Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 września 2012

"Chleb i tulipany", reż. Silvio Soldini.

Obejrzałam zadziwiający film. Zupełnie przypadkowo. A przez pierwsze minuty w ogóle nie wiedziałam, na co patrzę.
Jakiś niskobudżetowy projekt włoskiego debiutanta? Nie, mimo wyraźnie niskich nakładów finansowych, coś za mało kontrowersji i młodości w tym filmie było, żeby okazał się debiutanckim kinem. Kino telewizji, które potrafi w jednym wnętrzu przedstawić każdą objętość scenariusza i udawać, ze wszystko gra? Nie, to też mi nie pasowało. Wnętrze jednak było więcej niż jedno.
Nie miałam pojęcia, czego się po tym filmie spodziewać, ale oglądało się wspaniale. Ten film to taka prosta przyjemność, którą bardzo szkoda ominąć.

Historia? Rosalba została zapomniana przez współwycieczkowiczów na stacji benzynowej. O tyle jest to znamienne, że jej nieobecności w autokarze nie zauważył ani mąż, ani żaden z dwóch synów, ani nikt w ogóle.
A może to przez swoje nieogarnięcie Rosalba zgubiła resztę wycieczki? Z dwóch stron można na to spojrzeć, ale na pewno pierwsze sceny bezbłędnie określają jej postać. Odrobinę roztrzepana, zahukana przez męża pani domu, która spóźniła się na autokar, bo wyławiała kolczyk z muszli klozetowej. Pęsetą. Tak, potem wyławiała również pęsetę.

Jednocześnie Rosalba już od pierwszych scen wydaje się jednak inna, niż chciałby to widzieć na przykład jej mąż, jest w niej jakaś stłumiona przekora. W delikatnym uśmiechu, w milczeniu, w tym uważnie ściskanym pudełeczku kupionym na pamiątkę, którego wieczko tłucze się na podłodze autokaru. I ta przekora zaczyna pokazywać czułki na owej niefortunnej stacji benzynowej, a szczerzy się już pełną gębą, kiedy Rosalba zamiast czekać na rozkrzyczanego męża, trafia autostopem do Wenecji. Tak po prostu, bo nigdy nie była.

W tej teoretycznie prościutkiej opowieści zawartych jest bardzo wiele drobnych wątków. A może raczej kilka z życia wziętych obrazków, nawet nie pełnoprawnych wątków.
Zagubiony bez żony Mimmo (szczęśliwy w biznesie wykończeniowym, łazienki to podstawa), któremu nikt nie chce uprasować koszuli, a już na pewno nie kochanka.
Hydraulik/detektyw amator wysłany przez Pana Męża na poszukiwania krnąbrnej Rosalby, która jakoś nie spieszy się z powrotem do domu. Oj, scena, w której hydraulik Costantino śledzi Rosalbę to perełka, pościg mistrzostwo, chluba w życiorysie każdego detektywa.
Stary kwiaciarz rozstawiający klientów po kątach, kiedy kupują nieodpowiednie kwiaty. Odpowiedni bukiet to sprawa równie poważna, co wykończenie łazienki.
Masażystka Grazia z sąsiedztwa... O właśnie, masażystka, która marzy o miłości.
Rosalba może też marzy, ale ona ma męża, dwóch synów... Ona marzy inaczej, a tak naprawdę to gra na akordeonie i chyba wtedy jest tak samo, jakby marzyła.

Ale zanim masażystka, zanim kwiaciarz, hydraulik i na pewno zanim akordeon, Rosalba trafia do ponurego pensjonatu i idzie na kolację. A tam postać, w której Liritio zakochała się momentalnie po czubki uszu.
Fernando, posępny kelner w białej marynarce, którego sposób wysławiania się jest zastanawiająco wyszukany (o ile angielskie napisy prawidłowo oddają włoski oryginał dialogu). Naprawdę, ten człowiek nie mówi, on się wysławia, dla takich zdań stworzono czynność wysławiania się. A przy okazji zgadza się wynająć Rosalbie pokój (zagracony, ale jednak). Nagła lokatorka nieco krzyżuje jego plany, które wymagają krzesełka, sznura i chwili spokoju, ale z drugiej strony "Chleb i tulipany" to film również o tym, czego potrzebujemy i co dostajemy od życia. Czyli że jest zupełnie tak samo, jak śpiewa Mick Jagger, że "sometimes you get what you need". Rosalba akordeon, masażystka przyjaciółkę, a kelner Fernando ciepłą duszę w mieszkaniu.

"Chleb i tulipany" to przede wszystkim pogoda ducha i delikatność przekazu. Bez namolnych treści, bez niepotrzebnych dialogów poznajemy kolejne osoby, kolejne sytuacje, a drobne elementy tej historii trafiają na swoje miejsce. Bo chociaż jest prosto i zwięźle, znajduje się czas na matkę hydraulika, która pakuje prowiant i ociera łzy. Też na małe śledztwo Rosalby, która przecież sama jest śledzona. I na czarująco cwanego właściciela hotelu/odrapanej łajby.

