Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gary Oldman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gary Oldman. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 maja 2012

"Znowu noc, bezgwiezdna noc..."

"Taniec wampirów", jakieś... siedem lat temu w teatrze muzycznym Roma.
Łukasz Dziedzic (w roli Hrabiego von Krolocka) naprawdę potrafił mnie (i nie tylko mnie) porwać swoją barwą głosu. Tak bardzo, że kupiłam płytę z muzyką, którą dzisiaj znam na pamięć i w środku nocy, na wyrywki zaintonuję Wam, że "umarł Bóg, nie potrzebuje go nikt...".

Niestety nigdy wcześniej i nigdy później żaden musical w Romie mojego serca nie podbił, chociaż nadal chodzę na nie od przypadku do przypadku i boleję nad własną oziębłością - ostatnio "Nędznicy" zimą... Miejcie litość nade mną, ów spektakl mnie dobił!
Jednyny "Taniec wampirów" wspominam niezwykle dobrze i muzyki słucham uparcie.


Ale wiadomo, że nie w Polsce się zaczęło, a w Wiedniu.
4 października 1997r., data premiery "Tanz der Vampire", i główna rola należąca do jedynego w swoim rodzaju Steve'a Bartona. O szalonym uwielbieniu dla niego wspominałam już wcześniej, nadmiernie powtarzać się nie będę. Głos miał przepiękny, charyzma uszami z niego wyłaziła, platoniczna miłość utkwiła we mnie na dobre.

Oczywiście już sama rola złego i tragicznego Hrabiego skłania do sympatii, a może i wzruszenia.
("Taniec wampirów" to przerobiony na musical scenariusz "Nieustraszonych pogromców wampirów" Polańskiego - sami wiecie, zamek, wioska, straszny wampir, stary profesor, ruda niewiasta i zakochany kawaler... Nawet jak nie wiedzieliście, to już wiecie)
Jakże można polubić młodego i dzielnego Alfreda (na ratunek ukochanej Sarze!), kiedy w opozycji mamy Krolocka, który również urody dziewczynie nie odmawia, ale tak najbardziej to chciałby ją zjeść. Może nie całą, jedynie uszczknąć odrobinkę, nadpić tyci. 

Skąd w nas (w dużej części nas?) takie skłanianie się ku stronie mroczniejszej, że kiedy szlachetne i dzielne serce Alfreda gna go w straszne niebezpieczeństwo, ziewamy, może trochę parskamy i ogólnie nudzimy się odrobinę. A potem nadchodzi wredny Krolock, snuje rzewną pieśń o swoim nienasyconym głodzie i Liritio już go kocha troszkę... Romantyzm odwrócony?

Przykład sztandarowy: "Upiór w operze". Aj, Christine, Christine, dlaczego?
A tak naprawdę jej wybór jest całkowicie zrozumiały. Romantyzm swoje, życie swoje, czy któraś z nas naprawdę chciałaby wiązać się z szalonym awanturnikiem, mordercą, bez pracy, rodziny czy nawet minimalnego dochodu? Śpiewać może ładnie, ale wilgoć piwnic to gwarantowany reumatyzm.
Oczywiście wiem, że sztuka rządzi się innymi prawami, a najbardziej (chyba) znany upiór, znaczy Gerard Butler (zadziwiająco przystojny w tej roli), miał moje pełne poparcie, nawet jeśli znałam tragicznie szczęśliwy koniec.

Jednak dylemat jest inny: kogo preferowałaby Liritio, gdyby Raoula ("Upiorowy..." amant nr. 1) grał Barton? A naprawdę tę rolę grał, w oryginalnej obsadzie na Broadwayu i West Endzie. Upiór, tak dramatycznie pociągający vs. Raoul, strasznie miękkie kluchy w większości interpretacji... Ale Barton!
Prawdopodobnie Raoul de Chagny w wykonaniu Steva Batrona byłby jedynym znanym światu przypadkiem postaci młodzieńca ze szlachetnym błyskiem w oku, którego bym mogła preferować nad Upiory wszelkie.

