"Przeczytałem całą filozofię antyku, od Sokratesa po świętego Augustyna. I zapomniałem wszystko, poza słodko - kwaśnym smakiem melancholii i rozczarowania. Teraz, kiedy mam sześćdziesiąt cztery lata, o ludziach wiem tylko tyle, że mają wspomnienia, boją się i umierają."Cytatem z historii pewnego Templariusza rozpoczęłam, myśląc nieśmiało - "no spróbujmy". Walczę w ukryciu żeby do kalejdoskopowych zapisków wrócić, pajęczyny uprzątnąć i zaznać spokoju ducha. Bowiem ja to ja, ale Liritio się do świata pcha, mimo pewnych zmian w życiorysie usunąć się w cień nie chce. Liritio daje o sobie znać nazbyt często (w momentach przyziemnych i codziennych), żebym mogła ten cichy pociąg do kalejdoskopowej klawiatury zupełnie zignorować. Czyli klamra, "spróbujmy". Przyznaję, tęskniłam.
Arturo Perez-Reverte, "Ostatnia bitwa Templariusza",Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2000 rok, [strony nie pamiętam]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 maja 2018
Templariusz i ja, zza węgła.
środa, 23 grudnia 2015
Trójka po raz pierwszy, czyli małe jest piękne (i zupełnie niemałe)
Liritio z nową energią podjęła pisanie bloga, co nie znaczy wcale, że częściej klika w magiczną ikonę "Opublikuj". Stąd też, ocalamy od zapomnienia, usprawniamy proces i zaczynamy przedświąteczną trójkę (świątecznie niezwiązaną).
Czy poza poniższy wybryk owa trójka cyklem wychynie... Któż wie?
Zawsze zastanawiają mnie "małe" filmy z wielką obsadą, o których wieść rzadko kiedy dociera do naszego polskiego grajdołka (a nawet jeśli, tyłem i na około).
Łatwo spotkać się z taką magią w kinie australijskim, kiedy wielkie gwiazdy (czując zew ziemi rodzinnej?) grają małe role w różnorakich filmach, o których świat mało słyszy.
Jednak to wtręt, chociaż przywołałam Australię, akurat dzisiaj Liritio będzie pisała o kinie amerykańskim.
Czy poza poniższy wybryk owa trójka cyklem wychynie... Któż wie?
Zawsze zastanawiają mnie "małe" filmy z wielką obsadą, o których wieść rzadko kiedy dociera do naszego polskiego grajdołka (a nawet jeśli, tyłem i na około).
Łatwo spotkać się z taką magią w kinie australijskim, kiedy wielkie gwiazdy (czując zew ziemi rodzinnej?) grają małe role w różnorakich filmach, o których świat mało słyszy.
Jednak to wtręt, chociaż przywołałam Australię, akurat dzisiaj Liritio będzie pisała o kinie amerykańskim.
czwartek, 22 października 2015
"Sicario", reż. Denis Villeneuve i to drugie, które miało być, a nie jest.
Liritio poszła w niedzielę do kina na "Black Mass" i postanowiła napisać o "Sicario" z komentarzem na marginesie, że tak się to robi.
"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.
"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.
![]() |
|
Etykiety:
Benicio Del Toro,
Emily Blunt,
film,
gangsterski,
Johnny Depp,
Josh Brolin,
kryminał,
Peter Sarsgaard,
sensacja,
USA
wtorek, 15 września 2015
Rezerwa i sentyment, czyli Agatha Christie i trzynaście zagadek.
Ostrzegam, wstęp rozwleczony, prywatą usiany.
Liritio jest jednak nastawiona na jakąś inną częstotliwość - rzadko kiedy wie, co się dzieje. I jak ostatni osioł (oślica) zastanawia się, o co tyle szumu...
Dopiero wczoraj dostałam po oczach 125 rocznicą urodzin Agathy Christie. Ładna data, zodiakalna panna...
Młodą nacią będąc, Liritio porwała w dłonie "Trzynaście zagadek" z kartą tarota na okładce. Panna Marple dawała popalić kółku wzajemnej adoracji i tak się zaczęło. W tym upatruję dzisiejszą minimalną rezerwę wobec książek Christie - przeczytałam znaczącą większość mając lat dwanaście/trzynaście. I niestety wszystkie emocje ówczesnej ledwo co nastoletniej kózki zupełnie nie są moimi emocjami dzisiaj. A pierwsze wrażenie... To sami wiecie.
Liritio przeczytała wszystkie książki Chritie, które miała w zasięgu ręki (czyli większość jej książek) w tempie zastraszającym. Utrafienie Christie w tym dziwnym okresie, kiedy książki dla dzieci, ujmijmy to na wyrost, stawały się nieco passe, ale te poważniejsze jeszcze nie były ciekawe, było strzałem w dziesiątkę. I początkiem niekończącego się związku Liritio i kryminałów.
Czyli widzicie, "królowej kryminału" stołka nie odmawiam, natrzaskała tego w życiu aż strach, a Herkulesa Poirot (Liritio darzy sympatią) czy pannę Marple (Liritio nie przepada) mało komu trzeba przedstawiać.
I moja rezerwa też jest bestią niepewną, niestałą, przepycha się z sentymentem.
Dlaczego nie ma we mnie wiele sympatii dla panny Marple? Sama nie wiem, dzisiaj wydaje mi się, że może dlatego, że wścibska. Tyle że, jak z początku napisałam, czytałam te książki dawno temu i to za młodu panny Marple nie polubiłam. Teraz może byłoby inaczej, ale nie pamiętam, żebym (poza "Trzynastoma zagadkami") urządzała sobie powtórki Christie z panną Marplę w roli głównej. Może tracę?
Ciekawostka? Nigdy nie przeczytałam "Kurtyny". Bo mama powiedziała, że Poirot umiera, a Liritio ledwo nastoletnia nie chciała czytać o umieraniu. I chyba nadal nie chce, książka leży odłogiem i w sumie nie czytam tej nieszczęsnej "Kurtyny" już chyba z przyzwyczajenia.
Koniec wstępu. Jak tytułem zapowiedziane, "Trzynaście zagadek" zapoczątkowało moje kryminalne czytanie i trzynaście zagadek znajdziecie poniżej. Czyli ulubione książki Liritio autorstwa Agathy Christie, mniej więcej rosnąco (tzn, numerycznie malejąco) w uwielbieniu uporządkowane. Trochę tylko oszukałam, może mi wybaczycie.
Liritio jest jednak nastawiona na jakąś inną częstotliwość - rzadko kiedy wie, co się dzieje. I jak ostatni osioł (oślica) zastanawia się, o co tyle szumu...
Dopiero wczoraj dostałam po oczach 125 rocznicą urodzin Agathy Christie. Ładna data, zodiakalna panna...
Młodą nacią będąc, Liritio porwała w dłonie "Trzynaście zagadek" z kartą tarota na okładce. Panna Marple dawała popalić kółku wzajemnej adoracji i tak się zaczęło. W tym upatruję dzisiejszą minimalną rezerwę wobec książek Christie - przeczytałam znaczącą większość mając lat dwanaście/trzynaście. I niestety wszystkie emocje ówczesnej ledwo co nastoletniej kózki zupełnie nie są moimi emocjami dzisiaj. A pierwsze wrażenie... To sami wiecie.
Liritio przeczytała wszystkie książki Chritie, które miała w zasięgu ręki (czyli większość jej książek) w tempie zastraszającym. Utrafienie Christie w tym dziwnym okresie, kiedy książki dla dzieci, ujmijmy to na wyrost, stawały się nieco passe, ale te poważniejsze jeszcze nie były ciekawe, było strzałem w dziesiątkę. I początkiem niekończącego się związku Liritio i kryminałów.
Czyli widzicie, "królowej kryminału" stołka nie odmawiam, natrzaskała tego w życiu aż strach, a Herkulesa Poirot (Liritio darzy sympatią) czy pannę Marple (Liritio nie przepada) mało komu trzeba przedstawiać.
I moja rezerwa też jest bestią niepewną, niestałą, przepycha się z sentymentem.
Dlaczego nie ma we mnie wiele sympatii dla panny Marple? Sama nie wiem, dzisiaj wydaje mi się, że może dlatego, że wścibska. Tyle że, jak z początku napisałam, czytałam te książki dawno temu i to za młodu panny Marple nie polubiłam. Teraz może byłoby inaczej, ale nie pamiętam, żebym (poza "Trzynastoma zagadkami") urządzała sobie powtórki Christie z panną Marplę w roli głównej. Może tracę?
Ciekawostka? Nigdy nie przeczytałam "Kurtyny". Bo mama powiedziała, że Poirot umiera, a Liritio ledwo nastoletnia nie chciała czytać o umieraniu. I chyba nadal nie chce, książka leży odłogiem i w sumie nie czytam tej nieszczęsnej "Kurtyny" już chyba z przyzwyczajenia.
Koniec wstępu. Jak tytułem zapowiedziane, "Trzynaście zagadek" zapoczątkowało moje kryminalne czytanie i trzynaście zagadek znajdziecie poniżej. Czyli ulubione książki Liritio autorstwa Agathy Christie, mniej więcej rosnąco (tzn, numerycznie malejąco) w uwielbieniu uporządkowane. Trochę tylko oszukałam, może mi wybaczycie.
Etykiety:
Agatha Christie,
kryminał,
książka,
Wielka Brytania
wtorek, 10 września 2013
"Księżniczka z lodu", Camilla Läckberg, czyli agresja winą poniedziałku
"Mankell przynajmniej jest solidny", było jedynym, co powiedział C., kiedy krzywiłam się nad kolejnym szwedzkim kryminałem, tym razem "Księżniczką z lodu" Camilli Läckberg. I miał rację, rzeczywiście, Mankell przynajmniej jest solidny.
Liritio jest na bakier ze szwedzkim kryminałem od zawsze - o tym możecie wiedzieć, nie pierwszy raz marudzę - ale od kiedy zyskały na popularności, często zastanawia się, czy jest z nią coś nie tak. Zwykle dochodzi do wniosku, że to naturalna kwestia preferencji, oczywistość, że powinna dać sobie spokój i tyle.
Gorzej jest, gdy owe rozważania rozpoczną się w poniedziałek, jak rozpoczęły się tym razem (czyli wczoraj). W poniedziałki Liritio dochodzi do jak najgorszych wniosków, a jej codzienna, względnie pozytywna obojętność wobec świata zmienia się w zdecydowaną wrogość. Ot, życie.
Jestem prawie pewna, że pierwszym szwedzkim kryminałem, jaki kiedykolwiek przeczytałam, musiał być całkiem dobry "Śmiejący się policjant" Sjöwall i Wahlöö, który stał na regale mojej matki zaraz obok "Jak kamień w wodę", seria z jamnikiem i te sprawy. Sjöwall i Wahlöö są wyjątkiem w mojej niechęci do skandynawskich kryminałów, chociaż nikogo nie próbowałabym nawet przekonywać, że "Roseanna" jest dobrą książką.
Kolejny był na pewno Ekström, cztery książki stały na tym samym regale, Liritio czytała, co było. Ale Ekströma wyjątkiem już nazwać nie mogę, poza może "Węgorz ryba pożądana" nie wciągnęłam się w żaden jego kryminał, a i węgorz szału nie robił.
Duży przeskok w czasie i mamy Larssona. Widzicie, Liritio się irytuje, bo Larsson jest już mało znany. Tzn, jest bardzo znany, bo przecież filmy, ale jeśli ktoś nie przeczytał Millennium przed kilkoma laty, jestem prawie pewna że już albo nie przeczyta, albo w nieustannej zalewie szwedzkiej literatury, przeoczy, zapomni, odłoży w połowie.
Dlaczego? Bo ten cały badziew tak chętnie wypluwany obecnie przez wydawnictwa jest łatwiejszy, ach, o ile łatwiejszy, a przecież i Larsson nie "Ulissesa" napisał, ale kryminał trochę przygodowy, trochę polityczny.
Skąd taki niemiły wniosek? Proste, z biblioteki. Kiedy podejść do szwedzkiej półki, stoi Mankell, stoi trylogia Millennium. Wszyscy korzystający z bibliotek już przeczytali? Możliwe. Ale dla mnie jest to też wyznacznik braku zainteresowania.
A Mankell przynajmniej jest solidny, co przyznam bez bicia, mimo że ze wszystkich jego wydanych po polsku książek (a Liritio przeczytała prawie wszystkie) podobała mi się tylko jedna i już nawet nie pamiętam która. Chyba "Mężczyzna, który się uśmiechał" (zbieżność z policjantem z regału matki przypadkowa). Dzisiaj już nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego jedna mi się podobała, pewnie intryga bardziej w moim stylu, a może o co innego chodziło...
Larsson też był solidny, nie jest to literatura wielkiej klasy, ale w swoim gatunku mierzy wysoko, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" są bardzo dopracowaną książką, skomplikowaną i dopracowaną. Kolejne części Millennium to trochę inna bajka, mnie drażniła Lisbeth i zmiana tematyki, znacznie mniej tajemniczo - kryminalna, znacznie bardziej sensacyjno - spiskowa. Nadal jednak były to bardzo długie, bardzo dopieszczone książki.
I tą drogą docieramy do wrześniowego poniedziałku, kiedy Liritio do końca przekartkowała, inaczej nie da się tego nazwać, "Księżniczkę z lodu" Läckberg, po czym trzasnęła się dłonią w czoło.
Mogę uwierzyć, że fafnasta książka tej kobiety jest lepsza niż pierwsza, mogła się wyrobić, lubiany przeze mnie Beckett się wyrobił, jej nie zabronię.
Ale sama "Księżniczka z lodu" to tandetna fabuła, sztampowo napisana (serio, jakby według samouczka), nudno, prosto, w negatywnie niefinezyjnym tego słowa znaczeniu.
Erika, piękna i mądra pisarka, jest postacią pozbawioną charakteru, ale wiadomo, że piękna, cudownie, jej amant jest jeszcze gorszy, charaktery drugoplanowe to parodia i stereotypy. Jeśli najciekawszym bohaterem książki jest emeryt planujący ucieczkę od żony, który w całkiem długiej fabule pojawia się dokładnie trzy razy, to ja nie mam pytań.
Zdenerwowałam się.
Tyle że taka jest prawda, wśród kryminalnej pulpy importowanej ze Skandynawii o perełki trudno. Co tam perełki, po prostu o dobre kryminały jakoś trudno. A tyle już tego towaru przeczytałam... Z jednej strony, nie moje gusta, do tego wracam, o tym cały czas pamiętam. Ale jednak po "Księżniczce z lodu" uświadomiłam sobie, że każdy kolejny kryminał z Północy, który trafia w moje ciągle nienasycone łapki, to równia pochyła.
Są dobre przykłady, fińska Lehtolainen, na upartego norweski Nesbø, islandzka Sigurðardóttir, co drugą jej książkę czyta mi się bardzo dobrze, szwedzki Håkan Nesser, ale to naprawdę rodzynki w tłumie pisarzy kwalifikujących się na półkę pod hasłem "bardzo, bardzo średnie". Ciągle pamiętam o mojej rozbieżności upodobań, tak, generalizuję, tak.
Tylko dlaczego idąc do księgarni widzę zalew "następców" Larssona, "lepszych niż Mankell", itd, itp, a z około trzydziestu książek Marthy Grimes na polski przetłumaczono mniej więcej osiem? Reklama dźwignią handlu, to rozumiem bardzo dobrze, co nie zmienia faktu, że protestuję.
Ale skoro Liritio nie została zasypana przez wydawnictwa mrowiem a mrowiem książek (w tym kryminałów) hiszpańskich czy angielskich, czyta, co jest, po latach ciągle czyta, co jest, kiedyś Ekströma, dzisiaj Läckberg. I zdecydowanie woli się zanudzać Ekströmem, niż kaleczyć kolejnymi tomami sagi, tak jest serio napisane na okładce, "saga kryminalna". Że też nie zwróciłam na to uwagi w bibliotece i cichutko nie odłożyłam "Księżniczki..." na półkę. Mnie by to oszczędziło nerwów, a Wam marudzenia.
Liritio jest na bakier ze szwedzkim kryminałem od zawsze - o tym możecie wiedzieć, nie pierwszy raz marudzę - ale od kiedy zyskały na popularności, często zastanawia się, czy jest z nią coś nie tak. Zwykle dochodzi do wniosku, że to naturalna kwestia preferencji, oczywistość, że powinna dać sobie spokój i tyle.
Gorzej jest, gdy owe rozważania rozpoczną się w poniedziałek, jak rozpoczęły się tym razem (czyli wczoraj). W poniedziałki Liritio dochodzi do jak najgorszych wniosków, a jej codzienna, względnie pozytywna obojętność wobec świata zmienia się w zdecydowaną wrogość. Ot, życie.
Jestem prawie pewna, że pierwszym szwedzkim kryminałem, jaki kiedykolwiek przeczytałam, musiał być całkiem dobry "Śmiejący się policjant" Sjöwall i Wahlöö, który stał na regale mojej matki zaraz obok "Jak kamień w wodę", seria z jamnikiem i te sprawy. Sjöwall i Wahlöö są wyjątkiem w mojej niechęci do skandynawskich kryminałów, chociaż nikogo nie próbowałabym nawet przekonywać, że "Roseanna" jest dobrą książką.
Kolejny był na pewno Ekström, cztery książki stały na tym samym regale, Liritio czytała, co było. Ale Ekströma wyjątkiem już nazwać nie mogę, poza może "Węgorz ryba pożądana" nie wciągnęłam się w żaden jego kryminał, a i węgorz szału nie robił.
Duży przeskok w czasie i mamy Larssona. Widzicie, Liritio się irytuje, bo Larsson jest już mało znany. Tzn, jest bardzo znany, bo przecież filmy, ale jeśli ktoś nie przeczytał Millennium przed kilkoma laty, jestem prawie pewna że już albo nie przeczyta, albo w nieustannej zalewie szwedzkiej literatury, przeoczy, zapomni, odłoży w połowie.
Dlaczego? Bo ten cały badziew tak chętnie wypluwany obecnie przez wydawnictwa jest łatwiejszy, ach, o ile łatwiejszy, a przecież i Larsson nie "Ulissesa" napisał, ale kryminał trochę przygodowy, trochę polityczny.
Skąd taki niemiły wniosek? Proste, z biblioteki. Kiedy podejść do szwedzkiej półki, stoi Mankell, stoi trylogia Millennium. Wszyscy korzystający z bibliotek już przeczytali? Możliwe. Ale dla mnie jest to też wyznacznik braku zainteresowania.
