Wszystko w tyle, znowu, a jakiś czas temu z inicjatywy Mariusza wyszło na to, że mam opowiedzieć o śledztwie w kinie. Tzn, o śledztwie w filmie, tzn w kontekście motywu filmowego... O, wysłowiłam się, motyw śledztwa w filmach, rozprawka na tysiąc słów. A tak naprawdę wszystko jest winą tego Pana., inicjatora pomysłu.
Temat jest szeroki, aczkolwiek fakt, że mogę wybrać swoje ulubione nawiązania nieco upraszcza zawiłą materię wyboru. A czy ja Wam kiedykolwiek mówiłam, jak kiepska jestem w wybieraniu? Największy dramat Lirito: gdzie zjeść obiad. Ale już, koniec, bez dygresji.
Tak naprawdę, dla Lirito jest to świetna okazja żeby wymienić kilka zupełnie ulubionych filmów, o których nie napisałam dotychczas, bo... (wstawcie pierwszy bezsensowny powód, który przemknie Wam przez myśl).
1. Podejrzani, reż. Bryan Singer, 1995 rok.
Kiedy Wy mówicie "śledztwo', ja od razu krzyknę "Podejrzani", to się błyskawicznie kojarzy i jest pierwsze na liście. Film Singera jest znany (chyba) wszem i wobec, od przebiegłego pytania "kim jest Keyser Soze?" po doborową obsadę, mam wrażenie że nie ma osoby, która przynajmniej raz nie usłyszała o "Podejrzanych".
Skracając akcję, pewien policjant przesłuchuje świadka pewnych wydarzeń, a jego historia powoli wyjaśnia koleje pewnej kradzieży i morderstwa. Tylko czy rzeczywiście? Bo właściwie, kim jest ten przeklęty Soze?
"Podejrzani" są czymś pomiędzy genialnie nakręconą łamigłówką, historią wielkiego przekrętu i mrocznym, mocnym kryminałem ze świetną rolą Byrne'a. Samo śledztwo jest niejako odwrotne, wydaje się, że oglądamy jego finał, a prawda leży gdzie indziej.
Niezmiennie mnie zadziwia, jak obłędnie dobry jest ten film.
2. Tajemnice Los Angeles, reż. Curtis Hanson, 1997 rok.
A jeśli mówić o śledztwie, momentalnie nasuwa się film noir. A jeśli mówić o w miarę współczesnym kinie noir, będą to rewelacyjne "Tajemnice Los Angeles" z pamiętną rolą Kim Basinger.
Dlaczego tak bardzo (ale naprawdę bardzo, bardzo) lubię "L.A. Confidential"? Możliwe, że trochę uwodzi mnie charakterystyczny klimat, ponurzy policjanci, piękne kobiety, nocne Los Angeles tak mało kojarzące się ze słońcem Hollywood, styl lat 50tych i wszechobecna, wątpliwa moralność bohaterów.
"Tajemnice Los Angeles" są świetnie zmontowaną historią wielotorowego śledztwa, w którym ciężko określić, kto jest kim, klasyczny motyw. A ja uwielbiam tak dobrze uzasadnianą i tak subtelnie wprowadzaną w czasie ewolucję charakterów.
I obsada... Russel Crowe w roli porywczego gliny, Kevin Spacey sprzedający policyjny talent w telewizyjnym programie i Guy Pearce w najlepszej chyba roli tego filmu, jako młody, nieugięty policjant w pogoni za karierą.
Nie ma dobrego powodu, żeby nie obejrzeć "Tajemnic Los Angeles", po prostu nie ma.
3. Mroczne przejście, reż. Delmer Daves, 1947 rok.
Skoro klimat kina noir w jakimś stopniu przywołuje "L.A. Confidential", cofnę się do oryginałów. I wybaczcie, ale kino noir i Humphrey Bogart idą w parze, a kiedy Liritio mówi o Bogarcie, Lauren Bacall musi wystąpić.
Wiele razy nadmieniałam o czterech filmach tej pary, sztandarowy (w kontekście śledztwa) byłby "Wielki sen", ale nie będę się powtarzać, szczególnie że Bogart i Bacall nakręcili też znacznie mniej znane "Mroczne przejście".
Ciekawa jest struktura filmu będącego historią człowieka bez twarzy, któremu zabrano przyszłość fałszywym oskarżeniem o morderstwo żony. Wszystko widzimy oczami głównego bohatera, właściwie jesteśmy głównym bohaterem, kiedy ucieka z więzienia, przechodzi operację plastyczną i z pomocą pięknej nieznajomej prowadzi swoje prywatne śledztwo. Czyni to z "Mrocznego przejścia" film raczej Bacall niż Bogarta, ale można go oglądać z sentymentu dla obojga (jak czynię to ja) albo z uznania dla dobrego kina noir, nawet jeśli "Mroczne przejście" niekoniecznie trafia do pierwszej ligi gatunku.
4. Rzeka tajemnic, reż. Clint Eastwood, 2003 rok.
Kolejnym filmem, o którym nigdy dotąd nie pisałam, jest jeden z najlepszych filmów Eastwooda (wedle preferencji Liritio, a miejcie na uwadze, że nie oglądam westernów). Film jest wierną ekranizacją książki Denisa Lehane'a, przy okazji jednego z moich ulubionych pisarzy.
Akcję rozpoczyna śmierć córki Jimmy'ego Markuma (Sean Penn) trudniącego się nie do końca legalną działalnością, który bez wytchnienia, wręcz opętańczo rozpędza się w dążeniach do odnalezienia jej mordercy. Laura Linney w roli jego żony gra jedną z najlepszych i najbardziej przewrotnych (albo niedopowiedzianych) ról kobiecych, jakie pamiętam.
Jednocześnie śledztwo w sprawie tego morderstwa prowadzi policyjny detektyw Devine (uwielbiany i niedoceniany Kevin Bacon), a na drugim planie dużą rolę odgrywa niezrównoważony Dave Boyle (Tim Robbins). Trzej bohaterowie znają się od dziecka, ich przyjaźń została przed laty brutalnie odmieniona porwaniem małego Dave'a, retrospektywna historia tych wydarzeń stanowi drugi wątek częściowo wyjaśniający mocno niejednoznaczne relacje między tą trójką.
"Rzekę tajemnic" szkoda przegapić, fabuła jest trudna, ale nich mnie małe kaczątko kopnie, jeśli Eastwood nie wykonał genialnej roboty.
