czwartek, 30 grudnia 2010

"Knight and Day", reż. James Mangold

Ludzie są zbyt poważni, do tego wniosku nie sposób nie dojść po przeczytaniu niektórych recenzji i komentarzy filmu "Knight and Day".
Dostają półtoragodzinne kino rozrywkowe, które nie pretenduje przecież do miana "Mission Impossible" w nowszej odsłonie, które nie stara się być następcą chociażby "Raportu mniejszości", a zarzutem padającym najczęściej w jego ocenie jest wymęczone zdanie "nierzeczywiste sceny akcji i za dużo humoru". Ekhm, tak, humor w filmie, o mój Boże.

Oczywiście, że "Knight and Day" ma swoje wady, oczywiście, że nie jest to epokowe dzieło, które zmieni kinematografię, ale dajcie spokój "nierzeczywiste sceny akcji", serio? Czy nazwisko Toma Cruisa nic Wam nie mówi?

A zagotowałam się aż tak na wyraźne niedocenianie "Knight and Day", ponieważ oczywiście ja się w filmie zakochałam, nawet mimo mojej odwiecznej niechęci do Toma Cruisa.
Ten film jest tak miły, tak bardzo poprawia humor, tak bardzo odbiega od niektórych przedstawicieli gatunku "komedia sensacyjna", którzy zmuszają nas do walenia czołem w najbliższy stół... Jego najlepszą rekomendacją może być to, że kiedy pokazały się napisy końcowe, ja już chciałam puścić "Knight and Day" od początku.

Polski tytuł, "Wybuchowa para" jest dokładnie tym, co zapoczątkowało latem moje uprzedzenie do seansu w kinie. I oczywiście Tom Cruise. Błąd! Muszę sobie w końcu wbić do głowy, że nieuzasadnione anse są właśnie tym, co odgradza mnie od dobrego kina.
Bowiem "Knight and Day" jest filmem bardzo dobrym i naprawdę, zarzucanie mu wad, które mogłyby być wadami, ale w filmach innego gatunku, jest bez sensu.
Dostajemy półnagiego Toma Cruisa w polu kukurydzy, któremu włosy rozwiewa podmuch eksplozji, a światło płonącego samolotu pada na twarz nieprzytomnej Cameron Diaz w jego ramionach. Koszmarne? Skąd, urocze, ponieważ zaserwowane z minimalnym zmrużeniem oka. Ale bez przesady w stronę wyśmiewania pułapek kina akcji, nie, "Knight and Day" to nie jest pastisz pod płaszczykiem komedii. To, podobnie jak wychwalone już przeze mnie "RED", kino, w którym widz dobrze się bawi, bo jego twórcy także się dobrze bawili.

Z czystym sumieniem, ręką na sercu i słowem harcerza (mogłabym dodać również pieśń na ustach), polecam Wam "Knight and Day". Historia agenta Roya, który poznaje June w dość "gorącym" momencie swojej kariery jest dokładnie tym, co uczyni każdy smętny dzień lepszym. Jest w niej zawrotne tempo, nienarzucający się romansik i mnóstwo śmiechu. A że Tom Cruise naprawdę robi obie jaja ze swoich własnych ról, cóż, muszę z żalem przyznać, że aktor zdystansowany do własnej osoby (co niechętnie podejrzewałam już podczas oglądania "Tropic Thunder"), musi wzbudzić w mym sercu drgnienie sympatii. Ale małe, żeby nie było!

I najpiękniejsza zaleta "Knight and Day", w tym filmie nie ma zadęcia na cokolwiek. Zbytniego nacisku na sceny ucieczek czy akcji - oczywiście, że te sceny są, ale nie zdążycie w czasie ich trwania zrobić małego prania, jajecznicy i zagrać w Totolotka. W "Knight and Day" jest lekko i zabawnie, szybko, bez niepotrzebnego przedłużania, a na dokładkę także inteligentnie. Jest morderca zwisający na pęcie kiełbasy, jest blondynka, która panikuje w interesujący sposób, jest agent, który często się uśmiecha i czarne charaktery, które nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości, że ich złe złe dusze są złe.

A co najdziwniejsze, film akcji o agencie specjalnym z Cameron Diaz i Tomem Cruisem w rolach głównych, wedle wszelkich praw natury powinien być przewalony (witamy "Ostatniego samuraja"), boleśnie głupi ("Walkiria" jest odlotowa) i wyrywać westchnienia bólu w bardziej pompatycznych scenach (pamiętacie "Wojnę światów"?) - jak ja nie lubiłam Toma Cruisa... Niespodzianka! Wyszedł normalnie, prosto i bardzo zgrabnie. I w sumie mogłabym już obejrzeć "Knight and Day" po raz kolejny.

niedziela, 26 grudnia 2010

"Piaskowa góra", Joanna Bator.

Książka, która chodziła wokół mnie (na ile książka może chodzić) już od dawna. Najpierw pojawiała się na wielu blogach, potem czytały ją moje koleżanki, potem potykałam się o nią w bibliotece... A jednak, mimo pozytywnych opinii i własnego zainteresowania głośną książką Joanny Bator, ciągle jakaś niesprecyzowana niechęć, możliwe, że poniekąd związana z niedokończoną lekturą "Kobiety" - nieciekawa książka - odpychała mnie od "Piaskowej góry".
Potem nastąpiła cisza przed burzą, kiedy to "Piaskowa góra" zniknęła z mojego widnokręgu, żeby całkiem niedawno wyskoczyć znienacka w recenzji Tamaryszka, która znokautowała niechęć i ostatecznie wsadziła "Piaskową górę" w moje małe łapki.

Jednak jak się okazuje, początkowe uczucie nieokreślonej obawy przed tą książką było uzasadnione. Podobnie jak równie nieokreślone do "Piaskowej góry" przyciąganie, dawno już nie miałam tak sprzecznych odczuć w związku ze spokojną przecież książką.
Wręcz wypadałoby oddzielić dwie strony jednego medalu i brutalnie rozedrzeć moją o "Piaskowej górze" opinię na dwoje. Bowiem z jednej strony zachwyt ciężkim stylem pani Bator, zachłyśnięcie się jej szczerością, ostrością widzenia i całkowitym powstrzymaniem się od upiększania rzeczywistości. I z drugiej, mierził mnie charakter smutnej rodziny Jadzi i Stefana Chmury, smutne osiedle w Wałbrzychu. Ponury i całkowicie obcy mi świat, którego nigdy nie chciałabym zaobserwować z bliska. A "Piaskowa Góra" to właśnie taka lupa przyłożona do tego wałbrzyskiego osiedla, do PRL-owskiej codzienności do rodziny, krewnych i znajomych Jadzi.

Na pewno czyta się "Piaskową Górę" mozolnie, jakby przedzierając się przez te sny, w których biegniemy, ale nie posuwamy się zbytnio naprzód i nogi ciążą jak ołów. Trzeba było długiej chwili, żebym przywykła do zabałaganionego, upstrzonego szczegółami stylu Joanny Bator. I chwila - błysk, w połowie książki nagle odkryłam, że mnie wciągnęło, mimo że twarz wyginała się w grymasach kolejno niechęci i przerażenia, brnęłam naprzód, coraz szybciej, aż ostatnie zdanie powitałam w środku nocy, jednocześnie zmartwiona, że się skończyło, ale też z ulgą, że więcej już nie muszę.

Chociaż wszystkie opowieści z wałbrzyskiego osiedla są ze sobą poplątane, namotane na jedną szpulę i pod tytułem "Piaskowa góra" wypuszczone w świat, chyba tylko historię Haliny, matki Stefana Chmury, i smutnego kelnera, jej męża, czytałam naprawdę spokojnie. Zawsze to chociaż jedna. Reszty się bałam. Jadzia mnie przerażała. Grażynka mnie przerażała. Dominika także mnie przerażała. W złą nauczycielkę prawie nie uwierzyłam, a Stefan Chmura wydawał się niegroźny, ale i tak budził we mnie niepokój.
Ograniczona mentalność, klaustrofobiczne nagromadzenie charakterów i "Niewolnica Izaura", chciałam tę książkę wyrzucić za okno, a chwilę potem napływała nieśmiała fala podziwu dla przenikliwości, dla umiejętności autorki.

Kolejnej części nie tknę, "Piaskową górą" prawie się udusiłam. Ale niewykluczone, że pewnego dnia żmudny proces czytania tej książki powtórzę. Dla tego rewelacyjnego stylu, żeby powrócić do aż nazbyt realistycznie złożonego świata Piaskowej Góry.

wtorek, 14 grudnia 2010

"Social Network", reż. David Fincher.

Coroczne Oscary - nagroda może bardziej kojarząca się z wielkim wydarzeniem, niż faktycznie nadal tak istotna, niemniej jednak ja po latach ciągle mam sentyment do owej przydługiej imprezy w Kodak Theatre. W tym roku, na szczęście, potencjalni zwycięzcy wydają się ciekawsi, niż rok temu - chociaż i tak nie spodziewam się fajerwerków.

"Social Network", ostatni film Davida Finchera, wychwalony wszem i wobec, jest tegorocznym faworytem najważniejszych nagród - film i reżyseria. Z całego serca życzę Fincherowi tego Oscara, według mnie facet jest bezbłędny od samego początku, chociaż nie uważam wcale większości jego filmów za oscarowe dzieła. Ale tak czy inaczej, jego wygrana ucieszyłaby mnie (i nie tylko mnie, zapewne morze fanów już ostrzy sobie zęby na ewentualnego konkurenta).

Po nieudanym (chociaż nie napisałbym "złym", ale w mojej opinii zdecydowanie słabszym, niż inne jego filmy) "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona", który ciągnął się jak długi i na dodatek rozgotowany makaron, "Social Network" to trochę jakby powrót do starej formy i winda na sam szczyt. W tym filmie po prostu nie ma się do czego przyczepić, a przecież czepliwa potrafię być okrutnie.

Ale nie tym razem, quasi biograficzna opowieść o młodym twórcy Facebooka jest idealnie wyważona, dopracowana, żaden element nie zawodzi. A przecież chociażby stosunkowo młoda i nie do końca sprawdzona obsada mogłaby ukręcić główkę tej kurce, która zapewne przyniesie deszcz nagród.
Szczególnie naprawdę brawurowy duet Eisenberg i Garfield zasługuje na owację na stojąco. Panowie raczej mi nieznani wcześniej, wcielili się w rolę najlepszych przyjaciół i największych wrogów, Zuckerberga i Saverina. Siedziałabym w kinie oniemiała, gdyby nie to, że wolałam skupić się na filmie i oniemieć trochę później.
Kolejne zaskoczenie, Justin Timberlake. Nie spodziewałam się, że facet, który kojarzy mi się raczej z podskakiwaniem na scenie w rytmie "Sexy Back", odegra rolę Seana Parkera aż tak... dobrze. Dojrzale. Dobrze. Czy już wspominałam, że dobrze?

Chociaż wyszłam z kina raczej przygnębiona seansem, to tylko potwierdza kunszt "Social Network". Atmosfera balansuje pomiędzy filmem dokumentalnym a dramatem w najdramatyczniejszym tego słowa znaczeniu. Momenty, w których parskałam śmiechem tylko pogłębiały smutek na koniec, kiedy okazało się, że Fincher nawet nie spróbuje zrobić ze swojej złotej kury ckliwego dzieła o sile przyjaźni. Świetna decyzja - smutny film.

I tempo, rytm "Social Network" - wszystko współgra ze sobą i toczy się naprzód jakby w takt niesłyszalnego cykania, które zwalnia i przyspiesza, ale nie znika. Brakowało mi tego rytmu, tego napięcia w historyjce o Benjaminie Buttonie. A posłuchajcie chociażby stylu mówienia filmowego Zuckerberga, jakby każdym zdaniem coraz bardziej się rozpędzał, jakby słyszał nieubłagany takt w tle.

