Liritio z nową energią podjęła pisanie bloga, co nie znaczy wcale, że częściej klika w magiczną ikonę "Opublikuj". Stąd też, ocalamy od zapomnienia, usprawniamy proces i zaczynamy przedświąteczną trójkę (świątecznie niezwiązaną).
Czy poza poniższy wybryk owa trójka cyklem wychynie... Któż wie?
Zawsze zastanawiają mnie "małe" filmy z wielką obsadą, o których wieść rzadko kiedy dociera do naszego polskiego grajdołka (a nawet jeśli, tyłem i na około).
Łatwo spotkać się z taką magią w kinie australijskim, kiedy wielkie gwiazdy (czując zew ziemi rodzinnej?) grają małe role w różnorakich filmach, o których świat mało słyszy.
Jednak to wtręt, chociaż przywołałam Australię, akurat dzisiaj Liritio będzie pisała o kinie amerykańskim.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 grudnia 2015
piątek, 17 stycznia 2014
W oceanie przeciętności, czyli role zapamiętane
Oto jest pewna przykrość, kiedy w filmie nic nas nie poruszyło, może pozostało tylko wzruszenie ramion. Wiemy wszyscy, że filmów zupełnie przeciętnych jest zdecydowanie najwięcej.
Konflikt zaczyna się, kiedy film średni trzymamy w pamięci dla błahostki, szczegółu, drobnostki. Bo i nie ma jak o tym wspomnieć, bez wyciągania całości z wora różności (rym, rym jest, hura), ale że film taki sobie, wywlekanie przed publikę też nieco bezcelowe. A może to jedna scena, jedna naprawdę dobra scena, może to motyw muzyczny, który nie pozwala Wam zasnąć. Wreszcie, może to jedna rola z któregoś planu, jedna rola, która błyszczy i zostaje w pamięci.
Dzisiaj kilka ról, które pamiętam od lat (albo od wczoraj), z drugich planów filmów w mojej ocenie zupełnie przeciętnych. Ułożone chronologicznie i subiektywnie podsumowane.
"Wakacje", reż. George Cukor.
Lew Ayres jako Ned Seton.
Katharine Hepburn, Cary Grant, 1938 rok.
Kilka dni temu obejrzałam całkiem uroczy, zwięzły film, jeden z czterech tytułów tandemu Hepburn - Grant. Nie był zły, absolutnie, ale też nic specjalnego. Jeśli mówić o komediach tamtych czasów, Liritio bardzo docenia prostotę, ale w "Wakacjach" owa prostota łączy się niestety z głupotą fabuły. Chociaż może nie tyle głupotą, co słabą wiarygodnością, czy to charakterów, czy głównego konfliktu. A szkoda, gdyby mniej sztampowo rozpisać role, wyszłoby z "Wakacji" coś znacznie lepszego. Nie można jednak odmówić im ogromnego uroku i bardzo pozytywnej chemii między Grantem a Hepburn.
A jednak, wybija się Lew Ayres w drugoplanowej roli uzależnionego od pieniędzy ojca pijaka, niespełnionego muzyka, młodszego brata Hepburn. Nie stanowi w "Wakacjach" roli napędzającej akcję, od niego jednego nic nie jest zależne, jego Ned jest raczej cichym, zamroczonym alkoholem obserwatorem. Ciche poparcie dla "czarnej owcy" Lindy (Hepburn), słabość charakteru, która wpędziła go w nałóg, zblazowanie i wdzięk. Scena noworocznego przyjęcia, życzenia dla siostry i krótki monolog o upijaniu się (z butelką w ręce). Niby niepokorny, a jednak posłuszny, niby ciągle pijany, a najbardziej wnikliwy z całej rodziny. Niezwykle podobał mi się Ayres w tej roli i jego chrapliwy, pijany szept "happy new year".
Na marginesie, czy Cary Grant to jedyny aktor, który zagrał zarówno z Katharine, jak i z Audrey? Chwila, dumam, dumam... Wiem, Humphrey Bogart. Inni?
"Kwiat kaktusa", reż. Gene Saks.
Goldie Hawn jako Toni Simmons.
Ingrid Bergman, Walter Matthau, 1969 rok.
Z tego filmu ponad czterdzieści lat później zrobiono "Just Go With It", które zaskakująco polubiłam. Aczkolwiek oryginałowi w reżyserii Saksa nie można odmówić większej inteligencji, subtelniejszego humoru i klasy, nie zmienia to faktu, że ani "Just Go With It", ani "Kwiat kaktusa" nie pozostają na dłużej w pamięci. Oryginał jest zupełnie sympatyczną komedią, ale szału nie ma, głównie dlatego, że Matthau i Bergman rozmijają się komediową charyzmą. To znaczy, Matthau ją posiada, a Bergman jakby mniej.
Jednak od pierwszej sceny Goldie Hawn kradnie film i nie odpuszcza do samego końca. Można by się zastanawiać czy tak błyszczy ze względu na własną grę, czy przez niedopasowanie Matthau i Bergman, które czyni ich relację nieco sztywną.
Ale, ale! "Kwiat kaktusa" był (chyba) debiutem Hawn na dużym ekranie, w każdym razie pojawiają się magiczne słowa "introducing Goldie Hawn". I jest to najbardziej udane introduction, jakie pamiętam.
Hawn jest świetna w roli emocjonalnej, nieco naiwnej kochanki starszego, w teorii żonatego mężczyzny. Urocza, trzpiotowata, ale ciągle stawiająca na swoim, prośbą lub groźbą. Jest optymistyczna, pozytywna, prędzej coś zrobi, niż pomyśli, ale w finiszu nadal ma dużo do powiedzenia. Przy sztywności pary głównych bohaterów, to Hawn (czasem z Matthau, czasem z Rickiem Lenzem, który również gra całkiem uroczą rolę) wprowadza naprawdę komediowy klimat, a idzie jej to genialnie.
Filmów z Goldie Hawn oglądałam... Chyba żadnego! A nie, przepraszam, "Wszyscy mówią: kocham Cię". I nigdy bym się nie spodziewała tak dobrej roli po tej aktorce, i jestem Goldie z "Kwiatu kaktusa" całkiem zachwycona.
"Matrix Reaktywacja", reż. Andy i Lana Wachowski.
Lambert Wilson jako Merowing. Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie - Anne Moss, 2003 rok.
Ostatnia rola pochodzi z zupełnie innej bajki i funkcjonuje na zupełnie innej zasadzie. "Matrix Reaktywacja" to bardzo widowiskowy film, z którego wiele scen może pozostać w pamięci, niestety owa widowiskowość nie zmienia go w film dobry, tym na pewno nie jest. Nie jest również filmem złym, tego miana dostępuje dopiero "Matrix Rewolucje" (oj, trauma trwa do dziś, ile to już lat...).
Tutaj Lirito po części sama pozostaje dla siebie niewiadomą, dlaczego Lambert Wilson w krótkiej scenie Merowinga jest najczęściej przywoływanym przeze mnie przykładem bardzo dobrej roli w bardzo przeciętnym filmie. Nawet nie jestem taka pewna, czy jego rola rzeczywiście zwala z nóg, chyba nie zwala... A jednak, właśnie jego z "Matrixa Reaktywacji" pamiętam (i nie dlatego, że mi się podoba, już to kiedyś rozważałam). Pamiętam wino, które pije, pamiętam ton i akcent, z jakim mówi, pamiętam monolog dotyczący przyczyny i skutku, i pamiętam jego poirytowanie, kiedy żona robi mu psikusa.
Handlarz informacją, zdradzony mąż, filozof na wyrost, irytujący Merowing jest również ciekawym Merowingiem i jego monolog pozostaje w pamięci. A w takim nagromadzeniu postaci, wątków i efektów specjalnych wyjść na pierwszy plan pięciominutową sceną... Tak, Wilson zasługuje na mały aplauz, nawet jeśli tylko z mojej strony.
Cóż mogę dodać, pojawiłyby się nazwiska stałych mistrzów drugiego planu, ale jednak dzisiaj rozchodziło się o filmy raczej mdłe, więc stałych mistrzów zmilczę. Poza Woody Harrelsonem, który z każdej roli potrafi zrobić szał, zaraz obok Chrisa Coopera, Williama Fichtnera, Marisy Tomei i Lee Pace'a. Ale to inna kategoria filmów, innej kategorii wpis.
A Liritio co robi? Chyba wraca. Chyba tak.
Konflikt zaczyna się, kiedy film średni trzymamy w pamięci dla błahostki, szczegółu, drobnostki. Bo i nie ma jak o tym wspomnieć, bez wyciągania całości z wora różności (rym, rym jest, hura), ale że film taki sobie, wywlekanie przed publikę też nieco bezcelowe. A może to jedna scena, jedna naprawdę dobra scena, może to motyw muzyczny, który nie pozwala Wam zasnąć. Wreszcie, może to jedna rola z któregoś planu, jedna rola, która błyszczy i zostaje w pamięci.
Dzisiaj kilka ról, które pamiętam od lat (albo od wczoraj), z drugich planów filmów w mojej ocenie zupełnie przeciętnych. Ułożone chronologicznie i subiektywnie podsumowane.
"Wakacje", reż. George Cukor.
Lew Ayres jako Ned Seton.
Katharine Hepburn, Cary Grant, 1938 rok.
Kilka dni temu obejrzałam całkiem uroczy, zwięzły film, jeden z czterech tytułów tandemu Hepburn - Grant. Nie był zły, absolutnie, ale też nic specjalnego. Jeśli mówić o komediach tamtych czasów, Liritio bardzo docenia prostotę, ale w "Wakacjach" owa prostota łączy się niestety z głupotą fabuły. Chociaż może nie tyle głupotą, co słabą wiarygodnością, czy to charakterów, czy głównego konfliktu. A szkoda, gdyby mniej sztampowo rozpisać role, wyszłoby z "Wakacji" coś znacznie lepszego. Nie można jednak odmówić im ogromnego uroku i bardzo pozytywnej chemii między Grantem a Hepburn.
A jednak, wybija się Lew Ayres w drugoplanowej roli uzależnionego od pieniędzy ojca pijaka, niespełnionego muzyka, młodszego brata Hepburn. Nie stanowi w "Wakacjach" roli napędzającej akcję, od niego jednego nic nie jest zależne, jego Ned jest raczej cichym, zamroczonym alkoholem obserwatorem. Ciche poparcie dla "czarnej owcy" Lindy (Hepburn), słabość charakteru, która wpędziła go w nałóg, zblazowanie i wdzięk. Scena noworocznego przyjęcia, życzenia dla siostry i krótki monolog o upijaniu się (z butelką w ręce). Niby niepokorny, a jednak posłuszny, niby ciągle pijany, a najbardziej wnikliwy z całej rodziny. Niezwykle podobał mi się Ayres w tej roli i jego chrapliwy, pijany szept "happy new year".
Na marginesie, czy Cary Grant to jedyny aktor, który zagrał zarówno z Katharine, jak i z Audrey? Chwila, dumam, dumam... Wiem, Humphrey Bogart. Inni?
"Kwiat kaktusa", reż. Gene Saks.
Goldie Hawn jako Toni Simmons.
Ingrid Bergman, Walter Matthau, 1969 rok.
Z tego filmu ponad czterdzieści lat później zrobiono "Just Go With It", które zaskakująco polubiłam. Aczkolwiek oryginałowi w reżyserii Saksa nie można odmówić większej inteligencji, subtelniejszego humoru i klasy, nie zmienia to faktu, że ani "Just Go With It", ani "Kwiat kaktusa" nie pozostają na dłużej w pamięci. Oryginał jest zupełnie sympatyczną komedią, ale szału nie ma, głównie dlatego, że Matthau i Bergman rozmijają się komediową charyzmą. To znaczy, Matthau ją posiada, a Bergman jakby mniej.
Jednak od pierwszej sceny Goldie Hawn kradnie film i nie odpuszcza do samego końca. Można by się zastanawiać czy tak błyszczy ze względu na własną grę, czy przez niedopasowanie Matthau i Bergman, które czyni ich relację nieco sztywną.
Ale, ale! "Kwiat kaktusa" był (chyba) debiutem Hawn na dużym ekranie, w każdym razie pojawiają się magiczne słowa "introducing Goldie Hawn". I jest to najbardziej udane introduction, jakie pamiętam.
Hawn jest świetna w roli emocjonalnej, nieco naiwnej kochanki starszego, w teorii żonatego mężczyzny. Urocza, trzpiotowata, ale ciągle stawiająca na swoim, prośbą lub groźbą. Jest optymistyczna, pozytywna, prędzej coś zrobi, niż pomyśli, ale w finiszu nadal ma dużo do powiedzenia. Przy sztywności pary głównych bohaterów, to Hawn (czasem z Matthau, czasem z Rickiem Lenzem, który również gra całkiem uroczą rolę) wprowadza naprawdę komediowy klimat, a idzie jej to genialnie.
Filmów z Goldie Hawn oglądałam... Chyba żadnego! A nie, przepraszam, "Wszyscy mówią: kocham Cię". I nigdy bym się nie spodziewała tak dobrej roli po tej aktorce, i jestem Goldie z "Kwiatu kaktusa" całkiem zachwycona.
"Matrix Reaktywacja", reż. Andy i Lana Wachowski.
Lambert Wilson jako Merowing. Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie - Anne Moss, 2003 rok.
Ostatnia rola pochodzi z zupełnie innej bajki i funkcjonuje na zupełnie innej zasadzie. "Matrix Reaktywacja" to bardzo widowiskowy film, z którego wiele scen może pozostać w pamięci, niestety owa widowiskowość nie zmienia go w film dobry, tym na pewno nie jest. Nie jest również filmem złym, tego miana dostępuje dopiero "Matrix Rewolucje" (oj, trauma trwa do dziś, ile to już lat...).
Tutaj Lirito po części sama pozostaje dla siebie niewiadomą, dlaczego Lambert Wilson w krótkiej scenie Merowinga jest najczęściej przywoływanym przeze mnie przykładem bardzo dobrej roli w bardzo przeciętnym filmie. Nawet nie jestem taka pewna, czy jego rola rzeczywiście zwala z nóg, chyba nie zwala... A jednak, właśnie jego z "Matrixa Reaktywacji" pamiętam (i nie dlatego, że mi się podoba, już to kiedyś rozważałam). Pamiętam wino, które pije, pamiętam ton i akcent, z jakim mówi, pamiętam monolog dotyczący przyczyny i skutku, i pamiętam jego poirytowanie, kiedy żona robi mu psikusa.
| Nie mogłam się powstrzymać, na pierwszy rzut oka widać, że Wilson zaraz zatrze łapki i powie "sesese". |
Cóż mogę dodać, pojawiłyby się nazwiska stałych mistrzów drugiego planu, ale jednak dzisiaj rozchodziło się o filmy raczej mdłe, więc stałych mistrzów zmilczę. Poza Woody Harrelsonem, który z każdej roli potrafi zrobić szał, zaraz obok Chrisa Coopera, Williama Fichtnera, Marisy Tomei i Lee Pace'a. Ale to inna kategoria filmów, innej kategorii wpis.
A Liritio co robi? Chyba wraca. Chyba tak.
wtorek, 2 lipca 2013
"Hands Across the Table", reż. Mitchell Leisen
Idąc za głosem wewnętrznej krytyki Liritio przyznaje się do pewnej niekonsekwencji. Mianowicie, jak na osobę, która uparcie twierdzi, że odczuwa znużenie tym "starym kinem", oglądam owego kina całkiem sporo. Nuży mnie, prawda, też irytuje mnie uparta obyczajowa poprawność tamtych lat i czasem tracę cierpliwość do dawnej maniery aktorów.