"Rzeka tajemnic" przyniosła Oscara Seanowi Pennowi i Timowi Robbinsowi, a tytuł najlepszego filmu roku przegrała z ostatnią częścią Trylogii Pierścienia, co pozostawia mnie w niemym oburzeniu po dziś dzień.
5. Michael Clayton, reż. Tony Gilroy, 2007 rok.
Mój faworyt dzisiejszej szczęśliwej siódemki, właściwie jeden z tych najlepszych filmów, o których często myślę i rzadko piszę. Życie.
"Michael Clayton" jest przykładem pozornie skromnego filmu, którego doborowa obsada i skomplikowany, ale dopracowany w każdym calu scenariusz, tworzą coś wyjątkowego. Świetna rola Clooneya, którego Michael Clayton jest nie tyle prawnikiem, co tzw. fixerem, że zapożyczę obcy termin. Załatwia delikatny problem i sowicie wynagrodzony znika. Już jego monolog z początku filmu uświadomił mi, że nie jest to tytuł, który łatwo zapomnę. I rzeczywiście, nie zapomniałam.
Samochód Claytona wysadzony jest w powietrze, kiedy on ogląda konie, po czym akcja cofa się o cztery dni. Arthur Edenes, współpracownik i kolega Claytona, przeżywa rzekome załamanie nerwowe broniąc korporacji zanieczyszczającej środowisko. Korporacja, reprezentowana przez chłodną Karen Crowder (Tilda Swinton niezmiennie genialna), wydaje się tyleż winna zanieczyszczeń, co niezaangażowana w późniejsze wydarzenia i właściwie nie wiadomo o co chodzi, a Clayton niechętnie zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo, szukając dobrych odpowiedzi na niewygodne pytania.
6. Zodiak, reż. David Fincher, 2007 rok.
W motywie śledztwa musiał przewinąć się Fincher, wiele osób może wskazałoby raczej poruszające (straszne) "Siedem", bez wątpienia jeden z najlepszych filmów Finchera, ale Liritio zrobi psikusa i zwróci oczy w stronę "Zodiaka".
Film, który na pewno zawiódł oczekiwania na powtórkę z koszmarnej atmosfery "Siedem", jest rozciągającą się na przestrzeni wielu lat opowieścia, nakręconą na podstawie książki Roberta Graysmitha (w filmie Jake Gyllenhaal). "Zodiak" przedstawia wielotorowe śledztwo policji i dziennikarzy, a na pierwszym planie rosnącą obsesję pewnego rysownika imieniem Graysmith, który nie potrafi odpuścić myśli o ustaleniu tożsamości sławnego seryjnego mordercy.
Fincher nakręcił film mający warstwy (jak ogry), pokazujący jak jedna sprawa bezpowrotnie zmienia życia wielu osób, przedstawiający sprawę słynnego mordercy z wielu stron. Robert Downey Jr ma sporą rolę w "Zodiaku", podobnie jak Mark Ruffalo i razem z Gyllenhaalem dodają charakteru nieco może suchemu scenariuszowi. Ale w końcu o to chodzi, porządna historia długiego śledztwa, pewna ręka reżysera i charyzmatyczna obsada, wiele elementów składa się na bardzo dobry film, niezależnie od tego, jak daleki może być od rzeczywistości.
7. Hot Fuzz, reż. Edgar Wright, 2007 rok.
Powaga, powaga, brakowało mi komedii, a jednym z moich zaskoczeń ostatnich tygodni jest "Hot Fuzz". Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłam, że takie cudo może mi się spodobać, ale teraz odszczekuję.
Simon Pegg gra Nicholasa Angela, policjanta najlepszego z najlepszych itp, itd, zesłanego na banicję w wiejskim otoczeniu. Spójrzcie na plakat, mówi wszystko.
Sprawa zaczyna się dekapitacją pary aktorów, giną kolejne osoby a mieszkańcy dotychczas spokojnej wsi wydają się zadziwiająco nieporuszeni, uparcie wmawiając Angelowi, że wszystko jest dziełem przypadku. On ma na ten temat zupełnie inne zdanie i przy pomocy swojego młodego partnera Buttermana prowadzi śledztwo. Poważne śledztwo!
Podczas gdy twory z serii "Kac Vegas" czy "Druhny" zostawiają mnie raczej zniesmaczoną, "Hot Fuzz", mimo ewidentnego wydurniania się w niekoniecznie najlepszym stylu, kończyłam oglądać z szerokim uśmiechem na twarzy. Absurdalny humor, ale dobry humor, ot, te drobne różnice między Europą a USA ponownie dały o sobie znać.
Kończąc listę siedmiu, ze względu na wcześniejsze wzmianki na blogu nie trafiło na nią kilka tytułów, które w sumie chciałam tam umieścić. Gdybym tylko tworzyła dwa razy dłuższą listę...
Rewelacyjny "Szpieg" Alfredsona, jeden z najlepszych filmów zeszłego roku.
Mistrzostwo dusznego kryminału, "Okno na podwórze".
Hit ostatnich lat, ekranizacja dobrej literatury, zupełnie obok tego świetny film, czyli "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
Rozkosznie nieudolny Stephen Fry prowadzi śledztwo na bardzo drugim planie "Gosford Parku". Śledztwa prowadzą również inni w tym jednym z najlepszych filmów Altmana i jednym z moich ulubionych kryminałów, dzisiaj jakby zapomnianym.
Kolejny faworyt Liritio, "Blade Runner".
A jeszcze do jednego się przyznam, nigdy nie widziałam "Chinatown" Polańskiego. Czy to grzech?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Clooney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Clooney. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 sierpnia 2013
niedziela, 4 września 2011
Czekam, niezmiennie, pokątnie czekam.
Koniec wakacji = powrót do kina. I pięknie, zwiastuny nęcą, obiecują, co się z nich wykluje?
Na początek niezmienny Depp. Przytył. Powtórka z "Las Vegas Parano"? Możliwe. Ale i tak czekam.
Na Deppa zawsze czekam, chociaż może wcześniej przeczytam książkę? Premiera światowa w październiku.
A zwiastun za długi.
"The Rum Diary".
Kolejny, na którego zawsze czekam (od czasów "Michaela Clytona"), George Clooney oczywiście. Ryan Gosling, Marisa Tomei, Phillip Seymour Hoffman, piękna obsada.