Ile prawdy jest w "Social Network"? A co za różnica. Tak czy inaczej zadziwiające jest to, że taka wirtualna machina, jaką jest Facebook, takie ogromne pieniądze, to wszystko zaczęło się aż tak niewinnie...
Jest dramatycznie, jak jazda cyrkową kolejką. Jest mrocznie, czasem jest zabawnie, a na sam koniec jest tak strasznie smutno.
Czy to tylko ja aż tak przygnębiona byłam przez "Social Network"? Bo zachwycony jest cały tłum.

wtorek, 7 grudnia 2010

"Run, Baby, Run"

Nie lubię, jak mnie tu zbyt długo nie ma - przypomina mi to za bardzo o fakcie, że o blogu można zbyt prędko zapomnieć i zaniedbać, w natłoku codzienności i niecodzienności.

A że znowu noc i ja znowu oddaję się zajęciom błahym, acz przyjemnym, nie mam natchnienia do pisania o książce czy filmie. Zostaniemy więc przy muzyce.
Poza tym i tak ostatnio nic nie oglądam, poza losowymi odcinkami "Friendsów" - najlepsi, jak zawsze. I śmieję się po latach tak samo, jak za pierwszym razem.
I nic poza książką Joanny Bator nie czytam, a "Piaskową górę" pochłaniam powoli i marszczą mi się od tego zwoje w główce, tyle przemyśleń naraz, tyle sprzecznych odczuć. Zapętlam się przerzucając strony. I dobrze, ale o "Piaskowej górze" potem.

To teraz krótka podróż down memory lane. Rok 2001 i pierwsza rozgrzewka w Wymarzonym Miejscu Hipotetycznej Pracy (w skrócie: WMHP). Z hipotetycznej pracy wyszło sporo ale na krótko - los złośliwy, daje i odbiera, jednak wcale nie o tym miało być. Ważne, że wtedy po raz pierwszy usłyszałam piosenkę "tej kobiety, która tylko wanna have some fun". Dwa dni później trzymałam w łapkach "Tuesday Night Music Club" i byłam szczęśliwa.

I teraz kroiłam pomidora - a lubię kroić - podśpiewując so run baby run baby run baby run... baby loves to run, i pomyślałam, że dzisiaj również jestem szczęśliwa, z tym małym pomidorem w łapce i Sheryl Crow w tle. A stąd już prosta droga do ataku wylewności w sieci, czasem je mam, czasem się powstrzymuję. A dzisiaj nie, ha ha.
Wracam do moich pomidorów.

"Run, Baby, Run", Sheryl Crow.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Jakże by inaczej.

Tylko ze Stingiem mogłam rozpocząć zimę.
To, co dzieje się za oknem jest śliczne, ale tylko odgrodzone szybą. Wlazłam w ten śnieg, zimno, sypie w oczy, ślizgam się i nadal sypie w oczy... A nawet grudnia jeszcze nie ma.

Et voila, przyszła zima, a z nią czas na powrót do "If on a Winter's Night" Stinga i ostatniej piosenki, "You Only Cross My Mind in Winter". Tej, która najbardziej we mnie wrosła.


I jak ja dawno nie lepiłam bałwana...

niedziela, 28 listopada 2010

"Kobiety z Czerwonych Bagien", Grażyna Jeromin - Gałuszka.

Uwaga/Attention/Achtung/Attenzione: pociąg relacji Kalejdoskop - Czerwone Bagno nie zatrzymuje się na żadnej stacji. W razie nieodpartej chęci ucieczki przed nie mającym końca marudzeniem autorki niniejszego wpisu sugerowane jest skakanie przez okno. Miłej podróży życzy Kalejdoskopowa Kolej Literacka. Za utrudnienia przepraszamy.

A teraz już bez żartów, para buch, koła w ruch, zniesmaczyłam się bagnami - co w tym dziwnego, bagna same w sobie już są mało przyjemnym zjawiskiem, a co dopiero, jak do takich bagien dodać jeszcze kiepską książkę.
Możliwe, że nie powinnam dzisiaj pisać tej recenzji, jako że wyjątkowo zły humor nakręca mnie do rozjechania doszczętnie "Kobiet z Czerwonych Bagien", ale postaram się o hamulec bezpieczeństwa i może nie przesadzę (w końcu, co to za kolej bez hamulca bezpieczeństwa?).

Problem numer jeden na trasie - nic nowego. A co gorsza, nic ciekawego. Rodzina pełna "niezwykłych" kobiet, z których każda napotyka na swej drodze tego jedynego i niezmiennie wielka miłość się dzieje, ale niestety na Czerwonych Bagnach żaden mężczyzna nie zostanie, co jest obsesyjnie w dialogach powtarzane (nie zostanie, bo nie, klątwa taka może?). Tylko nie pojęłam w trakcie lektury, czy los każdej z pań miał być podobny do reszty, czy jednak nie - i to dręczące pytanie, dlaczego właściwie one są takie dziwne?

Problem numer dwa, główna bohaterka, Kornelia, ma depresję. Bywa - ale rozwiązanie wielkiej zaiste tajemnicy, dlaczego ma ową depresję jest tak... Bzdurne, nielogiczne i na siłę, że aż boli. Boli, ponieważ wbrew moim pełnym niechęci zdankom "Kobiety z Czerwonych Bagien" da się fragmentami przeczytać z zainteresowaniem. Dokładniej jednym fragmentem, całkiem długim - pewnie jedna trzecia książki z tego wyjdzie - na temat najpierwszych pań z Czerwonych Bagien, Julianny i Amelii - po nich wątek niezwykłości zaczął gonić za własnym ogonem i jak każda z pań miała być taka niezwykła, to w efekcie nie była żadna.

Trzeci, już kończę, przerysowywana siła i niezależność kobiet z Czerwonych Bagien. Tragiczne losy, dzielne niewiasty, wszystko fajnie, tylko nie mogłam się pozbyć wrażenia, że to wszystko trochę na siłę wychodziło. I drugiego wrażenia także się nie pozbyłam, że głębszego przemyślenia "Kobietom z Czerwonych Bagien" brak - już nawet pomijając to odrobinę śmieszne zakończenie. Historia jest na pierwszy rzut oka głębsza, jak to sagi rodzinne potrafią być, pełna ukrytych tajemnic i powiązań. A na drugi rzut oka okazuje się, że jednak nie, dość płytko jest na tych bagnach.

Tak to to, tak to to, Kalejdoskopowa Kolej Literacka się wykoleiła i dalej nie jedzie. A przynajmniej nie na Czerwone Bagna, zmiana trasy na Piaskową Górę. Chociaż przyznam się z lekkim wstydem, że i Piaskową Górę na razie zostawiłam w kącie, na rzecz książki znanej i lubianej, wyczytanej kilka razy - ale kto tam by o to dbał. Do Piaskowej Góry wrócę w swoim czasie.

niedziela, 21 listopada 2010

"Kolekcja namiętności", Natalia Śniadanko.

Okładka straszna, ale najwyraźniej wszystkie okładki serii "Europejki" mają to do siebie, że są przerażające. A jednak, ta szczególnie. Jak to dobrze, że kiedy czytam książkę, okładkę widzi cały świat, ale ja się nie męczę.

Po niefortunnym początku z "Ahatanhelem", "Kolekcja namiętności", debiut pani Śniadanko, okazała się książką znacznie przyjemniejszą i, co tu kryć, łatwiejszą do przyswojenia dla przeciętnej czytelniczki (tzn. mnie, ale mogę udawać, że prowadzę statystyki). Zastanawiam się teraz, czy łatwość przekazu jest równoznaczna z okrojoną ucztą intelektualną i znacznie uboższym strumieniem myśli przekazywanym czytelnikowi? Cóż, nawet jeśli lektura łatwiejsza ofiarowuje mniej, to na pewno skuteczniej, jako że "Ahatanhela" nie skończyłam, a "Kolekcję namiętności" jak najbardziej.

Ołesia, bohaterka "Kolekcji namiętności" jest przykładem galicyjskiej panienki na tropie miłości. Tylko nie wyobrażajcie sobie teraz ogromnego baneru z napisem "ukraińska Bridget Jones!", absolutnie tego nie róbcie. Ołesia nie ma problemu z tropieniem uczuć, nie czeka na księcia z bajki i w ogóle nie o tego typu literaturę się teraz rozchodzi. Ona po prostu rośnie, najzwyczajniej w świecie. A potem jest duża :)

Podobnie, jak w swojej drugiej książce, także w "Kolekcji namiętności" Natalia Śniadanko przemyca szereg spostrzeżeń na temat zróżnicowanej, podzielonej Ukrainy pod płaszczykiem opowieści o dojrzewaniu uczuciowym Ołesi, a czyni to wdzięcznie, ironicznie i bardzo kobieco - cóż, tytuł "Kolekcja namiętności" mówi sam za siebie. Mniej dziwaczna i ponura Ukraina wyłania się z tej książki, nie odstrasza mnie tak, jak ta z prozy Oksany Zabużko czy całkowicie dla mnie niepojętej twórczości Andruchowycza. Tak, w bibliotece wybór literatury ukraińskiej jest wąski i taka też jest moja jej znajomość.
Gdybym miała wybierać książkę na ukraiński rozbieg, właśnie "Kolekcja namiętności" poleciałaby na start, myślę, że mimo iście powalającej okładki także męska część publiczności dałaby radę.

Także określiłabym "Kolekcję namiętności" jako swoisty przewodnik po galicyjskiej mentalności połączony z opowieścią o kolejnych namiętnościach Ołesi (tzn. o jej kolejnych miłościach i miłostkach, żeby nie było, że Natalia Śniadanko napisała książkę o namiętności do śledzi np.)

A w trakcie czytania udałam się mimochodem w podróż po własnej kolekcji namiętności, pewne zagrzebane historie sobie przypomniałam, nad niektórymi się uśmiechnęłam, nad innymi zdecydowanie nie i na koniec stwierdziłam, że ciekawe byłoby wysłuchanie cudzej kolekcji. Gdyby tylko trafić na interesującego gawędziarza...

środa, 17 listopada 2010

"Chemia śmierci", Simon Beckett.

Nie było źle. Więcej, było na tyle dobrze, że zapamiętam nazwisko autora i przy najbliższej okazji pożyczę kolejną książkę o Davidzie Hunterze.

Powalona wrednym stworzeniem, potocznie zwanym chorobą, zakopałam się pod kocem i udawałam, że mnie nie ma. I jak bardzo nie byłabym oczarowana "Bel Ami" Maupassanta, uwierzcie, że nie jestem w stanie czytać dziewiętnastowiecznej prozy, kiedy wszystko mnie boli i przypominam sobie bardzo dokładnie, dlaczego nienawidzę chorować. Zdecydowanie, na listopadowe dogorywanie najlepsze są soczyste powieści kryminalne. Zagadka, detektyw i zły, zły szaleniec.

David Hunter, który oczywiście skrywa bolesną przeszłość - jakże by inaczej - zamieszkał w Manham trzy lata temu, porzucając londyńską karierę antropologa sądowego i skazując się na zesłanie w profesji wiejskiego lekarza rodzinnego. Jednakże - jak w wielu książkach lubią nam przypominać - od przeszłości nie można uciec, więc kiedy dwójka chłopców znajduje zwłoki kobiety w stanie zaawansowanego rozkładu, kiedy ofiara okazuje się jedną z mieszkanek Manham, kiedy policjant prowadzący dochodzenie dowiaduje się o skrywanym zawodzie trzyletniego pana doktora, oczywistym jest, że już mamy nowego detektywa na starcie.