Ostatnio świat był wobec Liritio brutalny, napatoczył twór przykry, nudny i paskudny (bez głupiego rymu nie ma prawdziwego wpisu), "Listy do Julii", które przyprawiły mnie o ból zębów i rwanie włosów z głowy. O rany, cóż to jest za beznadziejny, sztampowy i przesłodzony film! Co w obsadzie robią Gael Garcia Bernal i Vanessa Redgrave, naprawdę nie wiem. Chałturzą? "Listy do Julii" starałam się wymazać z pamięci, strząsnąć z siebie niczym pies wodę. Potrzebowałam szybkiej odtrutki.
I teraz tak, powolne tempo to jedno, poprawność drugie, ale bezpudłowa możliwość cieszenia oczu delikatnością prowadzonej fabuły i wdzięcznymi aktorami, to jest zupełnie inne trzecie.
W tym czarno białe komedie nie zawodzą, chociaż charakterystyczny styl kina pierwszej połowy XX wieku nie jest mi bliski tak, jak bliski mi jest klimat chociażby "Czterech wesel i pogrzebu". Natomiast uspokaja mnie natychmiastowo, lubię patrzeć na te powolne, urocze filmy, które w moim rozrachunku są bardzo bliskie bajkom. Stare kino to takie bajki dla Liritio.
"Hands Across the Table" rozpoczyna się od młodej manikiurzystki, Regi, której celem w życiu jest znalezienie bogatego męża.
Właśnie coraz lepiej poznaje swojego nowego klienta, czarującego milionera na wózku inwalidzkim, który traktuje ją jak bliską przyjaciółkę, trochę urzeczony urodą, trochę czupurną bezpośredniością. Nie krzywcie się, Regi nie jest harpią, która z całkowitym wyrachowaniem goni za pieniędzmi. Pana milionera traktuje z sympatią, rzeczywiście z czasem staje się on jej przyjacielem, a uparta Regi nie budzi irytacji czy niechęci, raczej rozbawienie, bo przecież świetnie wiemy jak to się wszystko skończy. Szybko bowiem poznajemy drugą stronę historii, grającego w klasy Teda, inaczej Theodora Drew III. Brzmi dumnie, co nie zmienia faktu, że Ted jest pełnym uroku bankrutem i obibokiem zaręczonym z pewną bogatą panną.
Lirito lubi minimalizm w treści, a małe mieszkanko Regi, w którym Ted bąbluje przez kilka dni (które rzekomo spędza na Bermudach, ale przez pijany wieczór spóźnia się na statek) idealnie odpowiada równie mało skomplikowanej historii. Kwestie są dwie, jedną jest podobieństwo, drugą jest upór w planie poślubiania pieniędzy. A Ted i Regi to dwie strony tej samej monety: nie do końca poważni, nie od końca głupawi, niby lekkoduszni, ale z oczami utkwionymi w pewnym horyzoncie ze złotą górą małżeństwa dla pieniędzy. Dogadują się więc nieco zbyt dobrze, żeby nie wynikły z tego kłopoty.
Narzeczona Teda otrzymuje telefon z wczasów ukochanego, scena, w której Lombard udaje telefonistkę jest jedną z wielu całkiem czarujących żartów tego filmu. Od grania w klasy czy przeganiania niechcianych absztyfikantów, po lampę z solarium (jak Bermudy, to opalenizna przecież) i rzucanie monetą, czy Ted szuka pracy, czy idą jeść gulasz. Lirito lubi i drobnostki, skromne cuda i codzienność przenoszoną na ekran. Jak pisałam tutaj, brak luksusowych statków i diamentów, mnie w to graj, Regie i Ted mają swój dach, uciułaną kolację i randkę spędzaną na leczeniu czkawki.
Romans. Tak, romans oczywiście jest. Taki przyczajony, skoro oboje trzymają się planu... Niezliczone papierosy wypalone w ciemnym oknie, pytania zadawane pół żartem, pół serio, krótkotrwałe, radosne dzielenie mieszkania i niezliczone wątpliwości co do ciągu dalszego.
Czyli wyśmienicie zagrana prosta historia, bardzo skromny film, o tym pamiętajcie. Carole Lombard widziałam na ekranie już wcześniej, ale Fred MacMurray nawinął mi się po raz pierwszy i jestem trochę zakochana. Głownie przez błyskotliwość dialogu, a dialogi są rzeczywiście cudne. "Hands Across the Table" to film gadany, całość tworzy chemia między Lombard i MacMurrayem, ta dwójka ładnie iskrzy na ekranie, są wdzięczni i radośni, pasują razem. Duet pierwszej klasy plus dobry scenariusz i mnie więcej nie potrzeba.
Ostatnio świat był wobec Liritio brutalny, napatoczył twór przykry, nudny i paskudny (bez głupiego rymu nie ma prawdziwego wpisu), "Listy do Julii", które przyprawiły mnie o ból zębów i rwanie włosów z głowy. O rany, cóż to jest za beznadziejny, sztampowy i przesłodzony film! Co w obsadzie robią Gael Garcia Bernal i Vanessa Redgrave, naprawdę nie wiem. Chałturzą? "Listy do Julii" starałam się wymazać z pamięci, strząsnąć z siebie niczym pies wodę. Potrzebowałam szybkiej odtrutki.
I teraz tak, powolne tempo to jedno, poprawność drugie, ale bezpudłowa możliwość cieszenia oczu delikatnością prowadzonej fabuły i wdzięcznymi aktorami, to jest zupełnie inne trzecie.
W tym czarno białe komedie nie zawodzą, chociaż charakterystyczny styl kina pierwszej połowy XX wieku nie jest mi bliski tak, jak bliski mi jest klimat chociażby "Czterech wesel i pogrzebu". Natomiast uspokaja mnie natychmiastowo, lubię patrzeć na te powolne, urocze filmy, które w moim rozrachunku są bardzo bliskie bajkom. Stare kino to takie bajki dla Liritio.
![]() |
| Ona planuje wygodną przyszłość, on gra w klasy, czyli romantyzm |
Właśnie coraz lepiej poznaje swojego nowego klienta, czarującego milionera na wózku inwalidzkim, który traktuje ją jak bliską przyjaciółkę, trochę urzeczony urodą, trochę czupurną bezpośredniością. Nie krzywcie się, Regi nie jest harpią, która z całkowitym wyrachowaniem goni za pieniędzmi. Pana milionera traktuje z sympatią, rzeczywiście z czasem staje się on jej przyjacielem, a uparta Regi nie budzi irytacji czy niechęci, raczej rozbawienie, bo przecież świetnie wiemy jak to się wszystko skończy. Szybko bowiem poznajemy drugą stronę historii, grającego w klasy Teda, inaczej Theodora Drew III. Brzmi dumnie, co nie zmienia faktu, że Ted jest pełnym uroku bankrutem i obibokiem zaręczonym z pewną bogatą panną.
Lirito lubi minimalizm w treści, a małe mieszkanko Regi, w którym Ted bąbluje przez kilka dni (które rzekomo spędza na Bermudach, ale przez pijany wieczór spóźnia się na statek) idealnie odpowiada równie mało skomplikowanej historii. Kwestie są dwie, jedną jest podobieństwo, drugą jest upór w planie poślubiania pieniędzy. A Ted i Regi to dwie strony tej samej monety: nie do końca poważni, nie od końca głupawi, niby lekkoduszni, ale z oczami utkwionymi w pewnym horyzoncie ze złotą górą małżeństwa dla pieniędzy. Dogadują się więc nieco zbyt dobrze, żeby nie wynikły z tego kłopoty.
Narzeczona Teda otrzymuje telefon z wczasów ukochanego, scena, w której Lombard udaje telefonistkę jest jedną z wielu całkiem czarujących żartów tego filmu. Od grania w klasy czy przeganiania niechcianych absztyfikantów, po lampę z solarium (jak Bermudy, to opalenizna przecież) i rzucanie monetą, czy Ted szuka pracy, czy idą jeść gulasz. Lirito lubi i drobnostki, skromne cuda i codzienność przenoszoną na ekran. Jak pisałam tutaj, brak luksusowych statków i diamentów, mnie w to graj, Regie i Ted mają swój dach, uciułaną kolację i randkę spędzaną na leczeniu czkawki.
Romans. Tak, romans oczywiście jest. Taki przyczajony, skoro oboje trzymają się planu... Niezliczone papierosy wypalone w ciemnym oknie, pytania zadawane pół żartem, pół serio, krótkotrwałe, radosne dzielenie mieszkania i niezliczone wątpliwości co do ciągu dalszego.
Czyli wyśmienicie zagrana prosta historia, bardzo skromny film, o tym pamiętajcie. Carole Lombard widziałam na ekranie już wcześniej, ale Fred MacMurray nawinął mi się po raz pierwszy i jestem trochę zakochana. Głownie przez błyskotliwość dialogu, a dialogi są rzeczywiście cudne. "Hands Across the Table" to film gadany, całość tworzy chemia między Lombard i MacMurrayem, ta dwójka ładnie iskrzy na ekranie, są wdzięczni i radośni, pasują razem. Duet pierwszej klasy plus dobry scenariusz i mnie więcej nie potrzeba.
Etykiety:
Carole Lombard,
film,
Fred MacMurray,
komedia,
romans,
stare kino,
USA
poniedziałek, 10 czerwca 2013
W pięć filmów bawię się i ja.
Łańcuszek czy nie, myśl mi się podoba, chociaż chwalenie się wiekiem to inna para butów. Ale też, co ma wiek do wiatraka (tzn. piernik, ale zachciało mi się sparafrazować, nigdy nie obiecywałam, że będę poważną osobą), czyli do blogowania. Wiek jaki jest, każdy widzi (chociaż akurat Liritio zawsze wyglądała na młodszą, co doceniła dopiero niedawno).Będzie wstęp, nie ma przebacz, do konkretnych pięciu filmów zjedźcie sobie niżej.
Zabawne, że film żadnego z moich ulubionych reżyserów czy scenarzystów nie miał premiery w 1987 roku, a na pewno żaden znaczący film. Po części ze względu na ich wiek, nie każdy z moich ulubieńców był reżyserem czegokolwiek w 1987 roku. Fincher jeszcze robił reklamy i dopiero miał kręcić teledyski z Madonną, Guy Ritchie nie mam pojęcia co też wtedy wyczyniał, ale zapewne jeszcze nie sądził, że i w jego życiu Madonna okaże się istotna. Soderbergh dopiero nakręcił krótkometrażowego "Winstona", który przerodził się potem w jego znany debiut "Seks, kłamstwa i kasety wideo", a Wes Anderson istniał, ale również nie mam pojęcia czym się w 1987 zajmował. Richard Curtis pisał do "Czarnej żmii", Grant Heslov grywał w serialach telewizyjnych i nie wiem czy już znał Clooneya, czy jeszcze nie, a Tony Gilroy... Cóż, Gilroy robił coś jeszcze innego, może pisał skrypty do reklamówek proszku do prania.
Jednak są również ci znacznie (albo nieznacznie) starsi, doświadczeni tytani (albo niekoniecznie tytani) kina, których bardzo cenię, śledzę twórczość i staram się coraz lepiej poznawać. Najwyraźniej 1987 rok nie był ich rokiem. Ani Kusturica, ani Polański, ani Altman nic ciekawego, ani Frears, ani...
Za to rok kolejny, 1988, był dla tych panów owocny, premiery miały "Czas cyganów" Kusturicy, klejnot filmografii Frearsa, czyli "Niebezpieczne związki", "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Scorsese, "Frantic" Polańskiego...
Tylko Altman wypuszczał jakieś nie najlepsze filmy w tym 1987 roku i kolejnych, żeby dopiero w latach 90tych wrócić z czymś ciekawszym.
Nic to, życie, najwyraźniej rok mojego urodzenia to również rok kręcenia dobrych filmów, które premiery miały nieco później.
Kończąc rozwlekłe szastanie nazwiskami i tytułami, pięć filmów w moim wieku. Wybrane subiektywnie, z powodów bliżej niedefiniowalnych skojarzeniami i sentymentami obciążone.
Zaczniemy filmem - ikoną, tanecznie sprawnym, fabularnie nieco mniej, kłania się Dirty Dancing.Antypatia do Patricka Swayze to jedno, niejakie znudzenie przesadnie poważną historią to drugie, totalny brak zainteresowania schematem "buntownik i stłamszona królewna" to trzecie.
Co nie zmienia faktu, że ów boleśnie przetłumaczony "Wirujący seks" wrył się w historię kina i odniesienia do filmu pojawiają się wszem i wobec od lat.
Jeśli chodzi o sentymentalne skojarzenia z "Dirty Dancing" to wolę radosne "Grease", ale i "Dirty Dancing" moją sympatię budzi. Jest takie niewinne, nieporadne, naturalne i naiwne, zupełnie jak główna bohaterka. Kojarzy mi się z czasami, kiedy ta cała historyjka wydawała mi się urocza, a zdanie "nikt nie stawia Baby w kącie" (czy jakoś tak) prawie mnie ekscytowało. Jak widzicie, Liritio tęskni za czasami, w których nieco więcej ją ekscytowało. Zblazowanie to choroba.
Oczywiście jeśli "Dirty Dancing", to przecież ścieżka dźwiękowa i "Time of My Life". Niezapomniany oscarowy hit (a na pewno nie dają nam o nim zapomnieć), podobnie nie trzeba chyba nikogo zapoznawać z "Hungry Eyes", "Stay" czy "Be My Baby". A "She's Like the Wind" to piosenka z tego filmu najlepsiejsza i zdania nie zmienię.
Kontynuując, The Living Daylights.
Przedostatni Bond w reżyserii Johna Glena, odpowiedzialnego za późniejszą "Licencję na zabijanie", straszną "Ośmiorniczkę", brawurowo przesadzony "Zabójczy widok", do którego mam trwałą słabość, oraz nijaki romansik z "Tylko dla Twoich oczu".
Jednocześnie pierwszy Bond Timothy'ego Daltona, a lubię go w roli Bonda, chociaż moim faworytem pozostanie na zawsze czarujący Roger Moore i czeka mnie zbiorowy lincz za niechęć do Seana Connery'ego.
Dalton był czymś nowym i całkiem nieźle wykombinowanym, nie bardzo rozumiem dlaczego jego nieco mroczny Bond ze znacznie mniej frywolnym podejściem do życia nie obudził większego entuzjazmu.
Niemniej, "The Living Daylights" to jeden z pierwszych filmów o 007, który wydobywam z pamięci. Teraz trzy sprawy są istotne: rola Daltona, całkiem niezła piosenka A-Ha (chociaż na tle otwierających Bonda piosenek akurat ta szału nie robi) i scena zjeżdżania na wiolonczeli z ośnieżonej góry, pod ostrzałem tych złych. O tak, odstawiony Bond, piękna wiolonczelistka, zjazd na wiolonczeli... Kwintesencja.
Idąc dalej, The Witches of Eastwick.
Jaki to jest cudowny film! Kicz, brawura, zabawa, obsada pierwszej klasy, dziwna fabuła kojarząca się z horrorem klasy C, ale też z czymś fantastycznym, wyobraźnia Updike'a zadziałała.
I oczywiście "Nessun Dorma" Pucciniego. Aria operowa będąca jedną z tych najbardziej znanych, ale jest przyczyna. Mocne wykonania i mocny tekst, "all'alba vincerò! Vincerò! Vincerò!" ("o świcie wygram! Wygram! Wygram!"). Znana melodia, znane wykonania, ale jeśli Pavarotti coś zaśpiewał, nie może być nieznane. Chociaż osobiście bym się kłóciła nad sławnym wykonaniem Pavarottiego, mnie Franco Corelli bardziej pasuje, mimo że brak mu pewnej lekkości.
