Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lipca 2012

"Zaginione miasto Z", David Grann.

„Brian [młodszy syn Fawcetta] pisał w dzienniku: „Czyżby cała koncepcja Z, celu duchowego i sposobu jego osiągnięcia, była alegorią?” Czy to możliwe, że życie trzech ludzi pochłonął „cel, który nigdy nie istniał”? Sam Fawcett napisał w liście do przyjaciela: „Tym, których bogowie zamierzają zniszczyć, najpierw odbierają rozum.”
David Grann, "Zaginione miasto Z", Wyd. W.A.B., Warszawa, 2010r., str. 323
Książką, która jakiś czas temu wyrwała mnie z zaklętego kręgu „czytam to, co znam” było „Zaginione miasto Z” z jednej z moich ulubionych serii wydawniczych, terra incognita. Właściwie chyba z ulubionej - o ile nie codziennie mam ochotę na literaturę faktu, nie przypominam sobie innej serii wydawniczej, której wszystkie tytuły bym czytała bez wahania, nawet jeśli z mniejszym lub większym zacięciem. Terra incognita górą.

W młodszych latach mej radosnej egzystencji czytałam Szklarskiego (jak zapewne większość z nas) i chociaż niekoniecznie szlachetny chłopiec (Tomek oczywiście) był moim ulubieńcem, na pewno dwaj kompani jego ojca, Smuga i bosman Nowicki, błyskawicznie zyskiwali moją sympatię. I sama tematyka – Liritio była typowym dzieckiem miasta, ale wakacyjne skakanie po drzewach, obtarte łokcie, przeżuwanie jabłek nad rzeką i spanie w stogu siana też się zdarzało. I marzenia o odkrywaniu świata, przeżywaniu pięknych przygód, te białe plamy na mapach... Wyobraźnia pracowała, nawet jeśli mała Liritio wiedziała, że białych plam już niestety brak.
Duża Liritio to nieco inna bajka, ale białych plam nadal nie ma. Niby z tyłu głowy kołacze się myśl, że chociaż zarysy wszystkiego już mamy, nadal jeszcze nie każdy kamień na Ziemi został przerzucony i opisany. Ale dopiero podczas lektury „Zaginionego miasta Z” dobitnie zdałam sobie sprawę z tego, że wciąż niejedna tajemnica czeka na swojego odkrywcę..

„Zaginione miasto Z” to przede wszystkim biografia niezwykłego podróżnika P.H. Fawcetta i historia jego kolejnych wypraw do dżungli amazońskiej – wciągnęłam się od pierwszych stron. P.H. Fawcett, który poświęcił się opisywaniu sporych połaci amazońskich lasów dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, wędrował przez dżunglę z maczetą w ręce i jako pierwszy (jeden z pierwszych?) starał się nawiązywać przyjaźnie z tubylczymi plemionami, nawet tymi nastawionymi najbardziej wrogo. Dzięki tym przyjaźniom poznał wiele sekretów, które pozwalały przetrwać w fałszywym raju Amazonki (śpiewanie larwom gnieżdżącym się pod skórą, to tak dla przykładu… urocze, wiem, ale nadal zadziwiające).
Możliwe też, że właśnie te próby nawiązywania kontaktu go zgubiły. Fawcett zaginął bez śladu podczas swojej którejś z kolei wyprawy do dżungli rozpoczętej w 1925 roku, podczas poszukiwania owego miasta Z, które sobie wyśnił, wymyślił i sam sobie dowiódł, że ono istnieje. Niekoniecznie miało to być mityczne Eldorado, ale pozostałość poprzedniej cywilizacji, coś na miarę skalnych budowli Inków – Machu Picchu zostało odkryte w 1911r. roku przez Hirama Binghama (o nim też jest wzmianka w książce), czyli mniej więcej w momencie, kiedy Fawcett między kolejnymi wyprawami nad Amazonkę poszukiwał "wyższego" celu, niż przynoszące skromną sławę zbieranie danych do wytyczania map.

Dlaczego Fawcett – niezwykły odkrywca? Może raczej szalony? Rzeczywiście, im dalej w opowieść o Fawcett’cie, tym mniej można było zaprzeczyć, że odrobinę pomieszało mu się w głowie. Wyróżniająca go wytrzymałość w okropnych warunkach i samozaparcie w dążeniu do celu stawały się przekleństwem kolejnych wypraw, kiedy nie uznający słabości Fawcett pociągał za sobą mniej wytrzymałych.
Ale marzenia pchają nas naprzód, Fawcett zgarnął swojego najstarszego syna i jego przyjaciela, poszedł, nigdy nie wrócił, ot tajemnica gotowa. A gdzie tajemnica tam i fascynacja – nie wróciło również sporo ekspedycji poszukiwawczych i do dzisiaj nie wiadomo na pewno, co z wyprawą Fawcetta się stało. Nie ma jednak wątpliwości, że w amazońskiej dżungli można znaleźć więcej, niż jedno zagrożenie.