Tak naprawdę "Chemia śmierci" nie poraża fabułą, gdzieś od połowy jest mocno oczywiste, kim okaże się na końcu Zły, Zły Szaleniec (chociaż prawdę mówiąc od początku miałam tylko dwa typy, z których prędko został tylko jeden). A dość proste rozwiązanie wcale mnie nie przekonało, motywy Złego, Złego były trochę naciągane, autor mógł pokusić się o głębsze rozpisanie postaci i odrobinę większe zaskoczenie czytelnika.

A jednak, mimo pewnej płycizny psychologicznej, mimo utartych schematów, przeczytałam "Chemię śmierci" zaciekawiona dalszym ciągiem - chociaż przyznam, że wyszło trochę nierówno. Start książki jest świetny, rozwinięcie obniża lot, a zakończenie pikuje dziobem w glebę.
Jedynie nieco wrażliwszym czytelnikom oraz czytelniczkom polecam odstawienie książki na czas posiłków, bowiem opisy larw, much i tego typu uroczych żyjątek stanowią pewną część obrazowania pracy Huntera, tytuł "Chemia śmierci" nie wziął się znikąd.

Także kończąc spontaniczny wpis na temat spontanicznie złapanej książki - mnie lektura nie skrzywdziła. Simon Beckett ma najwyraźniej talent do pisania, tylko mam nadzieję, że w kolejnych częściach doszlifował trochę kreatywne myślenie.
A i tak, dajcie mi kobietę po przejściach (akurat trochę bzdurnych) i mężczyznę z przeszłością, Złego, Złego Szaleńca, ponurego policjanta i na dodatek to rozkoszne uczucie, które wzbudzają we mnie opowieści o małych miasteczkach z podejrzaną atmosferą ("Miasteczko Salem" S. Kinga, rewelacja), a będę szczęśliwa.

Okładka zagraniczna, bowiem polska wygląda paskudnie (w sumie jest przedrukiem jednego z angielskich wydań).

poniedziałek, 15 listopada 2010

"Where is the joy for the pirate's bride?"

Witam Was w ten piękny, słoneczny (w Warszawie) poniedziałek. Mnie dzień upływa na piciu kolejnych kaw, jako że odsypianie pracy się nie udało - nigdy się nie udaje - przy wtłaczaniu w siebie skrawków jakiejś wiedzy, której i tak nie wykorzystam po studiach. Jest pięknie, ale tylko za oknem. Od tego piękna dzieli mnie szybka (w razie potrzeby zbić...?).

Także dzisiejsze zniechęcenie dostanie podkład ze wspaniałego pana, Stinga oczywiście. Dzisiaj właśnie on jest najwspanialszy - jutro już ktoś inny. A pojutrze znowu Sting. I tak na okrągło.

The Pirate's Bride, Sting.


A w międzyczasie staram się sklecić mądre zdanie na temat "Pożegnania z Afryką", ale opornie idzie. Może poprzestanę na napisaniu tylko zdania, odpuszczę sobie mądre?

czwartek, 11 listopada 2010

"The Merry Gentleman", reż. Michael Keaton.

Chciałabym, żeby wszyscy znali ten film. Jest mądry, cichy i piękny - a chociaż kilka kolorowych obrazków z kamery to rzecz mocno ulotna i błaha, takie trzy przymiotniki kwalifikują się także do opisywania siły i piękna natury.
Ale nie, "The Merry Gentlman" nie budzi takich skojarzeń, po prostu naprawdę rzadko widuję podobne cuda w kinie.

O ile już wiecie, że niektóre filmy mi szumią, jak "Map of the Sounds of Tokyo", powiedziałabym, że "The Merry Gentleman" jest natychmiastowym skojarzeniem z ciszą. Kolejne kadry prowadzą nas przez kilka dni z kilkorgiem bohaterów, a chociaż w tle leci ścieżka dźwiękowa, chociaż prowadzone są dialogi, momentami miałam wrażenie, że scena, którą widzę, jest całkowicie cicha. Kiedy Frank stanął na krawędzi domu, było ciemno i padał drobny śnieg. Kiedy palili choinkę. Kiedy policjant Dave wypijał duszkiem kieliszek skłamanego wina... I tak dalej, kolejne sceny są ciszą, jakby ich ogólna kompozycja wytłumiała dźwięki.

Podobnie jak "A Single Man" Toma Forda, także "The Merry Gentleman" składa się z kadrów będących wizualnymi perłami. Chociaż zawierają może więcej melancholii, a trochę mniej faktycznie dopracowanych w każdym szczególe ustawienia, scenografii i światła.
Ale były momenty, kiedy po prostu chciało się zrobić pauzę i tylko patrzeć, chłonąć nastrój tego filmu przekazywany przez samą wizję. Spójrzcie chociażby na plakat.


Akcja "The Merry Gentleman" jest skąpa w wydarzenia, podobnie jak w słowa. Może dlatego, że trójka głównych i prawie jedynych bohaterów to very private people, małomówni, nawet widza nie wpuszczą do swojego życia.
Jest dokładnie tak, w głąb ich osobowości, przeszłości nie ma dostępu. Kim byli ci ludzie wcześniej, dlaczego żyją tak, a nie inaczej? Co czują, kiedy patrzą w lustro? Ich marzenia, obawy, wszystko ukryte. Ale nie myślcie, że przez to są płytcy, niezrozumiali czy szablonowi. Poznałam ich trochę w trakcie oglądania filmu, tak samo i Wy możecie ich poznać na tyle, na ile Wam pozwolą.

Chociażby Alice (Kelly MacDonald) uciekła od męża, który ją bił. Znalazła pracę i mieszkanie w nowym mieście, gdzie czekała na śnieg. A potem kupiła choinkę. Kocha męża? Chyba nie. A dlaczego pozwalała się bić? Nie wiem.
Albo taki Frank, jest płatnym mordercą, krawcem, od czasu do czasu podejmuje próby samobójcze. I nosi kaszkiet. Nieśmiały? A może tylko odzwyczajony od ludzi? Smutny? Nie, raczej rozczarowany sam sobą.
Jeszcze Dave, policjant, alkoholik, rozwiedziony, z nadwagą, nałogowy palacz. Ogólnie nieprzyjemny, chociaż czasem się stara. Ten akurat opowiedziałby o sobie sporo, ale głównie kłamstwa, i wcale nie chcecie tego słuchać.
Jest także mąż Alice, Michael, który odnajduje Boga. I koleżanka z loczkami, Diane, której życie jest nie takie, jakie by chciała. Oraz policyjny partner, Billy, jego główny wkład w dialog ogranicza się do stwierdzeń "good for you", ale o dziwo wyraża tym wiele.

Michael Keaton zrobił dobrą robotę jako reżyser i świetną w roli Franka Logana. Aktor, który kojarzy mi się głównie ze stwierdzeniem, że był najlepszym Batmanem, pokazał się w tym filmie jako naprawdę dobry artysta, najwyraźniej niedoceniany. Nie kojarzę go z żadnej innej roli, w której musiałby się wykazać grą tak powściągliwą i subtelną, pełną niuansów. A tak właśnie zagrał Franka Logana, byłam pod wrażeniem jeszcze długo po napisach końcowych.
Kelly MacDonald, ten uroczy akcent, aktorka również pomijana, mam wrażenie, a przecież świetna. Jeszcze nie widziałam jej w filmie, w którym byłaby niezaangażowana w swoją rolę, w którym pokazałaby się ze złej strony. A że dotychczas widywałam ją w rolach raczej drugoplanowych (idealna w "No Country for Old Men", równie dobra w "Gosford Parku" czy "Trainspotting"), szkoda tak wyważonego talentu na kreacje aktorskie przechodzące bez echa.

"The Merry Gentleman" nie jest romansem, nie jest kryminałem, thrillerem, filmem obyczajowym... Jest zapisem spotkania pewnej trójki, klatka po klatce prowadzącym nas w ślad ich cichych kroków.
I namawiam Was do pójścia w moje ślady, za nimi.

wtorek, 9 listopada 2010

"The long day is over".

Napisałam o pięknym filmie, ale niepięknie. Przeczytałam i skasowałam, jutro spróbuję ponownie.
A świat wydaje się ciężki ostatnio. Niezgrabny jakby.

Tymczasem cofam się do roku chyba 2003ego, w którym po raz pierwszy natknęłam się na tę panią i jej głos. Słucham kilkunastu jej piosenek od lat i nie pospolicieją, nie nudzą się.
Nie wydała lepszej płyty, niż debiutancka "Come Away With Me". Chociaż "Not Too Late" prawie się udało dorównać tej pierwszej.

Norah Jones, "The Long Day Is Over".

Zamykamy oczy i kiwamy się. I szumi świat.

czwartek, 4 listopada 2010

"Oprócz marzeń warto mieć papierosy", Juliusz Strachota.

Tytuł mnie poderwał - wzięłam i pożyczyłam. No oczywiście, "oprócz marzeń warto mieć papierosy", cóż mogło poderwać mnie bardziej? Pożyczyłam, nawet mimo lekkich obaw ściskających mnie za szyjkę, obaw odnośnie słów "nowa proza polska" w prawym, górnym rogu. Ale pomyślałam, że podobno kto nie próbuje, ten nie żyje (czy jakoś tak, pomyślałam...).

I teraz siedzę, cmokam sobie policzkiem i bębnię palcami w moją biedną, tak już zabębnioną klawiaturę - cóż bowiem innego mi pozostało, skoro najwyraźniej mam umysł zbyt jałowy, żeby "nowa proza polska" zasiała w nim ziarno nowego kaganka polskiej literatury?

Pecha mam lekkiego do polskich książek "nowej prozy" - że tak je wrzucę do jednego worka - tych mądrych (chociaż w teorii), nowatorskich, ambitnych i w ogóle "nowoprozowych"...
Ciągle nie trafiam na te porażająco dobre, które mogłyby skraść mi cenny czas i zachwyt. Nie trafiam również na złe, które skutecznie przekonałyby mnie, że "nowa proza polska" w jakiejkolwiek odmianie jest zdecydowanie nie dla mnie i ja nie dla niej.
Bowiem z krótkimi opowiadaniami - w sumie bardziej z krótkimi formami kolejnych to monologów "miłego" pana z Saskiej Kępy - pana Strachoty zapoznałam się bez wstrętu, natomiast chyba niewiele z nich pojęłam. Znaczy, każde zdanie z osoba jak najbardziej, ale może ogólna głębia mi umknęła?

Nic to, nie każdy musi być mocno rozumny, wiem, ale jednak krótkie podsumowania naszej pięknej rzeczywistości wyszyły autorowi według mnie na jedno kopyto i uparcie negatywne. I to jak ukradkiem negatywne! Pisane, jakby autor puszczał oczko do czytelnika, przerysowując niektóre poglądy, dodając sytuacje nastrojem godne "Opowieści niesamowitych" E.A. Poe, wplatając różne myki, które niby zmieniały wymowę z krytycznej na pobłażliwą.

Także teraz sobie bębniłam, zanim nie zaczęłam wystukiwania literek niniejszego tekstu. Styl J. Strachoty uważam za godny sympatii, uznaję jego talent do pisania, który w spójności tych krótkich opowiadanek widać. Powiedziałabym również, że ten pan obdarzony jest ciekawym spojrzeniem na świat i umie owo spojrzenie przekazać w sposób pociągający - dlaczego nie może z tych wszystkich zalet zrobić lepszego użytku?
Bo książka "Oprócz marzeń warto mieć papierosy" zostawiła mnie w zawieszeniu między bębnieniem w klawiaturę, a wzruszeniem ramion i puszczeniem krótkiej lektury w niepamięć. Także nie wiem, warto, nie warto?