Ale wracając do filmu. Trzy piękne, opętane niewiasty (Cher, Pfeiffer, Sarandon), ich Diabeł, Nicholson, i jego zastanawiający lokaj, Fidel. Oczywiście, jak mógłby Nicholson nie grać Diabła? Jest równie dobrym Diabłem, jak był Jokerem, Jackiem Torrancem i Jessupem z "Ludzi honoru". Jest straszny, jest groteskowy, jest zabawny, ale niezmiennie przerażający. I pięknie.
Trochę oszukując filmem czwartym, skieruję Was do wpisu na temat Moonstruck w reżyserii Normana Jewisona, też z 1987 roku. Młody, niekarykaturalny Nicolas Cage i świetny drugi plan. Urocza, prosta historia romansu i dopracowanie szczegółów, dopracowanie kolejnych planów, a przy tym wdzięk. Dlaczego tak mało ludzi zna ten film?
Kończąc wywód, Der Himmel über Berlin Wima Wendersa. Film, który znacie w zgwałconej wersji melodramatu z Hollywood jako "Miasto Aniołów".
Film Wendersa nie przypomina Hollywood, jest charakterystycznym kinem europejskim, które nie do końca wygodnie się ogląda. Może się dłuży, może szarżuje poetyckimi monologami, może wymaga koncentracji.
"Niebo nad Berlinem" to piękny film, tylko trudno go bez zniecierpliwienia obejrzeć. Upadłe anioły, nieupadłe anioły, życie powojennego Berlina i akrobatka z cyrku. Mnie zawsze urzekał ten cyrk i owa akrobatka.
A wisienką na torcie może być Peter Falk, którego znacie jako komisarza Columbo, też dostaje swój monolog i idzie mu pięknie. Monolog akrobatki jest cięższy do przełknięcia, jednak trzeba uzbrajać się w cierpliwość.
Dwa smętnie szare anioły z nieba nad Berlinem. Liritio potrafi wymienić wiele powodów, które zniechęcą Was do tego filmu, mnie też zniechęcają. Ale i tak oglądam czasem kolejny raz, jakaś magia nadal w "Niebie nad Berlinem" tkwi.
Mariusz wymyślił sobie, że pięć filmów w moim wieku chce poznać, ma za swoje.
A teraz Liritio chce poznać pięć filmów Judith, Tamaryszka i Marigolden. Życzenie Liritio można zignorować (nieładnie), ewentualnie na temat wieku dowolnie kłamać dla własnej wygody wyboru i wedle uznania (niekoniecznie).
Etykiety:
Cher,
dramat,
fantastyka,
film,
Francja,
Jack Nicholson,
komedia,
muzyka,
Niemcy.,
prywatny cyrk,
romans,
sensacja,
taneczny,
USA,
Wielka Brytania
sobota, 13 kwietnia 2013
"Wesele w Sorrento", reż. Susanne Bier.
Oglądanie przepięknych włoskich widoków z wiosenną zimą w polskim plenerze może przyprawić o szczękościsk zazdrości, ucisk tęsknoty za słońcem i histerię (kieeeedy minie zima?). Na szczęście niebo się przejaśniło (SŁOŃCE! nie widziałam słońca już tak długo, szczęście niepojęte), odetchnęłam z ulgą. Włoskie panoramy mogę już oglądać bez palpitacji serca.
Zrozumcie z powyższego pogodowego rozbiegu, że zdjęcia są w filmie najlepsze. I muzyka. Reszta nie jest zła, ale dojdziemy do moich wątpliwości za chwilę, jeszcze zostańmy przy części wizualnej. Włoskie, ciepłe słońce, ujęcia nadmorskiego miasta, bezczelnie piękne. Stara willa, zaułki, wąskie, południowe uliczki... W kontraście zimna w kolorycie Dania, chociaż też słoneczna, ale to inne światło, momentalnie pryska rozmarzenie o dolce vita, wraca chłodna rzeczywistość zdradzanej żony i sfrustrowanego wdowca. "Wesele w Sorrento" to bez wątpienia pięknie nakręcony film i nieźle zagrany, więc jak macie zamiar obejrzeć coś lżejszego, bez hollywoodzkiego zacięcia, będzie jak znalazł.
Szybki zarys akcji: Ida jedzie do Włoch na ślub córki, jedzie również Philip, ojciec pana młodego, ona wjeżdża w jego samochód przy cofaniu, on trochę krzyczy i proszę, jest zawiązanie znajomości. Mąż Idy wpada na ślub z kochanką, ciotka pana młodego ostrzy sobie pazurki na Philipa, a z młodymi coś jest nie tak. Rodzinne kiszenie się we włoskiej willi jest świetnym materiałem na lżejszy dramat
Na co ja się marszczę? Za proste to wszystko. Bier opowiada trudną historię jakby była to bajka dla grzecznych dzieci. Skończyłaś chemioterapię, nie masz włosów, a mąż zdradza Cię z koleżanką z pracy w wieku Twojej córki? Spokojnie, każdy może być księżniczką, wystarczy chwilę poczekać i pojechać do Włoch.
Nawet nie chodzi o przesadnie układną historię kobiety, która ma za sobą ciężkie przejścia i los się odmienia, to może i bajka, ale ładna, pozytywna. Tylko że ja wolałabym wersję mniej polukrowaną. Zabawne, że początkowe sceny duńskie są znacznie lepsze, potem we Włoszech prowadzona jest nieco zbyt wygładzona historyjka, i ponownie duńskie sceny końcowe są znowu lepsze. Jakby opuszczenie Włoch sprowadzało wszystkich na ziemię.
Ale to miał być przecież lekki film, więc "Wesele w Sorrento" nie rozczarowuje na tym polu. Natomiast jak na film Susanne Bier... "W lepszym świecie" mnie nie powaliło, ale miało inny ciężar gatunkowy. "Otwarte serca" również, a "Tuż po weselu" to kino, do którego nie mam zastrzeżeń, więc... Jednak odrobina zwodu pozostała.
Drugi plan został zmarnowany, bolała mnie jego sztampowość. Kochanka męża to głupia niunia, która ma chyba być akcentem komediowym. Mąż - cham i prostak, to oczywiste - może kiedyś miał dobre serce, ale zaginęło pod warstwą tłuszczu i rozmów o pieniądzach. Tak jest najprościej, chociaż zastanawia dlaczego kobieta pokroju Idy nie opuściła go lata wcześniej, przed kochanką, przed chorobą. I w kontraście Pierce Brosnan, oczywiście bogaty przedsiębiorca, oczywiście posiadacz ziemski i oczywiście wspaniały facet, jasne, zrozumiałe, to film, ale szkoda że aż tak wrednie sportretowano jego konkurencję.
Młodzi za to zbyt przewidywalni, żeby zainteresować, problem jest dla widza oczywisty, podobnie jak oczywiste są prognozy na rozwój tego wątku. Jest jedna ciekawsza postać, ciotka pana młodego, też uproszczona, ale przynajmniej z pomysłem. Szkoda że nie rozwinięto jej historii, przede wszystkim paskudnej relacji z córką. Ponownie, konkurencja (tym razem Idy) wrednie przedstawiona.
"Wesele w Sorrento" oglądałam nie tyle z przykrością, co z lekkim niedowierzaniem, że Bier poprowadziła Idę tak łagodnie. Ale może spodziewałam się nie wiadomo czego i nie wiadomo po co? Możliwe. Szczególnie, że jest druga strona, czyli jak pięknie aktorzy poradzili sobie z banalnymi w sumie charakterami. Do Pierce'a Brosnana mam dużo szacunku odkąd po nagłym zakończeniu bondowskiego epizodu zagrał w całkiem dobrych "Kumplach na zabój" rolę podstarzałego płatnego zabójcy w depresji. I potem było coraz lepiej, lubię jego osobę, nawet jeśli nie jest aktorem fantastycznym na pewno jest wystarczająco dobry.
Paprika Steen w roli ciotki Benedikte była tak dobra, że obejrzałabym o niej całkiem oddzielny film. A młodzi aktorzy w rolach dzieci Idy i narzeczonego córki mogliby mieć swoje role u Ozpeteka i zapewne nie zawiedliby.
Wreszcie najlepsza z najlepszych, Trine Dyrholm, gdyby nie ona Ida byłaby nie do zniesienia. Potulna, stłumiona, rozżalona... A Dyrholm zmieniła ją w bardzo interesującą osobę, którą doceniałam bardziej z każdą minutą filmu.
Wisienka na torcie? Koleżanka Idy z pracy (znaczy z zakładu fryzjerskiego), coś wspaniałego, moje ulubione epizody "Wesela w Sorrento".
Oczywiście można by delikatnie inaczej, ze znacznie lepszym efektem. Czy mąż Idy nie mógłby być po prostu nieco wrednym, podstarzałym, samolubnym, egoistycznym mężem znudzonym potulną żoną? Bez tej prostackiej maniery, bez tak oczywistej rozbieżności od Brosnana? A jego kochanka odrobinę starszą koleżanką z pracy, która mimo głupoty nie zawsze mówi coś nieodpowiedniego i trochę z bezczelności, a trochę z wyrachowania zgadza się przyjechać na ten ślub. I czy Philip nie mógłby być kimś, kto nie grał kiedyś Jamesa Bonda? Zapomnimy szybko o fakcie, że po śmierci żony przez dziesięciolecia nie potrafił przestać się użalać nad złym losem i wkurzać na cały świat zaniedbując syna do tego stopnia, że dzieciak traci głowę w rozpaczliwych próbach zadowolenia ojca zamiast zająć się sobą. To jest potraktowane wzmiankowo, po łebkach, tło postaci musi być. I bach! Jak szybko można zmienić się ze złego na cały świat frustrata w pełnego nowej nadziei amanta, to włoskie słońce ciekawie działa. Albo Wróżka Zębuszka.
Zrozumcie z powyższego pogodowego rozbiegu, że zdjęcia są w filmie najlepsze. I muzyka. Reszta nie jest zła, ale dojdziemy do moich wątpliwości za chwilę, jeszcze zostańmy przy części wizualnej. Włoskie, ciepłe słońce, ujęcia nadmorskiego miasta, bezczelnie piękne. Stara willa, zaułki, wąskie, południowe uliczki... W kontraście zimna w kolorycie Dania, chociaż też słoneczna, ale to inne światło, momentalnie pryska rozmarzenie o dolce vita, wraca chłodna rzeczywistość zdradzanej żony i sfrustrowanego wdowca. "Wesele w Sorrento" to bez wątpienia pięknie nakręcony film i nieźle zagrany, więc jak macie zamiar obejrzeć coś lżejszego, bez hollywoodzkiego zacięcia, będzie jak znalazł.
Szybki zarys akcji: Ida jedzie do Włoch na ślub córki, jedzie również Philip, ojciec pana młodego, ona wjeżdża w jego samochód przy cofaniu, on trochę krzyczy i proszę, jest zawiązanie znajomości. Mąż Idy wpada na ślub z kochanką, ciotka pana młodego ostrzy sobie pazurki na Philipa, a z młodymi coś jest nie tak. Rodzinne kiszenie się we włoskiej willi jest świetnym materiałem na lżejszy dramat
Na co ja się marszczę? Za proste to wszystko. Bier opowiada trudną historię jakby była to bajka dla grzecznych dzieci. Skończyłaś chemioterapię, nie masz włosów, a mąż zdradza Cię z koleżanką z pracy w wieku Twojej córki? Spokojnie, każdy może być księżniczką, wystarczy chwilę poczekać i pojechać do Włoch.
Nawet nie chodzi o przesadnie układną historię kobiety, która ma za sobą ciężkie przejścia i los się odmienia, to może i bajka, ale ładna, pozytywna. Tylko że ja wolałabym wersję mniej polukrowaną. Zabawne, że początkowe sceny duńskie są znacznie lepsze, potem we Włoszech prowadzona jest nieco zbyt wygładzona historyjka, i ponownie duńskie sceny końcowe są znowu lepsze. Jakby opuszczenie Włoch sprowadzało wszystkich na ziemię.
Ale to miał być przecież lekki film, więc "Wesele w Sorrento" nie rozczarowuje na tym polu. Natomiast jak na film Susanne Bier... "W lepszym świecie" mnie nie powaliło, ale miało inny ciężar gatunkowy. "Otwarte serca" również, a "Tuż po weselu" to kino, do którego nie mam zastrzeżeń, więc... Jednak odrobina zwodu pozostała.
Drugi plan został zmarnowany, bolała mnie jego sztampowość. Kochanka męża to głupia niunia, która ma chyba być akcentem komediowym. Mąż - cham i prostak, to oczywiste - może kiedyś miał dobre serce, ale zaginęło pod warstwą tłuszczu i rozmów o pieniądzach. Tak jest najprościej, chociaż zastanawia dlaczego kobieta pokroju Idy nie opuściła go lata wcześniej, przed kochanką, przed chorobą. I w kontraście Pierce Brosnan, oczywiście bogaty przedsiębiorca, oczywiście posiadacz ziemski i oczywiście wspaniały facet, jasne, zrozumiałe, to film, ale szkoda że aż tak wrednie sportretowano jego konkurencję. Młodzi za to zbyt przewidywalni, żeby zainteresować, problem jest dla widza oczywisty, podobnie jak oczywiste są prognozy na rozwój tego wątku. Jest jedna ciekawsza postać, ciotka pana młodego, też uproszczona, ale przynajmniej z pomysłem. Szkoda że nie rozwinięto jej historii, przede wszystkim paskudnej relacji z córką. Ponownie, konkurencja (tym razem Idy) wrednie przedstawiona.
Paprika Steen w roli ciotki Benedikte była tak dobra, że obejrzałabym o niej całkiem oddzielny film. A młodzi aktorzy w rolach dzieci Idy i narzeczonego córki mogliby mieć swoje role u Ozpeteka i zapewne nie zawiedliby.
Wreszcie najlepsza z najlepszych, Trine Dyrholm, gdyby nie ona Ida byłaby nie do zniesienia. Potulna, stłumiona, rozżalona... A Dyrholm zmieniła ją w bardzo interesującą osobę, którą doceniałam bardziej z każdą minutą filmu.
Wisienka na torcie? Koleżanka Idy z pracy (znaczy z zakładu fryzjerskiego), coś wspaniałego, moje ulubione epizody "Wesela w Sorrento".
Oczywiście można by delikatnie inaczej, ze znacznie lepszym efektem. Czy mąż Idy nie mógłby być po prostu nieco wrednym, podstarzałym, samolubnym, egoistycznym mężem znudzonym potulną żoną? Bez tej prostackiej maniery, bez tak oczywistej rozbieżności od Brosnana? A jego kochanka odrobinę starszą koleżanką z pracy, która mimo głupoty nie zawsze mówi coś nieodpowiedniego i trochę z bezczelności, a trochę z wyrachowania zgadza się przyjechać na ten ślub. I czy Philip nie mógłby być kimś, kto nie grał kiedyś Jamesa Bonda? Zapomnimy szybko o fakcie, że po śmierci żony przez dziesięciolecia nie potrafił przestać się użalać nad złym losem i wkurzać na cały świat zaniedbując syna do tego stopnia, że dzieciak traci głowę w rozpaczliwych próbach zadowolenia ojca zamiast zająć się sobą. To jest potraktowane wzmiankowo, po łebkach, tło postaci musi być. I bach! Jak szybko można zmienić się ze złego na cały świat frustrata w pełnego nowej nadziei amanta, to włoskie słońce ciekawie działa. Albo Wróżka Zębuszka.