A Mankell przynajmniej jest solidny, co przyznam bez bicia, mimo że ze wszystkich jego wydanych po polsku książek (a Liritio przeczytała prawie wszystkie) podobała mi się tylko jedna i już nawet nie pamiętam która. Chyba "Mężczyzna, który się uśmiechał" (zbieżność z policjantem z regału matki przypadkowa). Dzisiaj już nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego jedna mi się podobała, pewnie intryga bardziej w moim stylu, a może o co innego chodziło...
Larsson też był solidny, nie jest to literatura wielkiej klasy, ale w swoim gatunku mierzy wysoko, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" są bardzo dopracowaną książką, skomplikowaną i dopracowaną. Kolejne części Millennium to trochę inna bajka, mnie drażniła Lisbeth i zmiana tematyki, znacznie mniej tajemniczo - kryminalna, znacznie bardziej sensacyjno - spiskowa. Nadal jednak były to bardzo długie, bardzo dopieszczone książki.
I tą drogą docieramy do wrześniowego poniedziałku, kiedy Liritio do końca przekartkowała, inaczej nie da się tego nazwać, "Księżniczkę z lodu" Läckberg, po czym trzasnęła się dłonią w czoło.
Mogę uwierzyć, że fafnasta książka tej kobiety jest lepsza niż pierwsza, mogła się wyrobić, lubiany przeze mnie Beckett się wyrobił, jej nie zabronię.
Ale sama "Księżniczka z lodu" to tandetna fabuła, sztampowo napisana (serio, jakby według samouczka), nudno, prosto, w negatywnie niefinezyjnym tego słowa znaczeniu.
Erika, piękna i mądra pisarka, jest postacią pozbawioną charakteru, ale wiadomo, że piękna, cudownie, jej amant jest jeszcze gorszy, charaktery drugoplanowe to parodia i stereotypy. Jeśli najciekawszym bohaterem książki jest emeryt planujący ucieczkę od żony, który w całkiem długiej fabule pojawia się dokładnie trzy razy, to ja nie mam pytań.
Zdenerwowałam się.
Tyle że taka jest prawda, wśród kryminalnej pulpy importowanej ze Skandynawii o perełki trudno. Co tam perełki, po prostu o dobre kryminały jakoś trudno. A tyle już tego towaru przeczytałam... Z jednej strony, nie moje gusta, do tego wracam, o tym cały czas pamiętam. Ale jednak po "Księżniczce z lodu" uświadomiłam sobie, że każdy kolejny kryminał z Północy, który trafia w moje ciągle nienasycone łapki, to równia pochyła.
Są dobre przykłady, fińska Lehtolainen, na upartego norweski Nesbø, islandzka Sigurðardóttir, co drugą jej książkę czyta mi się bardzo dobrze, szwedzki Håkan Nesser, ale to naprawdę rodzynki w tłumie pisarzy kwalifikujących się na półkę pod hasłem "bardzo, bardzo średnie". Ciągle pamiętam o mojej rozbieżności upodobań, tak, generalizuję, tak.
Tylko dlaczego idąc do księgarni widzę zalew "następców" Larssona, "lepszych niż Mankell", itd, itp, a z około trzydziestu książek Marthy Grimes na polski przetłumaczono mniej więcej osiem? Reklama dźwignią handlu, to rozumiem bardzo dobrze, co nie zmienia faktu, że protestuję.
Ale skoro Liritio nie została zasypana przez wydawnictwa mrowiem a mrowiem książek (w tym kryminałów) hiszpańskich czy angielskich, czyta, co jest, po latach ciągle czyta, co jest, kiedyś Ekströma, dzisiaj Läckberg. I zdecydowanie woli się zanudzać Ekströmem, niż kaleczyć kolejnymi tomami sagi, tak jest serio napisane na okładce, "saga kryminalna". Że też nie zwróciłam na to uwagi w bibliotece i cichutko nie odłożyłam "Księżniczki..." na półkę. Mnie by to oszczędziło nerwów, a Wam marudzenia.
środa, 21 sierpnia 2013
Zacznę prosto, kim jest Keyser Soze?
Wszystko w tyle, znowu, a jakiś czas temu z inicjatywy Mariusza wyszło na to, że mam opowiedzieć o śledztwie w kinie. Tzn, o śledztwie w filmie, tzn w kontekście motywu filmowego... O, wysłowiłam się, motyw śledztwa w filmach, rozprawka na tysiąc słów. A tak naprawdę wszystko jest winą tego Pana., inicjatora pomysłu.
Temat jest szeroki, aczkolwiek fakt, że mogę wybrać swoje ulubione nawiązania nieco upraszcza zawiłą materię wyboru. A czy ja Wam kiedykolwiek mówiłam, jak kiepska jestem w wybieraniu? Największy dramat Lirito: gdzie zjeść obiad. Ale już, koniec, bez dygresji.
Tak naprawdę, dla Lirito jest to świetna okazja żeby wymienić kilka zupełnie ulubionych filmów, o których nie napisałam dotychczas, bo... (wstawcie pierwszy bezsensowny powód, który przemknie Wam przez myśl).
1. Podejrzani, reż. Bryan Singer, 1995 rok.
Kiedy Wy mówicie "śledztwo', ja od razu krzyknę "Podejrzani", to się błyskawicznie kojarzy i jest pierwsze na liście. Film Singera jest znany (chyba) wszem i wobec, od przebiegłego pytania "kim jest Keyser Soze?" po doborową obsadę, mam wrażenie że nie ma osoby, która przynajmniej raz nie usłyszała o "Podejrzanych".
Skracając akcję, pewien policjant przesłuchuje świadka pewnych wydarzeń, a jego historia powoli wyjaśnia koleje pewnej kradzieży i morderstwa. Tylko czy rzeczywiście? Bo właściwie, kim jest ten przeklęty Soze?
"Podejrzani" są czymś pomiędzy genialnie nakręconą łamigłówką, historią wielkiego przekrętu i mrocznym, mocnym kryminałem ze świetną rolą Byrne'a. Samo śledztwo jest niejako odwrotne, wydaje się, że oglądamy jego finał, a prawda leży gdzie indziej.
Niezmiennie mnie zadziwia, jak obłędnie dobry jest ten film.
2. Tajemnice Los Angeles, reż. Curtis Hanson, 1997 rok.
A jeśli mówić o śledztwie, momentalnie nasuwa się film noir. A jeśli mówić o w miarę współczesnym kinie noir, będą to rewelacyjne "Tajemnice Los Angeles" z pamiętną rolą Kim Basinger.
Dlaczego tak bardzo (ale naprawdę bardzo, bardzo) lubię "L.A. Confidential"? Możliwe, że trochę uwodzi mnie charakterystyczny klimat, ponurzy policjanci, piękne kobiety, nocne Los Angeles tak mało kojarzące się ze słońcem Hollywood, styl lat 50tych i wszechobecna, wątpliwa moralność bohaterów.
"Tajemnice Los Angeles" są świetnie zmontowaną historią wielotorowego śledztwa, w którym ciężko określić, kto jest kim, klasyczny motyw. A ja uwielbiam tak dobrze uzasadnianą i tak subtelnie wprowadzaną w czasie ewolucję charakterów.
I obsada... Russel Crowe w roli porywczego gliny, Kevin Spacey sprzedający policyjny talent w telewizyjnym programie i Guy Pearce w najlepszej chyba roli tego filmu, jako młody, nieugięty policjant w pogoni za karierą.
Nie ma dobrego powodu, żeby nie obejrzeć "Tajemnic Los Angeles", po prostu nie ma.
3. Mroczne przejście, reż. Delmer Daves, 1947 rok.
Skoro klimat kina noir w jakimś stopniu przywołuje "L.A. Confidential", cofnę się do oryginałów. I wybaczcie, ale kino noir i Humphrey Bogart idą w parze, a kiedy Liritio mówi o Bogarcie, Lauren Bacall musi wystąpić.
Wiele razy nadmieniałam o czterech filmach tej pary, sztandarowy (w kontekście śledztwa) byłby "Wielki sen", ale nie będę się powtarzać, szczególnie że Bogart i Bacall nakręcili też znacznie mniej znane "Mroczne przejście".
Ciekawa jest struktura filmu będącego historią człowieka bez twarzy, któremu zabrano przyszłość fałszywym oskarżeniem o morderstwo żony. Wszystko widzimy oczami głównego bohatera, właściwie jesteśmy głównym bohaterem, kiedy ucieka z więzienia, przechodzi operację plastyczną i z pomocą pięknej nieznajomej prowadzi swoje prywatne śledztwo. Czyni to z "Mrocznego przejścia" film raczej Bacall niż Bogarta, ale można go oglądać z sentymentu dla obojga (jak czynię to ja) albo z uznania dla dobrego kina noir, nawet jeśli "Mroczne przejście" niekoniecznie trafia do pierwszej ligi gatunku.
4. Rzeka tajemnic, reż. Clint Eastwood, 2003 rok.
Kolejnym filmem, o którym nigdy dotąd nie pisałam, jest jeden z najlepszych filmów Eastwooda (wedle preferencji Liritio, a miejcie na uwadze, że nie oglądam westernów). Film jest wierną ekranizacją książki Denisa Lehane'a, przy okazji jednego z moich ulubionych pisarzy.
Akcję rozpoczyna śmierć córki Jimmy'ego Markuma (Sean Penn) trudniącego się nie do końca legalną działalnością, który bez wytchnienia, wręcz opętańczo rozpędza się w dążeniach do odnalezienia jej mordercy. Laura Linney w roli jego żony gra jedną z najlepszych i najbardziej przewrotnych (albo niedopowiedzianych) ról kobiecych, jakie pamiętam.
Jednocześnie śledztwo w sprawie tego morderstwa prowadzi policyjny detektyw Devine (uwielbiany i niedoceniany Kevin Bacon), a na drugim planie dużą rolę odgrywa niezrównoważony Dave Boyle (Tim Robbins). Trzej bohaterowie znają się od dziecka, ich przyjaźń została przed laty brutalnie odmieniona porwaniem małego Dave'a, retrospektywna historia tych wydarzeń stanowi drugi wątek częściowo wyjaśniający mocno niejednoznaczne relacje między tą trójką.
"Rzekę tajemnic" szkoda przegapić, fabuła jest trudna, ale nich mnie małe kaczątko kopnie, jeśli Eastwood nie wykonał genialnej roboty.
"Rzeka tajemnic" przyniosła Oscara Seanowi Pennowi i Timowi Robbinsowi, a tytuł najlepszego filmu roku przegrała z ostatnią częścią Trylogii Pierścienia, co pozostawia mnie w niemym oburzeniu po dziś dzień.
5. Michael Clayton, reż. Tony Gilroy, 2007 rok.
Mój faworyt dzisiejszej szczęśliwej siódemki, właściwie jeden z tych najlepszych filmów, o których często myślę i rzadko piszę. Życie.
"Michael Clayton" jest przykładem pozornie skromnego filmu, którego doborowa obsada i skomplikowany, ale dopracowany w każdym calu scenariusz, tworzą coś wyjątkowego. Świetna rola Clooneya, którego Michael Clayton jest nie tyle prawnikiem, co tzw. fixerem, że zapożyczę obcy termin. Załatwia delikatny problem i sowicie wynagrodzony znika. Już jego monolog z początku filmu uświadomił mi, że nie jest to tytuł, który łatwo zapomnę. I rzeczywiście, nie zapomniałam.
Samochód Claytona wysadzony jest w powietrze, kiedy on ogląda konie, po czym akcja cofa się o cztery dni. Arthur Edenes, współpracownik i kolega Claytona, przeżywa rzekome załamanie nerwowe broniąc korporacji zanieczyszczającej środowisko. Korporacja, reprezentowana przez chłodną Karen Crowder (Tilda Swinton niezmiennie genialna), wydaje się tyleż winna zanieczyszczeń, co niezaangażowana w późniejsze wydarzenia i właściwie nie wiadomo o co chodzi, a Clayton niechętnie zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo, szukając dobrych odpowiedzi na niewygodne pytania.
6. Zodiak, reż. David Fincher, 2007 rok.
W motywie śledztwa musiał przewinąć się Fincher, wiele osób może wskazałoby raczej poruszające (straszne) "Siedem", bez wątpienia jeden z najlepszych filmów Finchera, ale Liritio zrobi psikusa i zwróci oczy w stronę "Zodiaka".
Film, który na pewno zawiódł oczekiwania na powtórkę z koszmarnej atmosfery "Siedem", jest rozciągającą się na przestrzeni wielu lat opowieścia, nakręconą na podstawie książki Roberta Graysmitha (w filmie Jake Gyllenhaal). "Zodiak" przedstawia wielotorowe śledztwo policji i dziennikarzy, a na pierwszym planie rosnącą obsesję pewnego rysownika imieniem Graysmith, który nie potrafi odpuścić myśli o ustaleniu tożsamości sławnego seryjnego mordercy.
Fincher nakręcił film mający warstwy (jak ogry), pokazujący jak jedna sprawa bezpowrotnie zmienia życia wielu osób, przedstawiający sprawę słynnego mordercy z wielu stron. Robert Downey Jr ma sporą rolę w "Zodiaku", podobnie jak Mark Ruffalo i razem z Gyllenhaalem dodają charakteru nieco może suchemu scenariuszowi. Ale w końcu o to chodzi, porządna historia długiego śledztwa, pewna ręka reżysera i charyzmatyczna obsada, wiele elementów składa się na bardzo dobry film, niezależnie od tego, jak daleki może być od rzeczywistości.
7. Hot Fuzz, reż. Edgar Wright, 2007 rok.
Powaga, powaga, brakowało mi komedii, a jednym z moich zaskoczeń ostatnich tygodni jest "Hot Fuzz". Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłam, że takie cudo może mi się spodobać, ale teraz odszczekuję.
Simon Pegg gra Nicholasa Angela, policjanta najlepszego z najlepszych itp, itd, zesłanego na banicję w wiejskim otoczeniu. Spójrzcie na plakat, mówi wszystko.
Sprawa zaczyna się dekapitacją pary aktorów, giną kolejne osoby a mieszkańcy dotychczas spokojnej wsi wydają się zadziwiająco nieporuszeni, uparcie wmawiając Angelowi, że wszystko jest dziełem przypadku. On ma na ten temat zupełnie inne zdanie i przy pomocy swojego młodego partnera Buttermana prowadzi śledztwo. Poważne śledztwo!
Podczas gdy twory z serii "Kac Vegas" czy "Druhny" zostawiają mnie raczej zniesmaczoną, "Hot Fuzz", mimo ewidentnego wydurniania się w niekoniecznie najlepszym stylu, kończyłam oglądać z szerokim uśmiechem na twarzy. Absurdalny humor, ale dobry humor, ot, te drobne różnice między Europą a USA ponownie dały o sobie znać.
Kończąc listę siedmiu, ze względu na wcześniejsze wzmianki na blogu nie trafiło na nią kilka tytułów, które w sumie chciałam tam umieścić. Gdybym tylko tworzyła dwa razy dłuższą listę...
Rewelacyjny "Szpieg" Alfredsona, jeden z najlepszych filmów zeszłego roku.
Mistrzostwo dusznego kryminału, "Okno na podwórze".
Hit ostatnich lat, ekranizacja dobrej literatury, zupełnie obok tego świetny film, czyli "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
Rozkosznie nieudolny Stephen Fry prowadzi śledztwo na bardzo drugim planie "Gosford Parku". Śledztwa prowadzą również inni w tym jednym z najlepszych filmów Altmana i jednym z moich ulubionych kryminałów, dzisiaj jakby zapomnianym.
Kolejny faworyt Liritio, "Blade Runner".
A jeszcze do jednego się przyznam, nigdy nie widziałam "Chinatown" Polańskiego. Czy to grzech?
Temat jest szeroki, aczkolwiek fakt, że mogę wybrać swoje ulubione nawiązania nieco upraszcza zawiłą materię wyboru. A czy ja Wam kiedykolwiek mówiłam, jak kiepska jestem w wybieraniu? Największy dramat Lirito: gdzie zjeść obiad. Ale już, koniec, bez dygresji.
Tak naprawdę, dla Lirito jest to świetna okazja żeby wymienić kilka zupełnie ulubionych filmów, o których nie napisałam dotychczas, bo... (wstawcie pierwszy bezsensowny powód, który przemknie Wam przez myśl).
1. Podejrzani, reż. Bryan Singer, 1995 rok.
Kiedy Wy mówicie "śledztwo', ja od razu krzyknę "Podejrzani", to się błyskawicznie kojarzy i jest pierwsze na liście. Film Singera jest znany (chyba) wszem i wobec, od przebiegłego pytania "kim jest Keyser Soze?" po doborową obsadę, mam wrażenie że nie ma osoby, która przynajmniej raz nie usłyszała o "Podejrzanych".
Skracając akcję, pewien policjant przesłuchuje świadka pewnych wydarzeń, a jego historia powoli wyjaśnia koleje pewnej kradzieży i morderstwa. Tylko czy rzeczywiście? Bo właściwie, kim jest ten przeklęty Soze?
"Podejrzani" są czymś pomiędzy genialnie nakręconą łamigłówką, historią wielkiego przekrętu i mrocznym, mocnym kryminałem ze świetną rolą Byrne'a. Samo śledztwo jest niejako odwrotne, wydaje się, że oglądamy jego finał, a prawda leży gdzie indziej.
Niezmiennie mnie zadziwia, jak obłędnie dobry jest ten film.
2. Tajemnice Los Angeles, reż. Curtis Hanson, 1997 rok.
A jeśli mówić o śledztwie, momentalnie nasuwa się film noir. A jeśli mówić o w miarę współczesnym kinie noir, będą to rewelacyjne "Tajemnice Los Angeles" z pamiętną rolą Kim Basinger.
Dlaczego tak bardzo (ale naprawdę bardzo, bardzo) lubię "L.A. Confidential"? Możliwe, że trochę uwodzi mnie charakterystyczny klimat, ponurzy policjanci, piękne kobiety, nocne Los Angeles tak mało kojarzące się ze słońcem Hollywood, styl lat 50tych i wszechobecna, wątpliwa moralność bohaterów.
"Tajemnice Los Angeles" są świetnie zmontowaną historią wielotorowego śledztwa, w którym ciężko określić, kto jest kim, klasyczny motyw. A ja uwielbiam tak dobrze uzasadnianą i tak subtelnie wprowadzaną w czasie ewolucję charakterów.