Może zamiast roztrząsać dalej tę kwestię napiszę Wam, że podczas tworzenia tego tekstu okazało się, że nie umiem napisać poprawnie imienia "Juliusz". Za każdym razem zjadam drugie "u" - najwyraźniej moje palce nie są w stanie odtańczyć tak skomplikowanego układu na klawiaturze. Nawet powoli, trzeci palec mi się blokuje nieładnie - chyba ukłonię się "Mistrzowi Klawiatury" :)

A jeszcze, nadal podczas pisania, przypomniałam sobie, że przecież ta książka swoim tytułem od początku przypominała mi o jednej z radosnych piosenek sprzed kilku lat. Et voila, ostatnio bardzo muzykalna się na blogu zrobiłam, staram się walczyć z tą dziwaczną chęcią wstawiania tu muzyki, ale obawiam się, że wolę mam w tym względzie słabą.

Nick Drake, Been Smoking Too Long.


I znowu jest ciemna noc. I chyba pada. I nigdy się nie nauczę długo w nocy spać.

poniedziałek, 1 listopada 2010

"Gainsbourg (Vie héroïque)", reż. Joann Sfar.

Któż go nie zna? No dobrze, możliwe, że ja niespecjalnie. Chociaż "Je t'aime... moi non plus" oczywiście kojarzę. Podobnie jak "Dieu est un fumeur de havanes" czy "La javanaise".
Większych wrażeń na temat Gainsbourga było brak, może Rogera Vadima mi przypominał, może francuską wersję Leonarda Cohena. Film Sfara natomiast pokochałam od pierwszych scen, chociaż obraz jego bohatera trochę mi się wymienił. Na gorszy, co nie znaczy mniej interesujący.
Jak by go podsumować? Wino w postaci papierosów, kobiety i śpiew, oraz niesamowity głos Douga Jones'a w roli Gęby.
To może po kolei.

Papierosy i Gęba. Francuzi, muzycy, bogaci i biedni na salonach - oczywiście nikotyna w każdej scenie. I ten piękny dym... Rozumiem, papierosy śmierdzą - tak, trochę zabijam teraz romantyzm chwili - ale co z tego. Wąski dym z papierosa to wdzięczna sprawa, a nie pamiętam innego filmu, po którym aż tak bardzo chciało by się zapalić i tak elegancki dym wypuszczać w noc. Piszę jedynie o dymie, a mam na myśli całą wizualną część "Gainsbourga", która podpierała pełną abstrakcji i fantazji wariację Sfara na temat biografii. Nie nakręcił filmu przedstawiającego życie klatka po klatce - świat Gainsbourga był zlepkiem rzeczywistości i wyobraźni, Gainsbourga i jego Gęby.

Właśnie, Gęba. Doktor Faustus w wersji współczesnej albo życie francuskiego Żyda, który z pomocą swojej Gęby zmieniał się w iluzjonistę. Gęba jako wyobrażony przyjaciel małego Luciena/Serge'a, samotnego chłopca w czasie wojny, przypominała pociesznego ziemniaka. Aż pewnego dnia wybuchła, a w jej miejscu pojawił się doktor Strachulec (Strachus? Nie pamiętam dokładnie) z długimi palcami pianisty, którego wszyscy kochali mimo strasznego charakteru, ponieważ był elegancki. Tak o Strachulcu opowiadał mały Gainsbourg - a potem ze Strachulcem szedł przez życie. Gęba była głosem ciemniejszej strony jego charakteru i ostatecznie we dwoje zostali - Gainsbourg i Gęba forever.

Kobiety. Szalony facet z wizją, nieszczęśliwy artysta w męce tworzenia, bogaty piosenkarz, którego charyzma przesłaniała oczywistą brzydotę - do takich mężczyzn kobiety lgną jak ćmy do ognia.

A jaka galeria nazwisk, Greco, Bardot, Birkin to sam czubek góry usypanej z przeróżnych pań. Sfar zajął się głównie Jane Birkin pokazując ją jako jedyną "prawdziwą" miłość wśród kobiet Serge'a. Poza Jane, Gainsbourg kochał również rodziców i psa. A na koniec także córki.
Letita Casta jako Bardot wyglądała jak powinna, ale zabrakło jej jakiejś tony wdzięku. Anna Mouglalis w roli Juliette Greco była fantastyczna, aczkolwiek epizodyczna (w pięć minut zdołała mnie uwieść i porzucić, brawa dla niej). Najwyraźniej pani Mouglalis dobrze wypada w rolach silnych charakterów, jej Coco Chanel była równie intrygująca.
I Lucy Gordon, tak prawdziwa w roli Jane, jakby zdarła skórę z mojego wyobrażenia na jej temat i nosiła we wszystkich scenach. We dwójkę z Erikiem Elmosnino nie grali Gainsbourga i Birkin, oni byli tą sławną parą.

Wreszcie najważniejsze i najtrudniejsze, śpiew. Myśląc o sławie Gainsbourga, kto by przypuścił, że w młodości pragnął malować? Całym sobą, niespełnionym marzeniem artysty. W filmie Sfara obrazy pochłania ogień wzniecony przez szał Gęby, a z popiołów ocalała gitara. Gitara, na której Lucien nie potrafił improwizować.

Czytałam, że "Gainsbourg" pierwotnie miał być musicalem - dobrze, że tak się nie stało, że z cyrku wyobraźni przełamanego z dramatyzmem sławy nie zrobili operetki w papierowych dekoracjach.
Śpiewają jednak dużo, ale te piosenki nie trzymają konwencji opowiadania fragmentów scenariusza. Raczej są środkiem wyrazu atmosfery, a czasem po prostu są - jakby nie patrzeć Serge Gainsbourg był przede wszystkim muzykiem, a dopiero potem alkoholikiem, popielniczką i kobieciarzem.
Co zabawne, o ile muzyka Gainsbourga nigdy mnie zbytnio nie porwała, jej wersja stworzona dla potrzeb filmu w wykonaniu chociażby Elmosnino wpadła mi w ucho i nie chce wypaść. Króciutka wersja "La javanaise" w duecie z Mouglalis w moim odczuciu przebija oryginał, chociaż zapewne zostałabym za to umiarkowanie zlinczowana w gronie fanów.
A czarująca i figlarna wariacja "Je bois Intoxicated Man" w duecie Elmosnino plus Philippe Katerine jako Boris Vian skradła mi serce - teraz mam ochotę śpiewać "piję systematycznie" i przytupywać do dźwięków trąbki.



"Gainsbourg" zakończył się stwierdzeniem Sfara, że nie starał się pokazać rzeczywistości, ale swojego bohatera, którego kochał od dziecka przez szklany ekran. I fantazyjny "Gainsbourg" jako ilustracja wyobrażeń reżysera jest filmem znakomitym i (jedyne "ale") zabójczo długim.

niedziela, 24 października 2010

Spadło na mnie.

Dzisiaj po raz kolejny wstawiając muzykę zamiast tekstu na jakikolwiek temat wcale nie idę na łatwiznę! O nie. To zupełnie co innego - wielkie uczucie mnie dopadło, co gorsza, do Włocha. Nazywa się Guido i mieszka w Bari. Adwokat, rozwiedziony, bezdzietny...
Chociaż w sumie nie wiem czy adresatem tych wielkich uczuć powinnam uczynić bohatera, czy też jego twórcę i autora, Gianrico Carofiglio. Ten pan pisze prawnicze... eee, thrillery. Kryminały... Zawsze mam z tym problem. Nieważne, co dokładnie pisze, ważne jak. Genialnie, już dawno nie wpadłam w książkę z tego gatunku aż tak. Ostatnio chyba przy okazji Natsuo Kirino.
Nie mogłam się oderwać od jego pierwszej książki, połknęłam drugą - nawet nie zauważyłam - teraz zagrzebałam się w trzeciej i bardzo szczęśliwa lecę naprzód. Szkoda tylko, że kolejnej nie ma. Na razie.
W każdym razie, musicie mi wybaczyć, ale jestem zakochana w nastroju książek pana Carofiglio i miłość mnie pcha.

A ponieważ Guido i ja mamy podobne gusta, jego wspomnienie o Tracy Chapman stało się moim wspomnieniem. Kolejna pani, o której zapomniałam, głupia ja. Ale już wróciłam, może nie do całokształtu jej twórczości, ale na pewno do pierwszego albumu z 1988r.


I dzisiaj pięknie pachniał wiatr - nie wiem, jak to zrobił w niedzielne popołudnie w centrum miasta, ale tak właśnie było.

czwartek, 21 października 2010

"RED", reż. Robert Schwentke.

Chciałam, to poszłam. I dobrze wyszło.

Film jest cacy, a w nastroju przypomina mi wszelkiego rodzaju benefisy i tego typu szmery-bajery. Jakby czwórka gigantów kina, każdy w sumie z innej bajki, spotkała się na jednym planie i dobrze zabawiła. Jakby zrobili to poza swoją codzienną pracą, jakby właśnie z jakiejś okazji tak ich naszło na radosne "RED". I po tym epizodzie każdy wraca znowu do swojej bajeczki.

Bruce Willis po roli ckliwego agenta CIA na emeryturze, Franka Mosesa, może już pójść na plan "Szklanej pułapki, część n-ta". Dowiódł (nie po raz pierwszy), że ma do siebie dystans, do swojego wieku i dotychczasowego dorobku filmowego - czekam na powrót do roli poważnego twardziela.
I po raz kolejny przypomniał, za co się go kocha. Za wdzięk, uśmiech i ogólną zajebistość. Rzadko korzystam z tego słowa, ale myśląc o Willisie właśnie to bardzo kolokwialne określenie nasuwa się samo - facet jest zajebisty.

Helen Mirren pokazała się w białej kiecy i z Morganem Freemanem do pary tworzyli grupę NAJ - najmądrzejszych, najlepszych, najpoważniejszych... Nie ocierali się o śmieszność w swoich rolach (jak to się zdarza czasem chociażby Douglasowi), przeciwnie, zagrali dystyngowanie, lekko i pięknie, z cieniem uśmiechu w najdramatyczniejszych scenach.

I John Malkovich, którego doceniłam i momentalnie pokochałam co prawda niedawno, ale na zawsze. Z fryzurą a la mnich, z pluszową świnią pod pachą - przy okazji, świnia była przecudna - był fantastyczny (jak zwykle), przezabawny (jak czasem) i bardzo elegancko nie przyćmiewał reszty obsady (to tylko komentarz do mojej prywatnej teorii o aktorach, którzy kradną filmy, jak np. James McAvoy).

A na dokładkę dwójka "młodych", Mary-Louise Parker - miała świetną rolę Ruth w "Smażonych zielonych pomidorach", a potem chyba długo, długo nic - i Karl Urban, którego kojarzę jedynie jako Eomera. Oboje poważni, skupieni i całkiem nieźli na tle takich czterech talentów, a to już spory sukces. Dzięki ich rolom "RED" nie zamieniło się w całkowicie pusty i jedynie zabawny przerywnik od innych filmów, nie otarło się o granicę parodii na wysokim poziomie, a pozostało filmem akcji z kilkoma scenami prawie że dramatycznymi.

A, tak, zapomniałam napisać o czym jest ten wychwalany przeze mnie film. Już nadrabiam.
O agentach CIA na emeryturze. O agentach CIA przed emeryturą. O nerwicach, wspomnieniach, romansach... O bliżej niesprecyzowanym facecie z Rosji i o zamachu na wiceprezydenta. Tak właściwie powinnam zacząć od informacji, że jest nakręcony na podstawie komiksu... No, to już wszystko wiecie :)

Oczywiście "RED" ma wady, zapewne ma nawet mnóstwo wad, ale co z tego? Nie jestem pewna czy w filmach tak lekkich, tak śmiesznych i pełnych uroku warto czepiać się niedociągnięć w efektach specjalnych czy logice fabuły. W każdym razie ja nie mam zamiaru, "RED" uważam za bardzo wdzięczną komedię sensacyjną, na której prawie popłakałam się ze śmiechu (nie raz, nie dwa). I mogę zgodnym (cóż... jednoosobowym) chórem zakrzyknąć, że chciałabym więcej takich!

poniedziałek, 18 października 2010

"when your eyes throw light at mine, it's enough to change my mind..."

