wtorek, 29 stycznia 2013

Zaczyna się od kompozytora, a dalej swobodnie, czyli przepływ myśli z Oscarami na marginesie.

"Zmierzch: Księżyc w nowiu" (która to jest część? druga? trzecia?) wbrew obiegowej opinii, miał co najmniej jeden naprawdę dobry element składowy. I nie był to Michael Sheen - chociaż on jest tym drugim jasnym punktem najbardziej kontrowersyjnej trylogii o wampirach... Której grupą docelową są dziewczynki lat 13 - 16, poważna krytyka nie wchodzi tu w grę. Chociaż chwila, Michael Sheen był w tej części? Sprawdzam, sprawdzam... Był. Tak, Lirito widziała trzy części "Zmierzchu", ale poza tą pierwszą, o której wiem na pewno, że była chronologicznie pierwsza, dalej nie mam pojęcia, która jest która.

Czyli "Zmierzch: Księżyc w nowiu" nie był najgorszym filmem wszechczasów. Dlaczego? Aaa, mianowicie temat główny tego zacnego dzieła - "The Meadow" - napisał Alexandre Desplat. Kompozytor muzyki filmowej, którego niekoniecznie trzeba uwielbiać (chociaż to idiotyczne, Desplata można wyłącznie uwielbiać), ale na pewno ma swój pewien rozpoznawalny styl i kilka rzeczywiście świetnych osiągnięć, co potwierdzi nie tylko ilość nominacji, ale nasze własne uszka.

Nazwisko Desplata sprawdziłam po raz pierwszy przy okazji "Syriany", czyli osiem lat temu. Ale dopiero muzyka do "Ostrożnie, pożądanie" Anga Lee, która pozostała raczej niezauważona (przynajmniej w aspekcie nominacji do nagród wszelakich), wzbudziła miłość w oziębłym sercu Liritio. A film "Ostrożnie, pożądanie" faktycznie zobaczyłam dopiero w zeszłym roku. W grudniu. Zupełnie niedawno. I zabawnie ogląda się film, o którego treści nie ma się wielkiego pojęcia, ale muzykę w tle zna się na pamięć.
I tak, powtarzam się (i mam zamiar się tak powtarzać po wsze czasy), a ponad trzy lata temu już raz napisałam o tym panu, jeszcze na starym blogu.
Kojarzycie "Królową", kojarzycie "Jak zostać królem", "Harry'ego Pottera i Insygnia Śmierci", "Autora widmo", "Malowany welon", "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" i "Dziewczynę z perłą", od której chyba rozpoczęła się międzynarodowa rozpoznawalność Desplata.

A w tym roku ponownie nominacja... Nie mogę już patrzeć na nazwisko Johna Williamsa, chociaż nie znaczy to, że Williamsa nie doceniam. Ale dajcie spokój, on ma już cztery pięć Oscarów, a w zeszłym roku był nominowany do dwóch. Dwóch! A Desplat do żadnego.
A wiecie do jakich filmów Desplat robił muzykę w 2011 roku? Do "Drzewa życia" Malicka, do ostatniego Pottera Yatesa, do "Rzezi" Polańskiego, do "Id Marcowych" Clooneya, "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Stephena Daldry (reżyser "Godzin" i "Lektora") i do małego filmu Daniela Auteuila, "Córka studniarza"... Ale do francuskich filmów Desplat trzaska soundtracki od zarania dziejów. Jego dziejów, oczywista.

