piątek, 7 października 2011

Zupa z gwoździa.

Cóż to ja czytałam ostatnimi czasy, kiedy pilnie udawałam zbyt zajętą na łączenie formy, treści i czasu, określane również pisaniem bloga?

"Amagansett" Marka Millsa, które w pierwszej połowie podobało mi się znacznie bardziej, niż w drugiej... Niektóre książki absolutnie nie zasługują na miano "genialnych", a nawet nie na to skromniejsze "bardzo dobrych", ale mimo wszystko czyta się je z dużą przyjemnością, bez znudzenia. I "Amagansett" może być idealnym przykładem takiej książki.

Wyłowione z oceanu zwłoki młodej dziewczyny, której bogata rodzina posiada dom na plaży. Rodzina ma swoje sekrety, dziewczyna miała jeszcze inne, a Conrad Labarde, który wyłowił ją z wody - główny bohater książki - również sporo tajemnic skrzętnie skrywa przed światem. I ma swoją silną teorię na to, co naprawdę spotkało przygarniętą przez ocean kobietę.
To też trochę powieść obyczajowa o życiu w rybackiej miejscowości Amagansett, tuż po drugiej wojnie światowej, zmieszanie życia rybaków i bogatych wczasowiczów, których domy wyrastały na okolicznych plażach.

"Amagansett" czytało się rewelacyjnie... Do czasu. W drugiej połowie książki poczułam lekki zawód, że po oryginalnym początku i ciekawym poprowadzeniu Conrada, który z każdą stroną okazuje się kimś coraz to innym, Mills oddaje się pisaniu o detektywie Hollisie, który jest dość nudnym zlepkiem wielu znanych nam wszystkim postaci policjantów po przejściach.
Ale koniec końców "Amagansett" daje radę, finiszuje w dobrym stylu i jest znacznie lepszą książką, niż kolejne dokonanie Millsa, "Ogród tajemnic" (który też da się przeczytać, ale to już niższy poziom dopracowania).

Dorwałam też następną książkę Oza, "Sceny z życia wiejskiego" i trochę się przejechałam... Najwyraźniej mam ostatnio pecha do opowiadań, najpierw słabiutkie "Nokturny", teraz niewiele lepsze "Sceny..."
Albo może jednak ja jestem głupia i nie umiem docenić formy krótkiej w jej pełnym rozkwicie? Nieeee, "Sceny..." nie są najlepsze. Podobnie jak w przypadku "Nokturnów", czytałam opowiadanie za opowiadaniem i z opóźnieniem przyszła refleksja, że czytam trochę o niczym.
Sporo w tych opowiadaniach motywów przewijających się również w innych książkach Oza, też w jego fantastycznej "Opowieści o miłości i mroku", ale jak Amosa Oza cenię bardzo, tutaj zachwytów brak.
Oczywiście zawsze istnieje ta tak szybko odrzucona przeze mnie możliwość głupoty własnej - może jednak "Sceny z życia wiejskiego" wymagają znacznie głębszej interpretacji i skupienia, o które się nie pokusiłam?

Zaskoczył mnie natomiast kryminał Marthy Grimes, "Pod Zawianym Kaczorem", który zaczęłam czytać pod wpływem wtorkowej pogoni za czymś całkowicie relaksującym. I proszę, choć raz trafiłam w dziesiątkę. Seria Grimes z małą Emmą nigdy mnie do siebie nie przekonała, a po kryminały jej autorstwa z inspektorem Jurym nigdy nie sięgnęłam. Aż do tego wtorku, kiedy bez przekonania kartkując "Małą księgę" Brandysa uznałam, że na razie innej lektury mi trzeba.

Akcja "Pod Zawianym Kaczorem" kręci się wokół morderstw dokonywanych na amerykańskich turystkach jednej z wycieczek w Stratford. Ginie też mały chłopiec, którego może porwali, a może sam się gdzieś zawieruszył... A jeden ze wspomnianych wycieczkowiczów ma obsesję przedstawiania "prawdziwej" historii śmierci Christophera Marlowe, którego według teorii własnej owego pana zlecił zamordować sam Szekspir.
Inspektor Jury wzbudził moją sympatię, to już plus, a całkowicie zauroczył mnie jego kolega, Melrose Plant, panowie wykazują zaiste czarujące podejście do swojego otoczenia.