Zaczęłam pisać o jednej książce i się zniechęciłam. Zaczęłam pisać o filmie i się zamotałam. Poszłam na siłownię i prawie się wkręciłam w bieżnię. Zły dzień na inicjatywy, znaczy się.

Ale, wczoraj z błyskiem podziwu w prawym oku i wyrazem oniemienia w lewym przedzierałam się przez listę muzyki filmowej z blogu PANORAMA KINA. I natrafiłam na piosenkę, którą kiedyś przecież tak kochałam. I tak nieładnie o niej zapomniałam.

"I'm Easy" Keith Carradine. Był kiedyś jeden taki, który mi śpiewał i przygrywał sobie na gitarce. I to też śpiewał, ach, wspomnień czar.
"Nashville" może nie jest filmem mojego życia, ale Altmana wychwalam pod niebiosa, nawet jeżeli tylko do lustra.



Z faktów najnowszych, dołączyłam się po raz kolejny do wyzwania, tym razem z klasyki literatury. I po raz kolejny mam nadzieję na lepsze wyniki, niż w każdym wcześniejszym wyzwaniu - jestem taka antywyzwaniowa, ale czasem się staram.
A powody były dwa - główny, znaczy brak terminu. I drugi, w końcu mam porządny motyw żeby zaspokoić swoje pragnienia napisania o Conradzie. A potem, w przypływie szalonego natchnienia, może uda się także o moim najwspanialszym Stendhalu i przeuroczym Wildzie. Klasyka to klasyka.

czwartek, 14 października 2010

"Howards End", E. M. Forster.

Zadziwiająca to książka, która miała być w moim przekonaniu męską wersją Jane Austen i guzik z pętelką z tego planu wyszedł.

Małgorzata Schlegel, chwilowo stara panna i jej siostra, Helena poznały Wilcoxów przypadkiem, a te dwie rodziny miały na swoje życie wpływ niemały.
Dwie młode damy, mieszanka brytyjskich i niemieckich przodków, życie spędzały na szeroko rozumianym ukulturalnianiu się. Pieniądze, bodajże ze spadku, zapewniały im dostatnie życie i pozwalały unikać pracy. Bardzo pięknie. Młodsza, Helena, irytowała mnie swoim dziecinnym spojrzeniem na świat, w którym upierała się dostrzegać wyłącznie białe lub czarne. Wydawała mi się jakby odrobinę nawiedzoną istotą, która z nudów dorabia ideologie na wyrost do każdego zdarzenia. I ta upiorna egzaltacja...
Małgorzata natomiast zbyt mało miała w sobie charakteru, żebym zakochała się w tej bohaterce, jak kilka razy już mi się zdarzyło wcześniej, przy innych lekturach. O ile filmowi bohaterowie zdobywają moje serce aż nazbyt często, gubię się potem w tych miłościach, książkowe postaci mają ze mną ciężką przeprawę, zanim przegryzą się przez grubą warstwę obojętności.
Wracając do Małgorzaty, ostrych rysów brakowało postaci starszej panny Schlegel, chociaż jakby w czasie książki stawała się coraz bardziej "jakaś".

A jednak, mimo, że żaden z bohaterów "Howards End" nie trafił w moje gusta, wszyscy pozostali mi raczej obojętni, czytałam książkę Forstera z dużym zainteresowaniem. Po kilku pierwszych stronach wprowadzających czytelnika w akcję, autor skupia się na dłuższy czas na kwestii społeczeństwa brytyjskiego. Na przykładach kolejnych bohaterów przedstawia różnorakie podejścia do kwestii kultury, pieniędzy, obcokrajowców, polityki i wreszcie domu. Bowiem tytuł "Howards End" jest nazwą ukochanego domu pani Wilcox, której testament stanie się niemałą zagwozdką dla reszty rodziny.
Powiedziałabym, że "Howards End" to zapis ścierania się dwóch światów, dorobkiewiczów i tych eleganckich, "starych" pieniędzy klasy wyższej. Jest to także rzut oka na moment przedwojennych zmian w Anglii, na końcówkę wielkiego imperium. Ach, i co najciekawsze, liczne nawiązania do Niemiec, do opinii o tym kraju bez pryzmatu wojen, tak, ta część była czymś wcześniej przeze mnie niespotykanym.

Poleciłabym książkę Forstera w ciemno każdemu choć trochę zainteresowanemu historią, zagadnieniami społecznymi, ale także wielbicielkom Austen, od której zaczęłam dzisiejszy wpis. Bowiem "Howards End" jest także opowieścią o miłości, siostrzanej i małżeńskiej. O miłości niekoniecznie romantycznej, ale na pewno mądrej.

A ja znalazłam kolejnego pisarza, którego styl pisania pięknie trafia w moje gusta, oszczędny, elegancki, bez jakichkolwiek artystycznych zapędów. Pasujący do brytyjskiego pisarza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, tak właśnie. E. M. Forster pisze książkę, jakby rozmawiał z czytelnikiem, wtrąca swoje uwagi pod adresem zachowań swoich własnych postaci. Jego komentarze są zawsze trafne, żaden nie wydaje się niepotrzebny.
I na kolejne książki Forstera mam ogromną ochotę.

Ach tak, jeszcze film. No właśnie, o panu Ivorym i tak miałam niedługo pisać, może wcześniej zahaczę jeszcze o "Howards End" w jego reżyserii. Anthony Hopkins, Emma Thompson, Helena Bohnam-Carter i Vanessa Redgrave - obsada co najmniej zachęcająca.

niedziela, 10 października 2010

Bombonierka.

Są melodie, które nigdy się ode mnie nie odczepią. Takie, jak poniższa. Śpiewam ją zdecydowanie zbyt często, czasem w całkowicie nieodpowiednich momentach.
Słodka piosenka. Czysta - nie potrafię tego lepiej napisać, ale "Bombonierka" naprawdę wydaje mi się niezwykle klarowna. Jakby kryształowa. Może to głos pani Stępniak.
Także będzie na niedzielną noc, na dobranoc :)
A wizja do piosenki wcale a wcale mi się nie podoba, więc może i Wy na nią nie zwracajcie uwagi, tak na wszelki wypadek.



Z kwestii całkowicie nieważnych: nie mam czasu, więc staram się zaginać czasoprzestrzeń. Jednak na razie przegrywam i to czasoprzestrzeń bardziej zagina mnie.

poniedziałek, 4 października 2010

Serial, serialu, serialowi...

Wiem, że sezon serialowy, który rozpoczął się raptem dwa tygodnie temu, został już w każdą stronę podsumowany i przedyskutowany. Ale jednak o serialach bym chciała napisać i ja, bo serialową panienką jestem już od kilku lat. Chociaż - o dziwo - do wieku zaszczytnego, dwudziestoletniego, broniłam się przed serialami zębami i pazurami. A potem, nagle, już nie.

Wrzesień przeminął, edukacja szkolna ruszyła na dobre (co gorsza, właśnie rusza także akademicka, a mnie się oczywiście nie chce), należy kaganek oświaty wspomagać. Dlatego też, drogie dzieci, nie-dzieci, ale starsi z duszą dziecka albo i bez, przypomnimy sobie dzisiaj przypadki. Że przypadków jest siedem, trochę nam to zajmie.

Mianownik, kto, co rządzi w tym sezonie? O dziwo "Castle". Pierwsze odcinki trzeciego sezonu nie opuściły poziomu, chociaż również go nie podwyższyły. Beckett ma dziwne włosy, ale postaram się jej to wybaczyć, Castle uroczy jak zwykle, chemia między nimi działa, postaci poboczne bawią mnie nadal i aż chce się oglądać dalej. A zagadki równie zagadkowe, co wcześniej (czyli zagadkowe średnio, ale wystarczająco). Szokuje mnie fakt, że na "Castle" czekam najbardziej, bo ani tego typu seriale nie wciągają mnie jakoś specjalnie (wszelakie "Bones", "CSI", "Criminal Minds", "The Mentalist"... ani, ani), a wszystkie moje kochania serialowe nie powinny się popsuć (ale się spsuły). I tym sposobem "Castle" wylądował w mianowniku.

Dopełniacz, kogo, czego bardzo mi brak? Jest seria, zakończona jeszcze w 2008 roku, ucięta po pierwszym sezonie. I ja się pytam, dlaczego!? "Moonlight", wyjątkowo się wpisuję tym w wampirze trendy, wampir - detektyw, młody (no, prawie...), zdolny, atrakcyjny. Do tego piękna dziennikarka i jej narzeczony - prokurator, była żona wampira, mocno obsesyjna na jego punkcie (wątek wyjątkowo podobny do tego w późniejszym "True Blood") i mój ulubieniec oraz wisienka na torcie, przyjaciel głównego wampira, oczywiście również krwiopijca. Czarujący i złośliwy milioner, taka urocza zaraza :) Że główny bohater był trochę zbyt szlachetny jak na moje gusta, drobnostka, bowiem postać jego kolegi wynagradzała mi z nawiązką niektóre odrobinę zbyt mydlane zgrzyty. Akcja nie była zła, więcej, coraz ciekawiej się rozwijała. Ja, szczęśliwa jak prosię na deszcz, skończyłam pierwszy sezon, sięgnęłam łapką po drugi, macam, macam, a tam pusto!! Nie ma wcale...

Celownik, komu, czemu powinno się obciąć uszy za karę? (jak celownik, to celownik) Przede wszystkim House'owi. Doktorowi House'owi, któremu jeszcze cztery lata temu gotowa byłam urodzić siódemkę dzieci i każde nazwać Lupus! Pierwszy odcinek siódmego sezonu osłabił mnie całkowicie. Nudny House i Cuddy, nudny przypadek, nudna Trzynastka i Foreman, Tauba nawet nie pamiętam, a Wilson jakby sam siebie zmuszał do trzymana się w roli. Jedynie Chace broni się, jak zawsze. To mógł być sezon - hit, wielki powrót po średnio udanych seriach poprzednich kilku, ale coś nie wyszło i po pierwszym odcinku dziękuję bardzo. Może obejrzę jeszcze ostatni.

Biernik, kogo, co odznaczyłabym orderem z buraka cukrowego? "Lie to Me" - takiej bzdury dawno już nie widziałam. I to bzdury poważnej, bzdurnej całkowicie i przez duże "Be". "Lie to Me" to nie byle jaka Bzdura, miejcie to na uwadze. Serial proceduralny, bardzo eleganckie przestępstwa naszpikowane kłamstwami do odczytania plus schemat przeciętnych postaci - całkowicie papierowych i banalnych. Obejrzałam dwa odcinki i prawie udusiłam się ze śmiechu. Śmiechu bardzo dyskretnego, bowiem nie można z takiego serialu jak "Lie to Me" śmiać się równie otwarcie, co z "Mody na sukces" czy "Klanu"! Uśmiałam się z tych idiotycznych wstawek do rozmów, kiedy jeden pan mówi tekst-puentę na koniec, a jego rozmówczyni odpowiada "pokazałeś smutek" (w sensie, że na twarzy). Może moje ubawienie jest irracjonalne i ten serial ma drugą, inteligentną stronę, ale mnie dialogi w stylu "pokazała strach" doprowadzały jedynie do pokazywania skrajnego rozbawienia.