I jeszcze znajduje się czas na Wenecję. Nie na miasto - pocztówkę turystyczną, które widujemy w wielu filmach ("Turysta" się kłania), ale miasto w którym się żyje. Wąskie, zapyziałe uliczki, wysokie kamienice, drewniane bale stojące w wodzie i puste, zszarzałe place... To jest silna charakterystyka filmu Soldiniego, szczerość planu zdjęciowego, szczerość całości. Bez upiększeń, czy to wnętrz, czy aktorów, oglądamy wycinek z życia, który może odrobinę przypomina bajkę, ale bajkę umieszczoną w sztywnej rzeczywistości ciasnych mieszkanek i zmęczonych twarzy.
Czyli Liritio się w "Chlebie i tulipanach" odrobinę zadurzyła, nie mogło być inaczej. W codziennej komedii i w przemycanym romantyzmie, w melodyjnym włoskim.
A w kelnerze Fernando za całokształt zagraconego mieszkania, prześlicznych śniadań (jabłko! jabłko to słowo klucz), sznura i akordeonu w szafie.

środa, 22 czerwca 2011

Gianrico Carofiglio.

Guido Guerrieri jest bohaterem cyklu kryminałów prawniczych, a właściwie czegoś pomiędzy kryminałami a książkami o procesach sądowych. Guido jest cudowny, do czego może przejdziemy potem, a książki Carofiglio... Hmm, czytanie ich sprawia mi przyjemność dużą, ale nie zaprzeczę, że odpowiada mi po prostu klimat niewielkiego włoskiego miasta, odpowiada mi charakter głównego bohatera (przynajmniej dopóki Carofiglio nie robi z niego ostatniego sprawiedliwego, jakby John Wayne urwał się z "W samo południe" i trafił do Bari), odpowiada mi powolny rytm tych książek i lecące w tle muzyczki (tak, Guido jest muzycznie zbliżony do mnie, a Carofiglio skrzętnie wplata w akcję ścieżkę dźwiękową).

W serii "Lato z kryminałem" z 2009 roku Polityka oferowała część pierwszą cyklu, w tym roku jest druga, "Z zamkniętymi oczami". I o ile jakiekolwiek krzewienie nawyku czytelnictwa jest piękne i zacne, irytują mnie te projekty Polityki niebotycznie. Rok w rok, a przecież to już co najmniej cztery lata, ci sami autorzy, Krajewski, Marinina, Mankell, Grimes, Konatkowski i ktoś tam jeszcze znany i lubiany. Po prostu szkoda, że Polityka mając pewną siłę sprawczą w świadomości nabywców, nie proponuje jakichkolwiek autorów poza kilkoma ze stałego kółeczka. W ogóle nie pojmuję, dlaczego z roku na rok te nazwiska się powtarzają, o ile piękniej byłoby rokrocznie wynajdywać coraz to nowych autorów, a nie trzy czy cztery lata pod rząd tłuką kryminały Marininej. Dziękuję, jakby mi się spodobało, nie czekałabym rok na kolejny tom, tylko poszła do biblioteki czy księgarni i przeczytała wszystkie oddzielnie od projektu Polityki.

Wracając do Carofiglio, z pewną niechęcią przyznam, że bardzo podobał mi się jedynie pierwszy tom, właśnie "Świadek mimo woli". A najbardziej-bardzo jego pierwsza część, kiedy to Guido jeszcze daleko jest od właściwego wątku książki, czyli pewnego pana oskarżonego o morderstwo małego chłopca. Najlepszy jest fragment, w którym Guido rozwodzi się z żoną i dostaje depresji, tam wyraźnie widać jego naprawdę ciekawy charakter, jego upodobania, jego postać w pełnej krasie. Ponieważ im dalej w kolejne książki, tym bardziej niezniszczalny Guido się staje, tylko w "Świadku mimo woli" tego pierwszego uciśnionego pan adwokat broni jeszcze całkiem ludzko, upadając po drodze nie raz.

Natomiast "Z zamkniętymi oczami" uznałabym, że ma najciekawszą, najlepiej skonstruowaną akcję, prawie przewrotną, zaskakującą. A zapewne gdyby nie moje szczere przywiązanie do głównego bohatera, nie raziłaby mnie aż tak bardzo jego przemiana w prawniczego McGyvera.
I znowu to robię, piszę o autorze, którego polubiłam i na którego kolejne książki czekam, piszę o jego pierwszych trzech opublikowanych kryminałach, i prawie wyłącznie marudzę.
I jeszcze domarudzę więcej, na część trzecią ("Ponad wszelką wątpliwość"). Przeczytałam z irytacją i tylko tę irytację pamiętam z lektury ponad rok temu. Oraz jakąś piękną panią kręcącą się koło głównego bohatera.

Chciałam zachwalić, a wyszło jak zwykle. Ale gdyby uważnie marudzenie przesortować, pierwszy tom cyklu, "Świadek mimo woli" jest świetny i bez marudzących komentarzy. I ten Guido interesujący. Cudny wręcz.
Tak czy inaczej przeczytam kolejne części, o ile zostaną kiedyś przetłumaczone, chociażby po to, żeby sprawdzić, czy Guido przestanie być Supermanem. Mam mgliste wrażenie, że koniec trzeciej części kładzie kres jego aurze superbohatera, wraca na najlepsze tory z pierwszych stron, na których dopiero go poznawałam.

niedziela, 24 października 2010

Spadło na mnie.