Skąd więc taki odwrócony romantyzm postaci u co najmniej części dam? Upiór, Krolock, Dracula, Lestat... Możemy też opuścić krainę fantazji i oddać się ziemskim sprawom. Czy to jedynie moja przypadłość, że wśród wszystkich postaci szekspirowskich nie ma żadnej nad Jago?

Muszę jednak przyznać, że pomijając twory fantastyczne czy inaczej bajkowe, niełatwo znaleźć czarny charakter, który nie miałby trudnej konkurencji w bohaterach lepszych od siebie. I chyba nie będzie stwierdzeniem na wyrost, że im bardziej kino szło do przodu, tym bardziej czarne i białe stawało się szarym?

Ten wpis był próbą, czy nadal potrafię. Czy potrafię usiąść i bez zmuszania się stworzyć kilka zdań na temat (albo i bez, jak dzisiaj), czy mój blog jeszcze ma sens.
I chyba ma, bo nawet jak odstawiam wirtualne zwierzątko na margines, cięgle wracam - z lepszym lub gorszym skutkiem. Tego możecie się bać albo na to czekać, na razie mam nadzieję na wzrost formy.

A tymczasem, umiecie wybrać swoich ulubionych "złych"? Albo "złe"?
Gdybym miała zaczynać taką wyliczankę... No tak, na pierwszym miejscu jeden pan słuchający Beethovena, trzaskający szyją, zawsze na prochach. Kto? Norman, oczywiście, Gary Oldman kupił  mnie tą rolą na wieki. W ogóle, któż lepszy na czarny charakter, niż znakomite trio: Oldman, Rickman (yippee-ki-yay... zakończenie boli mnie niezmiernie), Malkovich. Panowie nie są zaszufladkowani do złej strony mocy, ale nie da się ukryć, pierwszorzędnie odnajdują się w rolach moralnie wątpliwych charakterów.
Ale rzeczywistość jest trudniejsza do oceny, w ilu bowiem filmach, które oglądamy z zadowoleniem, można wyznaczyć wyraźną granicę dobro/zło? Oczywiście kino z American Dream chętnie wyznacza tę granicę za nas, ale poza tym?
Nie można.
Stąd może pytanie powinno być dłuższe: czy macie ulubieńców wśród charakterów z szarej strefy?
Ponownie mogłabym zacząć przypadkowo, pierwszym skojarzeniem z ostatnich dni: Patty Hews, główna rola (Glenn Close) z bardzo godnego polecenia serialu "Układy" ("Damages"). Tak, ale to jest serial o prawnikach, gdzież więcej szarych stref, niż w serialu o prawnikach? Glenn Close jest w tej roli tak świetna, że pozostaje jedynie zalecać Wam osobiste zapoznanie się z serialem. Bez wątpienia warto.

Swobodny przepływ myśli doprowadził mnie od polskiej sceny musicalowej do amerykańskiego serialu. Na początek, po przerwie, wystarczy.

piątek, 13 stycznia 2012

"Szpieg", reż. Tomas Alfredson.

Oto piękny przykład świetnie zrealizowanego filmu, który opiera się na mówieniu i milczeniu, na spojrzeniu. Tempo i pauza, i wzbudzony w widzu nastrój. Trochę niepokoju, trochę zdziwienia, trochę tęsknoty?
Kontrastując z moim dziecinnym zapatrzeniem w kinowy ekran, nowy film Alfredsona jest idealny, ale jest w tej idealności spokojny, dojrzały, stonowany... Bije po oczach profesjonalizmem, dyskretnie przemyca wdzięk i styl. Jestem tak zadowolona z tego filmu, jakby był mój własny.

Wyjątkowo ciężko mi nie napisać: "idźcie, cieszcie oczy!", nie piać z zachwytu nad tym, co w "Szpiegu" jest dopracowane w stu procentach, dopięte na ostatni guzik i elegancko podane, bez mała wstążeczką przewiązane. Ale wtedy musiałabym po prostu kolejno wychwalić każdy element składowy filmu, od obsady zaczynając.
Spróbuję więc inaczej.