I obsada... Russel Crowe w roli porywczego gliny, Kevin Spacey sprzedający policyjny talent w telewizyjnym programie i Guy Pearce w najlepszej chyba roli tego filmu, jako młody, nieugięty policjant w pogoni za karierą.
Nie ma dobrego powodu, żeby nie obejrzeć "Tajemnic Los Angeles", po prostu nie ma.
3. Mroczne przejście, reż. Delmer Daves, 1947 rok.
Skoro klimat kina noir w jakimś stopniu przywołuje "L.A. Confidential", cofnę się do oryginałów. I wybaczcie, ale kino noir i Humphrey Bogart idą w parze, a kiedy Liritio mówi o Bogarcie, Lauren Bacall musi wystąpić.
Wiele razy nadmieniałam o czterech filmach tej pary, sztandarowy (w kontekście śledztwa) byłby "Wielki sen", ale nie będę się powtarzać, szczególnie że Bogart i Bacall nakręcili też znacznie mniej znane "Mroczne przejście".
Ciekawa jest struktura filmu będącego historią człowieka bez twarzy, któremu zabrano przyszłość fałszywym oskarżeniem o morderstwo żony. Wszystko widzimy oczami głównego bohatera, właściwie jesteśmy głównym bohaterem, kiedy ucieka z więzienia, przechodzi operację plastyczną i z pomocą pięknej nieznajomej prowadzi swoje prywatne śledztwo. Czyni to z "Mrocznego przejścia" film raczej Bacall niż Bogarta, ale można go oglądać z sentymentu dla obojga (jak czynię to ja) albo z uznania dla dobrego kina noir, nawet jeśli "Mroczne przejście" niekoniecznie trafia do pierwszej ligi gatunku.
4. Rzeka tajemnic, reż. Clint Eastwood, 2003 rok.
Kolejnym filmem, o którym nigdy dotąd nie pisałam, jest jeden z najlepszych filmów Eastwooda (wedle preferencji Liritio, a miejcie na uwadze, że nie oglądam westernów). Film jest wierną ekranizacją książki Denisa Lehane'a, przy okazji jednego z moich ulubionych pisarzy.
Akcję rozpoczyna śmierć córki Jimmy'ego Markuma (Sean Penn) trudniącego się nie do końca legalną działalnością, który bez wytchnienia, wręcz opętańczo rozpędza się w dążeniach do odnalezienia jej mordercy. Laura Linney w roli jego żony gra jedną z najlepszych i najbardziej przewrotnych (albo niedopowiedzianych) ról kobiecych, jakie pamiętam.
Jednocześnie śledztwo w sprawie tego morderstwa prowadzi policyjny detektyw Devine (uwielbiany i niedoceniany Kevin Bacon), a na drugim planie dużą rolę odgrywa niezrównoważony Dave Boyle (Tim Robbins). Trzej bohaterowie znają się od dziecka, ich przyjaźń została przed laty brutalnie odmieniona porwaniem małego Dave'a, retrospektywna historia tych wydarzeń stanowi drugi wątek częściowo wyjaśniający mocno niejednoznaczne relacje między tą trójką.
"Rzekę tajemnic" szkoda przegapić, fabuła jest trudna, ale nich mnie małe kaczątko kopnie, jeśli Eastwood nie wykonał genialnej roboty.
"Rzeka tajemnic" przyniosła Oscara Seanowi Pennowi i Timowi Robbinsowi, a tytuł najlepszego filmu roku przegrała z ostatnią częścią Trylogii Pierścienia, co pozostawia mnie w niemym oburzeniu po dziś dzień.
5. Michael Clayton, reż. Tony Gilroy, 2007 rok.
Mój faworyt dzisiejszej szczęśliwej siódemki, właściwie jeden z tych najlepszych filmów, o których często myślę i rzadko piszę. Życie.
"Michael Clayton" jest przykładem pozornie skromnego filmu, którego doborowa obsada i skomplikowany, ale dopracowany w każdym calu scenariusz, tworzą coś wyjątkowego. Świetna rola Clooneya, którego Michael Clayton jest nie tyle prawnikiem, co tzw. fixerem, że zapożyczę obcy termin. Załatwia delikatny problem i sowicie wynagrodzony znika. Już jego monolog z początku filmu uświadomił mi, że nie jest to tytuł, który łatwo zapomnę. I rzeczywiście, nie zapomniałam.
Samochód Claytona wysadzony jest w powietrze, kiedy on ogląda konie, po czym akcja cofa się o cztery dni. Arthur Edenes, współpracownik i kolega Claytona, przeżywa rzekome załamanie nerwowe broniąc korporacji zanieczyszczającej środowisko. Korporacja, reprezentowana przez chłodną Karen Crowder (Tilda Swinton niezmiennie genialna), wydaje się tyleż winna zanieczyszczeń, co niezaangażowana w późniejsze wydarzenia i właściwie nie wiadomo o co chodzi, a Clayton niechętnie zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo, szukając dobrych odpowiedzi na niewygodne pytania.
6. Zodiak, reż. David Fincher, 2007 rok.
W motywie śledztwa musiał przewinąć się Fincher, wiele osób może wskazałoby raczej poruszające (straszne) "Siedem", bez wątpienia jeden z najlepszych filmów Finchera, ale Liritio zrobi psikusa i zwróci oczy w stronę "Zodiaka".
Film, który na pewno zawiódł oczekiwania na powtórkę z koszmarnej atmosfery "Siedem", jest rozciągającą się na przestrzeni wielu lat opowieścia, nakręconą na podstawie książki Roberta Graysmitha (w filmie Jake Gyllenhaal). "Zodiak" przedstawia wielotorowe śledztwo policji i dziennikarzy, a na pierwszym planie rosnącą obsesję pewnego rysownika imieniem Graysmith, który nie potrafi odpuścić myśli o ustaleniu tożsamości sławnego seryjnego mordercy.
Fincher nakręcił film mający warstwy (jak ogry), pokazujący jak jedna sprawa bezpowrotnie zmienia życia wielu osób, przedstawiający sprawę słynnego mordercy z wielu stron. Robert Downey Jr ma sporą rolę w "Zodiaku", podobnie jak Mark Ruffalo i razem z Gyllenhaalem dodają charakteru nieco może suchemu scenariuszowi. Ale w końcu o to chodzi, porządna historia długiego śledztwa, pewna ręka reżysera i charyzmatyczna obsada, wiele elementów składa się na bardzo dobry film, niezależnie od tego, jak daleki może być od rzeczywistości.
7. Hot Fuzz, reż. Edgar Wright, 2007 rok.
Powaga, powaga, brakowało mi komedii, a jednym z moich zaskoczeń ostatnich tygodni jest "Hot Fuzz". Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłam, że takie cudo może mi się spodobać, ale teraz odszczekuję.
Simon Pegg gra Nicholasa Angela, policjanta najlepszego z najlepszych itp, itd, zesłanego na banicję w wiejskim otoczeniu. Spójrzcie na plakat, mówi wszystko.
Sprawa zaczyna się dekapitacją pary aktorów, giną kolejne osoby a mieszkańcy dotychczas spokojnej wsi wydają się zadziwiająco nieporuszeni, uparcie wmawiając Angelowi, że wszystko jest dziełem przypadku. On ma na ten temat zupełnie inne zdanie i przy pomocy swojego młodego partnera Buttermana prowadzi śledztwo. Poważne śledztwo!
Podczas gdy twory z serii "Kac Vegas" czy "Druhny" zostawiają mnie raczej zniesmaczoną, "Hot Fuzz", mimo ewidentnego wydurniania się w niekoniecznie najlepszym stylu, kończyłam oglądać z szerokim uśmiechem na twarzy. Absurdalny humor, ale dobry humor, ot, te drobne różnice między Europą a USA ponownie dały o sobie znać.
Kończąc listę siedmiu, ze względu na wcześniejsze wzmianki na blogu nie trafiło na nią kilka tytułów, które w sumie chciałam tam umieścić. Gdybym tylko tworzyła dwa razy dłuższą listę...
Rewelacyjny "Szpieg" Alfredsona, jeden z najlepszych filmów zeszłego roku.
Mistrzostwo dusznego kryminału, "Okno na podwórze".
Hit ostatnich lat, ekranizacja dobrej literatury, zupełnie obok tego świetny film, czyli "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
Rozkosznie nieudolny Stephen Fry prowadzi śledztwo na bardzo drugim planie "Gosford Parku". Śledztwa prowadzą również inni w tym jednym z najlepszych filmów Altmana i jednym z moich ulubionych kryminałów, dzisiaj jakby zapomnianym.
Kolejny faworyt Liritio, "Blade Runner".
A jeszcze do jednego się przyznam, nigdy nie widziałam "Chinatown" Polańskiego. Czy to grzech?
środa, 26 czerwca 2013
Czerwcowa Lirito
Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, co jest o tyle nieprzyjemne, że obejrzałam jakiś czas temu zupełnie fantastyczny film, "Medianeras", i nie mam kiedy Wam o nim napisać. Jest to, przy okazji bycia fantastycznym, film odrobinę ciężko opisywalny (jak się okazuje podczas każdego kolejnego podejścia Liritio do klawiatury).
Obejrzałam również kilka starych filmów, w których niezmiennie znajduję ukojenie od codzienności. "Hands Across the Table" był jednym z nich i nawet zaczęłam coś wyklikiwać na temat, w czasie niedługim powinnam skończyć. Owe "Hands Across the Table" mocniej do mnie trafiło niż dwa pozostałe ("Lady Eve" i "Bringing Up Baby"). Ale to prywatne odchylenie Liritio, nie przepadam za tzw. "screwball comedy". Może określenie "nie przepadam" jest nietrafione, niewątpliwie mnie irytują, ale też dostrzegam ich urok. Stąd słynne "Bringing Up Baby" z Carym Grantem i Katharine Hepburn bardziej mnie rozdrażniło niż zachwyciło. Ma swoje momenty, nie przeczę, ma przede wszystkim świetną obsadę i dużego kotka na planie...
Ale jednak nie, znacznie skromniejsze i mniej okraszone absurdem "Hands Across the Table" (Carole Lombard i Fred MacMurray) jest zdecydowanie bardziej w stylu Liritio. Prawdopodobnie dlatego, że para głównych bohaterów to manikiurzystka i bankrut - obibok, cała akcja toczy się w sporej części w jej małym mieszkanku, nie na luksusowych statkach i nikt nie udaje angielskiej księżnej (to akurat "Lady Eve").
A porpos jeszcze "Lady Eve", poniekąd pamiętałam ten fakt z "Jezebel", ale film Sturgesa mi przypomniał, że Henry Fonda był skandalicznie przystojnym mężczyzną, chociaż zdjęcia nie oddają tego w wystarczającym stopniu. O ile ogółem widzę, że Cary Grant czy Gregory Peck nie mają trzeciego oka i również prezentują się nad wyraz dobrze, Henry Fonda jest jednak nokautem. To oczywiście kwestia gustu, a Liritio jest niezmienna fanką wyglądu Johnny'ego Deppa (chociaż gdybym miała wybierać, przykułabym się jednak do Paula Newmana).
Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, przez co nie czyta. Inaczej, czyta, ale mało nowego i z niecierpliwością. "Potęga huraganu" z paska bocznego okazała się tragedią całkowitą, więc Lirito uciekła do Rosy Montero i po raz trzeci przeczytała "Stąd do Tartaru". Rosa Montero i Marina Mayoral, dwie hiszpańskie pisarki, które Lirito czyta chętnie. Rzekłabym, ulubione hiszpańskie pisarki, ale nie bardzo kojarzę inne. Mężczyzn owszem, wielu hiszpańskich autorów mam zaznaczonych w pamięci, ale kobiety... No nie, tylko te dwie.
Rosa Montero... O Mayoral kilka razy napisałam, o Montero najwyżej wspominałam, co jest o tyle przykre, że sposób w jaki pisze i układa historie idealnie mi pasuje. "Córka Kanibala" to chyba jej książka, którą bym najbardziej polecała, ale zdaje się, że opinie innych skłaniają się bardziej do chwalenia "Instrukcji, jak ocalić świat". Kłóciłabym się, ale nie muszę, wystarczy mi, że bardzo długo tylko dwie książki Montero były przetłumaczone na język polski, a obecnie jest ich cztery, radosny postęp.
Kolejnym do czego Liritio ucieka, są kryminały Dorothy L. Sayers, która stworzyła postać uroczego, rudego lorda Petera Wimseya. Prawdę mówiąc wcale nie ma tak wielu książkowych detektywów czy policjantów, których Liritio naprawdę lubi. Chętnie czytam kryminały, przykładowo Leeny Lehtolainen, ale nie znaczy to, że rzeczywiście bardzo podoba mi się postać Marii Kallio. Akurat do Kallio mam stosunek obojętny, podobnie jak do znacznej większości wiodących akcję bohaterów kryminalnych opowieści. Chociaż inspektora Maigreta nie trawię, podobnie jak komisarza Montalbano. A sztandarowym przykładem niechęci Lirito do sławnego charakteru jest panna Marple, której nie znoszę absolutnie. Może kiedyś zbiorę się w sobie i dojdę do podstaw negatywnego nastawienia do słynnej starszej pani, nie dzisiaj jednak.
Wróć, wróć, lord Peter i kryminały Sayers. Angielskie kryminały z pierwszej połowy XX wieku, więc już pewnie wiecie o czym mowa. Bohaterowie z "towarzystwa", delikatny snobizm i subtelny humor, nieśpieszna i niezbyt skomplikowana akcja. Lirito to lubi, aczkolwiek rozumie, że nie każdy musi znajdować przyjemność w obcowaniu z sielsko angielską arystokracją.
Aktualnie cieszę się "Nieprzyjemnością w klubie Bellona", piątą książką z serii o Wimseyu. Akcja zaczyna się kiedy stary generał Fentiman zostaje znaleziony martwy w fotelu klubu Bellona, a do Wimseya należy ustalenie, czy starszy pan zmarł wcześniej czy później niż jego równie leciwa siostra. Rzecz dotyczy oczywiście pieniędzy, na które czekają nerwowi spadkobiercy. Czasy ledwo powojenne, dialogi pierwszej klasy i spokojne nawarstwianie kolejnych zagadek, Lirito jest zachwycona.
I odniesienia, w kryminałach Sayres podobają mi się nawiązania (głównie ustami Wimseya) do klasyki literatury, poezji, również do klasyki kryminału, komentarz przywołujący Sherlocka spotkacie chyba w każdej jej książce.
Czerwcowa Lirito ma trochę za dużo na głowie, więc towarzyszy mi głównie muzyka, kiedy brak czasu na coś innego. I cieszę się, że w radiu pojawia się Rodriguez, już nie tylko "Sugar Man", dzisiaj usłyszałam "Crucify Your Mind". Nigdy w końcu nie napisałam o "Sugar Manie", chociaż film pozostawił mnie radośnie zachwyconą. Ale inni napisali, inni też docenili, nie przepadło to w eterze, Sixto Rodriguez na stałe pojawił się w szufladce z napisem "znane". Lepiej późno niż później, wiadomo.
Pobocznie do radia, Liritio przypomniała sobie po raz kolejny, jak świetna jest muzyka z "Once". Oscarowe "Falling Slowly", wstawianie kiedyś na blogu "If You Want Me" to tylko fragmenty genialnej ścieżki dźwiękowej.
Kończąc więc przydługie czerwcowe wyliczanki, będzie ponownie Glen Hansard i Marketa Irglova.
The little cracks they escalated and before we knew it was too late for making circles and telling lies...
Bardzo piękne słowa mają te ich piosenki, co jedna do lepsza.
![]() |
| O tym argentyńskim filmie piszę, piszę, i już nie mogę... Ale napiszę! |
![]() |
| Henry Fonda ilustracją pobocznej tezy. |
A porpos jeszcze "Lady Eve", poniekąd pamiętałam ten fakt z "Jezebel", ale film Sturgesa mi przypomniał, że Henry Fonda był skandalicznie przystojnym mężczyzną, chociaż zdjęcia nie oddają tego w wystarczającym stopniu. O ile ogółem widzę, że Cary Grant czy Gregory Peck nie mają trzeciego oka i również prezentują się nad wyraz dobrze, Henry Fonda jest jednak nokautem. To oczywiście kwestia gustu, a Liritio jest niezmienna fanką wyglądu Johnny'ego Deppa (chociaż gdybym miała wybierać, przykułabym się jednak do Paula Newmana).
Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, przez co nie czyta. Inaczej, czyta, ale mało nowego i z niecierpliwością. "Potęga huraganu" z paska bocznego okazała się tragedią całkowitą, więc Lirito uciekła do Rosy Montero i po raz trzeci przeczytała "Stąd do Tartaru". Rosa Montero i Marina Mayoral, dwie hiszpańskie pisarki, które Lirito czyta chętnie. Rzekłabym, ulubione hiszpańskie pisarki, ale nie bardzo kojarzę inne. Mężczyzn owszem, wielu hiszpańskich autorów mam zaznaczonych w pamięci, ale kobiety... No nie, tylko te dwie.
Rosa Montero... O Mayoral kilka razy napisałam, o Montero najwyżej wspominałam, co jest o tyle przykre, że sposób w jaki pisze i układa historie idealnie mi pasuje. "Córka Kanibala" to chyba jej książka, którą bym najbardziej polecała, ale zdaje się, że opinie innych skłaniają się bardziej do chwalenia "Instrukcji, jak ocalić świat". Kłóciłabym się, ale nie muszę, wystarczy mi, że bardzo długo tylko dwie książki Montero były przetłumaczone na język polski, a obecnie jest ich cztery, radosny postęp.
Kolejnym do czego Liritio ucieka, są kryminały Dorothy L. Sayers, która stworzyła postać uroczego, rudego lorda Petera Wimseya. Prawdę mówiąc wcale nie ma tak wielu książkowych detektywów czy policjantów, których Liritio naprawdę lubi. Chętnie czytam kryminały, przykładowo Leeny Lehtolainen, ale nie znaczy to, że rzeczywiście bardzo podoba mi się postać Marii Kallio. Akurat do Kallio mam stosunek obojętny, podobnie jak do znacznej większości wiodących akcję bohaterów kryminalnych opowieści. Chociaż inspektora Maigreta nie trawię, podobnie jak komisarza Montalbano. A sztandarowym przykładem niechęci Lirito do sławnego charakteru jest panna Marple, której nie znoszę absolutnie. Może kiedyś zbiorę się w sobie i dojdę do podstaw negatywnego nastawienia do słynnej starszej pani, nie dzisiaj jednak.