Dzisiaj po raz kolejny wstawiając muzykę zamiast tekstu na jakikolwiek temat wcale nie idę na łatwiznę! O nie. To zupełnie co innego - wielkie uczucie mnie dopadło, co gorsza, do Włocha. Nazywa się Guido i mieszka w Bari. Adwokat, rozwiedziony, bezdzietny...
Chociaż w sumie nie wiem czy adresatem tych wielkich uczuć powinnam uczynić bohatera, czy też jego twórcę i autora, Gianrico Carofiglio. Ten pan pisze prawnicze... eee, thrillery. Kryminały... Zawsze mam z tym problem. Nieważne, co dokładnie pisze, ważne jak. Genialnie, już dawno nie wpadłam w książkę z tego gatunku aż tak. Ostatnio chyba przy okazji Natsuo Kirino.
Nie mogłam się oderwać od jego pierwszej książki, połknęłam drugą - nawet nie zauważyłam - teraz zagrzebałam się w trzeciej i bardzo szczęśliwa lecę naprzód. Szkoda tylko, że kolejnej nie ma. Na razie.
W każdym razie, musicie mi wybaczyć, ale jestem zakochana w nastroju książek pana Carofiglio i miłość mnie pcha.

A ponieważ Guido i ja mamy podobne gusta, jego wspomnienie o Tracy Chapman stało się moim wspomnieniem. Kolejna pani, o której zapomniałam, głupia ja. Ale już wróciłam, może nie do całokształtu jej twórczości, ale na pewno do pierwszego albumu z 1988r.


I dzisiaj pięknie pachniał wiatr - nie wiem, jak to zrobił w niedzielne popołudnie w centrum miasta, ale tak właśnie było.

niedziela, 15 sierpnia 2010

"Mine Vaganti", reż. Ferzan Ozpetek.

Na film Ozpeteka poszłam z czystym kontem, jako że nie widziałam żadnego z poprzednich. Zastanawiały mnie co prawda recenzje, które zarzucały "Mine Vaganti" humor nie na poziomie i brak głębi, ale uznałam, że dopóki sama nie zobaczę, nie będę wiedziała co i jak. I dobrze zrobiłam, bo teraz "Mine Vaganti" jestem zachwycona. Całkowicie dziecinnie zachwycona.

W tym filmie jest wszystko, plejada uczuć i zdarzeń, można tylko dodać, że nic co ludzkie nie zostało przez Ozpeteka pominięte. Aż ciężko mi napisać, co sądzę, bo najchętniej krzyknęłabym, że film jest cudowny i na tym skończyła.

Chociaż kino było pełne, cała sala rżała ze śmiechu, pan przede mną prawie się z radości udusił - a nie ukrywam, śmiałam się i ja, głośno i całkowicie nieskrępowanie - "Mine Vaganti" to jest w sumie smutny film. Ale Ozpetek do małych dramatów włoskiej rodziny dodał mnóstwo uśmiechu. I to jest takie naturalne, świeże i rzeczywiste, świat jest jakby krzywym zwierciadłem, nie ma miejsca ani na same łzy, ani na sam śmiech.

Fabuła koncentruje się na Tommaso, który przyjeżdża w odwiedziny do domu mając zamiar spuścić na swoją familię trzy bomby - wcale nie studiował ekonomii, chce zostać pisarzem, a poza tym jest gejem. Jednak wszystko idzie zupełnie nie po jego myśli, kiedy w obwieszczaniu rewelacji ubiega go starszy brat, Antonio. Ojciec wywala syna z domu, dostaje zawału i życie nagle toczy się zupełnie inaczej, niż miało.
"Mine Vaganti" jest naładowane postaciami, z których każda ma swoje problemy, każda bawi widza i prędzej czy później, każda ściera uśmiech z jego twarzy. I wszyscy są tak prawdziwi! Rzadko kiedy ogląda się film nieprzekombinowany, szczery, bez tej uwielbianej w dramatach poetyckości.
Może faktycznie, moment, w którym do Tommaso przyjeżdżają przyjaciele z Rzymu jest mało subtelny, jeżeli chodzi o humor, ale nie znaczy to, że Ozpetek serwuje tanie dowcipy. Jak dla mnie, wątek przyjaciół z Rzymu, był po prostu kolejną kropelką w całej czarze zdarzeń, które - jak to na co dzień bywa - najczęściej przyprawiają nas o jęk "czy to jest Mamy Cię?!"