Sierpień minął, świat się ucieszył, a polskiej daty premiery brak. Na razie.
"Idy marcowe" (i jak, będą nominacje?)
Raczej ciekawostka, niż wyczekiwany tytuł. Daniel Radcliffe w pogoni za zerwaniem z Chłopcem z Blizną. Zwiastun ładny, Radcliffe zupełnie do Pottera niepodobny, premiera w 2012 roku. Jestem ciekawa, co z tego filmu wyjdzie.
"Kobieta w czerni", remake angielskiego filmu z 1989roku.
I wisienka na torcie, faworyt zestawienia, naprawdę nie mogę się doczekać.
Obsada - zaśliniłam się. Świetny zwiastun (jedyny nie za długi, co to za nowa nieudolność? "w trzy minuty opowiemy Wam film", po co?).
"Tinker, Tailor, Soldier, Spy", 25 listopada w Polsce, oficjalna premiera we wrześniu.
Ja chcę już! ...a może wcześniej przeczytam książkę? :)
Na początek niezmienny Depp. Przytył. Powtórka z "Las Vegas Parano"? Możliwe. Ale i tak czekam.
Na Deppa zawsze czekam, chociaż może wcześniej przeczytam książkę? Premiera światowa w październiku.
A zwiastun za długi.
"The Rum Diary".
Kolejny, na którego zawsze czekam (od czasów "Michaela Clytona"), George Clooney oczywiście. Ryan Gosling, Marisa Tomei, Phillip Seymour Hoffman, piękna obsada.
Sierpień minął, świat się ucieszył, a polskiej daty premiery brak. Na razie.
"Idy marcowe" (i jak, będą nominacje?)
Raczej ciekawostka, niż wyczekiwany tytuł. Daniel Radcliffe w pogoni za zerwaniem z Chłopcem z Blizną. Zwiastun ładny, Radcliffe zupełnie do Pottera niepodobny, premiera w 2012 roku. Jestem ciekawa, co z tego filmu wyjdzie.
"Kobieta w czerni", remake angielskiego filmu z 1989roku.
I wisienka na torcie, faworyt zestawienia, naprawdę nie mogę się doczekać.
Obsada - zaśliniłam się. Świetny zwiastun (jedyny nie za długi, co to za nowa nieudolność? "w trzy minuty opowiemy Wam film", po co?).
"Tinker, Tailor, Soldier, Spy", 25 listopada w Polsce, oficjalna premiera we wrześniu.
Ja chcę już! ...a może wcześniej przeczytam książkę? :)
Etykiety:
George Clooney,
Johnny Depp,
zwiastun
wtorek, 13 lipca 2010
Zainspirowana, choć także zniesmaczona "Planem b". (reż. Alan Poul)
"Talking about love is like dancing about architecture", tak zaczyna się całkiem niezły film z 1998 roku, "Playing by Heart". De facto mówi te słowa niejaka Joan grana przez bardzo młodą i bardzo niezmanierowaną Angelinę Jolie - owa Joan jest świetnie nastawioną do ludzi kobietą. Czasem myślę, że powinnam przyswoić sobie trochę jej podejścia i życie stałoby się łatwiejsze. Ale to na marginesie, tak naprawdę miałam napisać co innego.
Widzicie, jeżeli jest coś, co mierzi mnie w kinie bardziej, niż straszny uśmiech Ewana McGregora, są to na pewno głupie i przesłodzone komedie romantyczne. W jak pokręconym świecie film o mężczyźnie idealnym i kobiecie, która ma spore problemy, poza tym o in vitro i ogólnie o niczym, może być filmem o miłości?
Amerykańskie komedie nie opowiadają o miłości, ale o głupich ludziach, którzy rozbijają się po kościołach (również na mostach i koniecznie w deszczu), wykrzykując wielkie słowa.
A mogłoby by być tak pięknie. Istnieją przecież filmy ładne, lekkie i przyjemnie, które nie sprawiają, że mam ochotę walnąć czołem o stół. Nawet ten nieszczęsny "Plan b", na który poszłam jedynie ze względu na tzw. "babski wieczór", miałby potencjał. Po cóż więc ta obezwładniająca głupota wciskana w co drugi kadr? Czy naprawdę, gdyby główna bohaterka nie miała idiotycznych problemów i zabrakłoby sceny wielkiego pojednania (koniecznie w drodze na porodówkę), zabrakłoby górnolotnych wyznań i zakończenia tak lukrowanego, że aż mdli, film by stracił? Albo nie dotarłby do szerszej publiki? To tyle na temat do bólu schematycznego "Planu b".
Tak, oglądam te szmirowate romansidła, obiecując sobie, że przestanę - ale mój mózg potrzebuje lekkich rozrywek, nie poradzę. Niestety o lekkie rozrywki na wysokim poziomie nie jest łatwo.
A wystarczyłoby cofnąć się na moment do lat 90tych i zaczerpnąć inspiracji. Właściwie to kocham lata 90te - wydaje mi się, że zrobiono wtedy najmniej głupich filmów, których akcja miałaby odpowiadające mi tempo (wspominałam już kiedyś, że stare filmy mnie trochę nużą).
Może powinnam wgłębić się w temat, ale może innym razem podzielę się ogromem mojej miłości do produkcji sprzed prawie dwudziestu lat. Dzisiaj tylko o tym, czego tak bardzo w amerykańskim (i nie tylko) kinie mi brak - normalności.
Zadziwiające, że o ile w filmach sensacyjnych czy horrorach, wszelkie bzdury, przesady i patosy jakoś mało mnie irytują, mam sporą tolerancję. Ale w komediach romantycznych czy obyczajowych jakoś nie mogę. Może dlatego, że wszelkie filmy akcji są mi i tak odległe, tak czy siak nie znam, dajmy na to, pracy tajnego agenta - wszelkie głupoty przełykam więc łatwo, nawet jeśli zwykle je dostrzegam. A jednak wszelkie romanse-niuanse są codziennością, a codzienność tak ośmieszana bzdurnymi scenami jakoś mnie boli.
Także skupmy się na moment na latach 90tych, wystarczy powymieniać: "Kiedy Harry poznał Sally", "Przed wschodem słońca", "Wszyscy mówią: kocham cię" - itd., itp.