Narzędnik, kim, czym zadziwiam sama siebie?"Plotkarą" i "Glee", przy czym nie wiem, którym bardziej. Serial o dzieciach z Upper East Side, które mają problemy dorosłych i ich rodzicach, którzy mają problemy wybitnie dziecinne. Ale wszyscy są ładnie ubrani, wymieniają się złośliwymi dialogami a intryga goni intrygę. Do tego serial o dzieciach z liceum, które fajnie śpiewają, oblewają się napojami z dystrybutora i od czasu do czasu wydrapują sobie oczy. A jednak dziwnie się czuję, śledząc z uwagą całkowicie abstrakcyjne losy bohaterów "Plotkary" - której scenarzyści chyba ściągają z "Mody na sukces" ostatnimi czasy. Równie dziwnie się czuję oglądając serial o śpiewaniu w liceum. Przecież z założenia to powinno być głupie, a jak przeczytałam opis "Glee", uznałam, że w życiu tego nie obejrzę. I proszę.

Miejscownik, o kim, o czym najchętniej bym napisała mnóstwo pochwalnych zdanek, gdyby nie to, że czas antenowy tych seriali skończył się lata temu?
"Seks w wielkim mieście", "Przyjaciele" i "Na wariackich papierach" (młody Bruce Willis, marzenie). Odcinki "Seksu..." znam na pamięć, mam wszystkie i czasem do nich wracam, śmiejąc się w kółko z tych samych linijek i niezmiennie pochłaniając jakieś jedzenie, jako że i sławne cztery panie w kółko coś jedzą.
"Przjaciele" są genialni i kropka. Chandler jest podwójnie genialny i go kocham. I też kropka.
A "Na wariackich papierach" to serial tak wdzięczny i pełen prześmiewczych odniesień do przemysłu filmowego, że aż miło do niego wracać. Pierwsze dwa sezony to prawie poważny serial o agencji detektywistycznej, a kolejne to narastająca autoironia. Nie zaprzeczę, że kontynuacje są gorsze, niż te dwa pierwsze sezony, ale tak czy siak, młody Bruce Willis to argument nie do zbicia. I ta piosenka z czołówki! Ach, wakacyjne powtórki w telewizji przypominają się same.

Wołacz... O Hanku Moody! (Californication) O Peterze Burke! (White Collar) Gdzie jesteście, kiedy Was potrzebuję! I dlaczego wracacie dopiero w styczniu...?

Kończąc nieco przydługi wywód, piosenka, której nie można nie znać.
"Moonlighting" Al Jarreau.
Ja mogę z nią w ciemno iść nawet na karaoke, odkąd miałam naście lat jeszcze nie zapomniałam.


PS. Przypisując tagi dotarło do mnie, że to wszystko są amerykańskie seriale. Niedobrze. Ale inne też znam, tylko... No niestety inne, w przypadku seriali, często znaczy gorsze.

środa, 29 września 2010

Będzie zwierzyniec. Bo jesień.

Pamiętacie jeszcze lato? Głupie pytanie, oczywiście, że pamiętacie. Gorąco, mózg parował do kompletu z resztą wody w ciele - wachlowałam się gazetą w drodze do pracy, jeszcze dwa miesiące temu, i marudziłam, że płynę. A potem wachlowałam się gazetą w drodze na spotkanie po pracy i marudziłam, że płonę.

Lato oczywiście minęło już dawno, ale dzisiaj mi się przypomniało, a razem z latem stajnia. Nie wspominałam Wam nigdy o stajni, w której C. trzymał konia przez jakieś trzy miesiące, mniejsza o szczegóły. Stajnia ma oczywista właściciela, którego znam lat ładnych kilka. Stajnia (nie ma to jak obiekt budowlany traktować jako formę egzystencji, która cokolwiek "ma" w sensie, że posiada) ma także teren spory i piękny, na Śląsku. Wkoło pagórki, zamki, te sprawy, gwiazdy niesamowite i zachody słońca tak śliczne, że aż obrzydliwe.
Stajnia posiada także uroczy, letni zwierzyniec. Znaczy, zwierzyniec zostaje i zimą, ale w śniegu i po ciemku głupio kozie zdjęcia robić.


Kocham tę rogatą panienkę, Klaudyną nazwali wdzięczne stworzenie. Kiedyś był baran, który lubił jak drapało się go w... hmm, czoło? Czy barany mają czoła? Baran również charakteryzował się tym, że myślał, że jest koniem. Ale starość nie radość, śmierć nie wesele, nawet barana spotkała.
Klaudyna doskonale wie, że koniem nie jest, tylko kozą. Ceni się.


Kotka - ślicznotka (już wiecie, że durne rymy to powinno być moje czwarte i piąte imię), pojęcia nie mam jak się nazywała, ponieważ Stajnia poza właścicielem ma też jego żonę, która koty kolekcjonuje. Kiedyś zbierze je wszystkie, ale i tak już na dzień dzisiejszy kociego towaru jest tam do zakocenia.
Ślicznotki Potomstwo, jak widać, wypięło się na mnie, więc o Potomstwie nie napiszę nic.



Pies, Leonidas, obronny bardzo. Poza nim jeszcze dwa, ale obronne o tyle bardziej, że w dzień zamknięte, bo trochę się na obcych rzucają. Nie, wróć, jeden w dzień zamknięty, drugi w nocy, bo poza ludźmi znacznie częściej rzucają się na siebie nawzajem.
A ten powyżej to dwulatek o posturze niedźwiedzia, którego prawie udało mi się nauczyć aportowania. Sztuczka udawała się, kiedy rzucałam w dal kiełbasą. Poza tym kochał C., który oblewał go wodą gdy pies dyszał tak, że jęzorem zamiatał podjazd.



I oczywiście koń, w końcu Stajnia ma też konia, nawet niejednego. Ten rudzielec rozmyty w tle to bestia słodka, ale złośliwa. Zrzuciła mnie przez ostatnie lata razy kilka (lekko licząc). Pocieszam się, że nie znam delikwenta, którego by bestia oszczędziła. A rudzielec nierozmyty na przedzie, który podejrzliwie bardzo traktował mój aparat, o imieniu niewdzięcznym Salem, jest słoneczkiem C. Ja też czasem mogę na niego wsiąść, jak ładnie się do obu uśmiechnę (do C. mogę nieładnie, ale Salem nie przepuści). Lubię go, rzadziej mnie zrzuca. Czasem gryzie. Ale teraz przestanie, pod zbliżającą się nieobecność jego pana mam zamiar przeciągnąć Salema na swoją stronę, używając do tego celu cukru, jabłek i marchewki.
A ja również konia posiadałam swego czasu. Na własność prawie (na współwłasność znaczy). I kochałam go bardzo, ochrzczony został Rododendron i koniem był jak marzenie cudownym. A potem Rododendron zdechł lat mając cztery i od tego czasu już nie chcę koni, bo płaczę kiedy umierają.
I koniec lata, koniec zdjęć. Zwierzyniec idzie spać na zimę, a przynajmniej udaje.
Koniec również dzisiejszego wpisu, który nie wiem skąd mi się natchnął. Zakończymy muzyką, która - czego bym nie próbowała, łącznie z sypaniem soli przez lewe ramie na obciętą koguta głowę - zawsze przywołuje wspomnienie ciepłego lata. W środku gradobicia także.



A na co dzień skrzypiec wcale nie lubię. Koncertów smyczkowych również, tortura straszna.

poniedziałek, 27 września 2010

"Biała gorączka", Jacek Hugo-Bader.

Nie ukrywam, byłam sceptyczna. Do wszelkich reportaży niezmiennie podchodzę z ogromną rezerwą, ponieważ bardzo rzadko zdarza się, żeby nie zirytowały mnie... No, czymkolwiek. Od szanownej osoby autora, po kretyńskie czcionki i wydania - zauważyliście, że reportaże i biografie to dwie kategorie najidiotyczniej wydawanych książek? Formaty kretyńskie, nieładne okładki, dziwne czcionki i podziały stron, ogólnie koszmar czytelnika. A przynajmniej mój koszmar.

A "Biała gorączka" to długa książka. Nie określiłabym jej lekturą ciężką, jednak na pewno nie czytało mi się tych zapisków z podróży szybko. Bo tym właśnie jest "Biała gorączka", bardzo długimi i szczegółowymi zapiskami z podróży przez Rosję i byłe tereny ZSRR. Jacek Hugo-Bader kupił łazika i po prostu przejechał ogromną ilość kilometrów, po drodze prowadząc niezliczone ilości rozmów i obserwacji, których większość podejrzewam w "Białej gorączce" się znalazła. A jest to zbiór historii i spostrzeżeń tak różnorodnych, że ciężko przybliżyć treść. W "Białej gorączce" znajdzie się prawie wszystko, co obecnie w byłym Związku Radzieckim się gnieździ.

Część pierwsza, "Znikający punkt" to przede wszystkim Rosja, Moskwa, hipisi, heroiniści, milicjanci uważani za najgorszą swołocz tego kraju, alkoholicy, nosiciele HIV, cały margines społeczny, wszelkie patologie, sekty religijne, szamani, czarownicy... Hugo-Bader do przedstawicieli każdej z tych "kategorii" dotarł, porozmawiał, nie wysnuwał wniosków, jedynie wysłuchał i przekazał nam w "Białej gorączce".

Część druga, "Pułapka na anioły", moim zdaniem ciekawsza, niż pierwsza, prowadzi nas przez znacznie większe tereny Azji, opowiada ich historię po rozpadzie ZSRR, ale nie tylko. Zahacza o górników, handel organami i żywym towarem, mieszkańców dalekiej północy, życie w tajdze. Opisuje tereny nad Bajkałem (mój ulubiony rozdział, "Święte morze Syberii"), a w podróży przez Ukrainę Hugo-Bader cały rozdział - również jeden z lepszych - poświęca obecnej Jałcie ("Wiśniowy sad", fragment poniżej).
"Babcia Natalia nie nazywała Lenina inaczej jak "ryża sobaka". Przeżyła ponad sto lat (...) Ubóstwiała oglądać w telewizji film "Lenin w Październiku". Widziała go dziesiątki razy. W finałowej scenie krasnoarmiejcy pędzą przez plac do Pałacu Zimowego, wskakują na ogrodzenie... a babcia wyrywa z gniazdka wtyczkę od telewizora. "Nie dobiegniecie" - mówiła."
"Biała gorączka", Jacek Hugo-Bader, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, str. 247.
Dlaczego druga część wydała mi się ciekawsza? Przez większe zróżnicowanie tematu - w końcu ile można czytać o patologii w Rosji? Patologie są wszędzie, a Jałta tylko na Ukrainie, Bajkał jedynie na Syberii. Właśnie te rozdziały były najlepsze, niekoniecznie dotykające wszelkich nieszczęść tego świata, których kumulacja zdaje się spadła na północną Azję, niekoniecznie opisujące kolejne delirium alkoholowe i drogę na dno. Rozdziały o mentalności Rosjan, których najlepsze lata przypadały na złoty okres komunizmu, o kraju w ogóle, o wielokulturowej Ukrainie.
Ponieważ właśnie to skupienie na tragicznych historiach jest jedynym minusem "Białej gorączki" - jakby Jacek Hugo-Bader uparł się, żeby nie dostrzec ani jednej jaśniejszej strony życia w byłym ZSRR, naprawdę, ani jednej. Smutek, żałość, depresja, jak kobieta z planem na przyszłość, to musi mieć HIV. Jak w miarę szczęśliwa egzystencja, to koszmarna bieda. I tak na okrągło - początkowe rozdziały mnie przygnębiały, potem przywykłam, wręcz się znieczuliłam na kolejne opowieść o smutnym życiu. Nie lubię takiego koncentrowania się na tej jednej stronie medalu i tylko za to nie nazwałabym "Białej gorączki" bardzo dobrą, przez to uporczywe koncentrowanie się na nieszczęściu. Nigdzie nie ma samego nieszczęścia, po prostu taki twór w przyrodzie nie istnieje.

