czwartek, 23 września 2010

"Człowiek, który płakał", reż. Sally Potter.

Poniedziałki w kinie Luna są świetną okazją na zobaczenie filmów, których premiery już dawno przebrzmiały, a które często nie należą do najłatwiej dostępnych.
Tak też śledzę dość uważnie ten poniedziałkowy repertuar, chociaż rzadko czas wolny zgrywa się z czymś interesującym, co naprawdę chcę zobaczyć. Ale kiedy w tym tygodniu zauważyłam, że poleci "Człowiek, który płakał" - jeden z tych filmów, które zawsze miałam zamiar zobaczyć i nigdy tego nie zrealizowałam - pomaszerowałam do kina jak po sznurku.

Dla "Człowieka, który płakał" zrobię wyjątek i nie będę się rozpływała nad rolą Johnny'ego Deppa - po prawdzie, nie ma się nad czym rozpływać, akurat w tym filmie Depp (podobnie jak w "Don Juan de Marco") pełni rolę raczej dekoracyjną. Chociaż jest dekoracją pełną talentu, jego Cesar jest kompilacją wszystkich znanych mi na pamięć min Deppa, a kiedy rola opiera się w głównej mierze na galopowaniu na białym koniu (pomówmy o przesadzie...) z rozchełstaną koszulą, ciężko z poważną miną pisać o powalającym aktorsko przedstawieniu. Bo że wizualnie jest powalający, oczywiste.

Fabuła opiera się na mocno uproszczonych założeniach, ale "Człowiek, który płakał" daje radę złapać za serce, mimo niektórych scen wzbudzających dość pobłażliwy uśmiech. Chociaż nie jestem pewna, czy akurat mnie złapał tymi wątkami, którymi powinien.

Część dotycząca Fegele/Suzie, Żydówki oddzielonej od rodziny podczas ucieczki z Rosji w 1927 roku, wychowywanej w Anglii, której celem jest odnalezienie ojca (którego zdjęcie oczywiście jest jej najcenniejszym skarbem), średnio mnie wciągnęła. Może to kwestia Christiny Ricci, która nie przekonała mnie ani do swojego śpiewu, ani do swojej postaci. Suzie, uparcie alternatywna w świecie francuskiego kabaretu, była bardziej irytująca, niż intrygująca. Ale co tam, oba na "i", a ja może czepiam się na siłę, ponieważ twarz dziecka Christiny Ricci zakłócała mi odbiór jej roli. No dobrze, przyznam, że ani Ricci, ani Depp nie mogli się zbytnio popisać w swoich rolach, skoro jedno musiało w kółko przytulać się do konia, a drugie głównie patrzyło w przestrzeń z wyrazem znudzenia, czasem zamienianego w gniewną dezaprobatę.
Jedynie romans Suzie z Cesarem budził milsze uczucia, ale to bardziej dlatego, że między Deppem a Ricci wyczuwa się wzajemną sympatię, niż żeby ich historia rodziła większe wzruszenia. Ale marudzę...

Doszłam jednak do drugiej pary, Loli i Dantego, (boscy Cate Blanchett i John Turturro). Depp i Ricci przy nich bledli, nie ten rozmach, nie ten styl. Stawali się mdli (aczkolwiek winiłabym raczej scenariusz, niż ich samych), kiedy małą Żydówkę i cygańskiego... w sumie nie wiem co, ujeżdżacza koni(?) zestawiono z rosyjską tancerką i włoskim śpiewakiem operowym.
Suzie poznała bowiem Lolę w kabarecie i tak zaczęła się warta uwagi część filmu. Tak Lola, jak i Dante to postaci w sumie tragiczne. Złapana w pułapkę pogoni za lepszym życiem za wszelką cenę uciekinierka z Rosji i włoski artysta, narcyz i bufon, który błagał Boga, by Niemcy zajęli Paryż, aby on mógł śpiewać dalej, mimo swojej włoskiej narodowości. Zdecydowanie, dla tej dwójki warto obejrzeć cały film, wytrzymać ckliwe łzy Suzie, bezsensowne Cesara i doczekać świetnych scen Dantego i Loli, która chyba jako jedyna w tym filmie nie płacze prawie ani razu.

Byłam aż zdziwiona, jak mocno poruszyła mnie Lola. Jej wieczny uśmiech, jak maska, za którym chowała wszystkie uczucia. Uśmiech sztuczny i karykaturalny. I to powtórzone kilka razy zdanie "One should never look back. One should never regret. Never.", jej główna zasada, żeby zawsze patrzeć w przyszłość.
Oglądałam sceny z jej udziałem i czułam, że rośnie we mnie rozpaczliwa prośba, żebym nie skończyła jak ona.
Ciężko stwierdzić, czy Dante był tylko jej drogą do pieniędzy, czy naprawdę kochała włoskiego śpiewaka. Ja obstawiam to drugie, ale może dochodzą do głosu skrawki mojej romantycznej natury, kiedy piszę, że według mnie ten słaby i w sumie pożałowania godny Dante, zamknięty w pułapce uzależnienia od własnego głosu, wzbudził w niej większe uczucia.