Dlaczego uważam, że "Mine Vaganti" jest smutne? Nie jest to jednoznaczne z faktem, że przygnębia, nie, po wyjściu z kina miałam dobry humor. Smutne w "Mine Vaganti" są właśnie zwyczajne dni, które nie zapewniają happy endów. Czy film kończy się dobrze, czy źle - ani tak, ani tak. Po prostu rodzina Tommaso rozwiązuje pewien problem i tyle, życie toczy się dalej. I nie wszystko się prostuje, i nie wszyscy na koniec się cieszą, nie ma wielkiego, lukrowanego napisu "the end", jak również nie ma melodramatycznej muzyczki, którą zaserwowałby na koniec zadowolony z siebie reżyser, po dwugodzinnym przedstawieniu całego bólu świata.

Czytając o tym filmie, o Ozpeteku w ogóle, wysnułam sobie wniosek, że problemy pragnień, które stoją w sprzeczności z życzeniami rodziny, homoseksualizm i zamknięcie w pułapce stereotypów, hipokryzji, przewijają się przez wszystkie filmy tego reżysera. A kolejna nasunęła mi się myśl, że jeżeli "Mine Vaganti" faktycznie brakuje charakterystycznej dla Ozpeteka subtelnej poetyckości, że jest bardziej komediowe, mniej psychologiczne... To ja bym chyba innych jego filmów nie polubiła. Jak to więc jest z tym Ozpetekiem?

Tak czy inaczej, "Mine Vaganti" zostaje oficjalnie mianowane moim ukochanym filmem lata, a Wy musicie mi wybaczyć tę małą potrzebę zachwycania się Ozpetekiem.
Chciałam odrobiną mojego zachwytu podzielić się także w postaci zwiastuna, ale wyobraźcie sobie, obejrzałam kilka i żaden nie był dobry, żaden nie był nawet zbliżony do atmosfery filmu. Nie, zwiastuny były kiepskie i faktycznie, jakby promowały włoską i odrobinę mądrzejszą wersję "American Pie". Wręcz zbrodnia, tak zepsuć reklamę tak dobrego filmu.

sobota, 5 czerwca 2010

"W Azji" Tiziano Terzani.

Recenzowanie reportaży to zadanie ciężkie samo w sobie, a recenzowanie dobrych reportaży już w ogóle przypomina koniec świata.
Jeszcze żeby kiepską jakość podsumować, nie trzeba się aż tak męczyć. Chociażby czytana przeze mnie jakiś czas temu "Modlitwa o deszcz" Wojciecha Jagielskiego. Bardzo ciekawe spostrzeżenia ukryte w tekście, którego styl mnie zabił. Przepraszam bardzo, ale zdanie w stylu "przemawiają do mnie góry" nie powinno mieć miejsca w zbiorze poważnego reportera na temat Afganistanu. To ja sobie mogę strzelić metaforę o gadających do mnie skałach, kiedy już się zbiorę i napiszę bestsellerową autobiografię.
"Modlitwa o deszcz" nie jest zła, absolutnie nie, ale mnie takie kwiatki trochę zniechęciły, a szkoda, bo Jagielski ma w tej książce mnóstwo do opowiedzenia. Także jak kto mniej wyczulony na takie głupotki, zapraszam do lektury.

Tak więc narzekanie - ewentualnie zastąpione konstruktywną krytyką - zawsze sprawia mniej kłopotu, niż sensowna pochwała. Bo przecież nie poprzestanę na stwierdzeniu "podobało mi się" - wtedy Wam zostanie jedynie komentarz "fantastycznie, nam też podobają się misie".

Czy Tiziano Terzani jest chwalony na wyrost i przesadnie kreowany na człowieka-legendę, nie wiem. Ale z całkowitą pewnością mogę stwierdzić po lekturze jego reportaży, że facet potrafił być obiektywny. Ha! Pokażcie mi wielu takich. I na dodatek, bardzo elegancko obiektywny, nie na siłę, bez takiej irytującej maniery podkreślania swojej bezstronnej opinii, która zawsze jest tylko mydleniem oczu.

Terazni w Azji pojawił się wszędzie, więcej, najwyraźniej fartowny los rzucał go w miejsca, w których następowały przełomy, rzucał w sam ich krwawy środek. Lata 1965-1997, działo się mnóstwo i to całe mnóstwo w książce jest zawarte. Nie pokuszę się o lepszy komentarz, niż ten z recenzji Salonu Kulturalnego:
"Włoski dziennikarz był wszędzie tam, gdzie działy się rzeczy ważne, był nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem wielu wydarzeń, które zaciążyły na historii świata. Jednocześnie jako wnikliwy obserwator, znawca i miłośnik Azji, obok wielkiej historii pokazywał i starał się przybliżyć czytelnikowi specyfikę tego największego kontynentu na Ziemi."

Bezlitosny w opiniach tak o Azji, jak i reszcie świata - każdemu wyszczególnia zasługi i winy. Nie było najwyraźniej ucieczki przed bezkompromisowym komentarzem Terzaniego. Nie było również w jego komentarzach miejsca na tanie sensacje, co jest chyba największą zaletą tej książki - brak tanich chwytów, które żerują na najprostszych emocjach. W najbardziej poruszających momentach zdołał unikać pustych frazesów. I ani razu w Azji nie gadały do niego góry - wielki plus.