Poza tym w latach 90tych nakręcono dwa filmy, które należą do najlepszych (w gatunku), jakie oglądałam, znaczy "Mój przyjaciel się żeni" i "Mąż idealny" - ale o nich również kiedy indziej.
I wreszcie obejrzane niedawno "One Fine Day" z 1996r. - młodzi i piękni George Clooney oraz Michelle Pfeiffer w rolach głównych cieszą oczy, fabuła opiera się na dniu mocno codziennym, choć może bardziej napiętym, niż inne, a film jest miłą opowiastką o miłości, która czeka za rogiem.
Cóż mogę powiedzieć, baba jestem, lubię takie historyjki, byle nie przesłodzone. A "One Fine Day" na pewno do przyprawiających o mdłości słodyczą nie należy, chociaż może za mało w nim zgryźliwości, żebym uznała "One Fine Day" za wystarczająco zabawny. Ale ja to ja i moja niegasnąca potrzeba ironii w otoczeniu jest zboczeniem, które trzeba przyjmować z wyrozumiałym wzruszeniem ramion.
"One Fine Day" jest przyjemny w swej prostocie, jako że wszystko opiera się na spotkaniu dwójki rodziców, Jack poznaje Mel i tyle, w sumie już po kwadransie mogłyby pojawić się słowa "the (happy) end".
Tak naprawdę miałam na celu dojście do wniosku, że przekombinowane filmy amerykańskie zabijają całą ideę zakochiwania się w kimś. Z jednej strony promują mit księcia z bajki, a z drugiej robią z owego księcia idiotę, który nie jest w stanie najprostszej sprawy załatwić po ludzku, tylko musi z siebie robić wariata (właściwie księżniczki z bajki również tu uwzględniam). A mnie się to wszystko zawsze wydaje bezdennie głupie i denerwujące, przez co niestety jakaś połowa amerykańskich komedii romantycznych odpada z definicji. I nie pozostaje mi nic innego jak oglądać filmy sensacyjne, w których przynajmniej mogę się ucieszyć bandą kopiących się po kosatkach twardzieli.
Na koniec muszę tylko dodać, nie oglądajcie "Planu b", nie chcecie sobie tego robić. Lepiej zostać w domu i obejrzeć "One Fine Day". Albo jakiś dobry film z Clivem Owenem... Tak, "dobry film z Clivem Owenem" to recepta na każde zło, najlepiej "Plan doskonały". Ale ja muszę przestać pisać, idąc moimi skojarzeniami można wystukiwać literki do końca świata.
I nie zapomnijcie, nie oglądajcie "Planu b"!
Widzicie, jeżeli jest coś, co mierzi mnie w kinie bardziej, niż straszny uśmiech Ewana McGregora, są to na pewno głupie i przesłodzone komedie romantyczne. W jak pokręconym świecie film o mężczyźnie idealnym i kobiecie, która ma spore problemy, poza tym o in vitro i ogólnie o niczym, może być filmem o miłości?
Amerykańskie komedie nie opowiadają o miłości, ale o głupich ludziach, którzy rozbijają się po kościołach (również na mostach i koniecznie w deszczu), wykrzykując wielkie słowa.
A mogłoby by być tak pięknie. Istnieją przecież filmy ładne, lekkie i przyjemnie, które nie sprawiają, że mam ochotę walnąć czołem o stół. Nawet ten nieszczęsny "Plan b", na który poszłam jedynie ze względu na tzw. "babski wieczór", miałby potencjał. Po cóż więc ta obezwładniająca głupota wciskana w co drugi kadr? Czy naprawdę, gdyby główna bohaterka nie miała idiotycznych problemów i zabrakłoby sceny wielkiego pojednania (koniecznie w drodze na porodówkę), zabrakłoby górnolotnych wyznań i zakończenia tak lukrowanego, że aż mdli, film by stracił? Albo nie dotarłby do szerszej publiki? To tyle na temat do bólu schematycznego "Planu b".
Tak, oglądam te szmirowate romansidła, obiecując sobie, że przestanę - ale mój mózg potrzebuje lekkich rozrywek, nie poradzę. Niestety o lekkie rozrywki na wysokim poziomie nie jest łatwo.
A wystarczyłoby cofnąć się na moment do lat 90tych i zaczerpnąć inspiracji. Właściwie to kocham lata 90te - wydaje mi się, że zrobiono wtedy najmniej głupich filmów, których akcja miałaby odpowiadające mi tempo (wspominałam już kiedyś, że stare filmy mnie trochę nużą).
Może powinnam wgłębić się w temat, ale może innym razem podzielę się ogromem mojej miłości do produkcji sprzed prawie dwudziestu lat. Dzisiaj tylko o tym, czego tak bardzo w amerykańskim (i nie tylko) kinie mi brak - normalności.
Zadziwiające, że o ile w filmach sensacyjnych czy horrorach, wszelkie bzdury, przesady i patosy jakoś mało mnie irytują, mam sporą tolerancję. Ale w komediach romantycznych czy obyczajowych jakoś nie mogę. Może dlatego, że wszelkie filmy akcji są mi i tak odległe, tak czy siak nie znam, dajmy na to, pracy tajnego agenta - wszelkie głupoty przełykam więc łatwo, nawet jeśli zwykle je dostrzegam. A jednak wszelkie romanse-niuanse są codziennością, a codzienność tak ośmieszana bzdurnymi scenami jakoś mnie boli.
Także skupmy się na moment na latach 90tych, wystarczy powymieniać: "Kiedy Harry poznał Sally", "Przed wschodem słońca", "Wszyscy mówią: kocham cię" - itd., itp.
Poza tym w latach 90tych nakręcono dwa filmy, które należą do najlepszych (w gatunku), jakie oglądałam, znaczy "Mój przyjaciel się żeni" i "Mąż idealny" - ale o nich również kiedy indziej.
I wreszcie obejrzane niedawno "One Fine Day" z 1996r. - młodzi i piękni George Clooney oraz Michelle Pfeiffer w rolach głównych cieszą oczy, fabuła opiera się na dniu mocno codziennym, choć może bardziej napiętym, niż inne, a film jest miłą opowiastką o miłości, która czeka za rogiem.