Oto człowiek nominowany do Oscara 48 razy...
Hans Zimmer ma jedną statuetkę z dziewięciu nominacji. Howard Shore zdobył dwie z trzech nominacji - ale on wygrał "Władcą Pierścieni", a wiemy wszyscy, że Akademia wpadła w istny amok pierścieniowy.
John Powell... A tam, takie nazwiska. Wiecie ile Oscarów trzyma w łazience Ennio Morricone, który jest klasą samą w sobie, a nawet pewną marką? Żadnego. Zero. Morricone był nominowany do Oscara pięć razy, John Williams trzydzieści czterdzieści osiem. Nagle fakt, że ma ich aż pięć zmienia się w "tylko pięć" i dwie statuetki Shore'a za kolejne części jednego filmu stają się śmiechu warte. Mogę stwierdzać, że Akademia nie wie co robi, czego dowodem jest przykład Morricone, a jednocześnie mogę przyznawać rację, że John Williams tworzył muzykę do legendarnych filmów, i to muzykę, która sama w sobie stawała się legendarna. Ale dość, wystarczy, proponuję ograniczyć nominację dla Williamsa do cyklu trzyletniego, niech zostawi trochę miejsca innym...

Liritio chce Oscara dla Alexandre Desplata! Hasło coroczne, a Akademia nie ułatwia mojego chcenia - Desplat jest nominowany prawie rok w rok (a kiedy nie jest, prawdopodobnie powinien być) i ja prawie rok w rok nerwy strzępię w złudnej nadziei. Rok 2012 to muzyka do "Rust and Bone" Audiarda - ale wśród Francuzów, jak napisałam, Desplat uznania nie musi szukać i ostatnie dwie dekady pisał muzykę do wszystkich filmów Audiarda, jedynie poza "Salonem piękności Venus" - "Moonrise Kingdom" Andersona, "Zero Dark Thirty" Bigelow i wreszcie nominowany za "Argo" Afflecka.

Po cóż to wymienianie? Dla zaznaczenia różnorodności. Desplat tworzy spokojne ścieżki dźwiękowe, takie niby plum, plum, ale potrafi tym plumkaniem odmalować każdą galerię wrażeń. I różnorodni reżyserzy (chociaż to może raczej producenci) z nim współpracują przy różnorodnych filmach, sławnych filmach.
Czyli Liritio czeka, zaciska zęby i wyczekuje Oscara. Pewnie jeszcze nie w tym roku...
A czekam wiernie na tę chwilę, nawet wierniej niż na Oscara dla Johnny'ego Deppa.

Chociaż Depp również, bądź co bądź, sprawy nie ułatwia, od lat nie miał olśniewającej roli i ja się tak nie bawię... Czy możemy cofnąć się cofnąć w czasie i jednak dać mu Oscara za Jacka Sparrowa? Chociaż nie, bo wtedy wygrał Sean Penn, któremu również kibicujemy. To może rok później za Rochestera z "Rozpustnika" (chociaż w roku kiedy grał Rochestera, wypadła rola Jamesa Barrie, za którą go łaskawie nominowali... ale wedle mojej skromnej opinii Depp był znacznie lepszym Rochesterem niż Barriem). Wtedy wygrał Jamie Foxx, ale jemu bym nagrodę zabrała. Nie, żeby nie zasłużył, ale lobbując Deppa nie mam miejsca na wielkoduszność, nawet jeśli Foxx był najlepszym Rayem Charlesem jakiego można sobie wyobrazić. Poza oczywiście Rayem oryginalnym.

Johnny jako rozpustny hrabia Rochester, John "you will not like me" Wilmot.
Ogółem Depp, jak na aktora tej klasy, ma zaskakująco mało wygranych nagród. Nie jest to casus aż tak tragiczny, co przypadek Leonardo DiCaprio, ale nadal... Że już nie wspomnę o Johnie Malkovichu, który nie był nominowany od prawie dwudziestu lat. Halo, Akademia! Swoją drogą, Malkovich też pojawił się w "Rozpustniku" jako król Karol II. W ogóle ten film miał znakomitą obsadę - Johnny Depp, John Malkovich, Samantha Morton, Tom Hollander, Rupert Friend, Rosamund Pike - a raczej nie pamiętam żeby był jakoś dobrze przyjęty, co zadziwia mnie do dziś. Spodziewajcie się w przyszłości powrotu do "Rozpustnika", jako że ten film utkwił mi w pamięci nie tylko ze względu na Deppa, chociaż również w "Rozpustniku", jak wszędzie, Depp kradnie sceny większości.
I w oczekiwaniu na jego Oscara wierzymy w "Shantaram", które może kiedyś powstanie. Bo mam wrażenie, że jest to na razie jedyny film w projektach Deppa, w którym będzie mógł ponownie nas zaskoczyć.