Z chęcią pobiegnę dalej tropem Terzaniego, prosto do "Nic przypadkiem się nie zdarza". Również "Powiedział mi wróżbita" mnie nęci, ale jednak po "W Azji" mam nadmiar Azji (idiotyczne zdanie, przykro mi). Sam Terazino, z tego co naprędce wyczytałam tu i tam, a także po wyklikaniu kilku zdjęć, najwyraźniej sporo uwagi poświęcał duchowości według mądrości Wschodu. Jestem ciekawa, czy to była taka poza, czy szalone mary człowieka, który trochę nadwyrężył psychikę podczas pracy, czy jednak podejście całkiem sensowne. Między innymi tego mam zamiar się dowiedzieć z jego innych książek.

Terzani stał się więc jednym z moich nowych zainteresowań. Jakim był człowiekiem, co myślał, jak myślał, jak żył... Pochłonęłabym wszystko, co napisał i przetrawiła jak zadowolony, nażarty wąż (wężyca?). A że za mną dopiero "W Azji", to nie da się ukryć, daleka droga przede mną.

środa, 19 maja 2010

"Jestem tu od wieków", Mariolina Venezia.

Lubię takie historie o rodzinach, wszelkich zjazdach po latach i innych tego typu cudach. W ogóle historie, w których przeplatają się różne życia, wpływają na siebie nawet nieświadomie, zawsze mnie interesowały. Ale "Jestem tu od wieków" czytało się średnio podniecająco. Nie to, żeby z tą książką było coś nie tak, skąd, ale szału nie ma.
Pani Venezia leci przez pokolenia kobiet pewnej włoskiej rodziny, włazi w ich umysły, tłumaczy dziwactwa i zboczenia, opowiada ich myśli. I niby cacy, ale cały czas nie mogłam się opędzić od wrażenia, że to wszystko jest mocno wtórne. Nietypowe, albo właśnie typowo pokrętne toki myślenia seniorek rodu, kobiety, które wiele chciały i dostały zupełnie co innego, a także takie sobie bajeczki, które znajdywałam wcześniej w tłumie innych książek. "Jestem tu od wieków" to książka co prawda włoska, ale bardzo w stylu niektórych tytułów z Ameryki Południowej - takie książki jak "Ewa Luna" Allende czy "Przepiórki w płatkach róży" kojarzą się natychmiast, de facto obie zachwaliłabym znacznie bardziej, niż "Jestem tu od wieków". Może temat główny lekko inny, ale specyfika postaci podobna, jak i sposób pisania.

Ale "Jestem tu od wieków" nie jest nie do polecenia, czyta się miło i nawet miejscami wciąga. Tylko jak chcę książki włoskiej, to wolę Baricco, a jak słodko-gorzko o komunistach, to Guareschiego. Chyba po prostu pani Venezia jest z jednej strony zbyt kobieca, żebym mogła ją czytać całkowicie bezboleśnie, a z drugiej zbytnio się powtarza, żeby mnie bardzo zainteresować.

wtorek, 4 maja 2010

"Póki rekin śpi", Milena Agus.

Przeczytałam bezboleśnie, chociaż najlżej nie było. A potem usiadłam, jak mędrzec na kamieniu, tak ja na krzesełku i dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, o czym też miała być ta książka.

Rodzina Sevilla Mendoza do szczęśliwych nie należy, a jej historia opisana przez osiemnastoletnią panienkę jest ponura, długa (a książka jest właściwie skromną w objętości książeczką) i jakoś nie niesie radosnego przesłania, chociaż zakończenie sprawia wrażenie, jakby taki był zamiar.

Dla mnie problemem przy czytaniu była pewna niezgodność narratorki. Z jednej strony, osoba prowadząca opowieść z pozycji obserwatorki, z drugiej mająca przecież czynny udział w swoim własnym życiu. I tutaj następuje mały zonk, bo narratorka właśnie tego czynnego udziału nie ma, chociaż podejmuje jakieś działania i ciężko określić ją jako bezwolną. Zresztą nie tylko ona, z dużą częścią bohaterów książki miałam ten problem. Właściwie "Póki rekin śpi" przypominała mi trochę grecką tragedię, tylko chóru brakowało w tle - czego by członkowie rodziny Sevilla Mendoza nie robili ich los wydawał się jakoś ponuro przypieczętowany.

Plejada charakterów, znerwicowana matka, zahukany syn, autodestrukcyjna córeczka i ojciec z głową w Ameryce Południowej nie wystawia światu optymistycznej etykietki. I babcia, którą najmniej z całej książki zapamiętałam, i ciotka, którą cięgle opuszczają mężczyźni. Ale te postaci służą Milenie Agus do napisania kilku mądrych zdań o Bogu, o miłości, o życiowym powołaniu.

W ogóle jej styl jest wart uwagi, więcej, szkoda byłoby go przeoczyć. O ile się nie mylę (a nie mylę się, sprawdziłam, ale takie zagajenie zdania już zostawię) wyszła w Polsce kolejna książka Mileny Agus, "Ból kamieni". Na pewno ją przeczytam, żeby powtórzyć krótką przygodę z tym stylem. Prostym, zwięzłym, który w sposób łagodny przekazuje trudne prawdy.