Etykiety:
Dania,
film,
komedia,
Pierce Brosnan,
romans,
Susanne Bier
środa, 13 marca 2013
"Daddy Long Legs", reż. Jean Negulesco.
Widzicie, z filmami kwestia jest jedna, ich odbiór to nasz prywatny odbiór (właściwie z całym życiem taka właśnie jest kwestia, ale w filozofię nie wchodźmy), stąd niewiele znaczące filmidło typu "Daddy Long Legs" może stać się znaczącym filmem - znaczącym w sensie wrażeń, niekoniecznie treści jako takiej.I tutaj zaczyna się Liritio, bo i "Tajemniczy opiekun", Fred Astaire i "Something's Gotta Give"...
Co nie zmienia przykrej prawdy, że jeśli chodzi o musicale, Negulesco czy Astaire'a, "Daddy Long Legs" nie jest szczytowym osiągnięciem w żadnej z kategorii.
Pewien amerykański milioner wybiera się do Francji (po co? nieistotne), w czarująco komicznej scenie zatapiania samochodu w błocie trafia w poszukiwaniu telefonu do prowincjonalnego sierocińca. I bam! Przez okno widzi sierotkę (Leslie Caron), coś go zauroczy, coś przyciągnie uwagę, sierotka otrzymuje stypendium, trafia do amerykańskiej szkoły i staje się wyedukowaną panienką. W tzw. międzyczasie pisuje listy do "Tatuńcia Pająka", Johna Smitha, jednocześnie w realu poznając pana Pendletona (Fred Astaire), wujka swojej współlokatorki. Trochę razem tańczą, pampampam, film się toczy...
Problem jest codzienny, ale poważny: starszy, bardzo wdzięczny Astaire, jak by się nie starał, nie jest w stanie wykrzesać śladowej chemii z Leslie Caron. Jej nie znam zbytnio (filmowo), jego owszem, nie wiem czy to kwestia z jej strony, czy zwyczajnie nie zagrało, w starszym Hollywood chyba nawet bardziej niż obecnie zestawiano nazwiska nie "chemię". Tak oto otrzymujemy Freda Astaire'a i Leslie Caron , a jeśli chodzi o elementy fabularne, ta dwójka pasuje do siebie jak pięść do nosa. Chyba że tańczą, wtedy wszystko gra, tańczą ślicznie oboje.
Sama fabuła również jest problematyczna, z całkiem przyzwoitej książki (jednej z tych zaczytanych przez Liritio) wyrwano myśl niekoniecznie nawet przewodnią, raczej rozpoczynającą, i zamieniono w film bez polotu i ducha. Dlaczego z ładnej książki dla młodzieży, która tyczy się głównie dorastania, młodzieńczego optymizmu i zderzenia z zupełnie nieznanym światem, zrobiono wątły romans, w którym akcja może i trzyma się kupy, ale brak jej jakiejkolwiek iskry? Pozostaje to niewiadomą. Chociaż wierzcie mi, obsada robi co może. Szczególnie Thelma Ritter i Fred Clark (znacie oboje, najwyżej o tym nie wiecie), czyli Griggs i panna Pritchard (on jest obowiązkowym księgowym pana Pendletona, ona nieco emocjonalną sekretarką), stworzyli w małych scenach idealny efekt komediowy, ich złośliwe dialogi są tak naprawdę najlepszym motywem "Daddy Long Legs".
A jednak, czego bym o "Daddy Long Legs" nie wypisywała, byłam całkiem zadowolona z tego filmu. Ponownie, to już Liritio...
"Tajemniczy opiekun" Jean Webster byłby zapewne jedną z książek, których nie dałabym sobie odebrać. Jest coś tak miłego, wdzięcznego i pozytywnie realistycznego w zbiorze listów Agi do Tatuńcia Pająka. Jakkolwiek film jest brutalny wobec fabuły, której tytuł zapożycza, przynajmniej miło jest ów tytuł zobaczyć z Astairem i Caron w obsadzie. Jak ciekawostkę, coś nowego, kiedy książkę przeczytałam już naście razy wzdłuż i wszerz... Przy tym, może przez musicalową otoczkę, może przez sympatycznego Astaire'a, nie drażni mnie słabość tej adaptacji (a np. wszelakie ekranizacje "Wichrowych Wzgórz" przyprawiają mnie o białą gorączkę).
I Fred Astaire, którego lubię, publicznie uparcie twierdząc co innego. Ale nie oszukam samej siebie, nawet na wyrost stwierdzając że jego pląsy mnie nudzą. Wystarczy włączyć mi jakikolwiek film z tańczącym Astairem i zapomnę o Waszej obecności w pokoju.
Może ta niespójność wynika z pewnego rozdrażnienia? Czy to skojarzeniem pierwszym, którym niezmiennie jest "Funny Face" z Audrey Hepburn, a która wydała mi się filmem słabiutkim i co gorsza nudnym. Czy to pewnym ugrzecznieniem i poprawnością niezmiennie towarzyszącym filmom Astaire'a... Sama nie wiem, coś tam tkwi na dnie oka, coś mi przeszkadza. Ale potem widzę Astaire'a kręcącego się w hotelowym korytarzu i naprawdę jest pięknie.
A jeszcze wspaniałe "Something's Gotta Give"! W filmie dziesięciominutowa scena taneczna, przetykana Astairem śpiewającym jedną z ładniejszych (w skali Liritio, która jest skalą skrzywioną przekornym charakterem autorki) piosenek, jakie dane mu było zaśpiewać. Dziesięć minut musicalu Wam daruję, szukajcie sami wedle uznania. Ale Sammy Davis Jr Astaire'owej wersji się ukłonił i prawie równie pięknie odśpiewał.
O dziwo wersja Sinatry mnie nie wzrusza, o damskich nie wspominam.
Liritio uwielbia tę piosenkę, tak samo jak uwielbia Moon River i Strangers in the Night. Czego tu nie uwielbiać?
"When an irresistible force such as you, meets an old immovable object like me..." Śliczne.
Something's Gotta Give, Sammy Davis Jr
Etykiety:
ekranizacja/adaptacja,
film,
Fred Astaire,
Jean Negulesco,
musical,
muzyka,
porównania,
romans,
stare kino,
USA
sobota, 16 lutego 2013
Bajanie.
Ostatnio oglądałam głównie bajki i koreańskie thrillery (nie pisałam Wam nigdy o moim nieprzemijającym uczuciu do "Oldboya", bójcie się).
Jedno i drugie zupełnie oderwane od rzeczywistości Liritio.
Dla wejścia w nastrój bajkowy zalecam piosenkę bardzo piękną, chociaż poza tytułem zupełnie niebajkową:
once upon another time (...) cigarette was burning slow - tak, to prawie jak bajka o Liritio.
Bajkowanie (bajanie...) zaczęłam od "Zaplątanych" - zadziwiająco przypadli mi do gustu jak na twór równie słodki. Można ich opisać prosto jako uroczych, zabawnych i przesłodzonych. Ale strawnie przesłodzonych, mnie się podobało. Pokochałam konia, który wyraźnie czuje się psem myśliwskim, a kameleon okazał się kolejnym dowodem, że zwierzęce postaci drugoplanowe są tym, co w disneyowych bajkach najlepsze. Oczywiście "Zaplątani" są romansidłem popisowym, ale jakim ładnym!
Magiczne włoski, puszczanie lampionów, złodzieje o szlachetnych sercach i niewinność atakująca patelnią, bardzo przyjemne to to. Ach, oczywiście Matka (wie najlepiej), postać budząca moją ogromną radość... Lalalala, mother knows best, motheeeeeer knows best! [piejemy z długim "e" i zamieniamy się w przebiegłą czarownicę, idealnie].
Ale Liritio lubi bajki, te Disneya również. Poza "Pinokiem", ale po prostu nie znoszę historii drewnianego chłopca w wersji jakiejkolwiek, bajkowej również. I wyłączając "Dumbo" a zaraz potem "Bambiego", bo płaczę. O "Królu Lwie" nie wspomnę, z tą bajką chyba cały świat pozostaje w relacji toksycznej miłości.
Poniekąd nadal Disney, dokładniej Pixar, w ostatnich latach najbardziej podobało mi się "Gdzie jest Nemo?"... Taak, dziesięć lat, co tam, zleciało, "Gdzie jest Nemo" nadal podbija moje serce.
Przede wszystkim: jest o rybkach! A cóż fajniejszego niż bycie rybką? Może bywanie żółwiem...
Tak czy inaczej, "Gdzie jest Nemo?" można kochać za brak romansów, za nienachalny przekaz pro-familijny, za dialogi ("bąbelki, bąbelki, moje bąbelki!"), za próby mówienia po wielorybiemu w dialekcie orki, za żółwiowe opowieści (a mały żółwik był najsłodszym kozakiem świata), za rekiny, za okrzyk "popatrz, kryl!" i za przepiękne, chóralne "Daj! Daj! Daj!". W dodatku "Beyond the Sea" śpiewa Robbie Williams, który nie bez przyczyny jest jednym z moich zupełnie najulubieńszych piosenkarzy (o czym mogliście nie wiedzieć).
A wcześniej? Że tak to ujmę, "klasyka" Disneya - dzisiaj już przy Disneyu pozostaniemy - indywidualnie i wedle preferencji można uwielbiać albo nie znosić, ale ciężko nie doceniać. Ową bliżej niedefiniowaną klasykę dzielę na dwa rokiem 1991szym ("Piękna i Bestia"). "Alladyn" (rok później) kojarzy mi się ze zmianą sposobu budowania postaci (nie tylko kobiecych), wprowadzaniem większej ilości humoru, odejściem od schematu księcia i złotowłosej piewicy (złośliwe uproszczenie, wiem). Aczkolwiek należy rozróżnić w tych najstarszych czasach bajki ludziowo - romansowe od niezmiennie cudnych zezwierzęconych fabuł.
"Aryskotraci" i "Everybody Wants to Be a Cat" - Liritio kocha do dziś bajkę, której prawie nie pamięta. Za to moja matka pewnie nadal wzdryga się na samo wspomnienie, jej niedorodna córka zakatowała klawiaturę nieudolnym brzęczeniem tej melodii. Bumbumbum, everybody, everybody, everybody wants to be a cat!
Obecnie, nawet jeśli niektórych bajek Disneya bym już nie strawiła ("niektóre" to pewna kurtuazja), jest tez drugie skojarzenie: muzyka. Ileż znakomitych ścieżek dźwiękowych, ile świetnych piosenek! "Be Our Guest" jest jedną z tych genialnych rzeczy czyniących świat znacznie lepszym.
A przy okazji wspomnień, nic tak nie uświadomi magii starych disneyowych bajek, jak przypomnienie warunków dzieciństwa i dostępności (mojej przynajmniej) tych filmów. Dość powiedzieć, że mając lat kilka oglądałam "Małą Syrenkę" wielokrotnie, ale po niemiecku. Polskiej wersji nie miałam, może nie było... Nie wiem. Tak czy inaczej, nic z dialogów nie rozumiałam i bawiłam się świetnie. Podobnie było z "Piękną i Bestią", którą w języku dla mnie zrozumiałym obejrzałam dopiero kiedy wreszcie nauczyłam się angielskiego - chociaż wtenczas mogłam już spokojnie oglądać wersję polską, ale jakoś się nie zdarzyło.
Mam wrażenie, że moje pokolenie w dużej mierze "wychowywało się" na Disneyu - między innymi oczywiście - wcześniejsze może również, ale raczej nie w Polsce... Nie wiem jak to z tym dostępem do bajek Disneya było, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby puszczali w kinie "Dumbo". Może?
Płynnym ślizgiem w trzeciej kolejności (znaczy po "Gdzie jest Nemo") trafiłam na "Zaczarowaną", z Amy Adams w roli głównej, i zadumałam się nad karierą Patricka Dempseya.
Niby przystojny z niego aktor, ale jakoś nie potrafię w nim dostrzec potencjału wykraczającego poza ramy serialowego amanta, który stał się na tyle sławny, że obecnie grywa amantów również w filmach. Jedyną jego rolą, w której dostrzegłam przebłysk czegokolwiek innego, była mocno poboczna postać niedobrego, zakłamanego kochanka Jennifer Garner w "Walentynkach".
Ale, wątek główny, "Zaczarowana" sama w sobie jest chwilami całkiem oryginalna, co często (i w tym przypadku również) jest wielkim atutem, tutaj akurat komediowym. Niestety w sporej części jest boleśnie sztampowa: mała słodka dziewczynka, samotny prawnik i ruda księżniczka zmieniająca świat na lepsze, no jasne. Niby dostrzegałam też nawiązania do różnych motywów z najsławniejszych bajek Disneya, ale jakoś mnie to nie bawiło.
Trzymając się części komediowej, pomysł z przerzucaniem postaci rysunkowych do współczesnego Nowego Jorku - dosłownie, tam wpadają w namalowaną wodę i trafiają na Manhattan - z nieco uproszczonym, ale konsekwentnym rozpisaniem ich zachowań w świecie rzeczywistym, udał się pysznie. Sprzątająca z robaczkami i myszkami Giselle (Amy Adams znaczy) byłaby zupełnie nudna w postaci rysunkowej, ale jest całkiem zabawna w "realnym" świecie, gdzie wataha gryzoni w mieszkaniu to zupełnie nie kojarząca się z bajką sprawa, raczej natychmiastowa panika i deratyzacja.
Szczególnie duet James Marsden i Timothy Spall (Książę i niecny pomagier Złej Macochy) wynoszą "Zaczarowaną" na odrobinę wyższy szczebelek. Timothy Spall uświetnia każdą scenę, w jakiej raczy się pojawić (to wiem od dawna), ale Marsden (m.in. Cyklop z "X-Men") był dla mnie zaskoczeniem. Nie podejrzewałam go nigdy o jakikolwiek talent, a już na pewno nie komediowy. Jako zadufany w sobie Książę mężnie wyskakujący z kanalizacji i stający do walki z blaszanym potworem (autobusem znaczy) sprawia się na medal. Aż chce się go ucałować w to skupione na sobie, ale pełne życzliwości dla świata czółko.
I wiewiór... Nie wiem czy widziałam w ostatnim czasie coś porównywalnie radosnego. Wiewiór z "Zaczarowanej" i jego pantomima znanej opowieści o zatrutym jabłku, starej wiedźmie i pięknej królewnie to scena z rodzaju tych, które żal ominąć.
A Susan Sarandon jest Smoczycą, przynajmniej to warto zobaczyć.
Bajkowanie wylazło ze mnie disneyowe, chociaż najfajniejszą bajką jaką kiedykolwiek widziałam było "Spirited Away", o którym nawet nie wspomniałam. Może innego pięknego dnia... Za to o nieco innej bajce napiszę oddzielnie, chociażby dla rozłożenia na czynniki pierwsze mojej niechętnej sympatii dla Freda Astaire'a - "Daddy Long Legs" to prawie "Kopciuszek", a przy tym prawie (bardzo prawie) ekranizacja mojej ulubionej książki (jednej z całego ulubionego stosu), czyli "Tajemniczego opiekuna".
Fred Astaire i Leslie Caron tańczą od Francji po Nowy Jork, resztę póki co zostawiam Waszej wyobraźni.
Jedno i drugie zupełnie oderwane od rzeczywistości Liritio.
Dla wejścia w nastrój bajkowy zalecam piosenkę bardzo piękną, chociaż poza tytułem zupełnie niebajkową:
once upon another time (...) cigarette was burning slow - tak, to prawie jak bajka o Liritio.