Wróć, wróć, lord Peter i kryminały Sayers. Angielskie kryminały z pierwszej połowy XX wieku, więc już pewnie wiecie o czym mowa. Bohaterowie z "towarzystwa", delikatny snobizm i subtelny humor, nieśpieszna i niezbyt skomplikowana akcja. Lirito to lubi, aczkolwiek rozumie, że nie każdy musi znajdować przyjemność w obcowaniu z sielsko angielską arystokracją.
Aktualnie cieszę się "Nieprzyjemnością w klubie Bellona", piątą książką z serii o Wimseyu. Akcja zaczyna się kiedy stary generał Fentiman zostaje znaleziony martwy w fotelu klubu Bellona, a do Wimseya należy ustalenie, czy starszy pan zmarł wcześniej czy później niż jego równie leciwa siostra. Rzecz dotyczy oczywiście pieniędzy, na które czekają nerwowi spadkobiercy. Czasy ledwo powojenne, dialogi pierwszej klasy i spokojne nawarstwianie kolejnych zagadek, Lirito jest zachwycona.
"Znałem kiedyś gościa, który spaskudził porto cygarem indyjskim. Nikt go więcej nie zapraszał. Osiem miesięcy później odebrał sobie życie. Nie twierdzę, że dlatego. Ale musiał źle skończyć, co?"Jaki dokładnie jest lord Peter, Liritio napisze w kolejnej odsłonie popołudnia detektywów, zestawiając go z równie przeze mnie uwielbianym Merlosem Plantem. Ale już samo sparowanie dużo mówi, uprzywilejowany angielski dżentelmen, nieco ekscentryczny, złośliwy, zdystansowany, jakby nerwowy. Lirito lubi te klimaty i takich bohaterów. Bo mówiąc o Plancie (książki Marthy Grimes) mogę jeszcze dodać, że Jury mojej wielkiej sympatii nie budzi. Za dużo w nim bohaterskiego rysu i szlachetnej postawy. A na dodatek, wracając już do Wimseya i stylu Sayers, Liritio uwielbia Oscara Wilde'a, więc o nieco przeintelektualizowanych dialogach wiele możecie dopowiedzieć sobie sami.
Dorothy L. Sayers, "Nieprzyjemność w klubie Bellona", Państwowe Wyd.."Iskry",1986r., str. 14
I odniesienia, w kryminałach Sayres podobają mi się nawiązania (głównie ustami Wimseya) do klasyki literatury, poezji, również do klasyki kryminału, komentarz przywołujący Sherlocka spotkacie chyba w każdej jej książce.
Czerwcowa Lirito ma trochę za dużo na głowie, więc towarzyszy mi głównie muzyka, kiedy brak czasu na coś innego. I cieszę się, że w radiu pojawia się Rodriguez, już nie tylko "Sugar Man", dzisiaj usłyszałam "Crucify Your Mind". Nigdy w końcu nie napisałam o "Sugar Manie", chociaż film pozostawił mnie radośnie zachwyconą. Ale inni napisali, inni też docenili, nie przepadło to w eterze, Sixto Rodriguez na stałe pojawił się w szufladce z napisem "znane". Lepiej późno niż później, wiadomo.
Pobocznie do radia, Liritio przypomniała sobie po raz kolejny, jak świetna jest muzyka z "Once". Oscarowe "Falling Slowly", wstawianie kiedyś na blogu "If You Want Me" to tylko fragmenty genialnej ścieżki dźwiękowej.
Kończąc więc przydługie czerwcowe wyliczanki, będzie ponownie Glen Hansard i Marketa Irglova.
The little cracks they escalated and before we knew it was too late for making circles and telling lies...
Bardzo piękne słowa mają te ich piosenki, co jedna do lepsza.
Etykiety:
Dorothy L. Sayers,
film,
Hiszpania,
kryminał,
książka,
muzyka,
powieść,
prywatny cyrk,
Rosa Montero,
stare kino,
USA,
Wielka Brytania
sobota, 25 maja 2013
Stulecie... Ściągam, źle. Ekhm, popołudnie detektywów (I)
Gwoli wyjaśnienia: pierwszy z zapewne dwóch, ew. trzech wpisów o tym, co Liritio lubi najbardziej, panach detektywach i ich wspaniałych historiach. Liritio, jeśli chodzi o kryminały, czuje się co najmniej "oblatana" i wiele czarujących postaci uwielbia sporadycznie, niedzielnie albo częściej. A pierwsze miejsce zajmuje niepodzielnie pewien hiszpański korsarz.
Nie jest tajemnicą dla nikogo, kto uważnie śledzi każde moje słowo (głupia przygrywka, jest tajemnicą dla Was wszystkich, nawet ja nie śledzę uważnie własnych słów i niech tak pozostanie), że bohaterem będącym największą miłością Liritio jest i (zapewne) pozostanie Lucas Corso, napoleonista w którymś pokoleniu, tropiciel książek i bibliofil, dymiący nikotynowym nałogiem "królik" w metalowych okularkach, który uświetnia swoją szemraną osobą jedną i niestety jedyną książkę,"Klub Dumas" Arturo Péreza-Reverte.
Posiadam takie nieco już porozklejane tu i tam wydanie "Klubu Dumas" w serii Galeria. Zaczytane, chciałabym powiedzieć, ale bardziej prawdopodobnie słabej jakości klejowej. Znaczy tak, czytałam tę książkę na okrągło, każdy ma jednak limity, obecnie czytam ją sporadycznie i na wyrywki. Właściwie w formie wewnętrznej deklamacji, nie oszukujmy się, po kilku(nastu!) latach wszystkiego uczymy się na pamięć.
Corso nie jest stricte detektywem, ale różne czynniki zmuszają go do przyjęcia tej roli, co czyni z niezmiennie wymiętym fasonem i grymasem ni to niedowierzania, ni to niechęci.
Liritio lubi dwoistości, lubi szare strefy i nade wszystko lubi niespecjalnie miłe osoby. A Corso trafia w środek tarczy dla każdej z kategorii.
Oczywiście jest w jego postaci również pewien romantyzm samotnego żołnierzyka, w którym luźno zarysowana moralność tęskni za czasem napoleońskich bitew, w których mógłby być szlachetnym bohaterem. Niestety, zostają mu zakurzone poszukiwania białych kruków oraz nieudolne śledztwo w sprawie rękopisu "Wina andegaweńskiego" (czterdziesty drugi rozdział "Trzech Muszkieterów") i tajemniczej "Księgi Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni".
Jeśli ktoś zna jedynie nie do końca udaną adaptację Polańskiego, "Dziewiąte Wrota", nie ma pojęcia o czym jest ta książka. Depp był całkiem niezłym Corso, ale poza tym akcja została zgwałcona i zmieniona w satanistyczną historyjkę dla niegrzecznych dziewczynek, podczas gdy "Klub Dumas" jest niezłym podręcznikiem dla wszystkich zainteresowanych powieściami przygodowymi, oczywiście z naciskiem na Dumasa, ojca. Jest również sam w sobie powieścią detektywistyczną, trochę przygodową, jakby Reverte wracał do klasyki gatunku nie tylko powieści płaszcza i szpady, ale również do zacnych opowieści o zamkach, duchach i trupach w szafach. Z tym że w wersji z "Klubu Dumas" Corso pełni rolę niewinnej (hm, powiedzmy) dziewicy w niebezpieczeństwie, a jego szpadą i rycerzem jest tajemnicza dziewczyna poznana w pociągu, która przedstawia się jako Irene Adler.
Nawiązań do literatury jest w "Klubie Dumas" pod dostatkiem dla każdego zapalonego czytacza "książek o książkach". A skrupulatne i przyziemne śledztwo w sprawie autentyczności rękopisu jednego z rozdziałów słynnej książki jest wzbogacane dreszczem niepokoju, który budzi drugi wątek. Te osławione przez Polańskiego dziewięcioro wrót do Królestwa Cieni.
Bowiem drugim wątkiem jest bogaty kolekcjoner satanistycznych dzieł, Varo Borja, życzący sobie sprawdzenia autentyczności jego egzemplarza "Dziewięciorga wrót" i ewentualnego zdobycia oryginału, którym powinien być jeden z trzech istniejących egzemplarzy. I to jest atmosfera!
Tragiczna historia wenecjanina Torchii, wydawcy i satanisty, reprodukcje dziewięciu rycin z innej czarnej księgi, "Delomelanikonu", która w założeniu miała pozwalać na przyzywanie diabłów, wyścig z czasem, kiedy za Corsem podąża tajemnicza postać uciekająca się do zdecydowanie mniej cywilizowanych zagrań.
Galeria postaci nie nudzi, piękna wdowa Liana Taillefer, rudy przyjaciel Corsa i chytry bawidamek, Flavio La Ponte, zakochana w Diable baronowa Ungern, oszalały w samotności Fargas, ostatni ze znamienitego rodu, dla którego sprzedawanie rzadkich egzemplarzy książek równa się posyłaniu dzieci na śmierć. I moi ulubieni bracia Ceniza.
Literatura, Diabeł, tajemnice, tajemnice... "Klub Dumas" jest świetną lekturą, przy której można poczuć dreszcz na plecach, ale można też całkowicie zaginąć w podróży z Corsem i jego prywatną Irene.
Nie jest tajemnicą dla nikogo, kto uważnie śledzi każde moje słowo (głupia przygrywka, jest tajemnicą dla Was wszystkich, nawet ja nie śledzę uważnie własnych słów i niech tak pozostanie), że bohaterem będącym największą miłością Liritio jest i (zapewne) pozostanie Lucas Corso, napoleonista w którymś pokoleniu, tropiciel książek i bibliofil, dymiący nikotynowym nałogiem "królik" w metalowych okularkach, który uświetnia swoją szemraną osobą jedną i niestety jedyną książkę,"Klub Dumas" Arturo Péreza-Reverte.
Posiadam takie nieco już porozklejane tu i tam wydanie "Klubu Dumas" w serii Galeria. Zaczytane, chciałabym powiedzieć, ale bardziej prawdopodobnie słabej jakości klejowej. Znaczy tak, czytałam tę książkę na okrągło, każdy ma jednak limity, obecnie czytam ją sporadycznie i na wyrywki. Właściwie w formie wewnętrznej deklamacji, nie oszukujmy się, po kilku(nastu!) latach wszystkiego uczymy się na pamięć.
"Obserwowałem dyskretnie reakcję przybysza i dostrzegłem, że siadając lekko się uśmiechnął: po chłopięcemu, niczym królik u wylotu ulicy. Uśmiechem, który z miejsca zaskarbia bezwarunkową przychylność widowni każdego filmu animowanego. Z czasem miałem się zorientować, że jest też w stanie uśmiechać się jak bezlitosny, wychudły wilk(...)"
Arturo Pérez-Reverte, "Klub Dumas", Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998r., str.11
Corso nie jest stricte detektywem, ale różne czynniki zmuszają go do przyjęcia tej roli, co czyni z niezmiennie wymiętym fasonem i grymasem ni to niedowierzania, ni to niechęci.Liritio lubi dwoistości, lubi szare strefy i nade wszystko lubi niespecjalnie miłe osoby. A Corso trafia w środek tarczy dla każdej z kategorii.
Oczywiście jest w jego postaci również pewien romantyzm samotnego żołnierzyka, w którym luźno zarysowana moralność tęskni za czasem napoleońskich bitew, w których mógłby być szlachetnym bohaterem. Niestety, zostają mu zakurzone poszukiwania białych kruków oraz nieudolne śledztwo w sprawie rękopisu "Wina andegaweńskiego" (czterdziesty drugi rozdział "Trzech Muszkieterów") i tajemniczej "Księgi Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni".
Jeśli ktoś zna jedynie nie do końca udaną adaptację Polańskiego, "Dziewiąte Wrota", nie ma pojęcia o czym jest ta książka. Depp był całkiem niezłym Corso, ale poza tym akcja została zgwałcona i zmieniona w satanistyczną historyjkę dla niegrzecznych dziewczynek, podczas gdy "Klub Dumas" jest niezłym podręcznikiem dla wszystkich zainteresowanych powieściami przygodowymi, oczywiście z naciskiem na Dumasa, ojca. Jest również sam w sobie powieścią detektywistyczną, trochę przygodową, jakby Reverte wracał do klasyki gatunku nie tylko powieści płaszcza i szpady, ale również do zacnych opowieści o zamkach, duchach i trupach w szafach. Z tym że w wersji z "Klubu Dumas" Corso pełni rolę niewinnej (hm, powiedzmy) dziewicy w niebezpieczeństwie, a jego szpadą i rycerzem jest tajemnicza dziewczyna poznana w pociągu, która przedstawia się jako Irene Adler.
Nawiązań do literatury jest w "Klubie Dumas" pod dostatkiem dla każdego zapalonego czytacza "książek o książkach". A skrupulatne i przyziemne śledztwo w sprawie autentyczności rękopisu jednego z rozdziałów słynnej książki jest wzbogacane dreszczem niepokoju, który budzi drugi wątek. Te osławione przez Polańskiego dziewięcioro wrót do Królestwa Cieni.
![]() |
| Johnny Depp dawał radę w roli zamerykanizowanego Corso. |
Tragiczna historia wenecjanina Torchii, wydawcy i satanisty, reprodukcje dziewięciu rycin z innej czarnej księgi, "Delomelanikonu", która w założeniu miała pozwalać na przyzywanie diabłów, wyścig z czasem, kiedy za Corsem podąża tajemnicza postać uciekająca się do zdecydowanie mniej cywilizowanych zagrań.
Galeria postaci nie nudzi, piękna wdowa Liana Taillefer, rudy przyjaciel Corsa i chytry bawidamek, Flavio La Ponte, zakochana w Diable baronowa Ungern, oszalały w samotności Fargas, ostatni ze znamienitego rodu, dla którego sprzedawanie rzadkich egzemplarzy książek równa się posyłaniu dzieci na śmierć. I moi ulubieni bracia Ceniza.
"Byli kawalerami i pijakami, byli gderliwi i nierozłączni.Siłą "Klubu Dumas" jest niewiadoma, kiedy wokół Corsa zaczynają dziać się dziwne rzeczy, miota się w plątaninie faktów i domysłów z milczącą ochroną "Irene" u boku. "Drzewa zasłaniają ci las" stwierdza jego towarzyszka w pewnym momencie i tak samo drzewa zasłaniają las nam. Reverte stworzył labirynt połączony z gabinetem luster, Corso goni sam siebie, gubi się i odnajduje, żeby znowu się zgubić, a niepokojąca obecność nowej znajomej jest bodźcem do rozważań, których nasz króliczy księgarz wolałby nie prowadzić.
Ujrzał ich dziesięć minut później, jak szli obok siebie ubrani w prochowce przypominające całuny zawieszone na chudych szkieletach. Całe życie zgarbieni nad prasą albo sztancami, zajęci zszywaniem arkuszy albo złoceniem safianu. Żaden z nich nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat, ale z powodzeniem można im było dać po dziesięć lat więcej, widząc ich zapadłe policzki, ich dłonie i oczy, zniszczone od wymagającej precyzji roboty rzemieślniczej, i skórę tak bezbarwną, jakby pergamin, przy którym pracowali, użyczył im swojej chłodnej bladości."
Arturo Pérez-Reverte, "Klub Dumas", Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998r., str. 141
Literatura, Diabeł, tajemnice, tajemnice... "Klub Dumas" jest świetną lekturą, przy której można poczuć dreszcz na plecach, ale można też całkowicie zaginąć w podróży z Corsem i jego prywatną Irene.
poniedziałek, 21 stycznia 2013
"Grzechotka", Joanna Jodełka.
Uff, w końcu dobrze trafiłam i wreszcie się cieszę. Po książkę Jodełki sięgnęłam bez przekonania, ale też bez niechęci, ot ostatnio mam humor na lżejsze kryminały, a to wiadomo, trafia się różnie.
"Grzechotką", ku mojemu zaskoczeniu, trafiłam bardzo dobrze i teraz na książki autorstwa Joanny Jodełki będę polować, połączyła bowiem wciągającą fabułę z porządnym stylem, a tego już dawno w polskiej literaturze rozrywkowej nie uświadczyłam. Ostatnio chyba przy Miłoszewskim (właśnie, jego ostatnia książka mnie ciekawi, a w bibliotece ciągle kolejka zamówień, poczekam sobie...). Niedawno spodobało mi się pisanie Fryczkowskiej, ale fabuła mnie ostatecznie zawiodła, a cudowna Joanna Bator, co by nie mówić, lekkich książek nie pisze. Świetne, owszem, lekkie absolutnie nie.
Tutaj zaczynamy tajemnicą, pewna Edyta budzi się u siebie w wynajmowanym pokoju i z przerażeniem odkrywa, że już nie jest w ciąży, że ktoś ukradł jej dziecko. Dzieciobójstwo? Jakaś inna tragedia? Dalej idzie szybko, poznajemy oderwane od siebie kolejne osoby związane w różny sposób ze sprawą, w tym Weronikę Król, poniekąd główną bohaterkę, panią psycholog, która teoretycznie ma pomóc policjantowi prowadzącemu śledztwo w kontaktach z Edytą (do czego niespecjalnie się pali).
Akcja sama w sobie nie tyle jest skomplikowana, co podzielona między wielu graczy i kolejne skrawki całej historii składają się w pewną całość wraz z kolejnymi stronami książki, żeby w finale zamknąć historię małym bum.
I czy należy spodziewać się wielkich zaskoczeń? Nawet nie, raczej sprawie poprowadzonej intrygi, która ma wiele stron i dla policjanta jest początkowo wielką niewiadomą. Policjant jest raczej poboczny, chociaż to on prowadzi śledztwo, Weronika nie bawi się w detektywa - amatora, po prostu znajduje się w różnych właściwych miejscach z różnych, często niewłaściwych przyczyn.
Ale akcja jest spójna, dość skromna i konkretnie poprowadzona, tym się wzruszyłam, "Grzechotka" to kryminał codzienny, podwórkowy. Poznania nie znam zbytnio, ale w wielu miejscach ładnie opisane jest z różnych stron miasto, w którym znalazło się miejsce i dla przyjezdnej Edyty, jej ładnej koleżanki Marty, dla pewnej gburowatej kobieciny z domu Pomianowskiej, dla przepitego ginekologa bez uprawnień, dla notariusza maminsynka, dla wróżki - finansistki, właściciela baru na Żużlu, pani psycholog o hiszpańskiej urodzie i jej dawnej znajomej, Gośki, rozwódki po liftingu na tropie historii - nokautu, która zapewni jej przepustkę do dziennikarskiej kariery.
