Oto piękny przykład świetnie zrealizowanego filmu, który opiera się na mówieniu i milczeniu, na spojrzeniu. Tempo i pauza, i wzbudzony w widzu nastrój. Trochę niepokoju, trochę zdziwienia, trochę tęsknoty?Kontrastując z moim dziecinnym zapatrzeniem w kinowy ekran, nowy film Alfredsona jest idealny, ale jest w tej idealności spokojny, dojrzały, stonowany... Bije po oczach profesjonalizmem, dyskretnie przemyca wdzięk i styl. Jestem tak zadowolona z tego filmu, jakby był mój własny.
Wyjątkowo ciężko mi nie napisać: "idźcie, cieszcie oczy!", nie piać z zachwytu nad tym, co w "Szpiegu" jest dopracowane w stu procentach, dopięte na ostatni guzik i elegancko podane, bez mała wstążeczką przewiązane. Ale wtedy musiałabym po prostu kolejno wychwalić każdy element składowy filmu, od obsady zaczynając.
Spróbuję więc inaczej.
Dramatyzm. Tego w książce nie było. A dokładniej, zostało przygniecione szczegółami, wspomnieniami, nazwiskami, datami, miejscami... Stos akt wytłumił wydźwięk historii i "Druciarz, krawiec..." czytało się z zainteresowaniem, ale bez większego wzruszenia. Może poza Prideaux, ale trzeba być skałą, żeby nie wzruszyć się Jimem Prideaux, nawet przysypanym aktami zamierzchłych spraw.Film Alfredsona, przez uproszczenie historii, pozbawiony zalewu osób i miejsc, okazuje się dramatem w pełnej krasie. "Szpieg" stał się historią smutnego zdrajcy i smutnego myśliwego, którzy powoli odnajdują się w świecie, który już nie jest ogarnięty "prawdziwą" wojną, w którym zaczyna brakować miejsca dla gwardii odchodzącej w zmierzch.
Charaktery. Byłam pod wrażeniem uszczegółowienia każdej postaci. Nawet najdrobniejszej. John Le Carre zadbał o szczegółowość, kiedy malował swoich chłopców i dziewczynki w Cyrku. Alfredsonowi i obsadzie udało się tę szczegółowość na ekran przenieść, z tego jestem zadowolona. Moimi faworytami byli Oldman, Hinds, Hurt, Cumberbatch i najlepszy (a mnie dotychczas nieznany) David Dencik jako Toby Esterhase. Ale w tym filmie nie ma złej roli.
Modyfikacje. Udane, za co należą się skromne brawa. Ekranizacje ogółem, a na pewno książek o tak szczegółowej i pogmatwanej akcji prowadzonej głównie retrospekcjami, obfitują w zmiany, uproszczenia i pominięcia. Z różnym skutkiem. Wersja Alfredsona mnie przekonała, byłam pod szczególnym wrażeniem pomysłu z przyjęciem gwiazdkowym, które posłużyło jako narzędzie komentarza dla historii właściwej. A z czasem kolejne sceny z przyjęcia wzbudzały więcej uczuć, niż tocząca się akcja. Były podsumowaniem, wspomnieniem zarówno dobrym i złym, zapowiedzią przyszłych wydarzeń, mapą relacji. Naprawdę pomysłowy zabieg w scenariuszu.
Towarzyszy nam atmosfera trochę duszna, przyczajona. Wiemy, że coś nadchodzi, coś chowa się w ciemności, przemyka tuż pod nosem, skrada za plecami.I w jednej chwili żałujemy Smileya, uśmiechamy się do Haydona czy Tarra, krzywimy z niecierpliwym grymasem nad Allelinem. W kolejnej już zastanawiamy się, czy naprawdę można czuć do nich sympatię, do któregokolwiek. Wszyscy "wspaniali chłopcy" Cyrku, których chciałoby się zapamiętać szlachetnymi.
Rąbek "starych dobrych czasów" jest odchylony specjalnie dla nas. Ale i te przestają wydawać się dobre i warte ciepłych wspomnień, kiedy do głosu dochodzą szmery z samotności ciasnych biur i nocnych dyżurów, tajemnice owiewające spotkania po godzinach.
Nie mam wątpliwości, że w przypadku nominacji ewentualnych, oscarowych (mam nadzieję), "Szpieg" przegra wszystko ze wszystkimi, tak jak przegrało "Social Network" z "Jak zostać królem", jak przegrał "Frost/Nixon" ze "Slumdogiem", jak lata wcześniej przegrał "Michael Clayton", "Capote", "Rzeka tajemnic"... Te filmy ciągle przegrywają, a ja rok w rok mam malutką nadzieję. Absurdalną.I muzyka. Ach, muzyka! (autor: Alberto Iglesias, często pisze muzykę dla Almodovara) Muzyka jest całkiem osobną, niepokojącą, stonowaną rewelacją w tle.




