Bale i reszta wpadną w czeluść Scottowego obłąkania.
Jeśli o chodzi o kategorię "aktor pierwszoplanowy", Liritio niezmiennie popiera Johnny'ego Deppa, w drugiej kolejności Joaquina Phoenixa... Że nie są nominowani, Matthew McConaughey wydaje się zabawnym finałem. Ale "Dallas Buyers Club jeszcze nie widziałam, więc o opinię ciężko.
Cuarona za "Grawitację" bym nagrodziła, Pyne'a może nawet bardziej. McQueena jeszcze chyba nie. Chociaż... Byle nie Russel, byle nie Scorsese
Zastanawia mnie, co w tej kategorii robi David O. Russel, kiedy tak naprawdę jeszcze od podłogi nie odrósł.
O jego muzowatej Jennifer Lawrence aż przykro pisać. Lubię ją jako młodą aktorkę, która miała ciekawy start, świetną rolę w "Winter's Bone", lubię jako kwiat młodzieży, z czasem przeradzający się w ogromny talent.
Ale obecnie? Won ze sceny!
| A Matthew byłby zabawny z łysym złotym ludkiem w dłoni. |
Zadziwiająco, w tym roku ciekawszą kategorią jest aktorka drugoplanowa.
Liritio cieszy oczy "Polowaniem" w zagranicznej kategorii, Mads Mikkelsen górą!
Chociaż innych nominowanych nie widziałam, może któryś by mnie powalił na kolana?
Liritio cieszy oczy Desplatem za "Tajemnicę Filomeny".
Alexandre Desplat... Moja mini Ziemia Obiecana, jeśli o Oscarach mówimy. Dajcie mu wreszcie tę łysą statuetkę!
Oczywiście Williams za "Złodziejkę książek". Już nie mam na to siły, aż dziw, że Akdademia jeszcze ma.
To niech już wygra Newman za "Ratując Pana Banksa"...
Z tych filmów widziałam jedynie "Grawitację", ale bez oglądania trzymam kciuki za Desplatową "Philomene". Jeśli Clooney może go zatrudniać przy swoich filmach ("The Monuments Men"), Oscar też powinien się znaleźć w jego łapce. W końcu Złoty Kawaler Hollywood wie co robi.
tutaj miałam na myśli Clooneya, nie złotego Oscara
A jeśliby mówić o tym, co rzeczywiście Liritio w tegorocznych Oscarach pociąga, to jednak "Dallas Buyers Club" i "Her".
cicho sza, że żadnego jeszcze nie widziałam...
Liritio cieszy oczy jeszcze niewidzianym "Her".
środa, 22 stycznia 2014
"Hobbit: Pustkowie Smauga", reż. Peter Jackson
Świat Jacksona nie jest światem Tolkiena, ale pięknem książek jest indywidualna interpretacja, czyż nie?
"Władca Pierścieni" do dziś jest jednym z "tych" filmów - jakkolwiek nie jestem ślepo w trylogię Pierścienia zapatrzona, swego czasu pochłonęła mnie całkowicie. Może wydać się mało interesujące, że nie Bergman, a nowozelandzka epopeja Jacksona rozpoczęła moją fascynację kinem, ale życia nie oszukam, każdy ma takie objawienie, na jakie zasłużył.
W zachwyty nad "Pustkowiem Smauga" nie wpadłam, seans miejscami naprawdę mi się dłużył, a wątek rudej damy był cokolwiek bezcelowy. Ale!
Ale magia Jacksona nadal działa.
Świat "Władcy Pierścieni" przedłużony choć trochę, nawet jeśli mniej udanie... To przecież radość dla wszystkich, którzy swego czasu pokochali "Drużynę Pierścienia", a do jacksonowego Śródziemia zawsze wrócę z uśmiechem. Liritio jest fanką przodków i tyłków, a więc wszelakich ciągów dalszych i początków jeszcze nieznanych (to zapewne jedyny powód, dla którego przebrnęłam przez ostatnie trzy części "Gwiezdnych Wojen"). Więc mimo idiotycznych cięć i nudnych rozwlekłości, bardzo fajnie jest znowu spojrzeć na gromadę krasnoludów i hobbickiego złodzieja. Odwiedzić elfy, przypomnieć sobie o wspaniałości krasnoludów... To wszystko jest bajką, bardzo bliską mojemu sercu bajką.
Najbardziej na plus?
Oczywiście Thranduil. Wreszcie elf z prawdziwego zdarzenia, pyszny, groźny i piękny w mało przyjemny sposób, takiego Króla Mrocznej Puszczy to ja rozumiem.
I smok rewelacyjny, cała scena Bilbo i Smauga, chociaż w porównaniu z książkowym dialogiem bezczelnie przycieta, nadal bawiła, nadal została świetnie nakręcona.
A że Martin Freeman jest najprawdziwszym hobbitem, tego już nie muszę nikomu przypominać.