Tylko niestety, nawet po napisaniu tej recenzji, a opisywanie wrażeń zawsze pomaga ułożyć sobie te wrażenia w głowie, nadal nie widzę myśli przewodniej. Zgryzoty życia dla opornych? Nie wiem, jaka była główna nić, którą ciągnęła Milena Agus w "Póki rekin śpi", a im dłużej o tym myślę, tym ciężej mi sprecyzować, o czym tak właściwie jest ta książka. Także się bardzo ładnie w niej zapętliłam.

niedziela, 17 stycznia 2010

"Zamki z piasku", Alessandro Baricco.

Alessandro Baricco jest bez wątpienia w mojej liście top iluś tam ulubionych pisarzy. Lista „top iluś tam” składa się – szokujące – z iluś tam nazwisk, zależnie od dnia, humoru i aktualnego stanu pamięci, z której owe nazwiska wygrzebuję. Kto wie, może nadejdzie dzień, w którym „top iluś tam” ujrzy światło dzienne w wirtualnej rzeczywistości tego bloga? Och, to by było szalone :)

Kiedy czytałam „Jedwab”, zakochiwałam się w sposobie pisania Baricco, w jego zdaniach (oraz oczywiście w dobrym tłumaczeniu). W rzeczywistości, którą ten włoski pisarz oddaje niezwykle plastycznie – ja czytając jego książki widzę kolory, słyszę dźwięki, półtony i szelesty. Magia.
Jednakże „Zamki z piasku” pobiły „Jedwab” na głowę. Nie spodziewałam się, że Baricco mógł napisać jeszcze lepszą książkę, ale jednak. Możliwe, że „Zamki z piasku” urzekły mnie również fabułą, bo z „Jedwabiu” pamiętam głównie te obrazy, które stawały mi przed oczami. W tej książce zainteresowana byłam bohaterami, a kilkoro ich jest. I wszyscy lekko oryginalni – niewątpliwie nie jest to książka o szarej codzienności i szarych szaraczkach.
"Od czasu do czasu pan Rail wracał. Z reguły zdarzało się to w jakiś czas po tym, jak wyjechał. Co świadczy o ładzie wewnętrznym, psychologicznym i, rzecz by można, moralnym tej postaci. Na swój sposób pan Rail lubił dokładność."*
Dziwni są ludzie z miasteczka Quinnipak, których dziwne pomysły i dziwne losy splatają się ze sobą.
Pan Rail – podróżnik, którego piękne i ekscentryczne marzenia pękają, jak „szklane kule”. Jego żona, Jun, z ustami, od których nie sposób oderwać wzroku, a ja nie wiem dlaczego, wyobraziłam ją sobie jako bardzo smutną kobietę. Pekisch, który wie wszystko o muzyce i instrumentach, a całe życie nie może znaleźć swojej nuty, którą według niego każdy człowiek ma. Pehnt, dzieciak, który musi dorosnąć do swojej marynarki i ma kajecik, w którym zapisuje życie, żeby się w nim nie pogubić. I tak dalej, i tak dalej…
Jedyna postać spoza Quinnipak była właśnie tą, której historię śledziłam najuważniej. Hector Horeau, architekt z obsesją szklanych domów i jego konkursowy projekt Crystal Palace, który splótł losy Horeau i pana Raila. Quinnipak widziane jego oczami przestało być normalnym miasteczkiem, a świat pana Horeau, przed którym chciał się chować za szkłem, był zdecydowanie najbardziej intrygującym, ze wszystkich pokazanych w „Zamkach z piasku” światów.
"To w tej – w tej właśnie – twarzy uwięzło spojrzenie Hectora Horeau, a dokładniej rzecz biorąc, uwięzło całego jego życie, a jeszcze dokładniej, uwiązł cały jego los. Nie była to zresztą twarz najładniejsza, co sam Hector Horeau przyznawał bez trudu w następnych latach. Ale są statki, które uwięzły w miejscach bardziej absurdalnych. Życie może spokojnie uwięznąć w każdej twarzy."**
Baricco ma styl, którym nie mogę się przestać zachwycać. Najchętniej zacytowałabym trzy czwarte „Zamków z piasku” tutaj, wymieniając wszystkie „najlepsze” fragmenty. W „Jedwabiu” pięknie napisał o świecie – o długiej drodze do Chin, o spokojnej Francji – dzielił się swoimi obrazkami, które potem kręciły mi się w głowie. „Zamki z piasku” są książką przede wszystkim skoncentrowaną na ludziach. I okazało się, że o nich też umie pięknie napisać.
"Miał jedenaście lat, ale miał je na swój własny, bardzo szczególny sposób. Zdawało się, że żyje w jakimś osobliwym akwarium, gdzie nie istnieją słowa, a czas jest jak różaniec, którego paciorki przesuwa się z pełną cierpliwości uwagą."**
Interesujące są te smutne i radosne charaktery w „Zamkach z piasku”, i ułamki ich życia, które w swoim niezwykłym stylu uchwycił Baricco. „Wszyscy dzieci Boga, gdyby tylko gdzieś istniał”.