Cóż mogę powiedzieć, baba jestem, lubię takie historyjki, byle nie przesłodzone. A "One Fine Day" na pewno do przyprawiających o mdłości słodyczą nie należy, chociaż może za mało w nim zgryźliwości, żebym uznała "One Fine Day" za wystarczająco zabawny. Ale ja to ja i moja niegasnąca potrzeba ironii w otoczeniu jest zboczeniem, które trzeba przyjmować z wyrozumiałym wzruszeniem ramion.
"One Fine Day" jest przyjemny w swej prostocie, jako że wszystko opiera się na spotkaniu dwójki rodziców, Jack poznaje Mel i tyle, w sumie już po kwadransie mogłyby pojawić się słowa "the (happy) end".
Tak naprawdę miałam na celu dojście do wniosku, że przekombinowane filmy amerykańskie zabijają całą ideę zakochiwania się w kimś. Z jednej strony promują mit księcia z bajki, a z drugiej robią z owego księcia idiotę, który nie jest w stanie najprostszej sprawy załatwić po ludzku, tylko musi z siebie robić wariata (właściwie księżniczki z bajki również tu uwzględniam). A mnie się to wszystko zawsze wydaje bezdennie głupie i denerwujące, przez co niestety jakaś połowa amerykańskich komedii romantycznych odpada z definicji. I nie pozostaje mi nic innego jak oglądać filmy sensacyjne, w których przynajmniej mogę się ucieszyć bandą kopiących się po kosatkach twardzieli.
Na koniec muszę tylko dodać, nie oglądajcie "Planu b", nie chcecie sobie tego robić. Lepiej zostać w domu i obejrzeć "One Fine Day". Albo jakiś dobry film z Clivem Owenem... Tak, "dobry film z Clivem Owenem" to recepta na każde zło, najlepiej "Plan doskonały". Ale ja muszę przestać pisać, idąc moimi skojarzeniami można wystukiwać literki do końca świata.
I nie zapomnijcie, nie oglądajcie "Planu b"!
Etykiety:
film,
George Clooney,
komedia,
porównania,
romans,
USA
niedziela, 16 maja 2010
Dzisiaj bez koloru.
Czarno białe kino ma zupełnie inną atmosferę, niż kolorowe, to tzw. "stare kino", którego magii nie zaprzeczam nawet ja, chociaż mnie często nudzi. Ale również współcześnie producenci inwestują w produkcje bez koloru, a czarno biała sceneria stała się kolejnym elementem zmieniającym wydźwięk filmu. Stylizacja, która czasem robiona jest na wyrost, również czasem przynosi genialne efekty. Wystarczy wspomnieć "Dr Starngelove" czy znacznie świeższe "Sin City", albo nawet jeden z ostatnio głośnych polskich filmów, "Rewers".
Jednak nie będzie ogólnikowo, ja w swoim małym rozumku wybrałam trzy filmy z kilku różnych worków, które jakimś luźnym ciągiem skojarzeń przypomniały mi się niedawno podczas żmudnej czynności wałkowania ciasta. Wolę nie wnikać jak i dlaczego błądzą skojarzenia mojego umysłu, ale bywają ciekawe.
W każdym razie, "Clerks", film z 1994 r., inteligentna komedia "gadana" z bezbłędnymi dialogami, jednocześnie narodziny Jaya i Cichego Boba. Wydaje mi się, że ta niskobudżetowa produkcja, debiut reżyserski Cichego Boba - Kevina Smitha, jest raczej niedoceniana i obecnie mało znana. A szkoda, bo chociaż "Clerks" może na pierwszy rzut oka wydawać się głupawym tworem nastawionym na śmieszenie/gorszenie widza scenami seksu z trupem w toalecie, tak naprawdę ten film ma owo urocze, niezidentyfikowane "coś". Dante i Randal, dwaj całkowicie przeciętni faceci, gadają (głównie o seksie i "Gwiezdnych wojnach"), mimochodem użerając się z klientami, i to gadają całkiem do rzeczy, chociaż miejscami są faktycznie niesmaczni. Z jednej strony żarty i śmiechy chichy, z drugiej wieczny problem niezrozumienia siebie i innych oraz ironia życia. Ale "Clerks" to bardzo pozytywny film, chociaż pokazuje słodko-gorzką rzeczywistość, w jakiś pokrętny sposób poprawia samopoczucie. Kto by pomyślał, że mecz hokeja na dachu sklepu mnie zainteresuje?
Z zupełnie innej bajki, "Angel-a" Luca Bessona (ostrzegałam, że będzie zróżnicowanie). Ogólnie dla tego reżysera mam mnóstwo sympatii za dwa znakomite dzieła, jakimi są "Piąty element" i "Leon Zawodowiec". Padają komentarze, że Besson się wypalił, że zamieszało mu się w głowie, że to, że tamto... Nie wiem, możliwe, ale za swoją wczesną twórczość zasługuje na uznanie i wyrozumiałość jak mało kto. W każdym razie, wracając do "Angel-i", kolejny skromny film, który umilił mi czas. Andre ma długi u paryskiej mafii, to niedobrze. Andre chce skoczyć z mostu, jeszcze gorzej. Andre ratuje od samobójczej śmierci ogromną nieznajomą, i wszystko zaczyna wyglądać lepiej. Słaby i zakompleksiony Andre (naprawdę rewelacyjny, jak zawsze zresztą, Jamel Debbouze) stara się naprawić, co popsuł, z piękną i silną kobietą-aniołem u boku. Chociaż to może pachnąć tandetną opowiastką o miłości do samego siebie i świata, jakoś wielkie i banalne przesłanie tego filmu wcale nie zapadło mi najbardziej w pamięć (a nie zaprzeczam, że "Angel-a" miejscami jest równie piękna, co banalna). Można by narzekać, że Besson mistrzem dialogów nie jest (ale "Piąty element" zaprzecza temu oskarżeniu), a wszystkie zalety "Angel-i" przypisać świetnym, czarno białym zdjęciom i talentowi aktorów, ale chyba jednak trochę zasług Bessona w tym filmie również jest. Stworzył dobry klimat do historii o swoistym odrodzeniu zakompleksionego chłopczyka i miłości oryginalnego anioła, także co by nie mówić, "Angel-a" mu się udała.