Lubię tak bez wysiłku wchodzić w świat z książki. Kiedy opisana jest mała, obskurna kawiarenka, w której zmęczony policjant i wiecznie zestresowana Weronika niechętnie się spotykają, a ja w tej kawiarence mogę być z nimi i nie muszę wysilać wyobraźni, żeby scena z książki miała ręce i nogi.
"Grzechotka" jest więc napisana bardzo składnie i wciąga niepostrzeżenie, a konstrukcja bohaterów jest może oszczędna, ale nie przeszkadzało mi to widzieć ich bardzo wyraźnie. Zróżnicowaniem kolejnych osób też się cieszyłam, w ogóle mnie lektura "Grzechotki" bardzo pozytywnie zaskoczyła. W szczególności to, od czego zaczęłam, czyli nawet jeśli sama fabuła nie jest może najbardziej interesującą historią, jaką w tym roku przeczytam - co nie znaczy oczywiście, że jest zła, skądże - sposób w jaki Jodełka pisze nie pozostawia wiele do życzenia.
A wierzcie mi, ostatnio miałam ciężkie przejścia z polskimi autorkami, których ukoronowaniem była książka tak zła! Aż byłam zdziwiona, że ktoś naprawdę to napisał a potem jeszcze dał radę wydać.
Ale tamto było tasiemcowym czytadłem i mam za swoje, zamiast sięgać po sprawdzone nazwiska i tytuły zachciało mi się "nowego", a trafiłam drastycznie źle. Oficjalnie mogę stwierdzić, że "Kobiety z odzysku" Izabelli Frączyk to książka tak niedobra, ale tak zaskakująco marna... Miejscami w jakiś niezdrowy sposób aż fascynuje, jakiż to umysł napisał twór jednocześnie pełen zwrotów akcji i iście telenowelowych zabiegów, a przy tym tak potwornie nudny, łopatologicznie skonstruowany i naprawdę... No zaskakująco zły.
Czasem wspominam, blogi są od tego, otwiera się przeglądarkę, zakłada swoją stronkę i bach, bach, bach, można zapisać całe internety taśmową marnością. Ale słowo drukowane powinno mieć wartość, może jestem w tym momencie jakaś dziwna, ale papier Liritio szanuje, a przy tworze Izabelli Frączyk aż zęby bolały. A te drewniane żarty...! Całkiem poważnie mówię, przy "Kobietach z odzysku" naprawdę łapałam się za głowę.
Czyli Joanna Jodełka zapisana zostaje w pamięci i może jaśnieć w powodzi książek złych i gorszych, oczywiście nie tylko polskiego autorstwa.
"Grzechotką", ku mojemu zaskoczeniu, trafiłam bardzo dobrze i teraz na książki autorstwa Joanny Jodełki będę polować, połączyła bowiem wciągającą fabułę z porządnym stylem, a tego już dawno w polskiej literaturze rozrywkowej nie uświadczyłam. Ostatnio chyba przy Miłoszewskim (właśnie, jego ostatnia książka mnie ciekawi, a w bibliotece ciągle kolejka zamówień, poczekam sobie...). Niedawno spodobało mi się pisanie Fryczkowskiej, ale fabuła mnie ostatecznie zawiodła, a cudowna Joanna Bator, co by nie mówić, lekkich książek nie pisze. Świetne, owszem, lekkie absolutnie nie.
Tutaj zaczynamy tajemnicą, pewna Edyta budzi się u siebie w wynajmowanym pokoju i z przerażeniem odkrywa, że już nie jest w ciąży, że ktoś ukradł jej dziecko. Dzieciobójstwo? Jakaś inna tragedia? Dalej idzie szybko, poznajemy oderwane od siebie kolejne osoby związane w różny sposób ze sprawą, w tym Weronikę Król, poniekąd główną bohaterkę, panią psycholog, która teoretycznie ma pomóc policjantowi prowadzącemu śledztwo w kontaktach z Edytą (do czego niespecjalnie się pali).
Akcja sama w sobie nie tyle jest skomplikowana, co podzielona między wielu graczy i kolejne skrawki całej historii składają się w pewną całość wraz z kolejnymi stronami książki, żeby w finale zamknąć historię małym bum.
I czy należy spodziewać się wielkich zaskoczeń? Nawet nie, raczej sprawie poprowadzonej intrygi, która ma wiele stron i dla policjanta jest początkowo wielką niewiadomą. Policjant jest raczej poboczny, chociaż to on prowadzi śledztwo, Weronika nie bawi się w detektywa - amatora, po prostu znajduje się w różnych właściwych miejscach z różnych, często niewłaściwych przyczyn.
Ale akcja jest spójna, dość skromna i konkretnie poprowadzona, tym się wzruszyłam, "Grzechotka" to kryminał codzienny, podwórkowy. Poznania nie znam zbytnio, ale w wielu miejscach ładnie opisane jest z różnych stron miasto, w którym znalazło się miejsce i dla przyjezdnej Edyty, jej ładnej koleżanki Marty, dla pewnej gburowatej kobieciny z domu Pomianowskiej, dla przepitego ginekologa bez uprawnień, dla notariusza maminsynka, dla wróżki - finansistki, właściciela baru na Żużlu, pani psycholog o hiszpańskiej urodzie i jej dawnej znajomej, Gośki, rozwódki po liftingu na tropie historii - nokautu, która zapewni jej przepustkę do dziennikarskiej kariery.
Lubię tak bez wysiłku wchodzić w świat z książki. Kiedy opisana jest mała, obskurna kawiarenka, w której zmęczony policjant i wiecznie zestresowana Weronika niechętnie się spotykają, a ja w tej kawiarence mogę być z nimi i nie muszę wysilać wyobraźni, żeby scena z książki miała ręce i nogi.
"Grzechotka" jest więc napisana bardzo składnie i wciąga niepostrzeżenie, a konstrukcja bohaterów jest może oszczędna, ale nie przeszkadzało mi to widzieć ich bardzo wyraźnie. Zróżnicowaniem kolejnych osób też się cieszyłam, w ogóle mnie lektura "Grzechotki" bardzo pozytywnie zaskoczyła. W szczególności to, od czego zaczęłam, czyli nawet jeśli sama fabuła nie jest może najbardziej interesującą historią, jaką w tym roku przeczytam - co nie znaczy oczywiście, że jest zła, skądże - sposób w jaki Jodełka pisze nie pozostawia wiele do życzenia.
A wierzcie mi, ostatnio miałam ciężkie przejścia z polskimi autorkami, których ukoronowaniem była książka tak zła! Aż byłam zdziwiona, że ktoś naprawdę to napisał a potem jeszcze dał radę wydać.
Ale tamto było tasiemcowym czytadłem i mam za swoje, zamiast sięgać po sprawdzone nazwiska i tytuły zachciało mi się "nowego", a trafiłam drastycznie źle. Oficjalnie mogę stwierdzić, że "Kobiety z odzysku" Izabelli Frączyk to książka tak niedobra, ale tak zaskakująco marna... Miejscami w jakiś niezdrowy sposób aż fascynuje, jakiż to umysł napisał twór jednocześnie pełen zwrotów akcji i iście telenowelowych zabiegów, a przy tym tak potwornie nudny, łopatologicznie skonstruowany i naprawdę... No zaskakująco zły.
Czasem wspominam, blogi są od tego, otwiera się przeglądarkę, zakłada swoją stronkę i bach, bach, bach, można zapisać całe internety taśmową marnością. Ale słowo drukowane powinno mieć wartość, może jestem w tym momencie jakaś dziwna, ale papier Liritio szanuje, a przy tworze Izabelli Frączyk aż zęby bolały. A te drewniane żarty...! Całkiem poważnie mówię, przy "Kobietach z odzysku" naprawdę łapałam się za głowę.
Czyli Joanna Jodełka zapisana zostaje w pamięci i może jaśnieć w powodzi książek złych i gorszych, oczywiście nie tylko polskiego autorstwa.
niedziela, 20 stycznia 2013
"Afera Thomasa Crowna", reż. Norman Jewison.
Chciałabym napisać, że film Jewisona z 1968 roku jest znacznie lepszy niż remake z Brosnanem i Russo w rolach głównych (1999 rok), ale nie byłabym uczciwa. To znaczy, według mnie jest lepszy, zdecydowanie wybieram oryginał, nie mogę jednak powiedzieć żeby remake był bez sensu. Tak naprawdę, mimo identycznego tytułu, są to filmy raczej zainspirowane podobnym tematem, niespecjalnie do siebie podobne. Scenariusz został mocno przerobiony, podobnie jak zupełnie zmieniła się wymowa filmu i charakterystyka postaci, a w tabeli filmów będących remake'ami "Afera Thomasa Crowna" z roku 1999tego plasuje się wysoko. Przynajmniej w umysłach twórców powstał jakiś pomysł na ten "odświeżany" film.
Mnie jednak bardziej pasowała oddalona od happy - endowego, mydlanego kina atmosfera filmu Jewisona, również duet Dunaway i McQueena zyskał w moich oczach więcej uznania, a elegancja lat 60tych to klasa sama w sobie.
Pozostańmy więc na razie przy tym wcześniejszym filmie z końca lat sześćdziesiątych, w którym piękna i dobrze ubrana przedstawicielka towarzystwa ubezpieczeniowego, Vicky Anderson (Faye Dunaway rzecz jasna), stara się przechytrzyć sprytnego pana Crowna (Steve McQueen może zagrał samego siebie, ale w jaki sposób!), który okradł pewien bank ze znacznej sumy pieniędzy i nie da rady mu tego udowodnić.
Oczywiście baza dla opowieści jest prosta, ot dwoje ludzi po przeciwnych stronach barykady, jedno stara się prześcignąć drugie i można tylko zadawać sobie pytanie, na ile oboje udają, na ile stają się w udawaniu prawdziwi.
W filmie Jewisona liczy się rozrysowanie charakterów, a tutaj jest pięknie. Ani piękna Vicky nie okazuje się wszechwiedząca, ani policjant prowadzący śledztwo głupi, ani Crown aż tak nieprzenikniony. Chociaż w tym ostatnim można mieć wątpliwość.
Przede wszystkim jest szybko, prosto i do celu, ale również spokojnie, elegancja się liczy. Ona prowokuje, on jest zaciekawiony, ona zastawia pułapki, w które on nie wpada, ale zwycięstwa jednej ze stron nie widać, a remis nie wchodzi w grę. Jak ta partia szachów rozgrywana przez Vicky i Crowna, partia szachów, która napięciem bije na głowę o wiele bardziej dosłowne sceny Brosnana i Russo.
Co jest ciekawsze w oryginale Jewisona? Nie napiszę, że wszystko, niekoniecznie, do tego dojdziemy. Ale motywacja, zachowanie poszczególnych bohaterów - tutaj należy dodać pytanie, na ile remake'owi aktorzy podołali rolom, które może same w sobie wcale nie były gorsze - ten punkt mnie intrygował w jewisonowej wersji.
Thomas Crown w pewnym momencie stwierdza: "money isn't funny". Chociaż on sam czaruje wdzięczną powściągliwością i stylem bogatego finansisty z fantazją, nie da się ukryć, Thomas Crown w wykonaniu McQueena również isn't funny. Podobno "Afera Thomasa Crowna" to jedyny film, w którym McQueen naprawdę się śmieje na głos, ale nawet w tej scenie nie odczuwa się specjalnej wesołości, chociaż niewątpliwie jest sceną triumfu Crowna nad systemem.
Właśnie, czym jest ten przewijający się w dialogach system, wobec którego Crown wyraża swój bunt? Nie postrzegałabym tego terminu na określenie "systemu", o którym słuchamy przy okazji kolejnych kryzysów ekonomicznych czy pytaniach o inwigilację związaną z internetem. Mam wrażenie, że dla Crowna system był tymi kajdanami norm, nudy i zobowiązań, które wiążą codzienność. Czy Crown jest po prostu rozbestwionym małym chłopcem, który szuka kolejnej zabawki, czy przeżartym cynizmem mężczyzną, który buntuje się trochę sam przeciwko sobie, przeciwko faktowi, że może mieć (względnie) wszystko, a to nadal nie zaspokaja jakiejś niewiadomej nam potrzeby?
Finał filmu rzuca nieco światła na tę sprawę, Liritio skłania się ku interpretacji pośredniej, jakby trzeciej, jednak ostateczny wybór Crowna to starannie skalkulowana nadzieja i uśmiech półgębkiem. Ani do końca znudzony dzieciak, ani szukający celu milioner, wyrachowania bym się w Crownie doszukała. Wiadomo jednak, interpretacja jest prywatna i za to lubię film Jewisona, za nieodmówienie, za brak wskazywania palcem każdego szczegółu.
Vicky na tle Crowna wydaje się bardziej dosłowna: drapieżna panna posh na tropie samotnego wilka to wyzwanie dla ambicji, a czy również dla emocji? Niby skłonić się można ku stwierdzeniu, że jej strona gry stawała się prawdziwsza, ale według mnie nad obojgiem pozostaje spory znak zapytania. Może Vicky stoczyła wielką walkę ze sobą, a może po prostu zacisnęła wszystkie sznurki szerszej zasadzki.
Pytanie czy specjalnie tego nie nadinterpretuję pozostawię już komu innemu, chociaż widać, że Jewison chciał skłonić widza do zastanowienia.
Faye Dunaway jest dla mnie jedną z "tych" aktorek, ma klasę, talent, urodę i nie zaprzepaściła tego w głupich rolach. Czyli w jej przypadku jestem stronnicza, Wy powiecie, że przy McQueenie wypada słabo, ja powiem, że młodo. Plusem jest ich zgranie, wierzy się w tę ekranową maskaradę półuśmiechów.
A McQueen... Może tak, na ile może identyfikował się z Crownem, o tym można poczytać jedynie w artykułach, ale niezbitym dowodem na jego świetne aktorstwo jest ten film i chociaż McQueena znałam dotąd jako "tego z niebieskimi oczami z westernów", widzę że popełniałam spory błąd nie interesując się nim bardziej. Jako aktor jest bardzo dobry, jako postać wydaje się co najmniej intrygujący.
Trzecią stroną "Afery Thomasa Crowna" jest policja i brawa dla autorów scenariusza, że prowadzący śledztwo może jest postacią bardzo drugoplanową, ale pozostaje człowiekiem z krwi i kości, bez stereotypu głupiego czy zawziętego detektywa. Bywa gwałtowny, bywa zagubiony w braku poszlak, bywa wyrozumiały i ludzki, bywa też służbistą, podobał mi się aktor w tej roli (Paul Burke, nie znam pana, chociaż... nie, chyba nie znam), ale nie jest nieprawdziwy.
A zostawiając na chwilę psychologię postaci, film to część wizualna, film to dźwięk i naprawdę jest się czym cieszyć. Jewison stosuje kilka razy podzielone ekrany, najwyraźniej wtenczas była to jakaś nowość techniczna, ale taki zabieg pasuje do filmu, w którym jedna osoba orkiestruje wiele zdarzeń, nawet jeśli na małym ekranie może być irytujący. Przede wszystkim jednak muszę napisać o zdjęciach, które w chwilach kluczowych rozgrywały się w małych przestrzeniach i bliskich kadrach, ale kamera mogła się rozbuchać w momentach udawanej idylli czy oderwania Crowna (szybowiec nad lasem, czerwony samochodzik na wydmach, noc przy ognisku, może to pocztówkowe, ale miało wdzięk).
I ponownie wracam do kwestii stylu, który z każdego kadru aż się wylewa - może stąd ta elegancja Dunaway, której brakuje Russo, jak gdyby to rzeczywiście było takie proste, że w dobrej sukience od razu się klasy nabiera.
Skoczmy trzydzieści lat w przód, kiedy Pierce Brosnan, czyli Thomas Crown - pełen czaru playboy ostateczny - rozmawia z terapeutką (również Faye Dunaway, również trzydzieści lat później), która zadaje mu magiczne pytanie: "a czy kobieta mogłaby zaufać Tobie?".
I o to chyba rozbija się główna różnica między tymi filmami. Jewison nakręcił delikatny dramat złodziejski (powiedzmy...) rozgrywany w kilkunastu scenach jak ta gra w szachy, sportowo, bez przekombinowania, prawie fair. Później John McTiernan przerobił subtelny materiał w pełen wdzięcznych scen, ale jednak łopatologiczny romans ze złodziejem. Czy to dobrze, czy to źle...
Pierce Brosnan jest znacznie cieplejszym Crownem, a większa dosłowność filmu pozbawia nas problemu odgadywania jego motywów - oto mamy czarującego milionera z nieco niegrzecznym hobby. Trochę udowadnia tym swoją wyższość, trochę zabija nudę, liczy się adrenalina i wdzięk. Sam akt kradzieży przestał być manifestem genialnie przemyślanej możliwości buntu, a stał się wyrazem uroku i przewrotności doświadczonego ryzykanta, stąd zamiana pieniędzy i banku w muzeum i Moneta.
Catherine (Rene Russo) jest postacią, z którą mam największy problem i głównym zarzutem wobec inaczej całkiem przyjemnego filmu o dużej dawce czaru (Brosnana głównie). Russo nie pasuje mi wizualnie, nie trafia w mój gust i nie przekonuje mnie jako uwodzicielska pani z ubezpieczeń, chociaż ma swoje zabawne momenty, jest wystarczająco ciekawie napisaną postacią żeby uznać ją za "coś innego" i na pewno jej dojrzałość bardziej pasuje do Crowna niż absolutne piękno młodej Dunaway. Możliwe, że brak jej po prostu subtelności, czego ja prywatnie nie trawię, stąd moja niechęć do niej i negatywna opinia o roli. A drażni miejscami ten ich romans, mnie drażni brak uroku, może przesyt wybuchów namiętności w ich relacji. Ale to jest krytyka raczej szczegółowa, ogółem film się broni, zanim obejrzałam oryginał uważałam "Aferę Thomasa Crowna" za kino bardzo poprawne, do którego można spokojnie kilka razy wracać. Zresztą nadal tak jest, jak napisałam na początku, dla mnie to są jednak odrębne filmy oparte jedynie na tej samej kanwie scenariusza i ciężko je wrzucić do jednego worka.