Bajkowanie (bajanie...) zaczęłam od "Zaplątanych" - zadziwiająco przypadli mi do gustu jak na twór równie słodki. Można ich opisać prosto jako uroczych, zabawnych i przesłodzonych. Ale strawnie przesłodzonych, mnie się podobało. Pokochałam konia, który wyraźnie czuje się psem myśliwskim, a kameleon okazał się kolejnym dowodem, że zwierzęce postaci drugoplanowe są tym, co w disneyowych bajkach najlepsze. Oczywiście "Zaplątani" są romansidłem popisowym, ale jakim ładnym!
![]() |
| Wszędzie lampiony, cóż bardziej romantycznego niż zaplątani młodzi ludzie, gondola i lampiony? |
Ale Liritio lubi bajki, te Disneya również. Poza "Pinokiem", ale po prostu nie znoszę historii drewnianego chłopca w wersji jakiejkolwiek, bajkowej również. I wyłączając "Dumbo" a zaraz potem "Bambiego", bo płaczę. O "Królu Lwie" nie wspomnę, z tą bajką chyba cały świat pozostaje w relacji toksycznej miłości.
Poniekąd nadal Disney, dokładniej Pixar, w ostatnich latach najbardziej podobało mi się "Gdzie jest Nemo?"... Taak, dziesięć lat, co tam, zleciało, "Gdzie jest Nemo" nadal podbija moje serce.
Przede wszystkim: jest o rybkach! A cóż fajniejszego niż bycie rybką? Może bywanie żółwiem...
Tak czy inaczej, "Gdzie jest Nemo?" można kochać za brak romansów, za nienachalny przekaz pro-familijny, za dialogi ("bąbelki, bąbelki, moje bąbelki!"), za próby mówienia po wielorybiemu w dialekcie orki, za żółwiowe opowieści (a mały żółwik był najsłodszym kozakiem świata), za rekiny, za okrzyk "popatrz, kryl!" i za przepiękne, chóralne "Daj! Daj! Daj!". W dodatku "Beyond the Sea" śpiewa Robbie Williams, który nie bez przyczyny jest jednym z moich zupełnie najulubieńszych piosenkarzy (o czym mogliście nie wiedzieć).
A wcześniej? Że tak to ujmę, "klasyka" Disneya - dzisiaj już przy Disneyu pozostaniemy - indywidualnie i wedle preferencji można uwielbiać albo nie znosić, ale ciężko nie doceniać. Ową bliżej niedefiniowaną klasykę dzielę na dwa rokiem 1991szym ("Piękna i Bestia"). "Alladyn" (rok później) kojarzy mi się ze zmianą sposobu budowania postaci (nie tylko kobiecych), wprowadzaniem większej ilości humoru, odejściem od schematu księcia i złotowłosej piewicy (złośliwe uproszczenie, wiem). Aczkolwiek należy rozróżnić w tych najstarszych czasach bajki ludziowo - romansowe od niezmiennie cudnych zezwierzęconych fabuł.
"Aryskotraci" i "Everybody Wants to Be a Cat" - Liritio kocha do dziś bajkę, której prawie nie pamięta. Za to moja matka pewnie nadal wzdryga się na samo wspomnienie, jej niedorodna córka zakatowała klawiaturę nieudolnym brzęczeniem tej melodii. Bumbumbum, everybody, everybody, everybody wants to be a cat!
Obecnie, nawet jeśli niektórych bajek Disneya bym już nie strawiła ("niektóre" to pewna kurtuazja), jest tez drugie skojarzenie: muzyka. Ileż znakomitych ścieżek dźwiękowych, ile świetnych piosenek! "Be Our Guest" jest jedną z tych genialnych rzeczy czyniących świat znacznie lepszym.
A przy okazji wspomnień, nic tak nie uświadomi magii starych disneyowych bajek, jak przypomnienie warunków dzieciństwa i dostępności (mojej przynajmniej) tych filmów. Dość powiedzieć, że mając lat kilka oglądałam "Małą Syrenkę" wielokrotnie, ale po niemiecku. Polskiej wersji nie miałam, może nie było... Nie wiem. Tak czy inaczej, nic z dialogów nie rozumiałam i bawiłam się świetnie. Podobnie było z "Piękną i Bestią", którą w języku dla mnie zrozumiałym obejrzałam dopiero kiedy wreszcie nauczyłam się angielskiego - chociaż wtenczas mogłam już spokojnie oglądać wersję polską, ale jakoś się nie zdarzyło.
Mam wrażenie, że moje pokolenie w dużej mierze "wychowywało się" na Disneyu - między innymi oczywiście - wcześniejsze może również, ale raczej nie w Polsce... Nie wiem jak to z tym dostępem do bajek Disneya było, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby puszczali w kinie "Dumbo". Może?
Płynnym ślizgiem w trzeciej kolejności (znaczy po "Gdzie jest Nemo") trafiłam na "Zaczarowaną", z Amy Adams w roli głównej, i zadumałam się nad karierą Patricka Dempseya.
Niby przystojny z niego aktor, ale jakoś nie potrafię w nim dostrzec potencjału wykraczającego poza ramy serialowego amanta, który stał się na tyle sławny, że obecnie grywa amantów również w filmach. Jedyną jego rolą, w której dostrzegłam przebłysk czegokolwiek innego, była mocno poboczna postać niedobrego, zakłamanego kochanka Jennifer Garner w "Walentynkach".
Ale, wątek główny, "Zaczarowana" sama w sobie jest chwilami całkiem oryginalna, co często (i w tym przypadku również) jest wielkim atutem, tutaj akurat komediowym. Niestety w sporej części jest boleśnie sztampowa: mała słodka dziewczynka, samotny prawnik i ruda księżniczka zmieniająca świat na lepsze, no jasne. Niby dostrzegałam też nawiązania do różnych motywów z najsławniejszych bajek Disneya, ale jakoś mnie to nie bawiło.
Trzymając się części komediowej, pomysł z przerzucaniem postaci rysunkowych do współczesnego Nowego Jorku - dosłownie, tam wpadają w namalowaną wodę i trafiają na Manhattan - z nieco uproszczonym, ale konsekwentnym rozpisaniem ich zachowań w świecie rzeczywistym, udał się pysznie. Sprzątająca z robaczkami i myszkami Giselle (Amy Adams znaczy) byłaby zupełnie nudna w postaci rysunkowej, ale jest całkiem zabawna w "realnym" świecie, gdzie wataha gryzoni w mieszkaniu to zupełnie nie kojarząca się z bajką sprawa, raczej natychmiastowa panika i deratyzacja.
Szczególnie duet James Marsden i Timothy Spall (Książę i niecny pomagier Złej Macochy) wynoszą "Zaczarowaną" na odrobinę wyższy szczebelek. Timothy Spall uświetnia każdą scenę, w jakiej raczy się pojawić (to wiem od dawna), ale Marsden (m.in. Cyklop z "X-Men") był dla mnie zaskoczeniem. Nie podejrzewałam go nigdy o jakikolwiek talent, a już na pewno nie komediowy. Jako zadufany w sobie Książę mężnie wyskakujący z kanalizacji i stający do walki z blaszanym potworem (autobusem znaczy) sprawia się na medal. Aż chce się go ucałować w to skupione na sobie, ale pełne życzliwości dla świata czółko.
I wiewiór... Nie wiem czy widziałam w ostatnim czasie coś porównywalnie radosnego. Wiewiór z "Zaczarowanej" i jego pantomima znanej opowieści o zatrutym jabłku, starej wiedźmie i pięknej królewnie to scena z rodzaju tych, które żal ominąć.
A Susan Sarandon jest Smoczycą, przynajmniej to warto zobaczyć.
Bajkowanie wylazło ze mnie disneyowe, chociaż najfajniejszą bajką jaką kiedykolwiek widziałam było "Spirited Away", o którym nawet nie wspomniałam. Może innego pięknego dnia... Za to o nieco innej bajce napiszę oddzielnie, chociażby dla rozłożenia na czynniki pierwsze mojej niechętnej sympatii dla Freda Astaire'a - "Daddy Long Legs" to prawie "Kopciuszek", a przy tym prawie (bardzo prawie) ekranizacja mojej ulubionej książki (jednej z całego ulubionego stosu), czyli "Tajemniczego opiekuna".
Fred Astaire i Leslie Caron tańczą od Francji po Nowy Jork, resztę póki co zostawiam Waszej wyobraźni.
niedziela, 20 stycznia 2013
"Afera Thomasa Crowna", reż. Norman Jewison.
Chciałabym napisać, że film Jewisona z 1968 roku jest znacznie lepszy niż remake z Brosnanem i Russo w rolach głównych (1999 rok), ale nie byłabym uczciwa. To znaczy, według mnie jest lepszy, zdecydowanie wybieram oryginał, nie mogę jednak powiedzieć żeby remake był bez sensu. Tak naprawdę, mimo identycznego tytułu, są to filmy raczej zainspirowane podobnym tematem, niespecjalnie do siebie podobne. Scenariusz został mocno przerobiony, podobnie jak zupełnie zmieniła się wymowa filmu i charakterystyka postaci, a w tabeli filmów będących remake'ami "Afera Thomasa Crowna" z roku 1999tego plasuje się wysoko. Przynajmniej w umysłach twórców powstał jakiś pomysł na ten "odświeżany" film.
Mnie jednak bardziej pasowała oddalona od happy - endowego, mydlanego kina atmosfera filmu Jewisona, również duet Dunaway i McQueena zyskał w moich oczach więcej uznania, a elegancja lat 60tych to klasa sama w sobie.
Pozostańmy więc na razie przy tym wcześniejszym filmie z końca lat sześćdziesiątych, w którym piękna i dobrze ubrana przedstawicielka towarzystwa ubezpieczeniowego, Vicky Anderson (Faye Dunaway rzecz jasna), stara się przechytrzyć sprytnego pana Crowna (Steve McQueen może zagrał samego siebie, ale w jaki sposób!), który okradł pewien bank ze znacznej sumy pieniędzy i nie da rady mu tego udowodnić.
Oczywiście baza dla opowieści jest prosta, ot dwoje ludzi po przeciwnych stronach barykady, jedno stara się prześcignąć drugie i można tylko zadawać sobie pytanie, na ile oboje udają, na ile stają się w udawaniu prawdziwi.
W filmie Jewisona liczy się rozrysowanie charakterów, a tutaj jest pięknie. Ani piękna Vicky nie okazuje się wszechwiedząca, ani policjant prowadzący śledztwo głupi, ani Crown aż tak nieprzenikniony. Chociaż w tym ostatnim można mieć wątpliwość.
Przede wszystkim jest szybko, prosto i do celu, ale również spokojnie, elegancja się liczy. Ona prowokuje, on jest zaciekawiony, ona zastawia pułapki, w które on nie wpada, ale zwycięstwa jednej ze stron nie widać, a remis nie wchodzi w grę. Jak ta partia szachów rozgrywana przez Vicky i Crowna, partia szachów, która napięciem bije na głowę o wiele bardziej dosłowne sceny Brosnana i Russo.
Co jest ciekawsze w oryginale Jewisona? Nie napiszę, że wszystko, niekoniecznie, do tego dojdziemy. Ale motywacja, zachowanie poszczególnych bohaterów - tutaj należy dodać pytanie, na ile remake'owi aktorzy podołali rolom, które może same w sobie wcale nie były gorsze - ten punkt mnie intrygował w jewisonowej wersji.
Thomas Crown w pewnym momencie stwierdza: "money isn't funny". Chociaż on sam czaruje wdzięczną powściągliwością i stylem bogatego finansisty z fantazją, nie da się ukryć, Thomas Crown w wykonaniu McQueena również isn't funny. Podobno "Afera Thomasa Crowna" to jedyny film, w którym McQueen naprawdę się śmieje na głos, ale nawet w tej scenie nie odczuwa się specjalnej wesołości, chociaż niewątpliwie jest sceną triumfu Crowna nad systemem.
Właśnie, czym jest ten przewijający się w dialogach system, wobec którego Crown wyraża swój bunt? Nie postrzegałabym tego terminu na określenie "systemu", o którym słuchamy przy okazji kolejnych kryzysów ekonomicznych czy pytaniach o inwigilację związaną z internetem. Mam wrażenie, że dla Crowna system był tymi kajdanami norm, nudy i zobowiązań, które wiążą codzienność. Czy Crown jest po prostu rozbestwionym małym chłopcem, który szuka kolejnej zabawki, czy przeżartym cynizmem mężczyzną, który buntuje się trochę sam przeciwko sobie, przeciwko faktowi, że może mieć (względnie) wszystko, a to nadal nie zaspokaja jakiejś niewiadomej nam potrzeby?
Finał filmu rzuca nieco światła na tę sprawę, Liritio skłania się ku interpretacji pośredniej, jakby trzeciej, jednak ostateczny wybór Crowna to starannie skalkulowana nadzieja i uśmiech półgębkiem. Ani do końca znudzony dzieciak, ani szukający celu milioner, wyrachowania bym się w Crownie doszukała. Wiadomo jednak, interpretacja jest prywatna i za to lubię film Jewisona, za nieodmówienie, za brak wskazywania palcem każdego szczegółu.
Vicky na tle Crowna wydaje się bardziej dosłowna: drapieżna panna posh na tropie samotnego wilka to wyzwanie dla ambicji, a czy również dla emocji? Niby skłonić się można ku stwierdzeniu, że jej strona gry stawała się prawdziwsza, ale według mnie nad obojgiem pozostaje spory znak zapytania. Może Vicky stoczyła wielką walkę ze sobą, a może po prostu zacisnęła wszystkie sznurki szerszej zasadzki.
Pytanie czy specjalnie tego nie nadinterpretuję pozostawię już komu innemu, chociaż widać, że Jewison chciał skłonić widza do zastanowienia.
Faye Dunaway jest dla mnie jedną z "tych" aktorek, ma klasę, talent, urodę i nie zaprzepaściła tego w głupich rolach. Czyli w jej przypadku jestem stronnicza, Wy powiecie, że przy McQueenie wypada słabo, ja powiem, że młodo. Plusem jest ich zgranie, wierzy się w tę ekranową maskaradę półuśmiechów.
A McQueen... Może tak, na ile może identyfikował się z Crownem, o tym można poczytać jedynie w artykułach, ale niezbitym dowodem na jego świetne aktorstwo jest ten film i chociaż McQueena znałam dotąd jako "tego z niebieskimi oczami z westernów", widzę że popełniałam spory błąd nie interesując się nim bardziej. Jako aktor jest bardzo dobry, jako postać wydaje się co najmniej intrygujący.
Trzecią stroną "Afery Thomasa Crowna" jest policja i brawa dla autorów scenariusza, że prowadzący śledztwo może jest postacią bardzo drugoplanową, ale pozostaje człowiekiem z krwi i kości, bez stereotypu głupiego czy zawziętego detektywa. Bywa gwałtowny, bywa zagubiony w braku poszlak, bywa wyrozumiały i ludzki, bywa też służbistą, podobał mi się aktor w tej roli (Paul Burke, nie znam pana, chociaż... nie, chyba nie znam), ale nie jest nieprawdziwy.
A zostawiając na chwilę psychologię postaci, film to część wizualna, film to dźwięk i naprawdę jest się czym cieszyć. Jewison stosuje kilka razy podzielone ekrany, najwyraźniej wtenczas była to jakaś nowość techniczna, ale taki zabieg pasuje do filmu, w którym jedna osoba orkiestruje wiele zdarzeń, nawet jeśli na małym ekranie może być irytujący. Przede wszystkim jednak muszę napisać o zdjęciach, które w chwilach kluczowych rozgrywały się w małych przestrzeniach i bliskich kadrach, ale kamera mogła się rozbuchać w momentach udawanej idylli czy oderwania Crowna (szybowiec nad lasem, czerwony samochodzik na wydmach, noc przy ognisku, może to pocztówkowe, ale miało wdzięk).