* "Zamki z piasku", A. Baricco, przekład: Halina Kralowa, wyd. Czytelnik, 2006r., s. 19
** ten sam, s. 160
*** ten sam, s. 110

sobota, 9 stycznia 2010

"Zapiski na pudełku od zapałek", Umberto Eco.

Umberto Eco – pisarz tak znany, że słownik Worda rozpoznaje jego imię i nazwisko. Dlaczego? Przyznam szczerze, że nie wiem, podejrzewam, że spory talent i rewelacyjny PR odniosły tak świetne efekty.
„Imię Róży” lubię na odległość, czytałam dwa razy w życiu, z czego tylko raz ze zrozumieniem. Trzeciego razy chyba nie będzie, a przynajmniej nie w najbliższych latach.
„Wahadło Foucaulta" pokonało mnie bez trudu, sto stron i leżałam na deskach znużona zawiłością i powalona objętością.
„O bibliotece” czytało się bardzo przyjemnie.
A teraz „Zapiski na pudełku od zapałek”. Rozbawiły mnie do łez, miejscami trochę znudziły, ale podsumowanie wychodzi na zdecydowany plus. Czyli kolejna książka Eco, którą faktycznie polubiłam. Sukces.

„Zapiski…” to zbiór felietonów z lat 80tych i 90tych, pisanych dla mediolańskiej gazety „L’Espresso”. Zbiór bardzo nierówny, na dodatek nie jestem w stanie odkryć, w jaki wzór układają się lepsze i gorsze kawałki. Faz księżyca? Ustawione są chronologicznie i na przemian zachwycają niezwykle celne i dowcipne zdania oraz szczerzą się trochę słabsze, trochę nudne i jakby wymęczone felietony.

W skrócie można by opisać „Zapiski…” jako vademecum współczesnego człowieka. Jak żyć przedstawione zdaniem „jak funkcjonować”, a jeszcze dokładniej – ironiczne i prześmiewcze komentarze do absurdów rzeczywistości. Absurdów wszelakich, od „Jak pisać do katalogu wystawy”, przez „Jak wyrzucać do kosza telegramy” i „Jak wystrzegać się wdów”, aż po „Jak stosować wielokropek”. Dla każdego coś miłego się znajdzie.

Nie mogłabym powiedzieć, że to świetny zbiorek. Ale są w nim zdecydowanie świetne fragmenty. Ja się uśmiałam jak norka nad kilkunastoma felietonami i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko (dla zachęty oczywiście) podzielić się z Wami kilkoma uroczymi fragmentami. (możecie ich nie czytać – traktując poniższe wypisy jak spoilery)

Nigdy nie napadać nocą, kiedy koloniści niczego się nie spodziewają. Trzymać się zasady, że Indianin dokonuje napadu wyłącznie w świetle dnia.
(Jak być Indianinem)*

Jeśli chodzi o te osoby z personelu, które wspinają się po drabinie z półek znajdujących się na wysokości ośmiu metrów, winny zamiast ręki mieć protezę z hakiem, a to ze względów bezpieczeństwa.
(Jak urządzić bibliotekę publiczną)
**

Wyścig taksówkarza z Frankfurtu w porsche i taksówkarza z Rio w poobijanym volkswagenie wygrałby jednak taksówkarz z Rio, między innymi dlatego, że nie zatrzymuje się na światłach. Gdyby się zatrzymał, podjechałby inny poobijany volkswagen, pełen chłopców, którzy natychmiast wyciągnęliby ręce i zabrali mu zegarek.
(Jak korzystać z taksówki)***

I mój ulubiony Jak kupować gadżety- oplułam się herbatą – który musiałabym zacytować w całości, więc nie zacytuję w ogóle.

„Zapiski…” nie są ani odkrywcze, ani genialne. Ale są przyjemne, zabawne, a Eco prezentuje się w nich jako człowiek pełen autoironii, dystansu do świata i celnych spostrzeżeń. Według mnie te felietony to idealny poprawiacz humoru. A kiedy spoglądam za okno i widzę wszechogarniającą biel (czy ktoś powiedział, że kocha zimę?), „Zapiski…”, szczególnie czytane w cieple, a nie w lodowatym tramwaju, stają się jeszcze lepsze.

A tak już na marginesie, słodka sprawa z moim egzemplarzem tej książki się wiąże. Na ostatniej stronie, pod spisem treści, znalazłam notatkę ołówkiem z lutego 2008:
„Polecam każdemu, a szczególnie felieton „Jak podróżować z łososiem ” – beczka śmiechu. Marta Wiesławska”.

Ja również, podobnie jak pani Marta, polecam każdemu.

*"Zapiski na pudełku od zapałek", Umberto Eco, przekład Adama Szymanowskiego; Wyd. Historia i sztuka, 1993r., s.8
**ten sam, s.23
***ten sam, s.86

poniedziałek, 16 listopada 2009

"Bez krwi", czyli krótko i... I tyle.