Na pewno w filmie McTiernana więcej się dzieje wokół samej kradzieży, tutaj jest zastosowana ładna klamra fabularna z Crownem w muzeum jako clou programu. Akcja została skomplikowana, pojawiły się wątki poboczne, niekoniecznie potrzebne, ale chociaż teraz będę tęskniła za swobodą fabuły Jewisona, w wersji współcześniejszej lubię przewrotność i zawadiackość tego Crowna, lubię klimat wdzięcznego łamania zakazów.
I ogromny plus należy się za Denisa Leary, którego lubię przede wszystkim jako scenicznego komika, w roli detektywa McCanna - o ile Burke był dobrym tłem dla Dunaway i McQueena, Leary jest wyraźniejszy, widać że obmyślił sobie tę postać, nadał jej charakter, motywy, początek i koniec, bardzo ładnie to wyszło w duecie z drapieżną Catherine, która uparcie nie chce przestrzegać jego reguł.
A na koniec część wspólna, piękna i na pewno Wam znana, "Windmills of Your Mind" - piosenka, która jak rzadko która tak wyraźnie oddaje atmosferę filmu. Wersję Stinga słyszycie pewnie co drugi dzień, więc dzisiaj w wersji z filmu Jewisona.
Windmills of Your Mind, Noel Harrison
Etykiety:
Denis Leary,
dramat,
Faye Dunaway,
film,
kryminał,
Pierce Brosnan,
porównania,
romans,
stare kino,
Steve McQueen,
USA
środa, 12 grudnia 2012
"Druga prawda", reż. Barbet Schroeder.
Pisząc o tym filmie należałoby zauważyć małe rozdroże.
Z jednej strony dostajemy podstępną treść, niezły galimatias interpretacyjny dla widza, który od powściągliwego początku do otwartego końca nie dostaje znikąd pomocy. Tutaj można się zastanawiać nad wielostronną naturą człowieka, nad niemożliwą obiektywnością stron, nad znaczeniem prawdy.
Z drugiej wykonanie, powiedziałabym, nie do końca zadowalające. Ale o tym później.
Zaczyna się od sprawy kryminalnej: mąż skazany za podwójną próbę zabójstwa żony. Włos na głowie się jeży, kiedy Jeremy Irons niewzruszonym głosem stwierdza "nie zrobiłem tego". Piękny akcent, nieruchoma twarz... Oczywiście mu nie wierzymy, oczywiście, że jest winny. Oczywiście?
Każdy wie, że nic nie jest czarno białe, ale jednak faktyczna wersja wydarzeń jest niepodważalna, interpretować możemy jedynie pobudki. Schody zaczynają się gdy faktycznej wersji brak. "Druga prawda" jest filmem o tyle wciągającym, że chcemy wiedzieć, jak to było. Dlaczego, kto, kiedy... Czy rzeczywiście Klaus von Bulow próbował zamordować swoją żonę.
A potem jest o tyle jeszcze bardziej wciągającym filmem, że prawda chyba przestaje się aż tak liczyć. Jak więc jest, drążenie do gołych faktów czy dialog o pobudkach i moralności?
Pod względem akcji nie mam zastrzeżeń, byłam prawie zafascynowana dobitnym przekazem, że wszystko zależy od punktu widzenia.
Tutaj docieramy do drugiej strony, obsada.
Oscarowa rola Ironsa to największy atut i przekleństwo tego filmu, kiedy dorównuje mu jedynie partnerująca na pierwszym planie Glenn Close i jeszcze obsadzona w znacznie mniejszej roli Christine Baranski (znacie ją z "Mamma Mia!").
Niestety reszta zawodzi. Rudawy Ron Silver w roli adwokata, który musi stoczyć niemały pojedynek ze swoją niepewnością i konsekwencjami, nazwijmy je moralnymi, obrony człowieka, który został już skazany na trzydzieści pięć lat więzienia za zbrodnię mocno perfidną. Głosem moralności (i niemoralności) chyba miały być opinie jego małych pomocników, znaczy studentów i aplikantów z którymi pracuje nad sprawą. Jednak wszelkie dialogi na ten temat wychodziły obsadzie drugoplanowej beznadziejnie i sztywno, bardziej przypominając film instruktażowy bhp niż prawniczy dramat.
Jeszcze w scenach z Ironsem rozdźwięk nie był aż tak istotny, jego tło po prosu ginęło, przestawało mieć znaczenie, a sam Silver grając z Ironsem jakoś dawał radę. Ale w momencie, kiedy musiał udźwignąć całą scenę, kiedy Ironsa brakowało, wyłaziło na wierzch całe jego niedopasowanie do tej złożonej roli, z której zrobił postać zdecydowanie bliższą szkolnemu trenerowi koszykówki niż przebiegłemu prawnikowi.
Niemniej jednak, mimo sporego marnotrawstwa na drugim planie, który mógł składać się z ciekawych postaci, ale większości to się nie udało, film pozostaje wciągający, a duet Glenn Close i Jeremy'ego Ironsa grających schodkowy rozpad małżeństwa warto zobaczyć. Od miłości do tragedii, ale na zimno, nie na darmo to właśnie Irons gra rolę główną.
Z jednej strony dostajemy podstępną treść, niezły galimatias interpretacyjny dla widza, który od powściągliwego początku do otwartego końca nie dostaje znikąd pomocy. Tutaj można się zastanawiać nad wielostronną naturą człowieka, nad niemożliwą obiektywnością stron, nad znaczeniem prawdy.
Z drugiej wykonanie, powiedziałabym, nie do końca zadowalające. Ale o tym później.
Zaczyna się od sprawy kryminalnej: mąż skazany za podwójną próbę zabójstwa żony. Włos na głowie się jeży, kiedy Jeremy Irons niewzruszonym głosem stwierdza "nie zrobiłem tego". Piękny akcent, nieruchoma twarz... Oczywiście mu nie wierzymy, oczywiście, że jest winny. Oczywiście?
Każdy wie, że nic nie jest czarno białe, ale jednak faktyczna wersja wydarzeń jest niepodważalna, interpretować możemy jedynie pobudki. Schody zaczynają się gdy faktycznej wersji brak. "Druga prawda" jest filmem o tyle wciągającym, że chcemy wiedzieć, jak to było. Dlaczego, kto, kiedy... Czy rzeczywiście Klaus von Bulow próbował zamordować swoją żonę.
A potem jest o tyle jeszcze bardziej wciągającym filmem, że prawda chyba przestaje się aż tak liczyć. Jak więc jest, drążenie do gołych faktów czy dialog o pobudkach i moralności?
Pod względem akcji nie mam zastrzeżeń, byłam prawie zafascynowana dobitnym przekazem, że wszystko zależy od punktu widzenia.
Tutaj docieramy do drugiej strony, obsada.
Oscarowa rola Ironsa to największy atut i przekleństwo tego filmu, kiedy dorównuje mu jedynie partnerująca na pierwszym planie Glenn Close i jeszcze obsadzona w znacznie mniejszej roli Christine Baranski (znacie ją z "Mamma Mia!").
Niestety reszta zawodzi. Rudawy Ron Silver w roli adwokata, który musi stoczyć niemały pojedynek ze swoją niepewnością i konsekwencjami, nazwijmy je moralnymi, obrony człowieka, który został już skazany na trzydzieści pięć lat więzienia za zbrodnię mocno perfidną. Głosem moralności (i niemoralności) chyba miały być opinie jego małych pomocników, znaczy studentów i aplikantów z którymi pracuje nad sprawą. Jednak wszelkie dialogi na ten temat wychodziły obsadzie drugoplanowej beznadziejnie i sztywno, bardziej przypominając film instruktażowy bhp niż prawniczy dramat.
Jeszcze w scenach z Ironsem rozdźwięk nie był aż tak istotny, jego tło po prosu ginęło, przestawało mieć znaczenie, a sam Silver grając z Ironsem jakoś dawał radę. Ale w momencie, kiedy musiał udźwignąć całą scenę, kiedy Ironsa brakowało, wyłaziło na wierzch całe jego niedopasowanie do tej złożonej roli, z której zrobił postać zdecydowanie bliższą szkolnemu trenerowi koszykówki niż przebiegłemu prawnikowi.
Niemniej jednak, mimo sporego marnotrawstwa na drugim planie, który mógł składać się z ciekawych postaci, ale większości to się nie udało, film pozostaje wciągający, a duet Glenn Close i Jeremy'ego Ironsa grających schodkowy rozpad małżeństwa warto zobaczyć. Od miłości do tragedii, ale na zimno, nie na darmo to właśnie Irons gra rolę główną.
Etykiety:
dramat,
ekranizacja/adaptacja,
film,
Glenn Close,
Jeremy Irons,
kryminał,
USA
czwartek, 30 sierpnia 2012
"Wołanie grobu", Simon Beckett.
Pierwsze spotkanie Liritio z Simonem Beckettem, którego już czwartą książką jest "Wołanie grobu", miało miejsce jakiś czas temu... Sprawdziłam, prawie dwa lata temu czytałam jego debiut, "Chemię śmierci".
Oj, z Davidem Hunterem przez te dwa lata zaznajomiłam się całkiem nieźle, jako że każdą kolejną książkę Becketta wyrywałam bibliotece przy pierwszych okazjach. Chociaż nadal nie uważam, żeby były to najlepsze kryminały świata, rzeczywiście poprawiają się z każdym kolejnym podejściem, a diabelnie wciągała już ta pierwsza część, niby najsłabsza.
Tym razem poznajemy fragment przeszłości Huntera. Jego ostatnia sprawa przed śmiercią żony i córki dotyczyła seryjnego mordercy, którego ofiar, poza jedną, nie odnaleziono. Tak oto cofamy się osiem lat wstecz, kiedy to nieco młodszy David Hunter plącze się po mokradłach z policją i patologiem sądowym, ze skazanym, który niby ma współpracować przy poszukiwaniach, i z jego prawnikiem.
Osiem lat później morderca ucieka z więzienia, a Huntera odwiedza prowadzący przed laty śledztwo znajomy. A potem Hunter odbiera telefon od pewnej związanej z ówczesnymi poszukiwaniami kobiety i współczesna akcja nabiera tempa.
Liritio ceni sobie krótkie chwile z Hunterem. Te kryminały czyta się dość szybko, jako że akcja jest raczej wartka i ponownie, wciąga strasznie. A zamglona angielska prowincja tworzy lubianą przeze mnie atmosferę chłodnych, deszczowych tajemnic. Atmosferę tylko podsycaną profesją Huntera, znaczy analizowaniem rozkładających się zwłok.
Właściwie w "Wołaniu grobu" brakowało mi trochę akcji związanej z jego pracą, tutaj rzecz dzieje się niejako poza jego pracą, a szkoda.
Jednak nie ukrywam, że nazwisko Becketta mam zapisane w głowie trwale i czekam sobie cichutko na kolejne książki.
Oj, z Davidem Hunterem przez te dwa lata zaznajomiłam się całkiem nieźle, jako że każdą kolejną książkę Becketta wyrywałam bibliotece przy pierwszych okazjach. Chociaż nadal nie uważam, żeby były to najlepsze kryminały świata, rzeczywiście poprawiają się z każdym kolejnym podejściem, a diabelnie wciągała już ta pierwsza część, niby najsłabsza.
Tym razem poznajemy fragment przeszłości Huntera. Jego ostatnia sprawa przed śmiercią żony i córki dotyczyła seryjnego mordercy, którego ofiar, poza jedną, nie odnaleziono. Tak oto cofamy się osiem lat wstecz, kiedy to nieco młodszy David Hunter plącze się po mokradłach z policją i patologiem sądowym, ze skazanym, który niby ma współpracować przy poszukiwaniach, i z jego prawnikiem.
Osiem lat później morderca ucieka z więzienia, a Huntera odwiedza prowadzący przed laty śledztwo znajomy. A potem Hunter odbiera telefon od pewnej związanej z ówczesnymi poszukiwaniami kobiety i współczesna akcja nabiera tempa.
Liritio ceni sobie krótkie chwile z Hunterem. Te kryminały czyta się dość szybko, jako że akcja jest raczej wartka i ponownie, wciąga strasznie. A zamglona angielska prowincja tworzy lubianą przeze mnie atmosferę chłodnych, deszczowych tajemnic. Atmosferę tylko podsycaną profesją Huntera, znaczy analizowaniem rozkładających się zwłok.
Właściwie w "Wołaniu grobu" brakowało mi trochę akcji związanej z jego pracą, tutaj rzecz dzieje się niejako poza jego pracą, a szkoda.
Jednak nie ukrywam, że nazwisko Becketta mam zapisane w głowie trwale i czekam sobie cichutko na kolejne książki.
Etykiety:
kryminał,
książka,
Simon Beckett,
Wielka Brytania
środa, 29 sierpnia 2012
"Kobieta bez twarzy", A. Fryczkowska.
Czytana przeze mnie jakiś czas temu "Kobieta bez twarzy" Agnieszki Fryczkowskiej jest małym oszustwem, mam wrażenie. Odrobinę toksyczna relacja z tym kryminałem mi się stworzyła, bo im dalej w treść, tym bardziej nie mogłam go odłożyć i tym bardziej się złościłam.
Postać wdowy, która przeprowadza się z dwójką dzieci do wsi Świątkowice w poszukiwaniu nowego startu i spokoju ducha po samobójczej śmierci męża... Niby że to już było? Na pewno nie w takim wydaniu, w wersji rodzimej, pozbawionej słońca włoskich czy francuskich prowincji. Tam może i życie zaczyna się lepiej układać, ale Hannie na pewno nie. Depresja, szarość i burość otoczenia, i ta irytująca ją klaustrofobia małej miejscowości, w której sąsiad zza płotu stara się zastąpić nasze własne sumienie.
Część kryminalna rozpoczyna się w sumie późno, a narracja jest podzielona między Hannę, która pogrążona w depresji z pewnym opóźnieniem reaguje na większość niepokojących mniej lub bardziej zdarzeń, i jej małą córkę, która dostrzega znacznie więcej niż matka, ale mało rozumie.
Córka Hanny znajduje zwłoki w lesie. Świetnie napisana scena, to tak swoją drogą. Potem znalezione zostaną kolejne zwłoki... W międzyczasie giną bez śladu rodzice dwóch chłopaków, a Hanka zostaje mimochodem wplątana w drobne potyczki polityczne Świątkowic związane z teoretycznie rozlewanymi na łąkach ściekami przemysłowymi. Intryga jest rzeczywiście ładnie rozpoczęta, ale tutaj docieramy do złoszczącego Liritio problemu.
Mianowicie, autorka naprawdę zgrabnie i prawdziwie odmalowała standardy życia w małej wsi, zachowania mieszkańców, plotki, krzywienie brwi na "miastowe fanaberie" i tym podobne obrazki, które mogą przyjść nam na myśl w związku z funkcjonowaniem małej społeczności.
Równie sprawnie prowadziła akcję, naprawdę miałam trudności z odrywaniem się od książki, strasznie chciałam poznać rozwiązanie i właściwie leciałam przez tę opowieść jednym tchem. Ale im bliżej końca, tym bardziej się we mnie gotowało, a rozwiązanie zagadki zabiło mnie całkiem. Zarzut? Och, jak niepotrzebne przekombinowanie!
Atmosfera Świątkowic, duszna, coraz mroczniejsza, świetnie opisana. Rodziło się pytanie, jak wiele mieszkańcy nie wiedzą, a jak wiele po prostu udają, że nie widzą. Ale wykorzystanie tego do intrygi o skali nie tyle zbyt dużej, rozwleczonej, co z zupełnie innej bajki. Klaustrofobiczne miasteczko to jedno, a rozwiązanie, którego tutaj oczywiście nie podam, to było według mnie całkowicie odstające drugie.
Porównać to mogę z moimi odczuciami odnośnie "Uwikłania" Zygmunta Miłoszewskiego, które chyba dwa lata temu. Książka napisana interesująco, solidnie, widać było, że szczegółowo przemyślana. Ale po cóż w finale spisek z wysokiej półki, nie mam pojęcia. Mnie takie elementy zgrzytają, Liritio nie lubi skomplikowania, szczególnie mało przekonywującego skomplikowania.
Ale Fryczkowska napisała kolejny kryminał ("Starsza pani wnika") i chcę to wkrótce przeczytać. Talent do pisania ta pani naprawdę ma, a jedno nieudane według mnie rozwiązanie autorki nieczytatą (słowotwórstwo stosowane) nie czyni.
Postać wdowy, która przeprowadza się z dwójką dzieci do wsi Świątkowice w poszukiwaniu nowego startu i spokoju ducha po samobójczej śmierci męża... Niby że to już było? Na pewno nie w takim wydaniu, w wersji rodzimej, pozbawionej słońca włoskich czy francuskich prowincji. Tam może i życie zaczyna się lepiej układać, ale Hannie na pewno nie. Depresja, szarość i burość otoczenia, i ta irytująca ją klaustrofobia małej miejscowości, w której sąsiad zza płotu stara się zastąpić nasze własne sumienie.
Część kryminalna rozpoczyna się w sumie późno, a narracja jest podzielona między Hannę, która pogrążona w depresji z pewnym opóźnieniem reaguje na większość niepokojących mniej lub bardziej zdarzeń, i jej małą córkę, która dostrzega znacznie więcej niż matka, ale mało rozumie.
Córka Hanny znajduje zwłoki w lesie. Świetnie napisana scena, to tak swoją drogą. Potem znalezione zostaną kolejne zwłoki... W międzyczasie giną bez śladu rodzice dwóch chłopaków, a Hanka zostaje mimochodem wplątana w drobne potyczki polityczne Świątkowic związane z teoretycznie rozlewanymi na łąkach ściekami przemysłowymi. Intryga jest rzeczywiście ładnie rozpoczęta, ale tutaj docieramy do złoszczącego Liritio problemu.
Mianowicie, autorka naprawdę zgrabnie i prawdziwie odmalowała standardy życia w małej wsi, zachowania mieszkańców, plotki, krzywienie brwi na "miastowe fanaberie" i tym podobne obrazki, które mogą przyjść nam na myśl w związku z funkcjonowaniem małej społeczności.
Równie sprawnie prowadziła akcję, naprawdę miałam trudności z odrywaniem się od książki, strasznie chciałam poznać rozwiązanie i właściwie leciałam przez tę opowieść jednym tchem. Ale im bliżej końca, tym bardziej się we mnie gotowało, a rozwiązanie zagadki zabiło mnie całkiem. Zarzut? Och, jak niepotrzebne przekombinowanie!
