Zrozumcie z powyższego pogodowego rozbiegu, że zdjęcia są w filmie najlepsze. I muzyka. Reszta nie jest zła, ale dojdziemy do moich wątpliwości za chwilę, jeszcze zostańmy przy części wizualnej. Włoskie, ciepłe słońce, ujęcia nadmorskiego miasta, bezczelnie piękne. Stara willa, zaułki, wąskie, południowe uliczki... W kontraście zimna w kolorycie Dania, chociaż też słoneczna, ale to inne światło, momentalnie pryska rozmarzenie o dolce vita, wraca chłodna rzeczywistość zdradzanej żony i sfrustrowanego wdowca. "Wesele w Sorrento" to bez wątpienia pięknie nakręcony film i nieźle zagrany, więc jak macie zamiar obejrzeć coś lżejszego, bez hollywoodzkiego zacięcia, będzie jak znalazł.
Szybki zarys akcji: Ida jedzie do Włoch na ślub córki, jedzie również Philip, ojciec pana młodego, ona wjeżdża w jego samochód przy cofaniu, on trochę krzyczy i proszę, jest zawiązanie znajomości. Mąż Idy wpada na ślub z kochanką, ciotka pana młodego ostrzy sobie pazurki na Philipa, a z młodymi coś jest nie tak. Rodzinne kiszenie się we włoskiej willi jest świetnym materiałem na lżejszy dramat
Na co ja się marszczę? Za proste to wszystko. Bier opowiada trudną historię jakby była to bajka dla grzecznych dzieci. Skończyłaś chemioterapię, nie masz włosów, a mąż zdradza Cię z koleżanką z pracy w wieku Twojej córki? Spokojnie, każdy może być księżniczką, wystarczy chwilę poczekać i pojechać do Włoch.
Nawet nie chodzi o przesadnie układną historię kobiety, która ma za sobą ciężkie przejścia i los się odmienia, to może i bajka, ale ładna, pozytywna. Tylko że ja wolałabym wersję mniej polukrowaną. Zabawne, że początkowe sceny duńskie są znacznie lepsze, potem we Włoszech prowadzona jest nieco zbyt wygładzona historyjka, i ponownie duńskie sceny końcowe są znowu lepsze. Jakby opuszczenie Włoch sprowadzało wszystkich na ziemię.
Ale to miał być przecież lekki film, więc "Wesele w Sorrento" nie rozczarowuje na tym polu. Natomiast jak na film Susanne Bier... "W lepszym świecie" mnie nie powaliło, ale miało inny ciężar gatunkowy. "Otwarte serca" również, a "Tuż po weselu" to kino, do którego nie mam zastrzeżeń, więc... Jednak odrobina zwodu pozostała.

Młodzi za to zbyt przewidywalni, żeby zainteresować, problem jest dla widza oczywisty, podobnie jak oczywiste są prognozy na rozwój tego wątku. Jest jedna ciekawsza postać, ciotka pana młodego, też uproszczona, ale przynajmniej z pomysłem. Szkoda że nie rozwinięto jej historii, przede wszystkim paskudnej relacji z córką. Ponownie, konkurencja (tym razem Idy) wrednie przedstawiona.
Paprika Steen w roli ciotki Benedikte była tak dobra, że obejrzałabym o niej całkiem oddzielny film. A młodzi aktorzy w rolach dzieci Idy i narzeczonego córki mogliby mieć swoje role u Ozpeteka i zapewne nie zawiedliby.
Wreszcie najlepsza z najlepszych, Trine Dyrholm, gdyby nie ona Ida byłaby nie do zniesienia. Potulna, stłumiona, rozżalona... A Dyrholm zmieniła ją w bardzo interesującą osobę, którą doceniałam bardziej z każdą minutą filmu.
Wisienka na torcie? Koleżanka Idy z pracy (znaczy z zakładu fryzjerskiego), coś wspaniałego, moje ulubione epizody "Wesela w Sorrento".

7 komentarze:
Paprika Steen zagadująca powyżej Brosnana przypomniała mi "Włoski dla początkujących" i już się rozczuliłam, kiedy uświadomiłam sobie, że Paprika tam wcale nie grała. I teraz zastanawiam się, co z czym mi się skojarzyło i skąd ta nostalgia. :) Kojarzę ją z "Otwartych serc", ale to nie to. A ujęcie wydaje mi się ikoniczne.
Za to Brosnan od czasu nieszczęsnego "Mamma mia" ma u mnie bana na role poczciwych podstarzałych lowelasów. ;)
A wiesz, ja nigdy nie widziałam "Włoskiego dla początkujących"... Wiele razy miałam zamiar, to jeden z tych tytułów, o których często słyszę i nigdy jakoś nie oglądam. Steen kojarzę z "Jabłek Adama" i również z "Otwartych serc", ale w "Weselu w Sorrento" była chyba najbardziej charakterystyczna.
Ale ban na Brosnana lowelasa, no nie :)) moim zdaniem był zabawny... Może trochę przeszarżowany (ale co w "Mamma Mia" nie było). Ja go w sumie znacznie bardziej lubię teraz, niż kiedy grywał 007.
Nie znam filmu, więc się wypowiem...
Mogłabym zobaczyć. Trine Dyrholm. Jeśli ona tu gra, to choćby po to, by na nią popatrzeć. Lubię jej twarz. Zapamiętałam chyba głównie z filmu "W lepszym świecie", po którym ma u mnie kredyt sympatii. Trochę szkoda, że tak grubo szyte te uproszczenia, ale skoro już wiem, że Bier poszła w konwencję, to chyba można przełknąć. Po prostu wyłączyć oczekiwania.
Ja jednak trzymam stronę Marigolden: Brosnan ma w sobie coś sztywnego. Że nawet z braku innych kandydatów, wolałabym nie lokować w nim swych nadziei. No ale trzeba przyznać, że czasem naprawdę pretendentów niewiele, więc na bezrybiu i rak ryba. ;)
Tamaryszku, mój opóźniony zapłon mnie zawstydza... Mogłabyś zobaczyć, może tak, ale wiesz, jednak to Sorrento mało zapada w pamięć, lepiej może co innego, lepszego powtórzyć, może "Tuż po weselu"... Trine tam nie ma, ale Mikkelsen daje radę. Ale rzeczywiście, ostrzeżona się może nie zawiedziesz.
O Brosnana walczyć nie będę, trudno, jak sztywny to sztywny :) ale naprawdę widuję go w rolach, którymi budzi mój uśmiech. Akurat nie w Sorrento, ale czasem się zdarza.
"Jabłka Adama" były wspaniałe, ale akurat Papriki z nich nie zapamiętałam. No nic, pewnie kojarzy mi się z kimś (ale z kim?) i stąd ten sentyment.
A Brosnan to dla mnie już na zawsze Remington Steele, więc sympatia gwarantowana... pomimo niektórych popisów. ;)
Z kim, tego nie wiem, ale na własnym przykładzie widzę, ze meandry skojarzeń bywają ukryte i nielogiczne.
A Remingtona nigdy nie oglądałam! Życie mnie ominęło :( Ogółem Brosnan ma bilans na plus, chociaż bywa, że irytuje mnie niemożebnie. Ale potem się rehabilituje, więc jest wahadłowo, ale w sumie sympatycznie. A w "The Matador" najlepiej :)
Film jak najbardziej pozytywny :) Nie jest to jakaś typowa głupia komedyjka i za to wielki plus :P
Prześlij komentarz