A tegoroczne Oscary ucieszyły mnie jedynie piosenkami. W końcu ponownie pięć, wreszcie coś naprawdę dobrego. Chociaż "Skyfall" Adele nie wzbudzało we mnie większych wzruszeń, każde pojawienie się na scenie Nory Jones czyni świat lepszym. A wygra pewnie "Pi's Lullaby" i to również nie będzie najgorsze, co może się nam przydarzyć.
Inne kategorie średnio mnie w tym roku zafrapowały, chociaż jak zwykle stawiam kilka warunków.
Nie dla "Wroga numer jeden" jako najlepszego filmu roku! Chociaż wszyscy mamy chyba to samo wrażenie, że wygra "Lincoln" albo ewentualnie "Lincoln"?
Nie dla Jessiki Chastain! Ale to dlatego, że jej po prostu najzwyczajniej w świecie nie lubię.
I ogromne NIE dla Spilberga, psik, psik, od Oscara łapki precz.


A najważniejszy jest Oscar dla Phoenixa, tutaj alternatywy nie wybaczę. W ogóle... W ogóle nie. "Mistrza" widziałam, nie wspomniałam o tym, bo nie miałam pomysłu jak. Ale o ile do treści filmu, do Andersona, do czegokolwiek można tam się przyczepić, to nie do obsady. Cała trójka mogłaby wygrać i byłyby to nagrody w pełni zasłużone. A o Oscara dla Phoenixa bardzo pięknie proszę Wróżkę Zębuszkę.

9 komentarze:

lilybeth pisze...

Jakim cudem ten "Rozpustnik" mi umknął? Daje słowo, chyba nigdy o nim nie słyszałam. Ale już znalazłam zwiastun i będę musiała obowiązkowo zobaczyć cały film :) Ogólnie domagam się, żeby Deepa nagrodzono za rolę w peruce lub mocnej charakteryzacji. W rolach saute aż tak mnie nie przekonuje, ale dajcie mu trochę makijażu...;)
"Mistrza" jeszcze nie widziałam, ale Phoenix ma u mnie Oskara za każdą rolę.

liritio pisze...

"Rozpustnik" wyszedł w 2005 roku i chyba wielu osobom umknął. Nie pamiętam dokładnie, ale wiem że ten film miał (przynajmniej w Polsce) słabe recenzje i był raczej krótko pokazywany w kinach, ja też przegapiłam i dopiero chyba rok czy dwa po premierze obejrzałam na dvd. Ale naprawdę nie wiem, dlaczego tak dobra rola (nie tylko Deppa) i w sumie ciekawy temat, a do tego mocno teatralna stylistyka filmu zostały tak zupełnie pominięte. Obejrzyj, daj znać czy uważasz film za warty czasu :)

Co do Phoenixa, może nie za każdą, ale po tych komentarzach, jak to się skończył/stoczył i nie wiadomo co jeszcze, rola w "Mistrzu" jest idealną odpowiedzią. I Oscar musi być.

Mariusz pisze...