Atmosfera Świątkowic, duszna, coraz mroczniejsza, świetnie opisana. Rodziło się pytanie, jak wiele mieszkańcy nie wiedzą, a jak wiele po prostu udają, że nie widzą. Ale wykorzystanie tego do intrygi o skali nie tyle zbyt dużej, rozwleczonej, co z zupełnie innej bajki. Klaustrofobiczne miasteczko to jedno, a rozwiązanie, którego tutaj oczywiście nie podam, to było według mnie całkowicie odstające drugie.
Porównać to mogę z moimi odczuciami odnośnie "Uwikłania" Zygmunta Miłoszewskiego, które chyba dwa lata temu. Książka napisana interesująco, solidnie, widać było, że szczegółowo przemyślana. Ale po cóż w finale spisek z wysokiej półki, nie mam pojęcia. Mnie takie elementy zgrzytają, Liritio nie lubi skomplikowania, szczególnie mało przekonywującego skomplikowania.
Ale Fryczkowska napisała kolejny kryminał ("Starsza pani wnika") i chcę to wkrótce przeczytać. Talent do pisania ta pani naprawdę ma, a jedno nieudane według mnie rozwiązanie autorki nieczytatą (słowotwórstwo stosowane) nie czyni.
wtorek, 21 lutego 2012
"The Girl with the Dragon Tattoo", reż. David Fincher.
Miałam wielki plan "Dziewczynę z tatuażem" Finchera podsumować inaczej, bardziej szczegółowo... Ale nie, seans przeminął, a ja z czasem doszłam do kilku prostych wniosków, które zawiły wywód uczyniły zbędnym.
Teaser zapowiadał hit, film-uderzenie, mroczny, dynamiczny, którego napięcie może zjeść widza...
Teaser pięknie kłamał.
Albowiem film Finchera jest triumfem profesjonalizmu, ale w porównaniu z oryginałem Opleva, w "Dziewczynie z tatuażem" napięcia znalazłam tyle, co kot napłakał. Bardzo mały kot.
I niewiele ratuje fakt, że amerykańska odsłona nakręcona jest z nieporównywalnie większym rozmachem, tutaj wyższość Finchera nie ulega kwestii. Nie tylko różni się budżet, ale sposób w jaki poskładano cały film, zdjęcia, montaż, muzyka, to wszystko robi genialne wrażenie.
Ale najbardziej liczy się jedno: szkoda tego kunsztu Finchera (i nie tylko jego), kiedy ostatecznie coś nie zadziałało.
Zastanawia mnie, dlaczego "Dziewczynie z tatuażem" zabrakło tak wyraźnego w książce napięcia. Tej mrocznej atmosfery, ale... Jakby to ująć, atmosfery współcześnie mrocznej. Historia opowiedziana przez Larssona jest straszna, zawikłana, pełna tajemnic, a jednak brak w niej skrzypiących podłóg i duchów na strychu czy strasznych babć z kagankami. Jest straszna, ponieważ podejmuje temat sekretnej natury ludzkiej, której okropne oblicze pozostaje niewidoczne dla świata przez tak długi czas. W "Dziewczynie z tatuażem" nie odczuwa się tej atmosfery zła, mroźnego powiewu na plecach, kiedy para detektywów z przypadku odkrywa kolejne potworności w ciszy i samotni zaśnieżonej, szwedzkiej prowincji.
Możliwe jednak, że na niekorzyść wersji Finchera działało ogromne podobieństwo obu ekranizacji, które dość wiernie oddają fabułę książki Larssona, a więc każdą kolejną scenę łatwo było przewidzieć i odpadł mi element zaskoczenia, pozostawiając wrażenie, że przecież już to widziałam.
Największe nieszczęście: niespecjalnie przypadła mi do gustu Rooney Mara w roli Lisbeth, ale to chyba wina nieudanego rozpisania postaci w scenariuszu. "Dziewczyna z tatuażem" jest filmem potwornie długim, a psychika Lisbeth potraktowana została po łebkach - brak scen wyjaśniających jej zachowanie, brak scen, w których może pokazać więcej z siebie. Na cóż więc potrzeby był im ten czas?
Właściwie, lekko przejaskrawiając, fincherowa postać Lisbeth opiera się na jednym, niezmąconym wyrazie twarzy (który ma przekazywać wyobcowanie?) i nieumiejętności (niechęci?) prowadzenia konwersacji. Przesadzam, ale prawdą pozostaje płytkie potraktowanie tej rozsławionej już i dla wielu fascynującej postaci. Znacznie lepiej wypadają Daniel Craig i Stellan Skarsgard.
Czyli nie jestem zachwycona. Oczywiście Fincher nakręcił film dobry, ale... Nie tego oczekiwałam.
Jestem za to przekonana stuprocentowo i na ślepo (bez oglądania szwedzkich adaptacji), że gdyby Fincher wziął się za części kolejne trylogii Millennium, nakręciłby na pewno filmy znacznie lepsze i od tej części pierwszej i od kolejnych wersji szwedzkich.
Teaser zapowiadał hit, film-uderzenie, mroczny, dynamiczny, którego napięcie może zjeść widza...
Teaser pięknie kłamał.
Albowiem film Finchera jest triumfem profesjonalizmu, ale w porównaniu z oryginałem Opleva, w "Dziewczynie z tatuażem" napięcia znalazłam tyle, co kot napłakał. Bardzo mały kot.
I niewiele ratuje fakt, że amerykańska odsłona nakręcona jest z nieporównywalnie większym rozmachem, tutaj wyższość Finchera nie ulega kwestii. Nie tylko różni się budżet, ale sposób w jaki poskładano cały film, zdjęcia, montaż, muzyka, to wszystko robi genialne wrażenie.
Ale najbardziej liczy się jedno: szkoda tego kunsztu Finchera (i nie tylko jego), kiedy ostatecznie coś nie zadziałało.
Zastanawia mnie, dlaczego "Dziewczynie z tatuażem" zabrakło tak wyraźnego w książce napięcia. Tej mrocznej atmosfery, ale... Jakby to ująć, atmosfery współcześnie mrocznej. Historia opowiedziana przez Larssona jest straszna, zawikłana, pełna tajemnic, a jednak brak w niej skrzypiących podłóg i duchów na strychu czy strasznych babć z kagankami. Jest straszna, ponieważ podejmuje temat sekretnej natury ludzkiej, której okropne oblicze pozostaje niewidoczne dla świata przez tak długi czas. W "Dziewczynie z tatuażem" nie odczuwa się tej atmosfery zła, mroźnego powiewu na plecach, kiedy para detektywów z przypadku odkrywa kolejne potworności w ciszy i samotni zaśnieżonej, szwedzkiej prowincji. Możliwe jednak, że na niekorzyść wersji Finchera działało ogromne podobieństwo obu ekranizacji, które dość wiernie oddają fabułę książki Larssona, a więc każdą kolejną scenę łatwo było przewidzieć i odpadł mi element zaskoczenia, pozostawiając wrażenie, że przecież już to widziałam.
Największe nieszczęście: niespecjalnie przypadła mi do gustu Rooney Mara w roli Lisbeth, ale to chyba wina nieudanego rozpisania postaci w scenariuszu. "Dziewczyna z tatuażem" jest filmem potwornie długim, a psychika Lisbeth potraktowana została po łebkach - brak scen wyjaśniających jej zachowanie, brak scen, w których może pokazać więcej z siebie. Na cóż więc potrzeby był im ten czas? Właściwie, lekko przejaskrawiając, fincherowa postać Lisbeth opiera się na jednym, niezmąconym wyrazie twarzy (który ma przekazywać wyobcowanie?) i nieumiejętności (niechęci?) prowadzenia konwersacji. Przesadzam, ale prawdą pozostaje płytkie potraktowanie tej rozsławionej już i dla wielu fascynującej postaci. Znacznie lepiej wypadają Daniel Craig i Stellan Skarsgard.
Czyli nie jestem zachwycona. Oczywiście Fincher nakręcił film dobry, ale... Nie tego oczekiwałam.
Jestem za to przekonana stuprocentowo i na ślepo (bez oglądania szwedzkich adaptacji), że gdyby Fincher wziął się za części kolejne trylogii Millennium, nakręciłby na pewno filmy znacznie lepsze i od tej części pierwszej i od kolejnych wersji szwedzkich.
Etykiety:
Daniel Craig,
David Fincher,
ekranizacja/adaptacja,
film,
kryminał,
thriller,
USA
środa, 8 lutego 2012
I am Sherlocked.
Papierowa latarnia, wybierając między innymi Liritio do serialowego łańcuszka zwierzeń (wybacz poślizg), stała się bezpośrednią przyczyną wyznania, do którego zbieram się od mniej więcej roku. Ale po kolei - chociaż tytuł już mówi wszystko.
Jestem do serialowych rozrywek przywiązana niczym kogucik do kokoszki. Kocham je, ale troszkę. Przebieram wybrednie, zakochuję się w banalnym szczególe i już zostaję. Na chwilę. Albo na dłużej. Tak czy inaczej, moje upodobania serialowe zmieniają się niczym w kalejdoskopie (ha, żarcik jak ta lala), jak tu wybrać te ulubione?
Prosto, takie są dwa: "Seks w wielkim mieście" i "Przyjaciele".
Tyle. Oryginalnością nie powaliłam, wybaczcie.
Oba już zdjęte z anten, owiane każdy własną legendą, wszyscy je znają, nawet jak ich nie znają, pewnego rodzaju ikony swoich czasów. Nie mam więc do dodania wiele, a na pewno nie dziś. O rzeczach ukochanych mogę dużo albo wcale, dzisiaj będzie wcale.
Ale! Jest jedno cudeńko antenowe (już wiecie, już wiecie które...?). Serial idealny, naprawdę, nie mam ani jednej uwagi krytycznej. No dobra, jakąś tam mam, nieistotną, nieważną, tycią, nawet nie wspomnę.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że BBC wypuściło serial oparty na motywie Sherlocka Holmesa i przeniosło go do współczesnego Londynu... Nie sądziłam, że to może się udać. A że w tak spektakularnie dobrym stylu, od zera do bohatera, jestem pod wrażeniem od dłuższego czasu.
Perfekcyjna obsada, pochwały i nagrody leją się zewsząd, ja też jestem zafascynowana, też czekam na kolejny sezon z utęsknieniem.
Oczywiście najbardziej kocha się Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana, Sherlock i Watson, panowie dograli się idealnie, fani zapewne wariują w wymyślaniu historii łączących tę dwójkę innego rodzaju więzią, niż przyjaźń. Jednak cała obsada serialu to strzały w dziesiątkę, z moim ulubieńcem Moriartym. Zastanawiałam się, jak go sportretują, i udało się brawurowo.
Zaadaptowane opowiadania A. Conan Doyle'a tworzą półtoragodzinne odcinki pełne znakomitych dialogów (niestety na razie jest ich tylko sześć), a wiążąca je opowieść o specyficznych panach (i epizodycznych paniach) nie pozwalała mi spokojnie zasnąć kilka razy. Emocje obudziły się nawet w Liritio, o to w rzeczywistości jest znacznie trudniej, niż mogłoby się wydawać.
Oddzielne zagadki każdego odcinka, oddzielna historia przewodnia, i te wszystkie piękne szczegóły! Co łączy ze sobą Sherlocka Holmesa i Bee Gees? Odpowiedź na to pytanie czeka. A ja usychając z tęsknoty mogę klikać replay przy "Staying Alive" i uśmiechać się pod nosem.
Nie oglądacie seriali. I nie lubicie Sherlocka Holmesa. Nawet jeśli w ogóle nie przepadacie za wizją i fonią, oglądajcie Sherlocka BBC, jest to twór perfekcyjny, porywający i szkoda przegapić, a przynajmniej nie spróbować.
Hm... Tak, wydaje mi się, że już nie pozostawiłam żadnych wątpliwości, jaki jest mój ulubiony serial.
Jestem do serialowych rozrywek przywiązana niczym kogucik do kokoszki. Kocham je, ale troszkę. Przebieram wybrednie, zakochuję się w banalnym szczególe i już zostaję. Na chwilę. Albo na dłużej. Tak czy inaczej, moje upodobania serialowe zmieniają się niczym w kalejdoskopie (ha, żarcik jak ta lala), jak tu wybrać te ulubione?
Prosto, takie są dwa: "Seks w wielkim mieście" i "Przyjaciele".
Tyle. Oryginalnością nie powaliłam, wybaczcie.
Oba już zdjęte z anten, owiane każdy własną legendą, wszyscy je znają, nawet jak ich nie znają, pewnego rodzaju ikony swoich czasów. Nie mam więc do dodania wiele, a na pewno nie dziś. O rzeczach ukochanych mogę dużo albo wcale, dzisiaj będzie wcale.
Ale! Jest jedno cudeńko antenowe (już wiecie, już wiecie które...?). Serial idealny, naprawdę, nie mam ani jednej uwagi krytycznej. No dobra, jakąś tam mam, nieistotną, nieważną, tycią, nawet nie wspomnę.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że BBC wypuściło serial oparty na motywie Sherlocka Holmesa i przeniosło go do współczesnego Londynu... Nie sądziłam, że to może się udać. A że w tak spektakularnie dobrym stylu, od zera do bohatera, jestem pod wrażeniem od dłuższego czasu.
Perfekcyjna obsada, pochwały i nagrody leją się zewsząd, ja też jestem zafascynowana, też czekam na kolejny sezon z utęsknieniem.
Oczywiście najbardziej kocha się Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana, Sherlock i Watson, panowie dograli się idealnie, fani zapewne wariują w wymyślaniu historii łączących tę dwójkę innego rodzaju więzią, niż przyjaźń. Jednak cała obsada serialu to strzały w dziesiątkę, z moim ulubieńcem Moriartym. Zastanawiałam się, jak go sportretują, i udało się brawurowo.
Zaadaptowane opowiadania A. Conan Doyle'a tworzą półtoragodzinne odcinki pełne znakomitych dialogów (niestety na razie jest ich tylko sześć), a wiążąca je opowieść o specyficznych panach (i epizodycznych paniach) nie pozwalała mi spokojnie zasnąć kilka razy. Emocje obudziły się nawet w Liritio, o to w rzeczywistości jest znacznie trudniej, niż mogłoby się wydawać.
Oddzielne zagadki każdego odcinka, oddzielna historia przewodnia, i te wszystkie piękne szczegóły! Co łączy ze sobą Sherlocka Holmesa i Bee Gees? Odpowiedź na to pytanie czeka. A ja usychając z tęsknoty mogę klikać replay przy "Staying Alive" i uśmiechać się pod nosem.
Nie oglądacie seriali. I nie lubicie Sherlocka Holmesa. Nawet jeśli w ogóle nie przepadacie za wizją i fonią, oglądajcie Sherlocka BBC, jest to twór perfekcyjny, porywający i szkoda przegapić, a przynajmniej nie spróbować.
Hm... Tak, wydaje mi się, że już nie pozostawiłam żadnych wątpliwości, jaki jest mój ulubiony serial.
Etykiety:
BBC,
kryminał,
moje cuda,
serial,
Wielka Brytania
środa, 4 stycznia 2012
Niekoniecznie noworocznie.
Nowy Rok, pocałunki o północy, podsumowania i postanowienia... To już za nami. Tegoroczne przemiany skromnie ograniczyłam do stwierdzenia "nowy rok, nowy lakier do paznokci". Oczywiście żartuję. Chyba.
Ostatnią książką, którą przeczytałam w 2011tym roku była "Śpiąca laleczka" Deavera.
Kathryn Dance, możliwe, że części z Was znana z innych jego książek agentka CBI, mnie nie, przewodzi obławą na zbiegłego Daniela Pella, który kilka(naście?) lat temu zamordował rodzinę Craytonów, pozostawiając przy życiu jedynie małą Theresę.
Pell, złodziej, założyciel Rodziny (taka prawie sekta, ale nie do końca, czyli on, jeden młody chłopak i trzy kobiety, Rebecka, Linda i Samantha... bez głupich skojarzeń, proszę). Pell, okrutny manipulator i morderca na wolności. Dzielna i wnikliwa Kathryn, w towarzystwie przysłanego z Waszyngtonu Winstona Kellogga stara się wyprzedzić jego zamiary chociaż o pół kroku.
"Śpiąca laleczka" trzymała mnie w napięciu, naprawdę. Do strony którejśtam... Pell ponownie się wymknął, pojawia się mały romans, Kathryn stara się przekonać byłe członkinie Rodziny Pella do współpracy... A ja orientuję się poniewczasie, że czytałam już tę książkę. I co teraz? (bębnienie w stół i toczenie wkoło spojrzeniem zagubionej owcy)
Lincoln Rhyme i Amelia Sachs to świetne zestawienie, dobry pomysł sam w sobie, "Kolekcjoner kości" czy "Tańczący trumniarz" na pewno zasługują na przeczytanie. Dalsze książki Deavera? Cóż, o tych najwyraźniej zapominam, oto jak wielkie wrażenie robią.
Natomiast filmem, którym pożegnałam Stary Rok zrobię jeszcze większą furorę.
Przerażający "Coś", prequel do przerażającego "Cosia" sprzed prawie trzydziestu lat - mam nadzieję, że tamten stary Coś był straszniejszy od Cosia nowego. Albo przynajmniej mądrzejszy.
Antarktyda, tajemnicze znalezisko, pierwszy ginie pies - już w tym miejscu pomyślałam, że film będzie równią pochyłą. I co? Miałam rację.
W filmie Johna Carpentera z 1982ego roku główną rolę grał Kurt Russell (kochamy go, nawet kiedy gra stereotypowych i wnerwiających tatuśków z "Posejdona", nie ma innej opcji). Dzisiaj możemy jedynie westchnąć nad śliczną (dość) kobietką, która wyrusza na mroźne pustkowie, i na podbój świata zapewne również, gdyby tylko dać jej szansę. Oj, proszę państwa, co tam twardy mężczyzna, mamy równouprawnienie.
Akcja "Cosia" toczy się naprzód błyskawicznie, Norwegowie mają brody (szkoda, że rogatych hełmów zabrakło), jedyny czarnoskóry trzyma się dzielnie, trup ściele się gęsto, a Coś cosiuje po kątach. I dużo śniegu pokazują.
Witamy w dwudziestym pierwszym wieku: panna do obrony przed Cosiem dostała miotacz ognia, jej dzielny i męski towarzysz latarkę oraz kijek. Powodzenia i miłego seansu życzy Universal.