Właśnie. „Fałszywy raj” nad Amazonką. Część dotycząca samej dżungli była w równym stopniu wciągająca co opowieść o Fawcett’cie. Amazonia, ogromny las nad największą rzeką świata, kraina wydawałoby się życiodajna, w rzeczywistości okrutna. Ciemna, wilgotna, gorąca, pełna śmiercionośnych insektów, gadów, nieprzyjaznych plemion… Czytałam zaczarowana, zaaferowana i tylko czekałam na więcej.
Autor, dziennikarz David Grann, to trzecia część książki.Jego wolno rodząca się fascynacja Fawcettem, odkopywanie kolejnych faktów i dokumentów, docieranie do jego spadkobierców i w końcu decyzja o wyprawie do dżungli… W poszukiwaniu miasta Z. oczywiście.
Czy Grann zaginione miasto Z. znalazł czy pozostało ono w sferze opowieści o złotym mieście bogów? O tym przekonajcie się sami.
Ja od siebie jeszcze tylko dodam, że w „Zaginionym mieście Z” nie chodzi o dziennikarską sensację „w dodatku niedzielnym zaginione miasto!”. Książka jest obszernym kawałkiem historii podróżników porywających się na ciemność amazońskich lasów, rzetelnym i bardzo wciągającym opisem tamtego świata, kiedy mapy były pełne konturów, ale nadal brakowało im szczegółów, których może częściowo brakuje nadal. Jednocześnie jest opisem dzisiejszych warunków w tamtym rejonie, gdzie wszelkie zdobycze techniki coraz więcej ułatwiają, ale nadal nie są gwarancją przetrwania.
Podobno nadal nie do końca ustalono ile rdzennych plemion zamieszkuje dżunglę, amazoński gąszcz skutecznie skrywa swoje tajemnice.

A mnie „Zaginione miasto Z.” przypomniało, że jeszcze niedawno byłam zainteresowana czymś innym, niż moja praca, że pociągały mnie tematy związane z geografią, z historią… O czym ostatnio najwyraźniej zapomniałam. I mam nadzieję, że do tych tematów uda mi się wrócić.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

"Żar. Oddech Afryki", Dariusz Rosiak.

"Żar. Oddech Afryki" można z pewnością polecić osobom, które zaczynają przygodę z literaturą dotyczącą tego pełnego rozmaitych tajemnic kontynentu. Długa podróż przez Afrykę (Środkową i Południową), rozmaitość wrażeń zgodna z rozmaitością każdego oddzielnego kraju odwiedzanego przez autora. 

Rosiak w kolejnych rozdziałach opisuje bardzo wiele miejsc, jestem zdecydowanie pełna podziwu, że w każdym spędził trochę czasu, od Senegalu po RPA, postarał się wniknąć głębiej pod wierzchnią kołderkę stereotypu Afryki. Ta różnorodność to siła i zarazem słabość książki - oczywiście, że nie da się jednocześnie napisać o wielu krajach i o każdym wybitnie szczegółowo, to zrozumiałe. Jednak ja chciałam dowiedzieć się znacznie więcej, niż w tej książce wyczytałam.
Miejscami odrobinę też raził mnie styl. Dariusz Rosiak przyjmuje na zmianę ton szczegółowego historyka, podróżnika wyciągającego z rękawa kolejne opowieści, które rzeczywiście chce się poznawać - oczywiście te części uważam za bardzo dobre. Natomiast miejscami wpada w manierę plotkarskiego magazynu (nie dosłownie oczywiście), ale to może drobniejsza niedogodność.

Ostrzeżenie jedno: "Żar. Oddech Afryki" to książka podsumowująca sytuację polityczną i ekonomiczną, Indiany Jonesa tam nie ma. Szybki przegląd wszystkich konfliktów zbrojnych? Tak, ale też nie zarzucałabym Rosiakowi pominięcia innych warstw życia, zostawia sporo miejsca na wrażenie dotyczące własnej natury mieszkańców tych poplątanych państw, sporo też w tej książce socjologii... Nie wyobrażajcie sobie więc rozprawy o gospodarce rolnej.