"Człowiek, który płakał" byłby świetnym filmem, gdyby to Suzie była tłem dla Loli, nie odwrotnie. Paryska opera, dramat zbliżającej się wojny, nieładny romans i jego nieładny koniec. Sally Potter mogła darować sobie zagłębianie się w temat tożsamości narodowej, szczególnie że z filmu wyraźnie wynika, że o Rosjanach, Cyganach i Żydach na początku XX wieku nie ma wielkiego pojęcia.
Ale powiedzmy, że część z Lolą i Dantem (naprawdę, duet Blanchett i Turturro, rewelacja), klimat opery, przepiękna muzyka Osvalda Golijova (zrobił równie świetną robotę do "Młodości stulatka" Coppoli, a teraz wchodzi do kin "Tetro" z jego muzyką) wynagradzają niektóre tanie chwyty, bezbarwną Ricci i biednego Deppa, który dostał białego konia i miał się z nim grzecznie bawić.
A na koniec i tak wszyscy płaczą.

I już ostatni akapit, opera. Muszę słuchać, nie cierpię oglądać. Nigdy nie byłam w stanie wysiedzieć w operze, chociaż tej muzyki słucham często.
Chociażby "Tosca" jest oklepana, ale nie zmienia to jej piękna. Kochajcie operę, warto.

E lucevan le stelle, Placido Domingo.
Puccini, "Tosca".



I trzy moje "ukochania" opery, których słucham do zdarcia i ciągle mogę więcej.

Una furtiva lagrima, również Placido Domingo.
Donizetti, "Napój miłosny".



I drugie, Pourquoi me reveiller?, Marcelo Alvarez.
Z nieznanej mi bliżej opery "Manon" Masseneta.



Na koniec najpiękniejsze.
Odissea. Ten sam Marcelo Alvarez i Salvatore Licitra. 
 Ja prawię przy tym wstaję, naprawdę, ciężko usiedzieć.

12 komentarze:

Chihiro pisze...

Film ogladalam dwa razy, oba dawno temu. I choc scenariusz kuleje i jak napisalas duet Richie/Depp blednie przy tym drugim, to calosc ma, moim zdaniem, niezly klimat. Nie jest to film genialny, nie jest zapadajacy gleboko w pamiec, ale muzyka pozostawia najwieksze wrazenie. Mam sciezke dzwiekowa z tego filmu i lubie ja od kilku lat niezmiennie (zwlaszcza "Una furtiva lagrima"). To taki film, ktory dobrze ogladac zima, gdy za oknem szaleje wichura sniezna, a czlowiek siedzi w lozku pod ciepla koldra z kubkim kakao i oglada...

liritio pisze...

Chihiro, z klimatem się zgadzam - na pewno nie jest to film, który chciałoby się wyłączyć. I muzyka, właśnie, jest świetna, chociaż nie jestem pewna, czy było w tym filmie "Una furtiva lagrima", z tych wstawionych przeze mnie arii, jedynie "E lucevan le stelle" śpiewali w "Człowieku, który płakał". Chyba :)

Chihiro pisze...

Masz racje, "Una furtiva..." pojawia sie w "Match Point", jednym z moim zdaniem lepszych filmow Woody'ego Allena. W "Czlowieku, ktory plakal" - wlasnie zerknelam na plyte - pojawia sie za to rownie cudny utwor "Je crois entendre encore" Salvatore Licitry.

liritio pisze...

Faktycznie, w "Match Point" opery po horyzont - właściwie to jest chyba jedyny film Woody'ego Allena, który obejrzałam więcej, niż jeden raz. Bardzo dobry film.
A "Je crois entendre encore" jest w "Człowieku, który płakał" nawet dwa razy śpiewane, przy czym ten drugi to bardzo piękna scena, kiedy Dante śpiewa dla Niemieckich wojskowych.

Peckinpah pisze...

Nie lubię opery. Nie przeszkadza mi w niektórych filmach (np. w "Amadeuszu"), ale częściej mnie jednak irytuje. Film "Człowiek, który płakał" zwykle omijałem z daleka, bo tytuł sugeruje, że to może być jakiś ckliwy melodramat albo coś w tym stylu, a nazwisko reżyserki wskazuje na 'kino feministyczne'. Jeśli obejrzę film to ze względu na świetną obsadę, choć trochę mnie rozczarowałaś, pisząc, że Ricci jest tu bezbarwna - wydawało mi się, że z każdym kolejnym rokiem gra coraz lepiej.

liritio pisze...