I chociaż ciężko mnie przekonać, że czerstwy wątek Tauriel i Killego był potrzebny, nawet to wybaczam, Evangeline Lilly jest zbyt piękna, żeby negować jej udział w czymkolwiek.
Średnio wypadł Bloom, chociaż rozumiem, że dziesięć lat później trudno zagrać postać jeszcze sporo młodszą niż dekadę wcześniej, ale raził brak pomysłu na tego Legolasa sprzed lat i nie poprawiała tragedii jego dziwnie przygładzona buziunia.
Drugą kwestią, która mierziła Lirito, był Luke Evans... Nie poradzę, ze wszystkimi swoimi wadami, Aragorn był pierwszy. Armitage jako Thorin nadrabia mroczą brawurą brak szlachetności, to nawet dobrze, szlachetność bywa cokolwiek nudna, a Thorin nudny nie jest. Ale nie ma w tym układzie miejsca na kolejnego króla Barda skądśtam, który znowu jest szlachetny, znowu ma zarościk i cierpi w milczeniu.
Czy oni tam w Śródziemiu mają taśmociąg z królami ścichapęk? Luke Evans niestety nie dał od siebie zbyt wiele, a może charyzmy nie starczyło i wyszły takie ciepłe kluchy z poczuciem misji.
Ale jest i wisienka, a nawet dwie! Stephen Fry, ach, Stephen... W roli zapitego tyrana ukradł moje serce i w sumie cały film. To się nazywa dobry aktor: pojawić się w pobocznej, szalonej, przerysowanej roli na pięć minut, najlepiej zapisać się w pamięci Liritio, po czym skończyć czas na ekranie, brawa i czapki z głów.
Duga wisienka? Nieco inna, nieco mniejsza. Ale ja lubię Eda Sheerana, a piosenka "I See Fire" przyczepia się skandalicznie.
I See Fire, Ed Sheeran
"Władca Pierścieni" do dziś jest jednym z "tych" filmów - jakkolwiek nie jestem ślepo w trylogię Pierścienia zapatrzona, swego czasu pochłonęła mnie całkowicie. Może wydać się mało interesujące, że nie Bergman, a nowozelandzka epopeja Jacksona rozpoczęła moją fascynację kinem, ale życia nie oszukam, każdy ma takie objawienie, na jakie zasłużył.
W zachwyty nad "Pustkowiem Smauga" nie wpadłam, seans miejscami naprawdę mi się dłużył, a wątek rudej damy był cokolwiek bezcelowy. Ale!
Ale magia Jacksona nadal działa.
Świat "Władcy Pierścieni" przedłużony choć trochę, nawet jeśli mniej udanie... To przecież radość dla wszystkich, którzy swego czasu pokochali "Drużynę Pierścienia", a do jacksonowego Śródziemia zawsze wrócę z uśmiechem. Liritio jest fanką przodków i tyłków, a więc wszelakich ciągów dalszych i początków jeszcze nieznanych (to zapewne jedyny powód, dla którego przebrnęłam przez ostatnie trzy części "Gwiezdnych Wojen"). Więc mimo idiotycznych cięć i nudnych rozwlekłości, bardzo fajnie jest znowu spojrzeć na gromadę krasnoludów i hobbickiego złodzieja. Odwiedzić elfy, przypomnieć sobie o wspaniałości krasnoludów... To wszystko jest bajką, bardzo bliską mojemu sercu bajką.
Najbardziej na plus?
Oczywiście Thranduil. Wreszcie elf z prawdziwego zdarzenia, pyszny, groźny i piękny w mało przyjemny sposób, takiego Króla Mrocznej Puszczy to ja rozumiem.
I smok rewelacyjny, cała scena Bilbo i Smauga, chociaż w porównaniu z książkowym dialogiem bezczelnie przycieta, nadal bawiła, nadal została świetnie nakręcona.
A że Martin Freeman jest najprawdziwszym hobbitem, tego już nie muszę nikomu przypominać.
![]() |
| Srogi Król Mrocznej Puszczy, czyli piękny Lee Pace |
Średnio wypadł Bloom, chociaż rozumiem, że dziesięć lat później trudno zagrać postać jeszcze sporo młodszą niż dekadę wcześniej, ale raził brak pomysłu na tego Legolasa sprzed lat i nie poprawiała tragedii jego dziwnie przygładzona buziunia.
| Thorin jest super sam w sobie, ale mokry Thorin w beczce, wisołujący kijem... To już przechodzi ludzkie pojęcie! |
Czy oni tam w Śródziemiu mają taśmociąg z królami ścichapęk? Luke Evans niestety nie dał od siebie zbyt wiele, a może charyzmy nie starczyło i wyszły takie ciepłe kluchy z poczuciem misji.