Dramatyzm. Tego w książce nie było. A dokładniej, zostało przygniecione szczegółami, wspomnieniami, nazwiskami, datami, miejscami... Stos akt wytłumił wydźwięk historii i "Druciarz, krawiec..." czytało się z zainteresowaniem, ale bez większego wzruszenia. Może poza Prideaux, ale trzeba być skałą, żeby nie wzruszyć się Jimem Prideaux, nawet przysypanym aktami zamierzchłych spraw.
Film Alfredsona, przez uproszczenie historii, pozbawiony zalewu osób i miejsc, okazuje się dramatem w pełnej krasie. "Szpieg" stał się historią smutnego zdrajcy i smutnego myśliwego, którzy powoli odnajdują się w świecie, który już nie jest ogarnięty "prawdziwą" wojną, w którym zaczyna brakować miejsca dla gwardii odchodzącej w zmierzch.

Charaktery. Byłam pod wrażeniem uszczegółowienia każdej postaci. Nawet najdrobniejszej. John Le Carre zadbał o szczegółowość, kiedy malował swoich chłopców i dziewczynki w Cyrku. Alfredsonowi i obsadzie udało się tę szczegółowość na ekran przenieść, z tego jestem zadowolona. Moimi faworytami byli Oldman, Hinds, Hurt, Cumberbatch i najlepszy (a mnie dotychczas nieznany) David Dencik jako Toby Esterhase. Ale w tym filmie nie ma złej roli.

Modyfikacje. Udane, za co należą się skromne brawa. Ekranizacje ogółem, a na pewno książek o tak szczegółowej i pogmatwanej akcji prowadzonej głównie retrospekcjami, obfitują w zmiany, uproszczenia i pominięcia. Z różnym skutkiem. Wersja Alfredsona mnie przekonała, byłam pod szczególnym wrażeniem pomysłu z przyjęciem gwiazdkowym, które posłużyło jako narzędzie komentarza dla historii właściwej. A z czasem kolejne sceny z przyjęcia wzbudzały więcej uczuć, niż tocząca się akcja. Były podsumowaniem, wspomnieniem zarówno dobrym i złym, zapowiedzią przyszłych wydarzeń, mapą relacji. Naprawdę pomysłowy zabieg w scenariuszu.

Towarzyszy nam atmosfera trochę duszna, przyczajona. Wiemy, że coś nadchodzi, coś chowa się w ciemności, przemyka tuż pod nosem, skrada za plecami.
I w jednej chwili żałujemy Smileya, uśmiechamy się do Haydona czy Tarra, krzywimy z niecierpliwym grymasem nad Allelinem. W kolejnej już zastanawiamy się, czy naprawdę można czuć do nich sympatię, do któregokolwiek. Wszyscy "wspaniali chłopcy" Cyrku, których chciałoby się zapamiętać szlachetnymi.
Rąbek "starych dobrych czasów" jest odchylony specjalnie dla nas. Ale i te przestają wydawać się dobre i warte ciepłych wspomnień, kiedy do głosu dochodzą szmery z samotności ciasnych biur i nocnych dyżurów, tajemnice owiewające spotkania po godzinach.

Nie mam wątpliwości, że w przypadku nominacji ewentualnych, oscarowych (mam nadzieję), "Szpieg" przegra wszystko ze wszystkimi, tak jak przegrało "Social Network" z "Jak zostać królem", jak przegrał "Frost/Nixon" ze "Slumdogiem", jak lata wcześniej przegrał "Michael Clayton", "Capote", "Rzeka tajemnic"... Te filmy ciągle przegrywają, a ja rok w rok mam malutką nadzieję. Absurdalną.

I muzyka. Ach, muzyka! (autor: Alberto Iglesias, często pisze muzykę dla Almodovara) Muzyka jest całkiem osobną, niepokojącą, stonowaną rewelacją w tle.