Możliwe, że w "Pod Zawianym Kaczorem" trochę brakowało mi silniejszego skoncentrowania na śledztwie, które niby jest prowadzone, ale jakoś tak delikatnie... Martha Grimes tą książką skojarzyła mi się z Caroline Graham (cykl o inspektorze Barnaby, zaadaptowany na serial "Morderstwa w Midsomer"). Czytając te kryminały aż prosi się o herbatkę i pierniczka, może fotel przed kominkiem? Zapewne można je czytać również popijając campari z limonką siedząc na wywiewanym w każdą stronę kominie (jak kto lubi... :), ale jednak herbatkowo-pierniczkowy nastrój u mnie wygrał. Szkoda, ze nie miałam pierniczków...
Podobnie jak książki Graham, kryminał Marthy Grimes był trochę zbyt "miły", poczciwa atmosferka zieje z każdej strony i żaden charakter nie jest tak naprawdę nieprzyjemny, nawet non stop zrzędzący szef inspektora Jury.
Ale mroki jesiennego popołudnia Martha Grimes rozświetla bezbłędnie i możliwe, że niedługo sięgnę po pierwszą z wydanych w Polsce części cyklu, czyli "Pod Huncwotem". Zobaczymy.

6 komentarze:

tamaryszek pisze...

A mnie ciekawi Twoja skłonność do Brandysa. Kiedyś ze dwa tytuły przeczytałam. Ciekawi, bo chyba któryś już raz widzę go w zawartości Twojej torebki, a nie jest to autor ze szczytu rankingów.
Ok, odpowiedzi sama mogę sobie udzielić: Liritio ma w nosie topy. :)

Boję się tych książek, które kuszą do pierniczków, ciasteczek, słodkiej kawki... Oprzeć się trudno, a jak powieść gruba, to i czytelniczka może zgrubieć.
Oz chyba trafił w zły moment. Może lepszy byłby wiosną.
Pozdrawiam!

liritio pisze...

Skłonność do Brandysa... Nie to, że od razu topami się nie sugeruję, ale Brandys (podobnie jak Mackiewicz) to takie dwa nazwiska, które jeszcze mieszkając z rodzicami kiedyś poznawałam i tak mi już zostało :)
Radość z Brandysa zaczęła się, kiedy jeszcze w liceum chyba czytałam nałogowo "Charaktery i pisma", a tak naprawdę wszystko zaczęło się od matury ustnej o Wildzie... i tak powstał chockapic :)

Do powieści od herbatniczków i słodkiej kawki możesz zawsze dobierać inne dodatki :) czytasz słodziutki angielski kryminałek i zagryzasz porem... oto rozwiązanie! Poza tym zima idzie, tylko grubieć nam pozostało.
Pozdrawiam Tamaryszku:)

tamaryszek pisze...

Taaak, por, pietruszka, burak ćwikłowy i chrzan. To już wolę czytać na głodniaka.
Liritio, nie ogarniam co to jest "chockapic" i nie daje mi to spokoju.
Długo myślałam też nad tym, dlaczego na maturze ustnej opowiadałaś o Wildzie, Brandys tam chyba nie mieszkał... Ale odkryłam, że nie miałaś na myśli poznańskiej dzielnicy, lecz angielskiego poetę, Oscara.

liritio pisze...

Tamaryszku drogi, zawsze możesz jeszcze uzdatniać orzechy i inne tego typu przekąski (tylko staram się być pomocna :).
Kolejno: chocapic to płatki śniadaniowe, głupi żarcik (mój, ha), te płatki reklamowane były różnymi historyjkami, niezmiennie zakończone słowami "i tak powstał chocapic", dziecko komercyjnej sieczki, oto ja :)
O poznańskiej dzielnicy nic nie wiedziałam, wybacz, jakoś skrótem poleciałam samym nazwiskiem, nie pomyślałam, że bez Oscara może być wieloznaczne.

Peckinpah pisze...

No a ja się kurde zastanawiałem co to jest ta Wildzia :) Teraz wszystko jasne.
Pozdrawiam.

liritio pisze...

:)) okej, solennie obiecuję już nigdy samych nazwisk nie pisać, żeby więcej zamętu nie siać

Prześlij komentarz