Ale jest i wisienka, a nawet dwie! Stephen Fry, ach, Stephen... W roli zapitego tyrana ukradł moje serce i w sumie cały film. To się nazywa dobry aktor: pojawić się w pobocznej, szalonej, przerysowanej roli na pięć minut, najlepiej zapisać się w pamięci Liritio, po czym skończyć czas na ekranie, brawa i czapki z głów.
| W pełnym dramatycznych tonów filmie, którz lepiej rozładuje napięcie niż nasze słoneczko, Stephen Fry? |
I See Fire, Ed Sheeran
piątek, 17 stycznia 2014
W oceanie przeciętności, czyli role zapamiętane
Oto jest pewna przykrość, kiedy w filmie nic nas nie poruszyło, może pozostało tylko wzruszenie ramion. Wiemy wszyscy, że filmów zupełnie przeciętnych jest zdecydowanie najwięcej.
Konflikt zaczyna się, kiedy film średni trzymamy w pamięci dla błahostki, szczegółu, drobnostki. Bo i nie ma jak o tym wspomnieć, bez wyciągania całości z wora różności (rym, rym jest, hura), ale że film taki sobie, wywlekanie przed publikę też nieco bezcelowe. A może to jedna scena, jedna naprawdę dobra scena, może to motyw muzyczny, który nie pozwala Wam zasnąć. Wreszcie, może to jedna rola z któregoś planu, jedna rola, która błyszczy i zostaje w pamięci.
Dzisiaj kilka ról, które pamiętam od lat (albo od wczoraj), z drugich planów filmów w mojej ocenie zupełnie przeciętnych. Ułożone chronologicznie i subiektywnie podsumowane.
"Wakacje", reż. George Cukor.
Lew Ayres jako Ned Seton.
Katharine Hepburn, Cary Grant, 1938 rok.
Kilka dni temu obejrzałam całkiem uroczy, zwięzły film, jeden z czterech tytułów tandemu Hepburn - Grant. Nie był zły, absolutnie, ale też nic specjalnego. Jeśli mówić o komediach tamtych czasów, Liritio bardzo docenia prostotę, ale w "Wakacjach" owa prostota łączy się niestety z głupotą fabuły. Chociaż może nie tyle głupotą, co słabą wiarygodnością, czy to charakterów, czy głównego konfliktu. A szkoda, gdyby mniej sztampowo rozpisać role, wyszłoby z "Wakacji" coś znacznie lepszego. Nie można jednak odmówić im ogromnego uroku i bardzo pozytywnej chemii między Grantem a Hepburn.
A jednak, wybija się Lew Ayres w drugoplanowej roli uzależnionego od pieniędzy ojca pijaka, niespełnionego muzyka, młodszego brata Hepburn. Nie stanowi w "Wakacjach" roli napędzającej akcję, od niego jednego nic nie jest zależne, jego Ned jest raczej cichym, zamroczonym alkoholem obserwatorem. Ciche poparcie dla "czarnej owcy" Lindy (Hepburn), słabość charakteru, która wpędziła go w nałóg, zblazowanie i wdzięk. Scena noworocznego przyjęcia, życzenia dla siostry i krótki monolog o upijaniu się (z butelką w ręce). Niby niepokorny, a jednak posłuszny, niby ciągle pijany, a najbardziej wnikliwy z całej rodziny. Niezwykle podobał mi się Ayres w tej roli i jego chrapliwy, pijany szept "happy new year".
Na marginesie, czy Cary Grant to jedyny aktor, który zagrał zarówno z Katharine, jak i z Audrey? Chwila, dumam, dumam... Wiem, Humphrey Bogart. Inni?
"Kwiat kaktusa", reż. Gene Saks.
Goldie Hawn jako Toni Simmons.
Ingrid Bergman, Walter Matthau, 1969 rok.
Z tego filmu ponad czterdzieści lat później zrobiono "Just Go With It", które zaskakująco polubiłam. Aczkolwiek oryginałowi w reżyserii Saksa nie można odmówić większej inteligencji, subtelniejszego humoru i klasy, nie zmienia to faktu, że ani "Just Go With It", ani "Kwiat kaktusa" nie pozostają na dłużej w pamięci. Oryginał jest zupełnie sympatyczną komedią, ale szału nie ma, głównie dlatego, że Matthau i Bergman rozmijają się komediową charyzmą. To znaczy, Matthau ją posiada, a Bergman jakby mniej.
Jednak od pierwszej sceny Goldie Hawn kradnie film i nie odpuszcza do samego końca. Można by się zastanawiać czy tak błyszczy ze względu na własną grę, czy przez niedopasowanie Matthau i Bergman, które czyni ich relację nieco sztywną.
Ale, ale! "Kwiat kaktusa" był (chyba) debiutem Hawn na dużym ekranie, w każdym razie pojawiają się magiczne słowa "introducing Goldie Hawn". I jest to najbardziej udane introduction, jakie pamiętam.