Nawytrząsałam się, ale może fanom gatunku (ewentualnie fanom oryginału Carpentera?) spodoba się wznowienie tematu Cosia. Ja byłam pod wrażeniem, ale chyba nie do końca trafiłam w oczekiwania twórców. Niemniej jednak tego filmu raczej nie zapomnę, ogromna mrówka(?) na Antarktydzie robi niezatarte wrażenie.
Ewentualne postanowienia, porady, po...cokolwiek? Pocokolwiek. Jakieś są, każdy ma swoje. Niekoniecznie noworoczne.
Ostatnią książką, którą przeczytałam w 2011tym roku była "Śpiąca laleczka" Deavera.Kathryn Dance, możliwe, że części z Was znana z innych jego książek agentka CBI, mnie nie, przewodzi obławą na zbiegłego Daniela Pella, który kilka(naście?) lat temu zamordował rodzinę Craytonów, pozostawiając przy życiu jedynie małą Theresę.
Pell, złodziej, założyciel Rodziny (taka prawie sekta, ale nie do końca, czyli on, jeden młody chłopak i trzy kobiety, Rebecka, Linda i Samantha... bez głupich skojarzeń, proszę). Pell, okrutny manipulator i morderca na wolności. Dzielna i wnikliwa Kathryn, w towarzystwie przysłanego z Waszyngtonu Winstona Kellogga stara się wyprzedzić jego zamiary chociaż o pół kroku.
"Śpiąca laleczka" trzymała mnie w napięciu, naprawdę. Do strony którejśtam... Pell ponownie się wymknął, pojawia się mały romans, Kathryn stara się przekonać byłe członkinie Rodziny Pella do współpracy... A ja orientuję się poniewczasie, że czytałam już tę książkę. I co teraz? (bębnienie w stół i toczenie wkoło spojrzeniem zagubionej owcy)
Lincoln Rhyme i Amelia Sachs to świetne zestawienie, dobry pomysł sam w sobie, "Kolekcjoner kości" czy "Tańczący trumniarz" na pewno zasługują na przeczytanie. Dalsze książki Deavera? Cóż, o tych najwyraźniej zapominam, oto jak wielkie wrażenie robią.
Natomiast filmem, którym pożegnałam Stary Rok zrobię jeszcze większą furorę. Przerażający "Coś", prequel do przerażającego "Cosia" sprzed prawie trzydziestu lat - mam nadzieję, że tamten stary Coś był straszniejszy od Cosia nowego. Albo przynajmniej mądrzejszy.
Antarktyda, tajemnicze znalezisko, pierwszy ginie pies - już w tym miejscu pomyślałam, że film będzie równią pochyłą. I co? Miałam rację.
W filmie Johna Carpentera z 1982ego roku główną rolę grał Kurt Russell (kochamy go, nawet kiedy gra stereotypowych i wnerwiających tatuśków z "Posejdona", nie ma innej opcji). Dzisiaj możemy jedynie westchnąć nad śliczną (dość) kobietką, która wyrusza na mroźne pustkowie, i na podbój świata zapewne również, gdyby tylko dać jej szansę. Oj, proszę państwa, co tam twardy mężczyzna, mamy równouprawnienie.
Akcja "Cosia" toczy się naprzód błyskawicznie, Norwegowie mają brody (szkoda, że rogatych hełmów zabrakło), jedyny czarnoskóry trzyma się dzielnie, trup ściele się gęsto, a Coś cosiuje po kątach. I dużo śniegu pokazują.
Witamy w dwudziestym pierwszym wieku: panna do obrony przed Cosiem dostała miotacz ognia, jej dzielny i męski towarzysz latarkę oraz kijek. Powodzenia i miłego seansu życzy Universal.
Nawytrząsałam się, ale może fanom gatunku (ewentualnie fanom oryginału Carpentera?) spodoba się wznowienie tematu Cosia. Ja byłam pod wrażeniem, ale chyba nie do końca trafiłam w oczekiwania twórców. Niemniej jednak tego filmu raczej nie zapomnę, ogromna mrówka(?) na Antarktydzie robi niezatarte wrażenie.
Ewentualne postanowienia, porady, po...cokolwiek? Pocokolwiek. Jakieś są, każdy ma swoje. Niekoniecznie noworoczne.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Jedna ofiara (adekwatna: w środku zimy w końcu). Jedna perła (blogowa).
Jakby to ująć najprościej... "Ofiary w środku zimy" nie pokochałam, ponieważ jest to książka zawierająca masę niepotrzebnych słów. Przede wszystkim, co to za idiotyczny pomysł z kwestiami zamordowanego (kursywą! cudne), które nie dość, że są całkowicie niepotrzebne, ponieważ nic nie wniosły do tematu, to jeszcze naprawdę głupie... (proszę, unoszące się, hm, co właściwie, dusza? gadająca dusza zamordowanego, pięknie). Do tego koszmarnie przegadane rozważania bohaterów nad istotą uczuć wielkich i życia codziennego (sąsiadująco, najpierw wzruszamy się nad iście powalającym komentarzem na temat miłości rodzicielskiej, a chwilę potem nad równie powalającym komentarzem na temat mroźnej zimy, słodkie).Dobrze, to teraz przyznam się, że powyższa krytyka jest napisana raczej ze względu na zły charakter autorki bloga, który czasem musi znaleźć ujście, niż z faktycznej niemożności tolerowania owych niefortunnych wstawek. I "Ofiara w środku zimy" nie jest zła, chociaż wbrew buńczucznym zapowiedziom z okładki, "Millennium" Larssona (pierwszej części mej ukochanej) do pięt nawet nie zaczyna dorastać. W sumie wciągnęła mnie całkiem mocno, ponieważ kiedy ominąć wstawki filozoficzno - kulturowe, zostaje dobry kryminał.
Zaczyna się interesująco, powieszone na drzewie, okaleczone zwłoki mężczyzny, najzimniejsza zima od wielu lat, krąg podejrzanych obejmujący nastolatków z problemami, wyznawców pewnego kultu, pewną specyficzną rodzinę... A może to ktoś jeszcze inny jest sprawcą?
Jeżeli tak jak ja, zawsze macie ochotę na kryminał, a tych niezłych i dotychczas nieprzeczytanych jest w otoczeniu mniej, niż więcej, "Ofiara w środku zimy" jest dobrym pomysłem. Mimo, że chwilami wybitnie niecierpliwiła mnie pełna irytujących problemów Malin (główna pani detektyw, taka śliczna, oczywiście), z chęcią przeczytam część kolejną, "Ofiarę w środku lata". Tylko niech tam proszę już żadne dusze nad akcją doczesną nie dyndają.
Natomiast pokochałam pewną panią, która pisze. Urzekła mnie swoją opinią o filmie "It's Complicated" z Meryl Streep. Również tą o "Julie and Julia" - najwyraźniej trafne komentowanie filmografii Meryl Streep to jeden z jej licznych talentów. Parskałam przy "Anatomii chick-flicku", na tym właśnie blogu dostrzegłam obejrzany niedawno "Brief Encounter" (czy niewspomniany tutaj "Summertime") i zostało mi zaszczepione zainteresowanie Davidem Leanem.
Biorąc pod uwagę fakt, że omijam Blog Day i inne tego typu cudeńka, mogę raz na ruski rok opowiedzieć nie o sobie samej i tym co się plącze w mojej eleganckiej główce, ale potoczyć wzrokiem wkoło, uśmiechnąć się (okej, to czynię też na co dzień) i dokładniej pokazać Wam, kto rozbawił mnie niedawno do łez. Voila! Game of Consequences. Zadziwia mnie, ile tam jest wiedzy o filmach licznych, znanych, nieznanych, o ludziach kina, dużo o starym kinie, podane wdzięcznie, przemyślanie, luźno... Może nawet nieco chaotycznie (w rozumieniu, że gromadnie). Nie zawsze się zgadzam, ale zawsze polecam.
Problemem jedynym może być fakt, że blog jest w języku angielskim. Smutno również, że ostatni wpis pojawił się w lipcu tego roku.
piątek, 7 października 2011
Zupa z gwoździa.
Cóż to ja czytałam ostatnimi czasy, kiedy pilnie udawałam zbyt zajętą na łączenie formy, treści i czasu, określane również pisaniem bloga?
"Amagansett" Marka Millsa, które w pierwszej połowie podobało mi się znacznie bardziej, niż w drugiej... Niektóre książki absolutnie nie zasługują na miano "genialnych", a nawet nie na to skromniejsze "bardzo dobrych", ale mimo wszystko czyta się je z dużą przyjemnością, bez znudzenia. I "Amagansett" może być idealnym przykładem takiej książki.
Wyłowione z oceanu zwłoki młodej dziewczyny, której bogata rodzina posiada dom na plaży. Rodzina ma swoje sekrety, dziewczyna miała jeszcze inne, a Conrad Labarde, który wyłowił ją z wody - główny bohater książki - również sporo tajemnic skrzętnie skrywa przed światem. I ma swoją silną teorię na to, co naprawdę spotkało przygarniętą przez ocean kobietę.
To też trochę powieść obyczajowa o życiu w rybackiej miejscowości Amagansett, tuż po drugiej wojnie światowej, zmieszanie życia rybaków i bogatych wczasowiczów, których domy wyrastały na okolicznych plażach.
"Amagansett" czytało się rewelacyjnie... Do czasu. W drugiej połowie książki poczułam lekki zawód, że po oryginalnym początku i ciekawym poprowadzeniu Conrada, który z każdą stroną okazuje się kimś coraz to innym, Mills oddaje się pisaniu o detektywie Hollisie, który jest dość nudnym zlepkiem wielu znanych nam wszystkim postaci policjantów po przejściach.
Ale koniec końców "Amagansett" daje radę, finiszuje w dobrym stylu i jest znacznie lepszą książką, niż kolejne dokonanie Millsa, "Ogród tajemnic" (który też da się przeczytać, ale to już niższy poziom dopracowania).
Dorwałam też następną książkę Oza, "Sceny z życia wiejskiego" i trochę się przejechałam... Najwyraźniej mam ostatnio pecha do opowiadań, najpierw słabiutkie "Nokturny", teraz niewiele lepsze "Sceny..."
Albo może jednak ja jestem głupia i nie umiem docenić formy krótkiej w jej pełnym rozkwicie? Nieeee, "Sceny..." nie są najlepsze. Podobnie jak w przypadku "Nokturnów", czytałam opowiadanie za opowiadaniem i z opóźnieniem przyszła refleksja, że czytam trochę o niczym.
Sporo w tych opowiadaniach motywów przewijających się również w innych książkach Oza, też w jego fantastycznej "Opowieści o miłości i mroku", ale jak Amosa Oza cenię bardzo, tutaj zachwytów brak.
Oczywiście zawsze istnieje ta tak szybko odrzucona przeze mnie możliwość głupoty własnej - może jednak "Sceny z życia wiejskiego" wymagają znacznie głębszej interpretacji i skupienia, o które się nie pokusiłam?
Zaskoczył mnie natomiast kryminał Marthy Grimes, "Pod Zawianym Kaczorem", który zaczęłam czytać pod wpływem wtorkowej pogoni za czymś całkowicie relaksującym. I proszę, choć raz trafiłam w dziesiątkę. Seria Grimes z małą Emmą nigdy mnie do siebie nie przekonała, a po kryminały jej autorstwa z inspektorem Jurym nigdy nie sięgnęłam. Aż do tego wtorku, kiedy bez przekonania kartkując "Małą księgę" Brandysa uznałam, że na razie innej lektury mi trzeba.
Akcja "Pod Zawianym Kaczorem" kręci się wokół morderstw dokonywanych na amerykańskich turystkach jednej z wycieczek w Stratford. Ginie też mały chłopiec, którego może porwali, a może sam się gdzieś zawieruszył... A jeden ze wspomnianych wycieczkowiczów ma obsesję przedstawiania "prawdziwej" historii śmierci Christophera Marlowe, którego według teorii własnej owego pana zlecił zamordować sam Szekspir.
Inspektor Jury wzbudził moją sympatię, to już plus, a całkowicie zauroczył mnie jego kolega, Melrose Plant, panowie wykazują zaiste czarujące podejście do swojego otoczenia.
Możliwe, że w "Pod Zawianym Kaczorem" trochę brakowało mi silniejszego skoncentrowania na śledztwie, które niby jest prowadzone, ale jakoś tak delikatnie... Martha Grimes tą książką skojarzyła mi się z Caroline Graham (cykl o inspektorze Barnaby, zaadaptowany na serial "Morderstwa w Midsomer"). Czytając te kryminały aż prosi się o herbatkę i pierniczka, może fotel przed kominkiem? Zapewne można je czytać również popijając campari z limonką siedząc na wywiewanym w każdą stronę kominie (jak kto lubi... :), ale jednak herbatkowo-pierniczkowy nastrój u mnie wygrał. Szkoda, ze nie miałam pierniczków...
Podobnie jak książki Graham, kryminał Marthy Grimes był trochę zbyt "miły", poczciwa atmosferka zieje z każdej strony i żaden charakter nie jest tak naprawdę nieprzyjemny, nawet non stop zrzędzący szef inspektora Jury.
Ale mroki jesiennego popołudnia Martha Grimes rozświetla bezbłędnie i możliwe, że niedługo sięgnę po pierwszą z wydanych w Polsce części cyklu, czyli "Pod Huncwotem". Zobaczymy.
"Amagansett" Marka Millsa, które w pierwszej połowie podobało mi się znacznie bardziej, niż w drugiej... Niektóre książki absolutnie nie zasługują na miano "genialnych", a nawet nie na to skromniejsze "bardzo dobrych", ale mimo wszystko czyta się je z dużą przyjemnością, bez znudzenia. I "Amagansett" może być idealnym przykładem takiej książki.Wyłowione z oceanu zwłoki młodej dziewczyny, której bogata rodzina posiada dom na plaży. Rodzina ma swoje sekrety, dziewczyna miała jeszcze inne, a Conrad Labarde, który wyłowił ją z wody - główny bohater książki - również sporo tajemnic skrzętnie skrywa przed światem. I ma swoją silną teorię na to, co naprawdę spotkało przygarniętą przez ocean kobietę.
To też trochę powieść obyczajowa o życiu w rybackiej miejscowości Amagansett, tuż po drugiej wojnie światowej, zmieszanie życia rybaków i bogatych wczasowiczów, których domy wyrastały na okolicznych plażach.
"Amagansett" czytało się rewelacyjnie... Do czasu. W drugiej połowie książki poczułam lekki zawód, że po oryginalnym początku i ciekawym poprowadzeniu Conrada, który z każdą stroną okazuje się kimś coraz to innym, Mills oddaje się pisaniu o detektywie Hollisie, który jest dość nudnym zlepkiem wielu znanych nam wszystkim postaci policjantów po przejściach.
Ale koniec końców "Amagansett" daje radę, finiszuje w dobrym stylu i jest znacznie lepszą książką, niż kolejne dokonanie Millsa, "Ogród tajemnic" (który też da się przeczytać, ale to już niższy poziom dopracowania).
Dorwałam też następną książkę Oza, "Sceny z życia wiejskiego" i trochę się przejechałam... Najwyraźniej mam ostatnio pecha do opowiadań, najpierw słabiutkie "Nokturny", teraz niewiele lepsze "Sceny..."Albo może jednak ja jestem głupia i nie umiem docenić formy krótkiej w jej pełnym rozkwicie? Nieeee, "Sceny..." nie są najlepsze. Podobnie jak w przypadku "Nokturnów", czytałam opowiadanie za opowiadaniem i z opóźnieniem przyszła refleksja, że czytam trochę o niczym.
Sporo w tych opowiadaniach motywów przewijających się również w innych książkach Oza, też w jego fantastycznej "Opowieści o miłości i mroku", ale jak Amosa Oza cenię bardzo, tutaj zachwytów brak.
Oczywiście zawsze istnieje ta tak szybko odrzucona przeze mnie możliwość głupoty własnej - może jednak "Sceny z życia wiejskiego" wymagają znacznie głębszej interpretacji i skupienia, o które się nie pokusiłam?
Zaskoczył mnie natomiast kryminał Marthy Grimes, "Pod Zawianym Kaczorem", który zaczęłam czytać pod wpływem wtorkowej pogoni za czymś całkowicie relaksującym. I proszę, choć raz trafiłam w dziesiątkę. Seria Grimes z małą Emmą nigdy mnie do siebie nie przekonała, a po kryminały jej autorstwa z inspektorem Jurym nigdy nie sięgnęłam. Aż do tego wtorku, kiedy bez przekonania kartkując "Małą księgę" Brandysa uznałam, że na razie innej lektury mi trzeba. Akcja "Pod Zawianym Kaczorem" kręci się wokół morderstw dokonywanych na amerykańskich turystkach jednej z wycieczek w Stratford. Ginie też mały chłopiec, którego może porwali, a może sam się gdzieś zawieruszył... A jeden ze wspomnianych wycieczkowiczów ma obsesję przedstawiania "prawdziwej" historii śmierci Christophera Marlowe, którego według teorii własnej owego pana zlecił zamordować sam Szekspir.
Inspektor Jury wzbudził moją sympatię, to już plus, a całkowicie zauroczył mnie jego kolega, Melrose Plant, panowie wykazują zaiste czarujące podejście do swojego otoczenia.
Możliwe, że w "Pod Zawianym Kaczorem" trochę brakowało mi silniejszego skoncentrowania na śledztwie, które niby jest prowadzone, ale jakoś tak delikatnie... Martha Grimes tą książką skojarzyła mi się z Caroline Graham (cykl o inspektorze Barnaby, zaadaptowany na serial "Morderstwa w Midsomer"). Czytając te kryminały aż prosi się o herbatkę i pierniczka, może fotel przed kominkiem? Zapewne można je czytać również popijając campari z limonką siedząc na wywiewanym w każdą stronę kominie (jak kto lubi... :), ale jednak herbatkowo-pierniczkowy nastrój u mnie wygrał. Szkoda, ze nie miałam pierniczków...
Podobnie jak książki Graham, kryminał Marthy Grimes był trochę zbyt "miły", poczciwa atmosferka zieje z każdej strony i żaden charakter nie jest tak naprawdę nieprzyjemny, nawet non stop zrzędzący szef inspektora Jury.
Ale mroki jesiennego popołudnia Martha Grimes rozświetla bezbłędnie i możliwe, że niedługo sięgnę po pierwszą z wydanych w Polsce części cyklu, czyli "Pod Huncwotem". Zobaczymy.












+Gustavo+Taretto+05.jpg)


