Przede wszystkim, "Jedz, módl się i kochaj" - czy tylko ja nie jestem w stanie przebrnąć przez pierwsze 50 stron? A może tajemnicą tej książki jest właśnie to, że na 51 stronie zaczyna być fascynująca? Tyle się dobrego nasłuchałam i naczytałam o Elizabeth Gilbert, że poczekałam grzecznie w bibliotecznej kolejce i pożyczyłam. I co? Wielkie nic! Jakoś magia "Jedz, módl się i kochaj" do mnie na razie nie dotarła i chyba już nie dotrze.

Natomiast "Bez krwi" Baricco połknęłam szybko - to jest cieniutka książka - i oczywiście jestem zachwycona stylem, tak samo delikatnym i plastycznym, jak w "Jedwabiu". Tylko niestety nie do końca zrozumiałam treść. Znaczy nie, każde słowo z osobna i ogólny sens jest całkowicie dla mnie jasny. Zabójstwo ojca i jego syna na farmie, ocalała córka - Nina, oszczędzona przez młodego chłopaka, który nigdy nie zapomniał widoku tej małej dziewczynki pod klapą w podłodze. Po latach ta dwójka spotyka się ponownie, i... Właśnie, i co? Przeczytałam "Bez krwi", zamknęłam i zadumałam się nad faktem, że po tej lekturze nie mam absolutnie nic, nad czym mogę dumać. Masło maślane, ale tak właśnie było. "Bez krwi" nie wywołało we mnie ani jednego wzruszenia, ani jednego znaku zapytania, ani jednego wniosku z przeczytanej książki. Zero emocji i ciągu dalszego, jakbym przeczytała kilkadziesiąt pustych stron.
A przecież "Jedwab", także krótki, wywołał we mnie mnóstwo różnych uczuć, nie tylko zachwyt ogólny, więc nie w długości (a dokładniej jej braku) leży problem. Tylko w czym?

czwartek, 18 czerwca 2009

"Jedwab", czyli stanowczo za długa recenzja stanowczo pięknej książki.

Sięgnęłam po tą cieniutką (naprawdę cieniutką) książkę, książeczkę właściwie, dlatego, że przeczytałam złą recenzję filmu nakręconego na jej podstawie. Tak, to trochę zawiłe. W każdym razie w owej recenzji, z której film wychodził w bardzo kiepskim stanie, autor napisał, że reżyser nie uchwycił charakterystycznego dla książki klimatu, nie wykorzystał milczenia i ciszy panującej w opowiadaniu i w ogóle zrobił wszystko bez sensu. Więc ja szybko odnalazłam „Jedwab”, który ku mojemu zdumieniu jest autorstwa Włocha, Alessandro Baricco (zdumienie tym Włochem rosło w miarę czytania) i nawet nie oglądając filmu postanowiłam przyznać rację recenzentowi. Ponieważ „Jedwab” to historia, którą na ekran przenieść powinno się albo pięknie albo wcale, wszystko inne rani tą perełkę.

Herve jeździ do Japonii po jedwabniki, jego żona Helena zostaje w domu. To tak z grubsza wszystko. Tak naprawdę „Jedwab” jest historią miłości Heleny do jej męża, jej męża do tajemniczej japońskiej kobiety, która swoją tajemniczością i egzotyką przysłoniła mu francuską żonę. Ale o akcji nie ma co pisać tak naprawdę, bo jest jej w sumie mało. Albo inaczej, autor był oszczędny w słowach i całkiem sporo akcji zmieścił na niewielu stronach, więc ciężko się na jej temat rozwlekać.

Jeżeli widzieliście „Jedwabną opowieść”, o której pisałam tutaj (jeśli nie, to natychmiast oglądać!) to możecie sobie wyobrazić mniej więcej nastrój „Jedwabiu”. Monotonny, spokojny, cichy i płynny. A przy tym piękny, bo mnie ta książka wydała się zbiorem pięknych obrazków. Tych egzotycznych, z Japonii i tych mniej egzotycznych z Francji, ale wszystkie są harmonijne i czarujące. Akcja, emocje, zostały zepchnięte niejako na margines przez tą ciszę, której w filmie podobno zabrakło. Ciszę, która towarzyszy nam w obserwacji Jedwabnego Szlaku i Japonii, smutnej Heleny i groźnego handlarza jedwabnikami (jak łatwo się domyśleć, japońska panienka jest jego… cóż, to dawne czasy, jest jego własnością).
Trudno się o „Jedwabiu” pisze, bo w nim jest bardzo dużo, a jednocześnie jest opowieścią bardzo zwięzłą. Ale cudowną.
Podejrzewam, że na część czytelników dużo bardziej niż na mnie może oddziaływać główna akcja książki, miłość Heleny do męża, którego nie może zatrzymać przed fascynacją Japonką. Jednak ja z „Jedwabiu” wyniosłam głównie te wszystkie obrazki, które widzę jak film. Srogie góry, zimne powietrze, śnieg, dziwny i egzotyczny handlarz, młoda kobieta, która nic nie mówi, tylko wypuszcza chmarę kolorowych ptaków. I tak dalej, i tak dalej, aż do stanowczo zbyt szybkiego końca książki.

Z panem Baricco na pewno jeszcze się zaprzyjaźnię bardziej.