Hawn jest świetna w roli emocjonalnej, nieco naiwnej kochanki starszego, w teorii żonatego mężczyzny. Urocza, trzpiotowata, ale ciągle stawiająca na swoim, prośbą lub groźbą. Jest optymistyczna, pozytywna, prędzej coś zrobi, niż pomyśli, ale w finiszu nadal ma dużo do powiedzenia. Przy sztywności pary głównych bohaterów, to Hawn (czasem z Matthau, czasem z Rickiem Lenzem, który również gra całkiem uroczą rolę) wprowadza naprawdę komediowy klimat, a idzie jej to genialnie.
Filmów z Goldie Hawn oglądałam... Chyba żadnego! A nie, przepraszam, "Wszyscy mówią: kocham Cię". I nigdy bym się nie spodziewała tak dobrej roli po tej aktorce, i jestem Goldie z "Kwiatu kaktusa" całkiem zachwycona.
"Matrix Reaktywacja", reż. Andy i Lana Wachowski.
Lambert Wilson jako Merowing. Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie - Anne Moss, 2003 rok.
Ostatnia rola pochodzi z zupełnie innej bajki i funkcjonuje na zupełnie innej zasadzie. "Matrix Reaktywacja" to bardzo widowiskowy film, z którego wiele scen może pozostać w pamięci, niestety owa widowiskowość nie zmienia go w film dobry, tym na pewno nie jest. Nie jest również filmem złym, tego miana dostępuje dopiero "Matrix Rewolucje" (oj, trauma trwa do dziś, ile to już lat...).
Tutaj Lirito po części sama pozostaje dla siebie niewiadomą, dlaczego Lambert Wilson w krótkiej scenie Merowinga jest najczęściej przywoływanym przeze mnie przykładem bardzo dobrej roli w bardzo przeciętnym filmie. Nawet nie jestem taka pewna, czy jego rola rzeczywiście zwala z nóg, chyba nie zwala... A jednak, właśnie jego z "Matrixa Reaktywacji" pamiętam (i nie dlatego, że mi się podoba, już to kiedyś rozważałam). Pamiętam wino, które pije, pamiętam ton i akcent, z jakim mówi, pamiętam monolog dotyczący przyczyny i skutku, i pamiętam jego poirytowanie, kiedy żona robi mu psikusa.
Handlarz informacją, zdradzony mąż, filozof na wyrost, irytujący Merowing jest również ciekawym Merowingiem i jego monolog pozostaje w pamięci. A w takim nagromadzeniu postaci, wątków i efektów specjalnych wyjść na pierwszy plan pięciominutową sceną... Tak, Wilson zasługuje na mały aplauz, nawet jeśli tylko z mojej strony.
Cóż mogę dodać, pojawiłyby się nazwiska stałych mistrzów drugiego planu, ale jednak dzisiaj rozchodziło się o filmy raczej mdłe, więc stałych mistrzów zmilczę. Poza Woody Harrelsonem, który z każdej roli potrafi zrobić szał, zaraz obok Chrisa Coopera, Williama Fichtnera, Marisy Tomei i Lee Pace'a. Ale to inna kategoria filmów, innej kategorii wpis.
A Liritio co robi? Chyba wraca. Chyba tak.
Konflikt zaczyna się, kiedy film średni trzymamy w pamięci dla błahostki, szczegółu, drobnostki. Bo i nie ma jak o tym wspomnieć, bez wyciągania całości z wora różności (rym, rym jest, hura), ale że film taki sobie, wywlekanie przed publikę też nieco bezcelowe. A może to jedna scena, jedna naprawdę dobra scena, może to motyw muzyczny, który nie pozwala Wam zasnąć. Wreszcie, może to jedna rola z któregoś planu, jedna rola, która błyszczy i zostaje w pamięci.
Dzisiaj kilka ról, które pamiętam od lat (albo od wczoraj), z drugich planów filmów w mojej ocenie zupełnie przeciętnych. Ułożone chronologicznie i subiektywnie podsumowane.
"Wakacje", reż. George Cukor.
Lew Ayres jako Ned Seton.
Katharine Hepburn, Cary Grant, 1938 rok.
Kilka dni temu obejrzałam całkiem uroczy, zwięzły film, jeden z czterech tytułów tandemu Hepburn - Grant. Nie był zły, absolutnie, ale też nic specjalnego. Jeśli mówić o komediach tamtych czasów, Liritio bardzo docenia prostotę, ale w "Wakacjach" owa prostota łączy się niestety z głupotą fabuły. Chociaż może nie tyle głupotą, co słabą wiarygodnością, czy to charakterów, czy głównego konfliktu. A szkoda, gdyby mniej sztampowo rozpisać role, wyszłoby z "Wakacji" coś znacznie lepszego. Nie można jednak odmówić im ogromnego uroku i bardzo pozytywnej chemii między Grantem a Hepburn.