Ale poszczególne rozdziały "Białej gorączki" uznałam za jedne z najlepszych reportaży, jakie miałam okazję przeczytać.

czwartek, 23 września 2010

"Człowiek, który płakał", reż. Sally Potter.

Poniedziałki w kinie Luna są świetną okazją na zobaczenie filmów, których premiery już dawno przebrzmiały, a które często nie należą do najłatwiej dostępnych.
Tak też śledzę dość uważnie ten poniedziałkowy repertuar, chociaż rzadko czas wolny zgrywa się z czymś interesującym, co naprawdę chcę zobaczyć. Ale kiedy w tym tygodniu zauważyłam, że poleci "Człowiek, który płakał" - jeden z tych filmów, które zawsze miałam zamiar zobaczyć i nigdy tego nie zrealizowałam - pomaszerowałam do kina jak po sznurku.

Dla "Człowieka, który płakał" zrobię wyjątek i nie będę się rozpływała nad rolą Johnny'ego Deppa - po prawdzie, nie ma się nad czym rozpływać, akurat w tym filmie Depp (podobnie jak w "Don Juan de Marco") pełni rolę raczej dekoracyjną. Chociaż jest dekoracją pełną talentu, jego Cesar jest kompilacją wszystkich znanych mi na pamięć min Deppa, a kiedy rola opiera się w głównej mierze na galopowaniu na białym koniu (pomówmy o przesadzie...) z rozchełstaną koszulą, ciężko z poważną miną pisać o powalającym aktorsko przedstawieniu. Bo że wizualnie jest powalający, oczywiste.

Fabuła opiera się na mocno uproszczonych założeniach, ale "Człowiek, który płakał" daje radę złapać za serce, mimo niektórych scen wzbudzających dość pobłażliwy uśmiech. Chociaż nie jestem pewna, czy akurat mnie złapał tymi wątkami, którymi powinien.

Część dotycząca Fegele/Suzie, Żydówki oddzielonej od rodziny podczas ucieczki z Rosji w 1927 roku, wychowywanej w Anglii, której celem jest odnalezienie ojca (którego zdjęcie oczywiście jest jej najcenniejszym skarbem), średnio mnie wciągnęła. Może to kwestia Christiny Ricci, która nie przekonała mnie ani do swojego śpiewu, ani do swojej postaci. Suzie, uparcie alternatywna w świecie francuskiego kabaretu, była bardziej irytująca, niż intrygująca. Ale co tam, oba na "i", a ja może czepiam się na siłę, ponieważ twarz dziecka Christiny Ricci zakłócała mi odbiór jej roli. No dobrze, przyznam, że ani Ricci, ani Depp nie mogli się zbytnio popisać w swoich rolach, skoro jedno musiało w kółko przytulać się do konia, a drugie głównie patrzyło w przestrzeń z wyrazem znudzenia, czasem zamienianego w gniewną dezaprobatę.
Jedynie romans Suzie z Cesarem budził milsze uczucia, ale to bardziej dlatego, że między Deppem a Ricci wyczuwa się wzajemną sympatię, niż żeby ich historia rodziła większe wzruszenia. Ale marudzę...

Doszłam jednak do drugiej pary, Loli i Dantego, (boscy Cate Blanchett i John Turturro). Depp i Ricci przy nich bledli, nie ten rozmach, nie ten styl. Stawali się mdli (aczkolwiek winiłabym raczej scenariusz, niż ich samych), kiedy małą Żydówkę i cygańskiego... w sumie nie wiem co, ujeżdżacza koni(?) zestawiono z rosyjską tancerką i włoskim śpiewakiem operowym.
Suzie poznała bowiem Lolę w kabarecie i tak zaczęła się warta uwagi część filmu. Tak Lola, jak i Dante to postaci w sumie tragiczne. Złapana w pułapkę pogoni za lepszym życiem za wszelką cenę uciekinierka z Rosji i włoski artysta, narcyz i bufon, który błagał Boga, by Niemcy zajęli Paryż, aby on mógł śpiewać dalej, mimo swojej włoskiej narodowości. Zdecydowanie, dla tej dwójki warto obejrzeć cały film, wytrzymać ckliwe łzy Suzie, bezsensowne Cesara i doczekać świetnych scen Dantego i Loli, która chyba jako jedyna w tym filmie nie płacze prawie ani razu.

Byłam aż zdziwiona, jak mocno poruszyła mnie Lola. Jej wieczny uśmiech, jak maska, za którym chowała wszystkie uczucia. Uśmiech sztuczny i karykaturalny. I to powtórzone kilka razy zdanie "One should never look back. One should never regret. Never.", jej główna zasada, żeby zawsze patrzeć w przyszłość.
Oglądałam sceny z jej udziałem i czułam, że rośnie we mnie rozpaczliwa prośba, żebym nie skończyła jak ona.
Ciężko stwierdzić, czy Dante był tylko jej drogą do pieniędzy, czy naprawdę kochała włoskiego śpiewaka. Ja obstawiam to drugie, ale może dochodzą do głosu skrawki mojej romantycznej natury, kiedy piszę, że według mnie ten słaby i w sumie pożałowania godny Dante, zamknięty w pułapce uzależnienia od własnego głosu, wzbudził w niej większe uczucia.

"Człowiek, który płakał" byłby świetnym filmem, gdyby to Suzie była tłem dla Loli, nie odwrotnie. Paryska opera, dramat zbliżającej się wojny, nieładny romans i jego nieładny koniec. Sally Potter mogła darować sobie zagłębianie się w temat tożsamości narodowej, szczególnie że z filmu wyraźnie wynika, że o Rosjanach, Cyganach i Żydach na początku XX wieku nie ma wielkiego pojęcia.
Ale powiedzmy, że część z Lolą i Dantem (naprawdę, duet Blanchett i Turturro, rewelacja), klimat opery, przepiękna muzyka Osvalda Golijova (zrobił równie świetną robotę do "Młodości stulatka" Coppoli, a teraz wchodzi do kin "Tetro" z jego muzyką) wynagradzają niektóre tanie chwyty, bezbarwną Ricci i biednego Deppa, który dostał białego konia i miał się z nim grzecznie bawić.
A na koniec i tak wszyscy płaczą.

I już ostatni akapit, opera. Muszę słuchać, nie cierpię oglądać. Nigdy nie byłam w stanie wysiedzieć w operze, chociaż tej muzyki słucham często.
Chociażby "Tosca" jest oklepana, ale nie zmienia to jej piękna. Kochajcie operę, warto.

E lucevan le stelle, Placido Domingo.
Puccini, "Tosca".



I trzy moje "ukochania" opery, których słucham do zdarcia i ciągle mogę więcej.

Una furtiva lagrima, również Placido Domingo.
Donizetti, "Napój miłosny".



I drugie, Pourquoi me reveiller?, Marcelo Alvarez.
Z nieznanej mi bliżej opery "Manon" Masseneta.



Na koniec najpiękniejsze.
Odissea. Ten sam Marcelo Alvarez i Salvatore Licitra. 
 Ja prawię przy tym wstaję, naprawdę, ciężko usiedzieć.

wtorek, 21 września 2010

Zapowiedzi po raz trzeci (jak ja kocham takie durne rymy).

Byłam wczoraj w kinie (brawa dla mnie) i już prawie napisałam o filmie, ale ciągle coś mi wchodzi w drogę. Zamiast recenzji będą więc zapowiedzi, bo lato się skończyło i jakby więcej interesujących filmów ma pojawić się w kinach.
Co prawda ostatnio wyrzucam sobie, że bardzo rozrasta się lista filmów, które muszę (przez duże "M") zobaczyć - co gorsza, zaczynam o nich wspominać tutaj. Ale z taką do połowy napisaną recenzją już dzisiaj nic nie zrobię, a ten zwiastun i tak chciałam tutaj wstawić, bo prawie zapiszczałam na jego widok.

Johnny Depp plus Angelina Jolie - już jest szał - i jeszcze Paul Bettany na dokładkę - aż nie wiem, które z nich podnieca mnie najbardziej. Czyli oczywiście "The Tourist". Wiem, że to remake, wiem, że będzie gorszy, niż się spodziewam (bo spodziewam się po prostu rewelacji), ale co tam. Do premiery (podobno w styczniu) mogę sobie jeszcze pomarzyć.


I drugi, bliższy (premiera w listopadzie?), "The American". Tak bardzo przypomina mi "Michaela Claytona" i "Up in the Air", że nie powstrzymam się przed wycieczką do kina. Poza tym, to jest bardzo dobry zwiastun.



Kiedyś sobie dumałam nad wpisem o najlepszych zwiastunach, jakie kiedykolwiek widziałam (które wcale niekoniecznie reklamują dobre filmy). Tylko że zapętliłam się w chronologii i ilości, więc nie wiem, czy ten projekt kiedykolwiek powstanie.

A najgorszą wiadomością tygodnia jest to, że uciekł mi sprzed nosa przedpremierowy pokaz "Jestem miłością". Bezczelny.

niedziela, 19 września 2010

"Wieczór polkowy w Tall Pine", Lorna Landvik.

Kolejna książka kupiona w drodze na samolot, który zwrócił mnie ojczyźnie. I kolejna, której nigdy w Polsce nie dostrzegłam, chociaż w bibliotece na półce ponoć stoi (w katalogu sobie sprawdziłam). Mam do tych lotniskowych zdobyczy spore szczęście, chociaż ciągle trafiam na tytuły, które w Polsce również są, ukryte za rogiem. Ale o ile na co dzień zdarza mi się to nazbyt często, w samolocie złej książki jeszcze ze sobą nie miałam.

"Wieczór polkowy w Tall Pine" uplasowałby się gdzieś pomiędzy "Smażonymi zielonymi pomidorami" a... hmmm, a wszystkim co do "Smażonych, zielonych pomidorów" jest podobne, ale ładniejsze (w złym tego słowa znaczeniu), milsze i w ogóle bardziej harlequinowe. Tak, widzę, że Was zachęciłam :)

Małe miasteczko w Minnesocie, obowiązkowo kawiarnia, która zbiera mieszkańców Tall Pine każdego dnia i garstka bohaterów, których codzienny spokój i monotonia pierzchają, kiedy Tall Pine przeżywa najazd Hollywood. Garstka przedstawia się całkiem interesująco:
Fenny Ness, młode, piękne dziewczę z emocjonalnymi problemami, zostaje obsadzona w głównej roli "Ike'a i Ingi", filmu nad którym prace mają trwać właśnie w Tall Pine.
Lee O'Leary (właścicielka obowiązkowej kawiarni), uciekła do Minnesoty przed mężem-brutalem i nawet nie podejrzewa, że pewien nieśmiały szewc, Pete, nocami szyje dla niej buty, które mają być przyszłym dowodem jego miłości.
Miss Penk i Frau Katt, para dwóch oryginalnych pań, już nie pamiętam, która z nich płakała za synem, który się jej wyparł, a która wykonywała sportowe rewolucje na miarę kaskaderskich czynów.
I jeszcze nawiedzona Mary, z jej nawiedzonymi wierszami. I były żołnierz, który czasem czuje potrzebę zachowywania się jak pies.

A razem z Hollywood zjawia się antypatyczny reżyser i egocentryczny scenarzysta. I Duży Bill, chociaż z całkowicie nie-hollywoodzkiej strony.

Może napiszę krótko. "Wieczór polkowy w Tall Pine" to książka warta (mile) spędzonego nad nią czasu. Przedstawia ciekawą historię zmian w życiach kilkorga bliskich oraz dalekich sobie ludzi. Jak pisałam, książka w stylu Fannie Flagg, tylko niestety trąci odrobinę Harlequinem (ale tylko małą "odrobinę"! żeby nie było).
Zabrakło głębszej treści. Zabrakło antypatycznych bohaterów. W ogóle, zabrakło mi czegoś, co bardziej zbliżyłoby panią Landvik do tak wspaniałych, szczerych i całkowicie pożerających uwagę "Smażonych zielonych pomidorów", a oddaliło od jakiejkolwiek lektury w stylu "Klubu miłośników Jane Austen".