Peckinpah, melodramat to bez przesady, ale ckliwy ten film odrobinę jest. Sally Potter kojarzy mi się jedynie z nie widzianym "Rage", także jest białą kartką, ale obsadę wybrała naprawdę popisową. Warto ze względu na Blanchett i Turturro, ale Ricci naprawdę miała rolę, w której nie bardzo miała jak być lepsza, niż była. Natomiast moje opinie o aktorkach są zawsze bardzo kategoryczne, więc nie sugeruj się mocno, kto wie, może Tobie nie wyda się bezbarwna?

Ysabell pisze...

Tenorów nie lubię, ale barytony i (szczególnie) basy to moja wielka miłość...

O tym filmie wcześniej w ogóle nie słyszałam, ale czytało mi się Twoją opinię bardzo przyjemnie, zwłaszcza fragmenty o Deppie i koniach. Mimo wszystko chyba się na ten film nie zdecyduję. :)

I tylko jedna, maluteńka uwaga: "Tosca" to jednak Puccini, a nie Verdi ;). A swoją drogą tego pierwszego nie znoszę, a drugiego bardzo lubię...

liritio pisze...

Ysabell, głupia ja, jasne, że Puccini. Poprawiłam i dziękuję za zwrócenie uwagi :)

W barytonach całkowicie się z Tobą zgadzam, z basami już mniej - jednak najbardziej kocham te barytony (np Steva Bartona spod poprzedniego wpisu, przepięknie śpiewa).

A jako że fragmenty o Deppie i koniach obejmowały jakieś dwa zdania, jest mi bardzo miło, że chociaż owe dwa zdania sprawiły Ci przyjemność ;) Film ma swoje wady, które niektórym mogą popsuć seans, więc (bardzo) nie namawiam.

I jeszcze co do Pucciniego, niby także wolę opery Verdiego, ale jednak te najsłynniejsze arie, jak Nessun Dorma czy E Lucevan le Stelle robią na mnie ogromne wrażenie.

Ysabell pisze...

Oj tam, dwa zdania. Wcale nie. Co kawałek było coś o koniach i jak już zdążyłam o tym zapomnieć, to mnie znowu cieszyło. :)

Fakt, Puccini bywa dobry, ale chyba na żadnej operze nie wynudziłam się tak jak na Tosce.

liritio pisze...

Najwyraźniej przemyciłam tych koni więcej, niż mi się wydaje :)
A ja (jak pisałam wyżej) oper w ogóle nie oglądam - jeszcze nie było takiej, która nie zanudziłaby mnie szczerze, usypiam na każdej. Na Tosce także :)

Anonimowy pisze...

Ja odniosłam zupełnie inne wrażenie. Uważam,że cała uwaga była skupiona na Ricci. Lola była tylko jej kontrastem,osobą dla której nie liczy sie miłość,a w godne życie. Nie mam wątpliwości co do tego,że Lola nie kochała Dantego. Była scena łóżkowa miedzy nimi kiedy wyraznie było widać,ze nie sprawia jej to przyjemności. Za to miłość Suzie i Cesara była prawdziwa,czysta i odwzajemniona. Mogłabym jeszcze rozpisać sie co do kilku innych kwestii. Uważam,że twoja recenzja jest płytka. Film tem ma głębszy przekaz niż spiewak operowy plus tancerka plus luksus,co twoim zdaniem powinno być głównym wątkiem. Nie można tez wymagać za dużo od Deppa,dlatego że w tym filmie jest wątkiem pobocznym. Został wprowadzony po to,żeby przedstawić charakter Suzi, który jest kontrastem dla Loli.

Podsumowując recenzja słaba. Nie napisałaś najważniejszej rzeczy, a mianowicie przekazu filmu.

liritio pisze...

Lekki poślizg z odpowiedzią, ale komentarze pod starymi postami odkrywam zwykle później.
A teraz po kolei:
Cała Twoja uwaga była skupiona na Ricci, ja mało zainteresowałam się główną bohaterką i swoją uwagę skupiłam na postaciach drugoplanowych, Loli i Dantem. Rozumiem, że bohaterką pierwszego planu była Suzie, ale nie porwała mnie ani jej historia, ani sposób, w jaki Ricci zagrała tę postać, zdecydowanie wolałam jej kontrast, Lolę i jej relację z Dantem. Mogę się zgodzić, co napisałam już w oryginalnym poście, że moją nadinterpretacją jest wiara w jej jakiekolwiek uczucie do śpiewaka, ale nie uważam, żeby aż tak wyraźnie jej obojętność dla niego była w filmie zaznaczona.
Miłość Suzie i Cesara była "czysta i odwzajemniona", pięknie. Napisałam wyraźnie "budzi milsze uczucia", tyle, że mnie nudzi, podobnie jak nudziła mnie na ekranie szlachetność Suzie. Każdy w kinie wynajduje to, co do niego przemawia, najwyraźniej Twoja opinia o filmie bardzo rozmija się z moją, ale nie jestem pewna, czy uzasadnia to stwierdzenie "recenzja jest płytka".
A jaki przekaz ma ten film według Ciebie?

Prześlij komentarz