Trzeci i ostatni film, "Good Night and Good Luck", mój osobisty faworyt dzisiejszego zestawienia bez kolorów. Film-perełka, w którym zgromadzenie talentu i profesjonalizmu na jednym metrze kwadratowym przyprawia o zawrót głowy i fikanie koziołków z radości. Tak właśnie. David Strathairn, George Clooney, Patricia Clarkson, Robert Downey Jr., Frank Langella... A jeszcze nie jestem nawet w połowie wartych uwagi nazwisk, które wiążą się z tą produkcją, chociaż oczywiście zaczęłam od najsławniejszych. Ale nazwiska to nie wszystko, fakt. Akcja filmu oparta jest na historii medialnej wojny między Edwardem Murrowem, dziennikarzem CBS, a senatorem McCarthym, znanym ze swojej obsesyjnej kampanii przeciwko komunistycznym szpiegom w Ameryce. Oczywiście, że film jest w miarę układny, Murrow to ten dobry John Wayne telewizji, senator to ten zły i brzydki, co z tego, że prawda leżała jak zawsze po środku. Ale kiedy tylko po części oglądamy "Good Night and Good Luck" jako dokumentalny zapis tamtych wydarzeń, film transformuje się w wielowarstwowy obraz, który wcale nie przedstawia czarno-białego świata, ale szarą rzeczywistość w bardzo pięknych zdjęciach Elswita. W mojej interpretacji "Good Night and Good Luck" porusza głównie temat opiniotwórczej siły telewizji i wartości dziennikarstwa jako takiego, ale różnych wątków jest tam więcej, politycznych i społecznych.
Ciekawą atmosferę w filmie tworzy ustawienie akcji głównie w zatłoczonych pomieszczeniach stacji CBS, ciągły szum, papierosowy smog, napięcie i tykające zegary są kontrastem dla w sumie powolnej fabuły - mnie się nie nudziło, ale jestem w stanie zrozumieć, że kogoś ten film może miejscami znużyć. Co absolutnie nie zmienia faktu, że świetne trio Clooney-Heslov-Elswitt stworzyło film na wysokim poziomie, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.
Jednak nie będzie ogólnikowo, ja w swoim małym rozumku wybrałam trzy filmy z kilku różnych worków, które jakimś luźnym ciągiem skojarzeń przypomniały mi się niedawno podczas żmudnej czynności wałkowania ciasta. Wolę nie wnikać jak i dlaczego błądzą skojarzenia mojego umysłu, ale bywają ciekawe.
W każdym razie, "Clerks", film z 1994 r., inteligentna komedia "gadana" z bezbłędnymi dialogami, jednocześnie narodziny Jaya i Cichego Boba. Wydaje mi się, że ta niskobudżetowa produkcja, debiut reżyserski Cichego Boba - Kevina Smitha, jest raczej niedoceniana i obecnie mało znana. A szkoda, bo chociaż "Clerks" może na pierwszy rzut oka wydawać się głupawym tworem nastawionym na śmieszenie/gorszenie widza scenami seksu z trupem w toalecie, tak naprawdę ten film ma owo urocze, niezidentyfikowane "coś". Dante i Randal, dwaj całkowicie przeciętni faceci, gadają (głównie o seksie i "Gwiezdnych wojnach"), mimochodem użerając się z klientami, i to gadają całkiem do rzeczy, chociaż miejscami są faktycznie niesmaczni. Z jednej strony żarty i śmiechy chichy, z drugiej wieczny problem niezrozumienia siebie i innych oraz ironia życia. Ale "Clerks" to bardzo pozytywny film, chociaż pokazuje słodko-gorzką rzeczywistość, w jakiś pokrętny sposób poprawia samopoczucie. Kto by pomyślał, że mecz hokeja na dachu sklepu mnie zainteresuje?
Z zupełnie innej bajki, "Angel-a" Luca Bessona (ostrzegałam, że będzie zróżnicowanie). Ogólnie dla tego reżysera mam mnóstwo sympatii za dwa znakomite dzieła, jakimi są "Piąty element" i "Leon Zawodowiec". Padają komentarze, że Besson się wypalił, że zamieszało mu się w głowie, że to, że tamto... Nie wiem, możliwe, ale za swoją wczesną twórczość zasługuje na uznanie i wyrozumiałość jak mało kto. W każdym razie, wracając do "Angel-i", kolejny skromny film, który umilił mi czas. Andre ma długi u paryskiej mafii, to niedobrze. Andre chce skoczyć z mostu, jeszcze gorzej. Andre ratuje od samobójczej śmierci ogromną nieznajomą, i wszystko zaczyna wyglądać lepiej. Słaby i zakompleksiony Andre (naprawdę rewelacyjny, jak zawsze zresztą, Jamel Debbouze) stara się naprawić, co popsuł, z piękną i silną kobietą-aniołem u boku. Chociaż to może pachnąć tandetną opowiastką o miłości do samego siebie i świata, jakoś wielkie i banalne przesłanie tego filmu wcale nie zapadło mi najbardziej w pamięć (a nie zaprzeczam, że "Angel-a" miejscami jest równie piękna, co banalna). Można by narzekać, że Besson mistrzem dialogów nie jest (ale "Piąty element" zaprzecza temu oskarżeniu), a wszystkie zalety "Angel-i" przypisać świetnym, czarno białym zdjęciom i talentowi aktorów, ale chyba jednak trochę zasług Bessona w tym filmie również jest. Stworzył dobry klimat do historii o swoistym odrodzeniu zakompleksionego chłopczyka i miłości oryginalnego anioła, także co by nie mówić, "Angel-a" mu się udała.
Trzeci i ostatni film, "Good Night and Good Luck", mój osobisty faworyt dzisiejszego zestawienia bez kolorów. Film-perełka, w którym zgromadzenie talentu i profesjonalizmu na jednym metrze kwadratowym przyprawia o zawrót głowy i fikanie koziołków z radości. Tak właśnie. David Strathairn, George Clooney, Patricia Clarkson, Robert Downey Jr., Frank Langella... A jeszcze nie jestem nawet w połowie wartych uwagi nazwisk, które wiążą się z tą produkcją, chociaż oczywiście zaczęłam od najsławniejszych. Ale nazwiska to nie wszystko, fakt. Akcja filmu oparta jest na historii medialnej wojny między Edwardem Murrowem, dziennikarzem CBS, a senatorem McCarthym, znanym ze swojej obsesyjnej kampanii przeciwko komunistycznym szpiegom w Ameryce. Oczywiście, że film jest w miarę układny, Murrow to ten dobry John Wayne telewizji, senator to ten zły i brzydki, co z tego, że prawda leżała jak zawsze po środku. Ale kiedy tylko po części oglądamy "Good Night and Good Luck" jako dokumentalny zapis tamtych wydarzeń, film transformuje się w wielowarstwowy obraz, który wcale nie przedstawia czarno-białego świata, ale szarą rzeczywistość w bardzo pięknych zdjęciach Elswita. W mojej interpretacji "Good Night and Good Luck" porusza głównie temat opiniotwórczej siły telewizji i wartości dziennikarstwa jako takiego, ale różnych wątków jest tam więcej, politycznych i społecznych. Ciekawą atmosferę w filmie tworzy ustawienie akcji głównie w zatłoczonych pomieszczeniach stacji CBS, ciągły szum, papierosowy smog, napięcie i tykające zegary są kontrastem dla w sumie powolnej fabuły - mnie się nie nudziło, ale jestem w stanie zrozumieć, że kogoś ten film może miejscami znużyć. Co absolutnie nie zmienia faktu, że świetne trio Clooney-Heslov-Elswitt stworzyło film na wysokim poziomie, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.