A jednak, wybija się Lew Ayres w drugoplanowej roli uzależnionego od pieniędzy ojca pijaka, niespełnionego muzyka, młodszego brata Hepburn. Nie stanowi w "Wakacjach" roli napędzającej akcję, od niego jednego nic nie jest zależne, jego Ned jest raczej cichym, zamroczonym alkoholem obserwatorem. Ciche poparcie dla "czarnej owcy" Lindy (Hepburn), słabość charakteru, która wpędziła go w nałóg, zblazowanie i wdzięk. Scena noworocznego przyjęcia, życzenia dla siostry i krótki monolog o upijaniu się (z butelką w ręce). Niby niepokorny, a jednak posłuszny, niby ciągle pijany, a najbardziej wnikliwy z całej rodziny. Niezwykle podobał mi się Ayres w tej roli i jego chrapliwy, pijany szept "happy new year".
Na marginesie, czy Cary Grant to jedyny aktor, który zagrał zarówno z Katharine, jak i z Audrey? Chwila, dumam, dumam... Wiem, Humphrey Bogart. Inni?
"Kwiat kaktusa", reż. Gene Saks.
Goldie Hawn jako Toni Simmons.
Ingrid Bergman, Walter Matthau, 1969 rok.
Z tego filmu ponad czterdzieści lat później zrobiono "Just Go With It", które zaskakująco polubiłam. Aczkolwiek oryginałowi w reżyserii Saksa nie można odmówić większej inteligencji, subtelniejszego humoru i klasy, nie zmienia to faktu, że ani "Just Go With It", ani "Kwiat kaktusa" nie pozostają na dłużej w pamięci. Oryginał jest zupełnie sympatyczną komedią, ale szału nie ma, głównie dlatego, że Matthau i Bergman rozmijają się komediową charyzmą. To znaczy, Matthau ją posiada, a Bergman jakby mniej.
Jednak od pierwszej sceny Goldie Hawn kradnie film i nie odpuszcza do samego końca. Można by się zastanawiać czy tak błyszczy ze względu na własną grę, czy przez niedopasowanie Matthau i Bergman, które czyni ich relację nieco sztywną.
Ale, ale! "Kwiat kaktusa" był (chyba) debiutem Hawn na dużym ekranie, w każdym razie pojawiają się magiczne słowa "introducing Goldie Hawn". I jest to najbardziej udane introduction, jakie pamiętam.
Hawn jest świetna w roli emocjonalnej, nieco naiwnej kochanki starszego, w teorii żonatego mężczyzny. Urocza, trzpiotowata, ale ciągle stawiająca na swoim, prośbą lub groźbą. Jest optymistyczna, pozytywna, prędzej coś zrobi, niż pomyśli, ale w finiszu nadal ma dużo do powiedzenia. Przy sztywności pary głównych bohaterów, to Hawn (czasem z Matthau, czasem z Rickiem Lenzem, który również gra całkiem uroczą rolę) wprowadza naprawdę komediowy klimat, a idzie jej to genialnie.
Filmów z Goldie Hawn oglądałam... Chyba żadnego! A nie, przepraszam, "Wszyscy mówią: kocham Cię". I nigdy bym się nie spodziewała tak dobrej roli po tej aktorce, i jestem Goldie z "Kwiatu kaktusa" całkiem zachwycona.
"Matrix Reaktywacja", reż. Andy i Lana Wachowski.
Lambert Wilson jako Merowing. Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie - Anne Moss, 2003 rok.
Ostatnia rola pochodzi z zupełnie innej bajki i funkcjonuje na zupełnie innej zasadzie. "Matrix Reaktywacja" to bardzo widowiskowy film, z którego wiele scen może pozostać w pamięci, niestety owa widowiskowość nie zmienia go w film dobry, tym na pewno nie jest. Nie jest również filmem złym, tego miana dostępuje dopiero "Matrix Rewolucje" (oj, trauma trwa do dziś, ile to już lat...).
Tutaj Lirito po części sama pozostaje dla siebie niewiadomą, dlaczego Lambert Wilson w krótkiej scenie Merowinga jest najczęściej przywoływanym przeze mnie przykładem bardzo dobrej roli w bardzo przeciętnym filmie. Nawet nie jestem taka pewna, czy jego rola rzeczywiście zwala z nóg, chyba nie zwala... A jednak, właśnie jego z "Matrixa Reaktywacji" pamiętam (i nie dlatego, że mi się podoba, już to kiedyś rozważałam). Pamiętam wino, które pije, pamiętam ton i akcent, z jakim mówi, pamiętam monolog dotyczący przyczyny i skutku, i pamiętam jego poirytowanie, kiedy żona robi mu psikusa.
| Nie mogłam się powstrzymać, na pierwszy rzut oka widać, że Wilson zaraz zatrze łapki i powie "sesese". |
Cóż mogę dodać, pojawiłyby się nazwiska stałych mistrzów drugiego planu, ale jednak dzisiaj rozchodziło się o filmy raczej mdłe, więc stałych mistrzów zmilczę. Poza Woody Harrelsonem, który z każdej roli potrafi zrobić szał, zaraz obok Chrisa Coopera, Williama Fichtnera, Marisy Tomei i Lee Pace'a. Ale to inna kategoria filmów, innej kategorii wpis.