I ponownie wracam do kwestii stylu, który z każdego kadru aż się wylewa - może stąd ta elegancja Dunaway, której brakuje Russo, jak gdyby to rzeczywiście było takie proste, że w dobrej sukience od razu się klasy nabiera.
Skoczmy trzydzieści lat w przód, kiedy Pierce Brosnan, czyli Thomas Crown - pełen czaru playboy ostateczny - rozmawia z terapeutką (również Faye Dunaway, również trzydzieści lat później), która zadaje mu magiczne pytanie: "a czy kobieta mogłaby zaufać Tobie?".
I o to chyba rozbija się główna różnica między tymi filmami. Jewison nakręcił delikatny dramat złodziejski (powiedzmy...) rozgrywany w kilkunastu scenach jak ta gra w szachy, sportowo, bez przekombinowania, prawie fair. Później John McTiernan przerobił subtelny materiał w pełen wdzięcznych scen, ale jednak łopatologiczny romans ze złodziejem. Czy to dobrze, czy to źle...
Pierce Brosnan jest znacznie cieplejszym Crownem, a większa dosłowność filmu pozbawia nas problemu odgadywania jego motywów - oto mamy czarującego milionera z nieco niegrzecznym hobby. Trochę udowadnia tym swoją wyższość, trochę zabija nudę, liczy się adrenalina i wdzięk. Sam akt kradzieży przestał być manifestem genialnie przemyślanej możliwości buntu, a stał się wyrazem uroku i przewrotności doświadczonego ryzykanta, stąd zamiana pieniędzy i banku w muzeum i Moneta.
Catherine (Rene Russo) jest postacią, z którą mam największy problem i głównym zarzutem wobec inaczej całkiem przyjemnego filmu o dużej dawce czaru (Brosnana głównie). Russo nie pasuje mi wizualnie, nie trafia w mój gust i nie przekonuje mnie jako uwodzicielska pani z ubezpieczeń, chociaż ma swoje zabawne momenty, jest wystarczająco ciekawie napisaną postacią żeby uznać ją za "coś innego" i na pewno jej dojrzałość bardziej pasuje do Crowna niż absolutne piękno młodej Dunaway. Możliwe, że brak jej po prostu subtelności, czego ja prywatnie nie trawię, stąd moja niechęć do niej i negatywna opinia o roli. A drażni miejscami ten ich romans, mnie drażni brak uroku, może przesyt wybuchów namiętności w ich relacji. Ale to jest krytyka raczej szczegółowa, ogółem film się broni, zanim obejrzałam oryginał uważałam "Aferę Thomasa Crowna" za kino bardzo poprawne, do którego można spokojnie kilka razy wracać. Zresztą nadal tak jest, jak napisałam na początku, dla mnie to są jednak odrębne filmy oparte jedynie na tej samej kanwie scenariusza i ciężko je wrzucić do jednego worka.
Na pewno w filmie McTiernana więcej się dzieje wokół samej kradzieży, tutaj jest zastosowana ładna klamra fabularna z Crownem w muzeum jako clou programu. Akcja została skomplikowana, pojawiły się wątki poboczne, niekoniecznie potrzebne, ale chociaż teraz będę tęskniła za swobodą fabuły Jewisona, w wersji współcześniejszej lubię przewrotność i zawadiackość tego Crowna, lubię klimat wdzięcznego łamania zakazów.
I ogromny plus należy się za Denisa Leary, którego lubię przede wszystkim jako scenicznego komika, w roli detektywa McCanna - o ile Burke był dobrym tłem dla Dunaway i McQueena, Leary jest wyraźniejszy, widać że obmyślił sobie tę postać, nadał jej charakter, motywy, początek i koniec, bardzo ładnie to wyszło w duecie z drapieżną Catherine, która uparcie nie chce przestrzegać jego reguł.
A na koniec część wspólna, piękna i na pewno Wam znana, "Windmills of Your Mind" - piosenka, która jak rzadko która tak wyraźnie oddaje atmosferę filmu. Wersję Stinga słyszycie pewnie co drugi dzień, więc dzisiaj w wersji z filmu Jewisona.
Windmills of Your Mind, Noel Harrison
Etykiety:
Denis Leary,
dramat,
Faye Dunaway,
film,
kryminał,
Pierce Brosnan,
porównania,
romans,
stare kino,
Steve McQueen,
USA
poniedziałek, 7 stycznia 2013
"Moonstruck", reż. Norman Jewison.
Jak dobrze, że kiedy następuje przesyt i tracę nadzieję, trafiam na filmy, które mogłabym z przyjemnością oglądać wiele razy. Jak "Moonstruck" z 1987 roku, a więc Nicolas Cage jeszcze sprzed aktualnego, absurdalnego etapu kariery i oscarowa Cher, jak zawsze olśniewająca. Mówcie co chcecie, Cher była i jest super, nie ma innej wersji.
"Moonstruck" i filmy pokrewne, którymi bardzo się cieszę, nie są wcale rewelacyjne i bezbłędne, ale wygrywają prostotą i naturalnością. Nawet jeśli niektóre zabiegi scenariusza niekoniecznie trzymają się kupy, dotyczy to raczej rozbuchanych emocji niż wjeżdżania koniem do kościoła. Taaak, czy kiedyś Wam opowiadałam o traumie, którą pozostawiło we mnie "Moja dziewczyna wychodzi za mąż"? Nadal budzę się z krzykiem.
Czyli "Moonstruck" po prostu sympatycznie się ogląda i tyle? Niekoniecznie, film jest sprytniejszy, jest bardzo dobry.
Loretta (Cher) i Ronny (Nicolas Cage) są pod wyraźnym wpływem La Bella Luna, nawet spotykając się w dzień - zaczyna się prosto, ona jest zaręczona z jego bratem, on jest z nim skłócony od pięciu lat i jak zwykle plany sobie, życie sobie, to wszyscy wiemy. Film jest krótki, nie przedstawia sobą skomplikowanej historii, a cała akcja zawiera się w kilku dniach.
Johnny, starszy brat Ronny'ego, który w iście niezgrabny sposób prosi Lorettę o rękę raczej dla zastąpienia umierającej matki ("bo Ty o mnie dbasz") niż z wielkiego uczucia, wyjeżdża na Sycylię żeby pożegnać szanowną rodzicielkę, a Ronny i Loretta zdążają pójść do opery (grają "La Boheme").
W tle pląsa włoska rodzina Loretty, ale ich włoskość nie jest jakoś specjalnie istotna, po prostu jest. Rose, jej matka, Cosmo, ojciec, wujek, ciotka oraz dziadek wyprowadzający na spacery radosne sześć (może więcej?) psów. Dziadek jest mistrzowski, mimo że głównie milczy. Może właśnie dlatego, że milczy.
"Moonstruck" najbardziej można kochać za dialogi. Trafne, szybkie, ekspresyjne, często z wykrzyknikami, czasem cichutkie. Ale cudne, często zabawne, idealne.
Można pokochać Rose (oscarowa rola Olympii Dukakis - "Moonstruck" zgarnął trzy Oscary: dwie role żeńskie i scenariusz oryginalny), która zapętliła się w pytaniu "dlaczego mężczyźni ścigają więcej niż jedną kobietę?" i zawsze wie kim jest, nawet jadając kolację z nieznajomymi profesorami. O ile Cher jest i była świetna, Olympii Dukakis specjalnie nie kojarzę z innych filmów, ale w "Moonstruck" jest lepsza niż ktokolwiek inny, a wszyscy "ktokolwiek inni" nie dają sobie w kaszę dmuchać.
Można również delikatnie zauroczyć się w drobnostkach. W licznych psach i plączących się smyczach, w zbiorowym wyciu do księżyca. W ciotce i wujku przy ladzie z serem. W Ronnym w podziemiach piekarni, który gotuje się ze złości dzierżąc w dłoniach ogromną szuflę do węgla.
Można by zastanowić się chwilę nad zasadnością scenariusza, sczczególnie w wątku głównym. Ale tutaj chyba tytułowe założenie usprawiedliwia wszystko, La Bella Luna przewija się ze swoim latarniowym wdziękiem, pod takim księżycem rodzą się uczucia. A potem przychodzi dzień i trzeba jakoś księżycowe uczucia pogodzić z dniem przy ladzie z serem czy w dorywczej księgowości domu pogrzebowego.
Dlatego właśnie "Moonstruck" okazuje się tak dobrze zrobiony, rozbuchany romantyzm księżycowej historii jest jedynie dodatkiem do mocno codziennej opowieści jak to pewna owdowiała księgowa poznała piekarnianego palacza z drewnianą dłonią, a jej rodzina mogła się rozpaść, ale się nie rozpadła.
I jeszcze końcowa scena, kiedy całą obsadę zebrano w jednej kuchni, jakby do rozwiązania kryminalnej intrygi, tylko że wszyscy rozczochrani i w piżamie. Ja byłam zachwycona.
"Moonstruck" i filmy pokrewne, którymi bardzo się cieszę, nie są wcale rewelacyjne i bezbłędne, ale wygrywają prostotą i naturalnością. Nawet jeśli niektóre zabiegi scenariusza niekoniecznie trzymają się kupy, dotyczy to raczej rozbuchanych emocji niż wjeżdżania koniem do kościoła. Taaak, czy kiedyś Wam opowiadałam o traumie, którą pozostawiło we mnie "Moja dziewczyna wychodzi za mąż"? Nadal budzę się z krzykiem.
Czyli "Moonstruck" po prostu sympatycznie się ogląda i tyle? Niekoniecznie, film jest sprytniejszy, jest bardzo dobry.
Loretta (Cher) i Ronny (Nicolas Cage) są pod wyraźnym wpływem La Bella Luna, nawet spotykając się w dzień - zaczyna się prosto, ona jest zaręczona z jego bratem, on jest z nim skłócony od pięciu lat i jak zwykle plany sobie, życie sobie, to wszyscy wiemy. Film jest krótki, nie przedstawia sobą skomplikowanej historii, a cała akcja zawiera się w kilku dniach.
Johnny, starszy brat Ronny'ego, który w iście niezgrabny sposób prosi Lorettę o rękę raczej dla zastąpienia umierającej matki ("bo Ty o mnie dbasz") niż z wielkiego uczucia, wyjeżdża na Sycylię żeby pożegnać szanowną rodzicielkę, a Ronny i Loretta zdążają pójść do opery (grają "La Boheme").
W tle pląsa włoska rodzina Loretty, ale ich włoskość nie jest jakoś specjalnie istotna, po prostu jest. Rose, jej matka, Cosmo, ojciec, wujek, ciotka oraz dziadek wyprowadzający na spacery radosne sześć (może więcej?) psów. Dziadek jest mistrzowski, mimo że głównie milczy. Może właśnie dlatego, że milczy.
"Moonstruck" najbardziej można kochać za dialogi. Trafne, szybkie, ekspresyjne, często z wykrzyknikami, czasem cichutkie. Ale cudne, często zabawne, idealne.
Można pokochać Rose (oscarowa rola Olympii Dukakis - "Moonstruck" zgarnął trzy Oscary: dwie role żeńskie i scenariusz oryginalny), która zapętliła się w pytaniu "dlaczego mężczyźni ścigają więcej niż jedną kobietę?" i zawsze wie kim jest, nawet jadając kolację z nieznajomymi profesorami. O ile Cher jest i była świetna, Olympii Dukakis specjalnie nie kojarzę z innych filmów, ale w "Moonstruck" jest lepsza niż ktokolwiek inny, a wszyscy "ktokolwiek inni" nie dają sobie w kaszę dmuchać.
Można również delikatnie zauroczyć się w drobnostkach. W licznych psach i plączących się smyczach, w zbiorowym wyciu do księżyca. W ciotce i wujku przy ladzie z serem. W Ronnym w podziemiach piekarni, który gotuje się ze złości dzierżąc w dłoniach ogromną szuflę do węgla.
Można by zastanowić się chwilę nad zasadnością scenariusza, sczczególnie w wątku głównym. Ale tutaj chyba tytułowe założenie usprawiedliwia wszystko, La Bella Luna przewija się ze swoim latarniowym wdziękiem, pod takim księżycem rodzą się uczucia. A potem przychodzi dzień i trzeba jakoś księżycowe uczucia pogodzić z dniem przy ladzie z serem czy w dorywczej księgowości domu pogrzebowego.
Dlatego właśnie "Moonstruck" okazuje się tak dobrze zrobiony, rozbuchany romantyzm księżycowej historii jest jedynie dodatkiem do mocno codziennej opowieści jak to pewna owdowiała księgowa poznała piekarnianego palacza z drewnianą dłonią, a jej rodzina mogła się rozpaść, ale się nie rozpadła.
I jeszcze końcowa scena, kiedy całą obsadę zebrano w jednej kuchni, jakby do rozwiązania kryminalnej intrygi, tylko że wszyscy rozczochrani i w piżamie. Ja byłam zachwycona.
Etykiety:
Cher,
film,
komedia,
Nicolas Cage,
obyczajowy,
romans,
USA
wtorek, 18 września 2012
"Sklep na rogu", reż. Ernst Lubitsch.
Pierwowzór niemożliwego dla mnie do strawienia "Masz wiadomość". To aż przerażające, jak bardzo film z Meg Ryan i Tomem Hanksem odbiega od wersji z 1940 roku.Tutaj mamy wdzięk, dowcip, konkretną historię, przyjemnie zaaranżowane wątki poboczne i proste, zrozumiałe motywy bohaterów. Tutaj mamy uroczy romans z odrobiną poetycznie nieprawdopodobnego zrządzenia losu.
Ponad pół wieku później zaprezentowano rozwleczoną historię internetowej znajomości, w której niewiele kupy się trzyma, dobrych dialogów brak, natomiast zastąpiono je przesłodzonym zakończeniem i gratis dołożono kilka niemożebnie głupich elementów akcji.
Norę Ephron (reżyserkę i scenarzystkę "Masz wiadomość") po wsze czasy można chwalić za scenariusz do "Kiedy Harry poznał Sally", ale cała reszta jej twórczości jest moim zdaniem równie trafiona co kula w płocie. Może jeszcze poza "Zgagą", chociaż to raczej zasługa duetu Meryl Streep i Jacka Nicholsona.
Mniejsza o marginalne wycieczki, wracamy do "Sklepu na rogu".
Film jest grzeczny, to nie ulega wątpliwości, "źli" są szybko demaskowani, a para głównych bohaterów raczej nie posiada większych wad. Ale "Sklep na rogu" to stare kino i przyjemny romans, głębia postaci może nie do końca była głównym priorytetem. Niespecjalnie też razi brak takowej, częściowo dlatego, że James Stewart był naprawdę znakomitym aktorem i nawet w roli Alfreda - trochę przemądrzałego, a przy tym słodko złośliwego sprzedawcy galanterii - wydaje się interesującą postacią. Rozbrajająca jest scena, w której Alfred opowiada, że zaczął pisać do pewnej damy w poszukiwaniu wiedzy o świecie, gdyż nie stać go na encyklopedię.
Przy tym Alfred/Stewart jest naprawdę czarujący w tym filmie, a ślepa Liritio zawsze uważała Stewarta za aktora dobrego, ale mało wdzięcznego. Teraz odszczekuję, nie wiem gdzie miałam oczy, James Stewart jest uroczy. (Idiotyczny, przypadkowy rym musi być, inaczej to nie mój blog!)