Etykiety:
David Strathairn,
dramat,
film,
Francja,
George Clooney,
komedia,
Patricia Clarkson,
polityczny,
romans,
USA,
Wielka Brytania
piątek, 23 kwietnia 2010
"Człowiek, który gapił się na kozy", reż. Grant Heslov.
Film mistrzostwo, od plakatu po lewej, po każdą klatkę tego cuda, jestem pod nieustającym wrażeniem już od jakiegoś czasu. Tzn., nie siedzę w fotelu z wyrazem zachwytu na twarzy, oglądałam ten film już jakiś miesiąc temu, więc byłoby ciężko spędzić tyle czasu w jednym fotelu, nawet gdybym chciała. Ale śmiałam się na nim bardzo, rozświetlił mój wieczór i kilka kolejnych dni, a nadal, jak sobie przypomnę niektóre sceny i dialogi, mam ochotę głośno się śmiać, co czasem jest krępujące, np. w kolejce do apteki.Eksperymentalna jednostka wojskowa, w której kozy, taniec i naszyjniki z kwiatów odgrywają bardzo dużą rolę. Prawie tak samo dużą jak warkoczyk Jeffa Bridgesa - a propos tego pana, nie cierpię go szczerze. Właściwie niewielu jest aktorów, których darzę taką niechęcią (hmmm, Tom Cruise i Robert De Niro... chyba tyle) i tylko Jeffa Birdgesa niechętnie toleruję, bo nie da się ukryć, że gra w dobrych filmach, które szkoda by było pominąć. Ale irytuje mnie potwornie. Dobrze, mniejsza o to, warkoczyk Bridgesa, oraz cała reszta jego postaci są zalążkiem dla nowej ideologii prowadzenia wojen. Żołnierze o paranormalnych zdolnościach, którzy walczą psychiką, nie bronią, a jednym z nich jest rewelacyjny George Clooney. Tak, to właśnie Clooney gapi się na kozy - słodkie zwierzęta, to tak swoją drogą.
Z drugiej strony mamy Ewana McGregora w roli niespełnionego reportera, którego właśnie zostawiła żona. Przypadkiem trafia na człowieka, który twierdzi, że wzrokiem zabił swojego chomika. I od chomika do kozy, a razem z kozą także Clooneya, już niedaleka droga.Obaj panowie przemierzają pustynię w poszukiwaniu mężczyzny z warkoczykiem i jedynym poważniejszym problemem jest fakt, że nie mają pojęcia gdzie go szukać. A po drodze Bob Wilton, dziennikarz, poznaje historię Billa Django (Bridges), a także swojego towarzysza, Lyna Cassady. Historię pełną czarnego humoru i tajemniczych objawów siły umysłu Cassadiego.
Nie da się ukryć, że "Człowiek, który gapił się na kozy" to cudownie prześmiewczy obraz amerykańskiego wojska, który powstał na podstawie książki Jona Ronsona o tym samym tytule. W moje gusta trafił idealnie, ponieważ nie ma dla mnie nic piękniejszego, niż wyśmiewanie samego siebie. Tak, bawią mnie parodie otoczenia, ale naprawdę kocham dystans potrzebny do robienia sobie jaj z własnej osoby - a w tym filmie wszyscy bawią się świetnie, śmiejąc się z USA. I pięknie to robią, zaczynając od odwiecznej rywalizacji z Rosją, poprzez mit amerykańskiego żołnierza i społeczną sprawiedliwość, aż do teoretycznych wybawców z Ameryki, której wojska wkraczają do Afryki czy Azji i wywracają wszystko do góry nogami. Cała idea nowej generacji żołnierzy podobno jest prawdziwa, prowadzono badania i projekty, z których chyba niewiele wyszło, ale ja się nie znam i nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że w filmie motyw siły umysłu, rzucania klątw czy zabijania wzrokiem wykorzystano genialnie. Trochę się powtórzę, ale to naprawdę jest przepiękne, kiedy Clooney wyjaśnia jakąś zawiłą tajemnicę, która tak naprawdę jest jednym wielkim absurdem, a widz (w domyśle: ja), zwija się z radości.
W każdym razie, pustynia, którą zwiedzają nasi bohaterowie jest spora, a z czasem Bob Wilton zaczyna wierzyć swojemu nowemu znajomemu, więcej, zapala się do misji odnalezienia Billa Django, właściwie zapala się także do samej kwestii bycia takim żołnierzem nowej generacji. Oczywiście "Człowiek, który gapił się na kozy" to nie jest parodia. Z głębi, spod warkoczyków i kóz, spod tej groteskowej otoczki, wychylają się kwestie ważniejsze. Ideały, honor, wolność (tak, miłość, równość i braterstwo również), także sprawy ogólniejsze, chociażby wałkowane w każdym filmie poszukiwanie samego siebie, szukanie własnej drogi w życiu, godzenie się z przeszłością, z błędami. Również tak powszechna zdrada, zawiść, nienawiść, konflikty międzykulturowe, które są kością w gardle świata. "Człowiek, który gapił się na kozy", to komedia z istną puszką Pandory ukrytą pod płaszczykiem prześmiewczej fabuły. Ale nie należy oczekiwać w tym jakiejś ważniejszej recepty na uratowanie świata, po prostu na tę produkcję składa się i mądra, poważna analiza świata pełnego problemów, i rozkoszna zabawa z ośmieszania tego wszystkiego.