A Liritio co robi? Chyba wraca. Chyba tak.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Cholerni buddyści
W poniedziałki jakoś zabawniej czyta się książki Loe. Jego zniechęcanie wyścigiem za niczym, w którym wszyscy uczestniczymy, staje się jeszcze sensowniejsze w ten najbardziej przykry dzień tygodnia.
Aczkolwiek dzisiaj świeciło słoneczko, to pociecha.
Kawa, kawa, papiery... Liritio żyje jeszcze na pudłach, których nie ma czasu (ani siły) rozpakować. Żyje tak już ponad dwa tygodnie, zaczyna się przyzwyczajać, może uznamy karton za nowoczesną formę dekoracji wnętrza.
W "Naiwny. Super" głowny bohater tworzy listy. Liczne.
Sporadycznie ja również staram się tworzyć jakieś listy, nie tylko zakupów. Niestety, wszystko co wkracza w rozważanie świata sprawia, że zapętlam się w galopujących skojarzeniach i dygresjach. Listy i Liritio nie idą w parze.
Niemniej jednak, gdybym miała ułożyć listę znienawidzonych czynności i ogólnego hejtu na świat, na pierwszym miejscu zdecydowanie pojawiłaby się "przeprowadzka". Minęło już trochę czasu, a ja nadal jestem tym zmęczona. Druga prawdziwa przeprowadzka w moim życiu, pierwsza była łatwiejsza...
I pomyśleć, że takie niby przeprowadzki lubię, wyjeżdżałam na pół roku, na dwa lata, było pięknie. Ale wtenczas nie musiałam pakować życia w kartony, wystarczyły ciuchy w torbach, buty w jednym pudle, laptop i hulaj dusza, piekła nie ma!
Najwyraźniej im dalej w kartonowe pudła, tym bardziej pakujemy tam też życiową energię.
A przy okazji, na stronie 34 dowiedziałam się, że z mojej osoby udałoby się uzyskać mniej więcej tyle wapnia, żeby pobielić dwie trzecie przeciętnego kurnika. Nawet podniosło mnie to na poniedziałkowym duchu.
Liritio poza kartonami (sztuk mrowie a mrowie), kotem (sztuk jeden), C. (sztuk jeden), obecnie posiada również kilka mebli, zasłonkę i dwa wielkie gęsie jaja w lodówce. Na czas transportu skrzętnie je upakowałam w papier toaletowy i tekturowe pudełko po herbacie. I w tym herbacianym kartoniku siedzą sobie z tyłu lodówki, a ja nie wiem co się robi z gęsim jajem. Może wysiaduje....
Aczkolwiek dzisiaj świeciło słoneczko, to pociecha.
Kawa, kawa, papiery... Liritio żyje jeszcze na pudłach, których nie ma czasu (ani siły) rozpakować. Żyje tak już ponad dwa tygodnie, zaczyna się przyzwyczajać, może uznamy karton za nowoczesną formę dekoracji wnętrza.
W "Naiwny. Super" głowny bohater tworzy listy. Liczne.
Sporadycznie ja również staram się tworzyć jakieś listy, nie tylko zakupów. Niestety, wszystko co wkracza w rozważanie świata sprawia, że zapętlam się w galopujących skojarzeniach i dygresjach. Listy i Liritio nie idą w parze.
Niemniej jednak, gdybym miała ułożyć listę znienawidzonych czynności i ogólnego hejtu na świat, na pierwszym miejscu zdecydowanie pojawiłaby się "przeprowadzka". Minęło już trochę czasu, a ja nadal jestem tym zmęczona. Druga prawdziwa przeprowadzka w moim życiu, pierwsza była łatwiejsza...
I pomyśleć, że takie niby przeprowadzki lubię, wyjeżdżałam na pół roku, na dwa lata, było pięknie. Ale wtenczas nie musiałam pakować życia w kartony, wystarczyły ciuchy w torbach, buty w jednym pudle, laptop i hulaj dusza, piekła nie ma!
Najwyraźniej im dalej w kartonowe pudła, tym bardziej pakujemy tam też życiową energię.
"Jestem przekonany, że chodzi o ten zapał. Którego brak.W "Naiwny. Super" jestem gdzieś w okolicach strony pięćdziesiątej, ale już lubię tę książkę i jej bohatera. Wyobraźcie sobie, kupił sobie czerwoną piłkę i teraz uderza nią w ścianę na podwórku, codziennie, najczęściej po wieczornych Wiadomościach.