Pełna wdzięku (i niechęci) relacja między Alfredem a Klarą (Margaret Sullavan) jest samograjem. Korespondencyjni znajomi w rzeczywistym życiu spierają się ze sobą, wyzłośliwiają, ostentacyjnie ignorują nawzajem swoje zdanie na wszelaki temat, a gdyby mogli, dosłownie podstawialiby sobie nogi. Przy tym są tak zadowoleni z siebie i pełni uwielbienia dla "nieznajomych" z listów, że aż zaciera się ręce na ich miny w obliczu rewelacji, że wyglądana z nadzieją osoba jest tak naprawdę znienawidzonym współpracownikiem.
Ponadto drugi plan wiele dodaje prostej opowieści o miłości. A tu też się dzieje, personel sklepu pana Matuschka to zabawna galeria postaci. Sam właściciel, czasem srogi a czasem jowialny, czyli w sumie niezdecydowany Hugo Matuschek (Frank Morgan), rozpaczliwie sfrustrowany romansem żony. Pozujący na dandysa Ferench, bawidamek, nieudolny dowcipniś czekający na awans. Pełen ambicji, cwany Pepi, chłopiec na posyłki (głownie pani Matuschek), który odgrywa w akcji zaskakująco dużą rolę. Jeszcze nieśmiały, znerwicowany Pirovitch z wąsem, który wydaje się bać własnego cienia i chowa się za każdym razem, gdy pan Matuschek pyta o opinię.
Ogromną wadą "Masz wiadomość" (poza innymi ogromnymi wadami tego filmu) jest niepotrzebne rozdęcie tematu. Przejęcia, wielkie interesy, jakieś niepotrzebne dzieci, nieudany narzeczony, ciągłe wzdychanie Meg Ryan...
Akcja "Sklepu na rogu" toczy się w przeciągu niewielu dni, głównie na małej przestrzeni sklepu i zaplecza. Wiele scen opisujących relacje między pracownikami, chemię Klary i Alfreda, zostało prosto, ale skutecznie sprowadzonych do dialogów w oczekiwaniu na otwarcie sklepu (bój o otwieranie drzwi panu Matuschkowi), dyskusji nad asortymentem (bój o pudełka z pozytywką), dekorowaniem drzewka świątecznego (bój o wcześniejsze wolne) czy zwykłym przepychaniem się przy szafkach.
Ale "Sklep na rogu", mimo skromnej otoczki, jest po prostu ładnym, słodkim filmem z naprawdę dobrymi dialogami. Filmem, po którym po prostu robi się milej na świecie.
A kawiarniana rozmowa Alfreda, który już wie i Klary, która jeszcze nie wie to mistrzowsko napisana eksplozja emocji w nienaruszalnych ramach społecznych konwenansów i dobrego tonu, już dla tej jednej sceny warto obejrzeć całość.
Etykiety:
film,
James Stewart,
komedia,
porównania,
romans,
stare kino,
USA
niedziela, 9 września 2012
"Chleb i tulipany", reż. Silvio Soldini.
Obejrzałam zadziwiający film. Zupełnie przypadkowo. A przez pierwsze minuty w ogóle nie wiedziałam, na co patrzę.
Jakiś niskobudżetowy projekt włoskiego debiutanta? Nie, mimo wyraźnie niskich nakładów finansowych, coś za mało kontrowersji i młodości w tym filmie było, żeby okazał się debiutanckim kinem. Kino telewizji, które potrafi w jednym wnętrzu przedstawić każdą objętość scenariusza i udawać, ze wszystko gra? Nie, to też mi nie pasowało. Wnętrze jednak było więcej niż jedno.
Nie miałam pojęcia, czego się po tym filmie spodziewać, ale oglądało się wspaniale. Ten film to taka prosta przyjemność, którą bardzo szkoda ominąć.
Historia? Rosalba została zapomniana przez współwycieczkowiczów na stacji benzynowej. O tyle jest to znamienne, że jej nieobecności w autokarze nie zauważył ani mąż, ani żaden z dwóch synów, ani nikt w ogóle.
A może to przez swoje nieogarnięcie Rosalba zgubiła resztę wycieczki? Z dwóch stron można na to spojrzeć, ale na pewno pierwsze sceny bezbłędnie określają jej postać. Odrobinę roztrzepana, zahukana przez męża pani domu, która spóźniła się na autokar, bo wyławiała kolczyk z muszli klozetowej. Pęsetą. Tak, potem wyławiała również pęsetę.
Jednocześnie Rosalba już od pierwszych scen wydaje się jednak inna, niż chciałby to widzieć na przykład jej mąż, jest w niej jakaś stłumiona przekora. W delikatnym uśmiechu, w milczeniu, w tym uważnie ściskanym pudełeczku kupionym na pamiątkę, którego wieczko tłucze się na podłodze autokaru. I ta przekora zaczyna pokazywać czułki na owej niefortunnej stacji benzynowej, a szczerzy się już pełną gębą, kiedy Rosalba zamiast czekać na rozkrzyczanego męża, trafia autostopem do Wenecji. Tak po prostu, bo nigdy nie była.
W tej teoretycznie prościutkiej opowieści zawartych jest bardzo wiele drobnych wątków. A może raczej kilka z życia wziętych obrazków, nawet nie pełnoprawnych wątków.
Zagubiony bez żony Mimmo (szczęśliwy w biznesie wykończeniowym, łazienki to podstawa), któremu nikt nie chce uprasować koszuli, a już na pewno nie kochanka.
Hydraulik/detektyw amator wysłany przez Pana Męża na poszukiwania krnąbrnej Rosalby, która jakoś nie spieszy się z powrotem do domu. Oj, scena, w której hydraulik Costantino śledzi Rosalbę to perełka, pościg mistrzostwo, chluba w życiorysie każdego detektywa.
Stary kwiaciarz rozstawiający klientów po kątach, kiedy kupują nieodpowiednie kwiaty. Odpowiedni bukiet to sprawa równie poważna, co wykończenie łazienki.
Masażystka Grazia z sąsiedztwa... O właśnie, masażystka, która marzy o miłości.
Rosalba może też marzy, ale ona ma męża, dwóch synów... Ona marzy inaczej, a tak naprawdę to gra na akordeonie i chyba wtedy jest tak samo, jakby marzyła.
Ale zanim masażystka, zanim kwiaciarz, hydraulik i na pewno zanim akordeon, Rosalba trafia do ponurego pensjonatu i idzie na kolację. A tam postać, w której Liritio zakochała się momentalnie po czubki uszu.
Fernando, posępny kelner w białej marynarce, którego sposób wysławiania się jest zastanawiająco wyszukany (o ile angielskie napisy prawidłowo oddają włoski oryginał dialogu). Naprawdę, ten człowiek nie mówi, on się wysławia, dla takich zdań stworzono czynność wysławiania się. A przy okazji zgadza się wynająć Rosalbie pokój (zagracony, ale jednak). Nagła lokatorka nieco krzyżuje jego plany, które wymagają krzesełka, sznura i chwili spokoju, ale z drugiej strony "Chleb i tulipany" to film również o tym, czego potrzebujemy i co dostajemy od życia. Czyli że jest zupełnie tak samo, jak śpiewa Mick Jagger, że "sometimes you get what you need". Rosalba akordeon, masażystka przyjaciółkę, a kelner Fernando ciepłą duszę w mieszkaniu.
"Chleb i tulipany" to przede wszystkim pogoda ducha i delikatność przekazu. Bez namolnych treści, bez niepotrzebnych dialogów poznajemy kolejne osoby, kolejne sytuacje, a drobne elementy tej historii trafiają na swoje miejsce. Bo chociaż jest prosto i zwięźle, znajduje się czas na matkę hydraulika, która pakuje prowiant i ociera łzy. Też na małe śledztwo Rosalby, która przecież sama jest śledzona. I na czarująco cwanego właściciela hotelu/odrapanej łajby.
I jeszcze znajduje się czas na Wenecję. Nie na miasto - pocztówkę turystyczną, które widujemy w wielu filmach ("Turysta" się kłania), ale miasto w którym się żyje. Wąskie, zapyziałe uliczki, wysokie kamienice, drewniane bale stojące w wodzie i puste, zszarzałe place... To jest silna charakterystyka filmu Soldiniego, szczerość planu zdjęciowego, szczerość całości. Bez upiększeń, czy to wnętrz, czy aktorów, oglądamy wycinek z życia, który może odrobinę przypomina bajkę, ale bajkę umieszczoną w sztywnej rzeczywistości ciasnych mieszkanek i zmęczonych twarzy.
Czyli Liritio się w "Chlebie i tulipanach" odrobinę zadurzyła, nie mogło być inaczej. W codziennej komedii i w przemycanym romantyzmie, w melodyjnym włoskim.
A w kelnerze Fernando za całokształt zagraconego mieszkania, prześlicznych śniadań (jabłko! jabłko to słowo klucz), sznura i akordeonu w szafie.
Jakiś niskobudżetowy projekt włoskiego debiutanta? Nie, mimo wyraźnie niskich nakładów finansowych, coś za mało kontrowersji i młodości w tym filmie było, żeby okazał się debiutanckim kinem. Kino telewizji, które potrafi w jednym wnętrzu przedstawić każdą objętość scenariusza i udawać, ze wszystko gra? Nie, to też mi nie pasowało. Wnętrze jednak było więcej niż jedno.
Nie miałam pojęcia, czego się po tym filmie spodziewać, ale oglądało się wspaniale. Ten film to taka prosta przyjemność, którą bardzo szkoda ominąć.
Historia? Rosalba została zapomniana przez współwycieczkowiczów na stacji benzynowej. O tyle jest to znamienne, że jej nieobecności w autokarze nie zauważył ani mąż, ani żaden z dwóch synów, ani nikt w ogóle.
A może to przez swoje nieogarnięcie Rosalba zgubiła resztę wycieczki? Z dwóch stron można na to spojrzeć, ale na pewno pierwsze sceny bezbłędnie określają jej postać. Odrobinę roztrzepana, zahukana przez męża pani domu, która spóźniła się na autokar, bo wyławiała kolczyk z muszli klozetowej. Pęsetą. Tak, potem wyławiała również pęsetę.
Jednocześnie Rosalba już od pierwszych scen wydaje się jednak inna, niż chciałby to widzieć na przykład jej mąż, jest w niej jakaś stłumiona przekora. W delikatnym uśmiechu, w milczeniu, w tym uważnie ściskanym pudełeczku kupionym na pamiątkę, którego wieczko tłucze się na podłodze autokaru. I ta przekora zaczyna pokazywać czułki na owej niefortunnej stacji benzynowej, a szczerzy się już pełną gębą, kiedy Rosalba zamiast czekać na rozkrzyczanego męża, trafia autostopem do Wenecji. Tak po prostu, bo nigdy nie była.
W tej teoretycznie prościutkiej opowieści zawartych jest bardzo wiele drobnych wątków. A może raczej kilka z życia wziętych obrazków, nawet nie pełnoprawnych wątków.
Zagubiony bez żony Mimmo (szczęśliwy w biznesie wykończeniowym, łazienki to podstawa), któremu nikt nie chce uprasować koszuli, a już na pewno nie kochanka.
Hydraulik/detektyw amator wysłany przez Pana Męża na poszukiwania krnąbrnej Rosalby, która jakoś nie spieszy się z powrotem do domu. Oj, scena, w której hydraulik Costantino śledzi Rosalbę to perełka, pościg mistrzostwo, chluba w życiorysie każdego detektywa.
Stary kwiaciarz rozstawiający klientów po kątach, kiedy kupują nieodpowiednie kwiaty. Odpowiedni bukiet to sprawa równie poważna, co wykończenie łazienki.
Masażystka Grazia z sąsiedztwa... O właśnie, masażystka, która marzy o miłości.
Rosalba może też marzy, ale ona ma męża, dwóch synów... Ona marzy inaczej, a tak naprawdę to gra na akordeonie i chyba wtedy jest tak samo, jakby marzyła.
Ale zanim masażystka, zanim kwiaciarz, hydraulik i na pewno zanim akordeon, Rosalba trafia do ponurego pensjonatu i idzie na kolację. A tam postać, w której Liritio zakochała się momentalnie po czubki uszu.
Fernando, posępny kelner w białej marynarce, którego sposób wysławiania się jest zastanawiająco wyszukany (o ile angielskie napisy prawidłowo oddają włoski oryginał dialogu). Naprawdę, ten człowiek nie mówi, on się wysławia, dla takich zdań stworzono czynność wysławiania się. A przy okazji zgadza się wynająć Rosalbie pokój (zagracony, ale jednak). Nagła lokatorka nieco krzyżuje jego plany, które wymagają krzesełka, sznura i chwili spokoju, ale z drugiej strony "Chleb i tulipany" to film również o tym, czego potrzebujemy i co dostajemy od życia. Czyli że jest zupełnie tak samo, jak śpiewa Mick Jagger, że "sometimes you get what you need". Rosalba akordeon, masażystka przyjaciółkę, a kelner Fernando ciepłą duszę w mieszkaniu.
"Chleb i tulipany" to przede wszystkim pogoda ducha i delikatność przekazu. Bez namolnych treści, bez niepotrzebnych dialogów poznajemy kolejne osoby, kolejne sytuacje, a drobne elementy tej historii trafiają na swoje miejsce. Bo chociaż jest prosto i zwięźle, znajduje się czas na matkę hydraulika, która pakuje prowiant i ociera łzy. Też na małe śledztwo Rosalby, która przecież sama jest śledzona. I na czarująco cwanego właściciela hotelu/odrapanej łajby.
I jeszcze znajduje się czas na Wenecję. Nie na miasto - pocztówkę turystyczną, które widujemy w wielu filmach ("Turysta" się kłania), ale miasto w którym się żyje. Wąskie, zapyziałe uliczki, wysokie kamienice, drewniane bale stojące w wodzie i puste, zszarzałe place... To jest silna charakterystyka filmu Soldiniego, szczerość planu zdjęciowego, szczerość całości. Bez upiększeń, czy to wnętrz, czy aktorów, oglądamy wycinek z życia, który może odrobinę przypomina bajkę, ale bajkę umieszczoną w sztywnej rzeczywistości ciasnych mieszkanek i zmęczonych twarzy.
Czyli Liritio się w "Chlebie i tulipanach" odrobinę zadurzyła, nie mogło być inaczej. W codziennej komedii i w przemycanym romantyzmie, w melodyjnym włoskim.
A w kelnerze Fernando za całokształt zagraconego mieszkania, prześlicznych śniadań (jabłko! jabłko to słowo klucz), sznura i akordeonu w szafie.
Etykiety:
film,
komedia,
obyczajowy,
romans,
Włochy
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
"Żony i córki", miniserial BBC. Tytuł nam nie straszny.
Pomówmy trochę o tym, jak rewelacyjnym aktorem jest Michael Gambon. Czy mocniej utkwił w świadomości odbiorców, odkąd doklejono mu długą brodę i usadzono w roli dyrektora Dumbledora? Możliwe, chociaż nie była to rola równie porywająca co magiczne dzieciaczki albo Ralph Fiennes jako Lord Voldemort.
Przyznam się, że ja o Gambonie zapominam, jak zapomina się o tłumie świetnych aktorów. Czyli wymieniając z głowy różnych "naj" zapominam o Gambonie, ale każdy film z nim zawsze mi o tym aktorze przypomina.
Skąd ta nagła agitacja na rzecz Gambona? Ha, poczekajcie, aż przejdę do Toma Hollandera - pastor Collins u Wrighta, lord Beckett u Verbińskiego, znacie go chociażby z tych ról. Wraz z nimi Iain Glenn (którego Liritio kocha bardzo), Bill Paterson (jego znacie, chociaż o tym możecie nie wiedzieć), Rosamund Pike (ją też Liritio kocha, głownie dlatego, że chciałaby mieć taki uśmiech), Francesca Annis (taka pani z "Diuny" między innymi... "Diuna" jest zaprzeczeniem dobrej ekranizacji, ale obsadę ma niegłupią).