Nie byłabym sobą, gdybym pominęła czarny charakter, Larry'ego Hoopera, zagranego przez Kevina Spacey tak ładnie, że naprawdę miałam ochotę ukręcić szyjkę temu pełnemu zawiści mordercy kóz... Ekhm, no właśnie, ponoszą mnie emocje. Ale pisząc o tym filmie nabrałam ochoty, żeby obejrzeć go jeszcze raz, znowu się pośmiać do ekranu, znowu zobaczyć Clooneya z kozą (tak, to jest zapewne jeden z najbardziej uroczych widoków, jakich w życiu można doświadczyć) i znowu zwabić pełnego podejrzeń C. z pytaniem "dlaczego się tak cieszę?".Nie jestem pewna, czy przeczytam tę książkę, przede wszystkim jest coś nienaturalnego w oglądaniu filmu przed poznaniem wersji papierowej. Poza tym z kilku przeczytanych przeze mnie recenzji wynika, że "Człowiek, który gapił się na kozy" to literatura faktu i najwyraźniej mało zabawna. Jakby to kogoś zainteresowało, link do recenzji Salonu Kulturalnego. Nie wiem, czy chcę żeby obraz dość radosnego filmu został przesłonięty przez mało radosną książkę. Zobaczymy.
Natomiast jakimś pokątnym ciągiem skojarzeń "Człowiek, który gapił się na kozy" przypomniał mi o innym filmie, "Jarhead", mojej małej miłości (głównie do Jake'a Gyllenhaala). Na razie tylko stwierdzę, że to dobry film, ale może w niedalekiej przyszłości coś o nim napiszę? (dobra okazja do bezkarnego wstawiania tutaj zdjęć półnagiego Gyllenhaala, tak!)
A "Człowiek, który gapił się na kozy" to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ciągu ostatnich miesięcy.
Etykiety:
ekranizacja/adaptacja,
Ewan McGregor,
film,
George Clooney,
groteska,
Jeff Bridges,
Kevin Spacey,
komedia,
USA,
wojenny
poniedziałek, 15 lutego 2010
"Up in the Air", reż. Jason Reitman.
„Excellent question, who the fuck am I?”To pytanie pada z ust głównego bohatera w pierwszych minutach filmu. Kim więc jest Ryan Bingham (George Clooney)? Jest specjalistą od zwalniania ludzi. Jest stałym i cenionym klientem linii lotniczych. Jest przystojnym facetem w średnim wieku, który utknął gdzieś pomiędzy wiecznym kawalerstwem w chmurach, a pragnieniem ułożenia niezbyt bliskich stosunków ze swoimi siostrami. Jednak jego życie jest uporządkowane, ma swój rytm oparty na tablicach odlotów, stałą pensję, puste mieszkanie i wiele kart stałego klienta w hotelach na terenie Stanów.
Reżyser „Juno” swoim sztandarowym filmem o ciężarnej nastolatce nie zachwycił mnie ani trochę. Wręcz przeciwnie, „Juno” uważam za nierealny filmik na potraktowany po macoszemu temat, z niedostrzegalną dla mnie myślą przewodnią. „Dziękujemy za palenie” nie widziałam, ale „Up in the Air” zainteresowało mnie osobą Reitmana i jego kolejny film z chęcią obejrzę. Jeżeli tylko z plakatu zniknie reklama oparta o „Juno”.
Są takie filmy, których oglądanie kończymy z uśmiechem na twarzy – tak było też ze mną i „Up In the Air”. Włączyłam tylko na kwadransik, tylko na chwilkę (rzucić okiem, ha ha ha ) i nie wyłączyłam do samego końca. Nie żebym się nie mogła oderwać, ale „Up in the Air” po prostu chce się oglądać dalej.
Są również takie filmy, o których mamy jak najlepszą opinię, ale właściwie ciężko wykrzesać na ich temat jakiś intrygujący albo chociaż inny niż inne, komentarz – także tak jest ze mną i „Up In the Air”.
„Up In the Air” określiłabym najprościej, jako film z klasą. Jak „Michael Clayton” czy „Good Night and Good Luck”. Jak „Plan doskonały” i wiele innych tytułów, których nie ma sensu tutaj wymieniać. Czym wiec jest film, który ma według mnie klasę? Ma Georga Clooneya w obsadzie, czy może chodzi o coś więcej? Możliwe, że to po prostu spokój tego filmu, który ogląda się tak, jakby przysłuchiwało się czyjejś rozmowie, robi takie wrażenie. Możliwe, że to inteligentny scenariusz i profesjonalna obsada. Nie urwali się z pierwszego lepszego drzewa, każdy ma jakiś zamysł, plan dla swojej postaci, nie robią wrażenia nastoletnich gwiazdeczek (jak czasem np. Amy Adams). Cała trójka odtwarzająca główne role jest nominowana do Oscara, i o ile w przypadku Clooneya i Very Farmigi (swoją drogą, bardzo piękna kobieta) nie do końca to rozumiem, Anna Kendrick jako młoda asystentka, która (jakież to typowe) zderza się z rzeczywistością przy okazji współpracy z Ryanem, faktycznie na tę nominacje zasłużyła. Ale wątpię, żeby wygrała (obstawiam tę aktorkę z „Precious”).
A może po prostu zmyliły mnie harmonijne zdjęcia, elegancki Clooney i odpowiednio dobrana muzyka, że od razu jestem gotowa przypisać „Up in the Air” jakąś bliżej niesprecyzowaną klasę.
Film jest naprawdę dobry, chociaż nominacja do tytułu najlepszego filmu roku mnie dziwi, ale tegoroczne nominacje ogólnie są dla mnie w większości niezrozumiałe. Czy to taki rok, że nic lepszego nie było? Czy „Up in the Air” trafiło do serc Akademii ze względu na idealnie pokryzysową tematykę i zakończenie w typowo amerykańskim stylu (nie bajkowo-hollywoodzkim, ale tym pseudo mądrym, dojrzałym – że życie bywa różne, ale mamy nadzieję na przyszłość).Nie wiem, umysły Akademii są dla mnie zagadką.
obrazy z serwisu Stopklatka
Etykiety:
dramat,
ekranizacja/adaptacja,
film,
George Clooney,
komedia,
Oscar,
USA,
Vera Farmiga