Phoenix miał świetną rolę w "Gladiatorze", zagrał wcale nie gorzej od Crowe'a, ale Oscar go wtedy ominął. Jeśli w "Mistrzu" faktycznie jest najlepszy to niech już dostanie, bo Day Lewis ma już dwie statuetki. Wystarczy! Ja wprawdzie lubię Hugh Jackmana, ale nie chciałbym aby za śpiewaną rolę dostał nagrodę, wolę go w "prawdziwych" filmach a nie musicalach :) Co do aktorek, to Złote Globy dostały Chastain i Lawrence, ale ja bym chyba jednak wolał, aby to Naomi Watts dostała Oscara, bo jest z nich najstarsza, najbardziej doświadczona i najdłużej na tę nagrodę pracuje :)
John Williams 38 razy nominowany do Oscara? Na pewno nie. Dokładnie to nie wiem ile, ale na pewno ponad 45, bo pobił rekord należący do Alfreda Newmana, który zdobył właśnie 45 nominacji. Twórczość Desplata słabo kojarzę, ale jego muzyka do "Jak zostać królem" bardzo mi się podobała. "Operację Argo" widziałem, lecz żadna muzyka w tym filmie nie zwróciła mojej uwagi, więc zaraz postaram się przesłuchać jakieś utwory z tego filmu. A Williams potrafi tworzyć chwytliwe melodie, które czasem przewyższają jakością filmy, do których pisze muzykę. I na wszelkie nagrody z pewnością zasłużył. Morricone również, on ma tylko Oscara za całokształt, zasłużył zdecydowanie na więcej. Obaj zajmują wysokie miejsce w moim rankingu. A, i Williams ma pięć Oscarów, nie cztery, ale jednego zdobył za adaptację muzyki, nie zaś muzykę oryginalną, więc niech już będzie, że ma cztery statuetki.

liritio pisze...

Mariusz, muszę złapać oddech pod tym zalewem informacji :) może tak, na pamięć nie wiem ile Williams ma nominacji, nigdy nie liczyłam, ale Filmweb twierdzi że 38 a Wikipedia 48... Rzeczywiście, wierzyłabym Wikipedii, natomiast może to się rozbija o muzykę oryginalną jego a adaptowaną? Nie wiem. Ale poprawiłam :)
Alexandre Desplat... Co więcej mogę dodać niż powyżej, że nie za bardzo go kojarzysz, rozumiem, nie dziwię się. A Williams może i zasłużył, ale i tak, cykl trzyletni, proszę: raz na trzy lata Williams, dwa kolejne kto inny :) I niech już będzie, że tak całkiem oficjalnie ma ich pięć ;) chociaż nie wiem na ile muzyka "Skrzypek na dachu" była jego dziełem, aranżację potraktowałabym nieco inaczej.

liritio pisze...

Ach, jeszcze Hugh Jackman. Hm, no nie wiem, nigdy nie myślałam o jego karierze jako oscarowej. Ale może... Skoro Catherine Zeta-Jones dostała Oscara za "Chicago" i nie usłyszysz ode mnie, że jej się nie należał, może i Jackman powinien mieć? Ale nie w tym rozdaniu, Phoenix i nikt inny!
A Daniel Day-Lewis z nagrodą za rolę Lincolna byłby tak nudną oczywistością. Nie wiem, może zagrał rewelacyjnie, może tylko bardzo dobrze, ale obawiam się Akademii już permanentnie rozdającej nagrody za granie głów państwowych :) (oczywiście każdemu poza DiCaprio).

suzarro pisze...

Mam nadzieję, że nie wygra Day-Lewis- mimo mojego ogromnego szacunku dla tego aktora, uważam, że raz ta złota statuetka mogłaby należeć się Phoenixowi. Ale chyba go nie lubią. A może się mylę?

liritio pisze...

Suzarro, możliwe, że go nie lubią... Zdecydowanie mogą go nie lubić. Ale i tak odmawiam uznania kogo innego z tegorocznym Oscarem :) jednocześnie niestety nastawiam się na rozczarowanie, jak zawsze z Akademią, jak zawsze.

suzarro pisze...

Kurcze już sama nie wiem, nawet mi się ten 'Lincoln' podobał, eh;) Ale nie widziałam jeszcze wszystkich nominowanych filmów.

liritio pisze...

Suzarro, o "Lincolnie" słyszałam wiele dobrego, chociaż podejrzewam, że moja opinia przychyliłaby się raczej do opinii Zwierza Popkulturalnego... Ale raczej unikam filmów Spilberga ja długo jest to możliwe, więc ten również nieprędko zobaczę. Natomiast Day Lewis dostał Złoty Glob i obawiam się, Oscara również dostanie. I ja będę płakać.

Prześlij komentarz