Na podstawie książki Elizabeth Gaskell, "Żony i córki", nakręcono miniserial, który zaczęłam oglądać bez przekonania, a wciągnęłam się jakoś mimochodem, niespodziewanie, ale trwale. Bez grymasów proszę, tytuł mnie również odpychał (z książek Gaskell znam... hm, żadnej nie znam, nadal, jej nazwisko niezmiennie widnieje na czarnej liście "do przeczytania").
Molly Gibson, córka doktora wychowująca się bez matki, zostaje "uszczęśliwiona" macochą przez ojca zaniepokojonego jej niekontrolowanym dorastaniem. Właściwie do obejrzenia serialu zmusiła mnie koleżanka, która wątpliwie reklamowała go jako wariację na temat Kopciuszka. Wierutna bzdura, chociaż może w pierwszej chwili tak się wydawać - szczególnie, kiedy hipotetyczny widz (czyli np. ja) nie zdaje sobie sprawy, że jest to ekranizacja książki Gaskell, która, chociaż całkowicie mi nieznana, ma swojego rodzaju dobrą reputację w jednej z szufladek mojej pamięci.
Macocha jest więc obłudną manipulatorką, co nie robi z niej strasznej zołzy, raczej kobietę ograniczoną i odrobinę głupią, a także doświadczoną długą walką z wdowieństwem i biedą. Córka macochy, Cynthia, dziewczę urodziwe, trzpiotowate i nieświadomie podążające w ślady charakteru mamusi. Ale nie wyobrażajcie sobie konfliktu, Molly i Cynthia dogadują się dobrze, są słodkie niebywale. W końcu dla dwóch raczej samotnych dziewcząt nagły dodatek z siostry na pewno nie jest najgorszym, co może się wydarzyć, nawet jeśli zwykle tylko jedna z nich zbiera całą uwagę otoczenia.
Inny wątek, związany z Hamley Hall, jest o tyle lepszy, że Michael Gambon jako pan Hamley i Tom Hollander w roli starszego syna, Osborne'a, przyćmiewają swoją grą całą resztę. Gambon, porywczy, głośny Squire, którego refleksja odnośnie wagi różnych zdarzeń przychodzi zawsze zbyt późno. I Hollander, marzycielski, poetycki Osborne, który pilnie strzeże swojej tajemnicy. Moim zdaniem jest to przykład brawurowego duetu aktorów, który ciężko opisać. Po prostu trzeba obejrzeć na własną rękę starcia dwóch przeciwnych charakterów połączonych bardzo silną więzią.
"Żony i córki" w czterech odcinkach zawierają sporo wątków poza tym teoretycznie głównym, znaczy nieodwzajemnionym uczuciem Molly do młodszego Hamleya i jej próbą godzenia się z jego miłością do lekkomyślnej Cynthii. Moim właściwie jedynym zastrzeżeniem do serialu jest Justine Waddell w roli Molly. Patrząc na nią nie widziałam dziewczyny niewinnej i chowanej pod kloszem, przez co całkowicie nieobeznanej z tzw. "prawdziwym światem" małych intryg i ludzkich słabości. Widziałam dziewczę nieco ślamazarne i nijakie, zamiast wyzbytego samolubności stworzenia, które obdarza miłością swoją prawdziwą i przybraną rodzinę. Egoistyczna Cynthia nie wydawała mi się postacią uboższą w zalety, nie wiem czy to wina gry aktorskiej Waddell, czy postaci Molly inaczej zagrać nie sposób, ale mnie okropnie irytowała jej bierność w znacznej większości zdarzeń, które miały miejsce.
Czyli niby głównie romans? Aha, wcale nie. Przede wszystkim smaczki poboczne, których Liritio jest niezmienną fanką. A tych w "Żonach i córkach" jest pod dostatkiem, a zaczniemy od wspomnienia zabawnych panien Pheobe i Browning. Dwie stare panny, jedna ciągle "mająca w obowiązku", druga jakby roztargniona, jakby lekko głupia, a przy tym cudownie poczciwa. Przypominają dwie nerwowe przepiórki, ale są dobrą ilustracją małomiasteczkowych nawyków ciągłego plotkowania, oceniania, potępiania i natrętnego doradzania.
Jest też młoda Rosamund Pike w roli gadatliwej, pewnej siebie Lady Harriet, która przewija się sporadycznie, ale niezmiennie odgrywa w akcji niemałą rolę. Właściwie Lady Harriet stała się moją ulubioną śmiesznostką w tym serialu, bardzo bawiły mnie jej odrobinę wredne komentarze, oczywiście niezmiennie utrzymane w dobrym tonie.
Wreszcie moje światełko, Iain Glenn jako tajemniczy pan Paterson, który ma twarz i mimikę podstępnego węża (serio, nic dziwnego, że w "Grze o tron" musiał dorobić sobie zarost i trochę masy, inaczej nikt nie uwierzyłby w jakąkolwiek szczerość jego postaci). Kiedy Glenn pojawia się na ekranie, Liritio tylko czeka co uknuje, co nabruździ. I w "Żonach i córkach" namiesza niemało, ale na pewno nie nazwę Patersona czarnym charakterem.
Jest też rozedrgana pani Hamley, tępawy, acz lisi pan Cox, przemądrzała plotkara, czyli pani Goodenough (nazwisko znaczące, czyż nie?), skrzywiony, zgarbiony, małomówny sługa Robinson, nie wymawiająca "r" Lady Cumnor...
Moją ulubioną wartością "Żon i córek" jest bez mała stuprocentowe uniknięcie sztywnych ram postaci, żadnych biało-czarnych charakterów, wszyscy są odcieniami szarości. Knucia, uchybienia, pomówienia, tak, wszystko jest. I słabości charakteru, i wady aparycji, ale przy tym również odruchy bardzo piękne, czyny rozpaczliwe i godne podziwu. Wszystko chwyta za serce (w przypadku zblazowanej Liritio chwyta niestety tylko trochę, ale jednak!) i skutecznie przykuwa uwagę. Dlatego zabawną wadą jest pewna papierowość głównych (powiedzmy...) bohaterów, Molly i Rogera, którzy w większości scen wykrzesują z siebie mniej więcej tyle samo charakteru, ile możemy zaobserwować u żon ze Stepford. (swoją drogą, "Żony ze Stepford", ten film zostawił mnie oniemiałą z przerażenia i zakochaną w Glenn Close)
Jako że jest to produkcja BBC, nikogo nie zdziwię zapewnieniem o pełnym profesjonalizmie, solidności wykonania. Kostiumy, zdjęcia, muzyka, nic nie odstaje, nic nie zawadza, a pewna ponurość, jaką zawiera w sobie ekranizowany materiał, jest uwzględniona w przeniesionym na ekran świecie małego miasteczka i jego przeróżnych mieszkańców. Na pierwszy rzut oka wariacja na temat Kopciuszka? Jasne.
I tak oto ja, nieczuła, zgryźliwa Liritio, tak się "Żonami i córkami" ucieszyłam, teraz mogę przyznać, że kiedy dotarłam do końca czwartego odcinka, właściwie mogłam zaczynać od początku. A chociaż rozpisałam się szkaradnie, z tekstu nietrudno wyłowić myśl przewodnią, że bardzo, bardzo do spotkania z tą ekranizacją zachęcam.
Przyznam się, że ja o Gambonie zapominam, jak zapomina się o tłumie świetnych aktorów. Czyli wymieniając z głowy różnych "naj" zapominam o Gambonie, ale każdy film z nim zawsze mi o tym aktorze przypomina.
Skąd ta nagła agitacja na rzecz Gambona? Ha, poczekajcie, aż przejdę do Toma Hollandera - pastor Collins u Wrighta, lord Beckett u Verbińskiego, znacie go chociażby z tych ról. Wraz z nimi Iain Glenn (którego Liritio kocha bardzo), Bill Paterson (jego znacie, chociaż o tym możecie nie wiedzieć), Rosamund Pike (ją też Liritio kocha, głownie dlatego, że chciałaby mieć taki uśmiech), Francesca Annis (taka pani z "Diuny" między innymi... "Diuna" jest zaprzeczeniem dobrej ekranizacji, ale obsadę ma niegłupią).
Na podstawie książki Elizabeth Gaskell, "Żony i córki", nakręcono miniserial, który zaczęłam oglądać bez przekonania, a wciągnęłam się jakoś mimochodem, niespodziewanie, ale trwale. Bez grymasów proszę, tytuł mnie również odpychał (z książek Gaskell znam... hm, żadnej nie znam, nadal, jej nazwisko niezmiennie widnieje na czarnej liście "do przeczytania").
Molly Gibson, córka doktora wychowująca się bez matki, zostaje "uszczęśliwiona" macochą przez ojca zaniepokojonego jej niekontrolowanym dorastaniem. Właściwie do obejrzenia serialu zmusiła mnie koleżanka, która wątpliwie reklamowała go jako wariację na temat Kopciuszka. Wierutna bzdura, chociaż może w pierwszej chwili tak się wydawać - szczególnie, kiedy hipotetyczny widz (czyli np. ja) nie zdaje sobie sprawy, że jest to ekranizacja książki Gaskell, która, chociaż całkowicie mi nieznana, ma swojego rodzaju dobrą reputację w jednej z szufladek mojej pamięci.
Macocha jest więc obłudną manipulatorką, co nie robi z niej strasznej zołzy, raczej kobietę ograniczoną i odrobinę głupią, a także doświadczoną długą walką z wdowieństwem i biedą. Córka macochy, Cynthia, dziewczę urodziwe, trzpiotowate i nieświadomie podążające w ślady charakteru mamusi. Ale nie wyobrażajcie sobie konfliktu, Molly i Cynthia dogadują się dobrze, są słodkie niebywale. W końcu dla dwóch raczej samotnych dziewcząt nagły dodatek z siostry na pewno nie jest najgorszym, co może się wydarzyć, nawet jeśli zwykle tylko jedna z nich zbiera całą uwagę otoczenia.
Inny wątek, związany z Hamley Hall, jest o tyle lepszy, że Michael Gambon jako pan Hamley i Tom Hollander w roli starszego syna, Osborne'a, przyćmiewają swoją grą całą resztę. Gambon, porywczy, głośny Squire, którego refleksja odnośnie wagi różnych zdarzeń przychodzi zawsze zbyt późno. I Hollander, marzycielski, poetycki Osborne, który pilnie strzeże swojej tajemnicy. Moim zdaniem jest to przykład brawurowego duetu aktorów, który ciężko opisać. Po prostu trzeba obejrzeć na własną rękę starcia dwóch przeciwnych charakterów połączonych bardzo silną więzią.
"Żony i córki" w czterech odcinkach zawierają sporo wątków poza tym teoretycznie głównym, znaczy nieodwzajemnionym uczuciem Molly do młodszego Hamleya i jej próbą godzenia się z jego miłością do lekkomyślnej Cynthii. Moim właściwie jedynym zastrzeżeniem do serialu jest Justine Waddell w roli Molly. Patrząc na nią nie widziałam dziewczyny niewinnej i chowanej pod kloszem, przez co całkowicie nieobeznanej z tzw. "prawdziwym światem" małych intryg i ludzkich słabości. Widziałam dziewczę nieco ślamazarne i nijakie, zamiast wyzbytego samolubności stworzenia, które obdarza miłością swoją prawdziwą i przybraną rodzinę. Egoistyczna Cynthia nie wydawała mi się postacią uboższą w zalety, nie wiem czy to wina gry aktorskiej Waddell, czy postaci Molly inaczej zagrać nie sposób, ale mnie okropnie irytowała jej bierność w znacznej większości zdarzeń, które miały miejsce.
Czyli niby głównie romans? Aha, wcale nie. Przede wszystkim smaczki poboczne, których Liritio jest niezmienną fanką. A tych w "Żonach i córkach" jest pod dostatkiem, a zaczniemy od wspomnienia zabawnych panien Pheobe i Browning. Dwie stare panny, jedna ciągle "mająca w obowiązku", druga jakby roztargniona, jakby lekko głupia, a przy tym cudownie poczciwa. Przypominają dwie nerwowe przepiórki, ale są dobrą ilustracją małomiasteczkowych nawyków ciągłego plotkowania, oceniania, potępiania i natrętnego doradzania.
Jest też młoda Rosamund Pike w roli gadatliwej, pewnej siebie Lady Harriet, która przewija się sporadycznie, ale niezmiennie odgrywa w akcji niemałą rolę. Właściwie Lady Harriet stała się moją ulubioną śmiesznostką w tym serialu, bardzo bawiły mnie jej odrobinę wredne komentarze, oczywiście niezmiennie utrzymane w dobrym tonie.
Wreszcie moje światełko, Iain Glenn jako tajemniczy pan Paterson, który ma twarz i mimikę podstępnego węża (serio, nic dziwnego, że w "Grze o tron" musiał dorobić sobie zarost i trochę masy, inaczej nikt nie uwierzyłby w jakąkolwiek szczerość jego postaci). Kiedy Glenn pojawia się na ekranie, Liritio tylko czeka co uknuje, co nabruździ. I w "Żonach i córkach" namiesza niemało, ale na pewno nie nazwę Patersona czarnym charakterem.Jest też rozedrgana pani Hamley, tępawy, acz lisi pan Cox, przemądrzała plotkara, czyli pani Goodenough (nazwisko znaczące, czyż nie?), skrzywiony, zgarbiony, małomówny sługa Robinson, nie wymawiająca "r" Lady Cumnor...
Moją ulubioną wartością "Żon i córek" jest bez mała stuprocentowe uniknięcie sztywnych ram postaci, żadnych biało-czarnych charakterów, wszyscy są odcieniami szarości. Knucia, uchybienia, pomówienia, tak, wszystko jest. I słabości charakteru, i wady aparycji, ale przy tym również odruchy bardzo piękne, czyny rozpaczliwe i godne podziwu. Wszystko chwyta za serce (w przypadku zblazowanej Liritio chwyta niestety tylko trochę, ale jednak!) i skutecznie przykuwa uwagę. Dlatego zabawną wadą jest pewna papierowość głównych (powiedzmy...) bohaterów, Molly i Rogera, którzy w większości scen wykrzesują z siebie mniej więcej tyle samo charakteru, ile możemy zaobserwować u żon ze Stepford. (swoją drogą, "Żony ze Stepford", ten film zostawił mnie oniemiałą z przerażenia i zakochaną w Glenn Close)
Jako że jest to produkcja BBC, nikogo nie zdziwię zapewnieniem o pełnym profesjonalizmie, solidności wykonania. Kostiumy, zdjęcia, muzyka, nic nie odstaje, nic nie zawadza, a pewna ponurość, jaką zawiera w sobie ekranizowany materiał, jest uwzględniona w przeniesionym na ekran świecie małego miasteczka i jego przeróżnych mieszkańców. Na pierwszy rzut oka wariacja na temat Kopciuszka? Jasne.
I tak oto ja, nieczuła, zgryźliwa Liritio, tak się "Żonami i córkami" ucieszyłam, teraz mogę przyznać, że kiedy dotarłam do końca czwartego odcinka, właściwie mogłam zaczynać od początku. A chociaż rozpisałam się szkaradnie, z tekstu nietrudno wyłowić myśl przewodnią, że bardzo, bardzo do spotkania z tą ekranizacją zachęcam.
Etykiety:
BBC,
dramat,
ekranizacja/adaptacja,
Iain Glenn,
Michael Gambon,
romans,
Rosamund Pike,
serial,
Tom Hollander,
Wielka Brytania










