Muszę go znaleźć. Odnaleźć na powrót.
Gdzieś przecież istnieje.
Przypuszczalnie nie warto o tym mówić.
To trochę tak, jak z zen.
Póki próbuję, nic mi nie wychodzi.
Dopiero kiedy przestaję, wszystko się udaje.
Cholerni buddyści. Myślą, że są tacy piekielnie chytrzy."
Erlend Loe, "Naiwny.Super", Wyd. Zyski i S-ka, Poznań, 2002 r., str. 33.
A przy okazji, na stronie 34 dowiedziałam się, że z mojej osoby udałoby się uzyskać mniej więcej tyle wapnia, żeby pobielić dwie trzecie przeciętnego kurnika. Nawet podniosło mnie to na poniedziałkowym duchu.
Liritio poza kartonami (sztuk mrowie a mrowie), kotem (sztuk jeden), C. (sztuk jeden), obecnie posiada również kilka mebli, zasłonkę i dwa wielkie gęsie jaja w lodówce. Na czas transportu skrzętnie je upakowałam w papier toaletowy i tekturowe pudełko po herbacie. I w tym herbacianym kartoniku siedzą sobie z tyłu lodówki, a ja nie wiem co się robi z gęsim jajem. Może wysiaduje....
Etykiety:
cytat,
Erlend Loe,
książka,
Norwegia,
prywatny cyrk
piątek, 1 listopada 2013
Blade światło
Czyli jesień nam późnieje, czternasta na Placu Konstytucji to blade promienie przeświecające przez kolumnadę.
Późniejąca jesień i późniejąca Liritio, obwieszcza nieśmiałą reaktywację. Nieobecność stara się tłumaczyć przeprowadzką (po co mi to było) i nawałem pracy (nic nowego). Ale wraca, Liritio zawsze będzie wracać, prędzej czy później.
Cały październik męczyłam "Wymyślanie wrogów" Umberto Eco, nie po raz pierwszy stwierdzając, że z Eco się rozmijam.Czasem czytam, "Zapiski na pudełku od zapałek" nawet lubię, ale ogółem nie ta wrażliwość, nie te tematy, nie do końca działamy. Rozdział poniekąd o Wiktorze Hugo - rewelacja. Resztę męczyłam pokartkowując. Nieładnie z mojej strony, ale czasem słabłam.
Eco, przerywany świetnymi kryminałami Nessera i "Hotelem św. Augustyna" Irwina Shaw (o którym niebawem będzie więcej, tymczasem więc zmilczę), zajął mi cały, długi miesiąc. Ach tak, początkowo kończyłam jeszcze Dehnela, na zmianę marszcząc się na jego przyczepianie się do drobnostek i radośnie pokwikując nad elegancką złośliwością, którą uprawia tak pięknie.
Lubić, nie lubić, czytanie Dehnela ma sens, nie dość że inteligentny, styl ma porządny i ładny. Dopracowany.
Obecnie podczytuję "W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe" Anne Fadiman, której "Ex libris" swego czasu czytałam z przyjemnością.
I w owych "Esejach poufałych", które już kocham za zmniejszanie mojej literackiej ignorancji, jest rozdział o skowronkach i sowach.
Dawno już nie napomykałam o moich nocnych upodobaniach, ale przynajmniej część z Was może wiedzieć, że Liritio nocami egzystuje najpiękniej.
Fadiman cytuje nieznanego mi bliżej pana:
To znaczy, miewam, ubolewam nad tym, teraz już miewam. Były jednak takie czasy, kiedy Liritio o godzinie szóstej może się kładła, ale na pewno nie wstawała.
A te bez mała odwieczne walki z moim dziadkiem, który mnie pokątnie acz skutecznie wychowywał, a odkąd pamiętam kładł się spać o godzinie 22 i wstawał w okolicach 6. W jego oczach byłam prawie że Antychrystem... Mimo to dogadywaliśmy się przednio, więc to tylko szybkie napomknięcie z prywaty.
Noce, noce!
Miasta nocą, światła i w końcu szum drzew, w ciągu dnia skutecznie zagłuszany łoskotem życia. I taka specyficzna, przyczajona cisza z pojedynczymi, jasnymi oknami w tle. Uwielbiam.
Pustkowia nocą? Gwiazdy, szmery, jesteśmy sami na świecie. Piękne i trochę straszne zarazem.
"Nighthawks at the Diner" Hoppera, sztandarowy przykład. A Liritio Hoppera lubi, natomiast "Nighthawks..." to nie jest ten ulubiony obraz. Czy kiedyś już mówiłam, że "New York Movie" Liritio chwyta za... Za coś chwyta. I nie każcie mi tłumaczyć, i tak nie wiem.
Jest też Spilliaert, który jakoś tak dobrze noce malował...
A od niedawna podglądam Jeremiego Manna, współczesny artysta. Turnerem zdecydowanie nie jest, ale coś w jego obrazach kazało mi zapamiętać nazwisko i tutaj wracać.