Ale na trzy wieczory polecam, jako że "Wieczór polkowy w Tall Pine" ma w sobie wystarczająco dużo ciepłego humoru i ogólnej radości życia, żeby nadchodzące, zimne dni uprzyjemnić. A moje zastrzeżenia na tle niewystarczającego rozróżnienia bohaterów czy zbyt sielsko-anielskiego nastroju książki nie muszą być wadami dla innych czytelników.

A tak całkowicie odbiegając od tematu, jak jeszcze raz usłyszę gdzieś przeokropny "Teenage Dream", Katy Perry bodajże, to istnieje niebezpieczeństwo, że kogoś zutylizuję. Albo coś zdewastuję. Nie wiem czy słyszałam w ostatnich latach koszmarniejszą piosenkę. No, wyraziłam frustrację (wszędzie ostatnio słyszę to coś, boję się iść do sklepu, bo na pewno "Teenage Dream" tam leci), mogę iść spać. I może mi się Katy Perry nie przyśni.

niedziela, 12 września 2010

L.U.B.I.Ę.

Lilithin zaprosiła mnie do łańcuszka, a że "10 rzeczy, które lubię" to temat wybitnie pozytywny i przyjemny, z radością na łańcuszek odpowiem. I jeszcze poślę go dalej, ha! (grożę Wam, bezczelna ja).

Podumałam dłuższą chwilę, to jednak ciężka sprawa, wybrać tylko 10 rzeczy. Kolejność całkowicie przypadkowa.

1. Lubię kroić, szczególnie warzywa i owoce. Ale zaczęłam :) Jednak jest to najprawdziwsza prawda, od dziecka już tak mam. Najlepiej coś twardego, ogórki. Cebulę. Nektarynki, jabłka... Krojenie to przyjemna czynność.

2. Noc, o czym już kiedyś wspomniałam. Zapewne w poprzednim życiu byłam nietoperzem, też mam wysoki głos, słuch wyczulony na ultradźwięki, najwięcej energii mam po zmroku i od czasu do czasu zwisam do góry nogami.

3. Ruch. Ogólnie, w każdej postaci. Lubię skakać, tańczyć, biegać, wolę chodzić niż jeździć i kiedy tylko nie mam ciężkich tobołów albo obcasów wyższych ode mnie samej, cieszę się, że nie mam windy. Siedzący tryb życia mnie przeraża, latam na siłownię i generalnie trochę na tym punkcie jestem zboczona, należy mi to po prostu wybaczyć.

4. Kaczki. Chociaż mogę robić takie wrażenie, wcale nie jestem wielką fanką zwierząt. Lubię je oczywiście, ale szału nie ma - chociaż, jak również już kiedyś wspominałam, ich krzywda bardzo mnie zawsze przygnębia.
Ale kaczki są super :) czasem karmię je w Łazienkach, a czasem po prostu gapię się z zachwytem na mijane kaczki i jestem zachwycona. Kaczki (i kaczory oczywista również) to najfajniejsze zwierzęta świata. Na drugim miejscu są lemury, a na trzecim szopy.
Tak, w domu trzymam kota.

5. Perfumy. Sprawa wygląda tak, że nie lubię wychodzić z domu nieumalowana i bez jakiejkolwiek biżuterii, ale ostatecznie mogę. Natomiast jak się nie popsikam, czuję się jakbym była nieubrana. Perfumy lubię i potrzebuję.

6. Uczyć się nowych języków, co przychodzi mi zdecydowanie łatwo. Chociaż oczywiście musi ta miła czynność wygrać wcześniej z moim ogromnym lenistwem. Poza tym haczyk polega na tym, że lubię się ich uczyć, niekoniecznie bawi mnie samo umienie. Kończy się to tym, że płynnie mam opanowane tylko dwa języki obce, spośród siedmiu, których się uczyłam, i w których osiągnęłam przeróżne poziomy.

7. Makaron. Ziemniaków nie znoszę, ryż ostatecznie mogę jeść, ale makarony... Potrafię ugotować sobie makaron i jeść sam, prosto z durszlaka. Trochę słony, nierozgotowany, idealny. C. uważa, że to dowód, że jestem szurnięta. Ale co pół Anglik może wiedzieć o dobrym jedzeniu?

8. Miasto. Im większe, tym lepsze. Głośne, różnorodne, pełne kurzu i spieszących się ludzi. Zdecydowanie uwielbiam miejskie życie, pełne świateł, zamieszania, hałasu.

9. Głębokie, męskie głosy. W ogóle to raczej jestem słuchowcem. Znaczy, nie raczej, na pewno. Na głosy ludzi jestem bardzo wyczulona, potrafię zapominać twarze, ale głosy nie. A mężczyzna z pięknym głosem to jeden z lepszych wynalazków tego świata. Mężczyzna z barytonem natomiast, jest jak wisienka na trocie, a piękny głos zawsze była dla mnie ważniejszy, niż wygląd. Taki Steve Barton chociażby, głos jak marzenie... W ogóle, piękny śpiew potrafi wywołać we mnie stan takiego bliżej niesprecyzowanego uniesienia.

10. Samoloty, samochody... Hmm, szybkie maszyny w ogóle. I nie tylko mam tu na myśli rozpędzony motor z jakimś facetem na siodełku, ja lubię czuć szybkość. Szybko jeździć samochodem, motorem, nawet konno, czy na rowerze. Hulajnogą też da radę, byle wiatr szumiał w uszach.
Ach tak, lotników także uwielbiam, ale to chyba jest po prostu wpisane w chromosom X. "Top Gun" sprawiło, że prawie polubiłam Toma Cruise'a. Prawie.

Komu podrzucę takie łańcuszkowe, kukułcze jajo? Kto jeszcze tego nie pisał?
Jestem ciekawa jakie 10 rzeczy wymienią Tamaryszek, Miss Jacobs, Marigolden i Papierowa latarnia, jeżeli panie oczywiście będą tak miłe i moją niezdrową ciekawość zaspokoją.

A tak na zakończenie, w ramach głosów, barytonów i Steve'a Bartona - ten człowiek jest moim prywatnym bogiem musicalu. Tak, jak on pięknie śpiewał po niemiecku, nikt nigdy nie zaśpiewał po włosku.



wtorek, 7 września 2010

I znowu...

Kolejny film, na który czekam niecierpliwie, ale przynajmniej premiera tego jest już wyznaczona, podobno na 12 listopada. Znaczy całkiem niedługo.

"RED", w rolach głównych prawie że fantastyczna czwórka :) znaczy Willis, Freeman, Mirren i Malkovich. Nawet nie wiedziałam, że da się ich obsadzić w jednym filmie, a tu proszę:



Jestem ciekawa, jakie jeszcze niesamowite obsady przyjdzie nam obejrzeć? W sumie niedawna "Incepcja" nie pozostawała w tyle za "RED", zapewne była w ogóle filmem znacznie lepszym, ale jednak tamte nazwiska nie robią w kupie aż takiego wrażenia.
Prawdziwa radość jest wtedy, gdy na jednym plakacie znajdzie się szereg nazwisk, które w pojedynkę sprzedają filmy. O tak, wtedy ja się cieszę - mam małą słabość do tego typu obsady. Nawet, jeżeli poziom filmu jest raczej relaksujący, niż wbijający w fotel, pokaz aktorskich umiejętności wystarcza mi na dwugodzinny seans.
A Malkovich, Willis, Mirren i Freeman mnie nie zawiodą.

"Love Actually", to było niesamowite nagromadzenie talentu na metrze kwadratowym. Podobnie jak trylogia "Ocean's...", chociaż tutaj różnie z efektem było.
Albo, z tego co widziałam, bo film jest mi nieznany, "Prywatne życie Pippy Lee" raziło w oczy nazwiskami, Wright Penn, Moore, Reeves, Bellucci, Bello, Ryder... Chociaż to również styl bardziej "Incepcji", znaczy nazwiska solidne, ale nie aż tak "wielkie" ("wielkie" bardziej w znaczeniu "głośne").

I nie, filmy takie jak "Valentine's Day" nie wzruszają mnie nawet obsadą.

niedziela, 5 września 2010

"Map of the Sounds of Tokyo", reż. Isabel Coixet.

Już tyle razy siadałam, żeby napisać o tym filmie. I tyle samo razy kończyło się to krótkim bębnieniem paznokciami w klawiaturę (dokładnie w literki k, l i dwukropek), po czym z grymasem zniechęcenia klikałam w krzyżyk, który zabijał mocno nieudolnie sklecone zdanka, głównie nie na temat.

Chciałam napisać, że chociaż nie wszystko w "Map of the Sounds of Tokyo" było dla mnie zrozumiałe, film wydał mi się jedną z ładniejszych historii o miłości, jakie kiedykolwiek oglądałam. Miłości w wielu jej odmianach i stadiach, ale ukrytej, jakby niechętnej do pokazania się widzom. Miłości niedopowiedzianej.
I jeszcze chciałam napisać, że Rinko Kikuchi przykuła moją uwagę dwa razy, graną przez siebie postacią cichej morderczyni cierpiącej na bezsenność i po raz drugi, samą sobą. Aktorka ma tak spokojną, wręcz kamienną twarz, a jednak potrafi wyrazić nią znacznie więcej uczuć, niż ja tysiącem grymasów.
Miałam również wspomnieć o zdjęciach Jean-Claude'a Larrieu, które można by zatrzymywać i przerabiać na oddzielne obrazy, wieszać na ścianach i patrząc na nie, wyciszać się po zabieganym, hałaśliwym dniu.

Mogłabym również dodać, że "Map of the Sounds of Tokyo" sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad zmianą zawodu. Dlaczego nigdy nie chciałam patroszyć ryb na nocnej zmianie, skoro to tak ładnie wygląda, mimo że zewsząd leje się rybia krew. Albo założyć sklepu z winami, w którym froterowałabym co wieczór drewnianą podłogę i spędzała noce z napoczętą butelką wina, majtając ze znawstwem półpełnym kieliszkiem.
A najchętniej zmieniłabym się w starszego Japończyka, który nagrywał dźwięki Tokio. I tak jak on leżała na matach z zamkniętymi oczami, słuchając życia innych.


Chciałam też dodać, że "Map of the Sounds of Tokyo" to film, który szumi. Znaczy, mnie on szumi, ale może to głupie, może wcale nie powinnam tak pisać?
A jednak, szumi, jak woda. Wolno, cicho, płynie, drąży, zostaje takim szumiącym wspomnieniem długo po tym, jak pojawią się napisy końcowe.
Szumi Japonią, o której nie mam bladego pojęcia. Japonią nocy, pełną świateł, chłodnego powietrza i samotnych, cichych ludzi. Szumi samotnością bohaterów, szumi rozpaczą ojca po samobójstwie córki. Szumi wszelkimi uczuciami, które są równie dyskretne, co silne.
I film tak szumi, a ja nie umiem o tym wszystkim napisać w sposób subtelny i trafny. Chciałabym napisać o tym filmie tak, jak nakręciła go Isabel Coixet i moja niemoc mnie irytuje.

O "Map of the Sounds of Tokyo" przeczytałam u Chihiro i zastanawiam się teraz, czy "Cafe Lumiere" zaspokoi moje oczekiwania, które znacznie wzrosły po filmie pani Coixet. I jeszcze, czy o "Cafe Lumiere" będzie mi się pisało równie niezręcznie. I na koniec, czy kiedy obejrzę inne filmy Isabel Coixet, czy one wszystkie będą mi tak szumiały już zawsze?