Kiedyś dawno przeglądając czyjś tumblr. zwróciłam uwagę na "Manhattan Nights".
Chwilę potem, nie wiedzieć czemu, zakochałam się w tym, "Bryant Street Bar".
Ale najbardziej "Lights in Midnight Rain"
Późniejąca jesień i późniejąca Liritio, obwieszcza nieśmiałą reaktywację. Nieobecność stara się tłumaczyć przeprowadzką (po co mi to było) i nawałem pracy (nic nowego). Ale wraca, Liritio zawsze będzie wracać, prędzej czy później.
Cały październik męczyłam "Wymyślanie wrogów" Umberto Eco, nie po raz pierwszy stwierdzając, że z Eco się rozmijam.Czasem czytam, "Zapiski na pudełku od zapałek" nawet lubię, ale ogółem nie ta wrażliwość, nie te tematy, nie do końca działamy. Rozdział poniekąd o Wiktorze Hugo - rewelacja. Resztę męczyłam pokartkowując. Nieładnie z mojej strony, ale czasem słabłam.
Eco, przerywany świetnymi kryminałami Nessera i "Hotelem św. Augustyna" Irwina Shaw (o którym niebawem będzie więcej, tymczasem więc zmilczę), zajął mi cały, długi miesiąc. Ach tak, początkowo kończyłam jeszcze Dehnela, na zmianę marszcząc się na jego przyczepianie się do drobnostek i radośnie pokwikując nad elegancką złośliwością, którą uprawia tak pięknie.
Lubić, nie lubić, czytanie Dehnela ma sens, nie dość że inteligentny, styl ma porządny i ładny. Dopracowany.
Obecnie podczytuję "W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe" Anne Fadiman, której "Ex libris" swego czasu czytałam z przyjemnością.
I w owych "Esejach poufałych", które już kocham za zmniejszanie mojej literackiej ignorancji, jest rozdział o skowronkach i sowach.
Dawno już nie napomykałam o moich nocnych upodobaniach, ale przynajmniej część z Was może wiedzieć, że Liritio nocami egzystuje najpiękniej.
Fadiman cytuje nieznanego mi bliżej pana:
"Kiedy piszę po zmroku - zauważył Cyril Connolly - w moją prozę wsączają się purpurowe wieczorne cienie. Dlaczego zatem nie piszę o poranku? Ponieważ ja niestety jakoś nie miewam poranków, a do tego choć ja sam nie pogardzam ludźmi, którzy chodzą spać wcześniej ode mnie, to oni wszyscy dziwnie się denerwują, że ja nie wstaję."Historia mojego życia: nie miewanie poranków. To byłaby kwintesencja, "jakoś nie miewam poranków".
Anne Fadiman, "W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe", Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, str.73
To znaczy, miewam, ubolewam nad tym, teraz już miewam. Były jednak takie czasy, kiedy Liritio o godzinie szóstej może się kładła, ale na pewno nie wstawała.
A te bez mała odwieczne walki z moim dziadkiem, który mnie pokątnie acz skutecznie wychowywał, a odkąd pamiętam kładł się spać o godzinie 22 i wstawał w okolicach 6. W jego oczach byłam prawie że Antychrystem... Mimo to dogadywaliśmy się przednio, więc to tylko szybkie napomknięcie z prywaty.
Noce, noce!
Miasta nocą, światła i w końcu szum drzew, w ciągu dnia skutecznie zagłuszany łoskotem życia. I taka specyficzna, przyczajona cisza z pojedynczymi, jasnymi oknami w tle. Uwielbiam.
Pustkowia nocą? Gwiazdy, szmery, jesteśmy sami na świecie. Piękne i trochę straszne zarazem.
"Nighthawks at the Diner" Hoppera, sztandarowy przykład. A Liritio Hoppera lubi, natomiast "Nighthawks..." to nie jest ten ulubiony obraz. Czy kiedyś już mówiłam, że "New York Movie" Liritio chwyta za... Za coś chwyta. I nie każcie mi tłumaczyć, i tak nie wiem.
A od niedawna podglądam Jeremiego Manna, współczesny artysta. Turnerem zdecydowanie nie jest, ale coś w jego obrazach kazało mi zapamiętać nazwisko i tutaj wracać.
Kiedyś dawno przeglądając czyjś tumblr. zwróciłam uwagę na "Manhattan Nights".
Chwilę potem, nie wiedzieć czemu, zakochałam się w tym, "Bryant Street Bar".
Ale najbardziej "Lights in Midnight Rain"
| Jeremy Mann, "Lights in Midnight Rain". Liritio trochę kocha. |
Etykiety:
eseje,
eseje o literaturze,
Jeremy Mann,
książka,
malarstwo,
prywatny cyrk



