Dwie stąd drogi, przede wszystkim ucieszyłam się bibliografią "Żaru. Oddechu Afryki", z której mały procent znam i mogę polować na resztę. I druga, oczekiwanie na kolejna książkę Rosiaka. Jakkolwiek bowiem do tej miewałam jakieś zastrzeżenia, ogółem bardzo polubiłam sposób, w jaki przedstawia on świat. Bez nerwowych dowodów, bardziej z punktu widzenia obserwatora, niż potencjalnego aktywisty. Mnie to pasuje.

poniedziałek, 27 września 2010

"Biała gorączka", Jacek Hugo-Bader.

Nie ukrywam, byłam sceptyczna. Do wszelkich reportaży niezmiennie podchodzę z ogromną rezerwą, ponieważ bardzo rzadko zdarza się, żeby nie zirytowały mnie... No, czymkolwiek. Od szanownej osoby autora, po kretyńskie czcionki i wydania - zauważyliście, że reportaże i biografie to dwie kategorie najidiotyczniej wydawanych książek? Formaty kretyńskie, nieładne okładki, dziwne czcionki i podziały stron, ogólnie koszmar czytelnika. A przynajmniej mój koszmar.

A "Biała gorączka" to długa książka. Nie określiłabym jej lekturą ciężką, jednak na pewno nie czytało mi się tych zapisków z podróży szybko. Bo tym właśnie jest "Biała gorączka", bardzo długimi i szczegółowymi zapiskami z podróży przez Rosję i byłe tereny ZSRR. Jacek Hugo-Bader kupił łazika i po prostu przejechał ogromną ilość kilometrów, po drodze prowadząc niezliczone ilości rozmów i obserwacji, których większość podejrzewam w "Białej gorączce" się znalazła. A jest to zbiór historii i spostrzeżeń tak różnorodnych, że ciężko przybliżyć treść. W "Białej gorączce" znajdzie się prawie wszystko, co obecnie w byłym Związku Radzieckim się gnieździ.

Część pierwsza, "Znikający punkt" to przede wszystkim Rosja, Moskwa, hipisi, heroiniści, milicjanci uważani za najgorszą swołocz tego kraju, alkoholicy, nosiciele HIV, cały margines społeczny, wszelkie patologie, sekty religijne, szamani, czarownicy... Hugo-Bader do przedstawicieli każdej z tych "kategorii" dotarł, porozmawiał, nie wysnuwał wniosków, jedynie wysłuchał i przekazał nam w "Białej gorączce".

Część druga, "Pułapka na anioły", moim zdaniem ciekawsza, niż pierwsza, prowadzi nas przez znacznie większe tereny Azji, opowiada ich historię po rozpadzie ZSRR, ale nie tylko. Zahacza o górników, handel organami i żywym towarem, mieszkańców dalekiej północy, życie w tajdze. Opisuje tereny nad Bajkałem (mój ulubiony rozdział, "Święte morze Syberii"), a w podróży przez Ukrainę Hugo-Bader cały rozdział - również jeden z lepszych - poświęca obecnej Jałcie ("Wiśniowy sad", fragment poniżej).
"Babcia Natalia nie nazywała Lenina inaczej jak "ryża sobaka". Przeżyła ponad sto lat (...) Ubóstwiała oglądać w telewizji film "Lenin w Październiku". Widziała go dziesiątki razy. W finałowej scenie krasnoarmiejcy pędzą przez plac do Pałacu Zimowego, wskakują na ogrodzenie... a babcia wyrywa z gniazdka wtyczkę od telewizora. "Nie dobiegniecie" - mówiła."
"Biała gorączka", Jacek Hugo-Bader, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, str. 247.
Dlaczego druga część wydała mi się ciekawsza? Przez większe zróżnicowanie tematu - w końcu ile można czytać o patologii w Rosji? Patologie są wszędzie, a Jałta tylko na Ukrainie, Bajkał jedynie na Syberii. Właśnie te rozdziały były najlepsze, niekoniecznie dotykające wszelkich nieszczęść tego świata, których kumulacja zdaje się spadła na północną Azję, niekoniecznie opisujące kolejne delirium alkoholowe i drogę na dno. Rozdziały o mentalności Rosjan, których najlepsze lata przypadały na złoty okres komunizmu, o kraju w ogóle, o wielokulturowej Ukrainie.
Ponieważ właśnie to skupienie na tragicznych historiach jest jedynym minusem "Białej gorączki" - jakby Jacek Hugo-Bader uparł się, żeby nie dostrzec ani jednej jaśniejszej strony życia w byłym ZSRR, naprawdę, ani jednej. Smutek, żałość, depresja, jak kobieta z planem na przyszłość, to musi mieć HIV. Jak w miarę szczęśliwa egzystencja, to koszmarna bieda. I tak na okrągło - początkowe rozdziały mnie przygnębiały, potem przywykłam, wręcz się znieczuliłam na kolejne opowieść o smutnym życiu. Nie lubię takiego koncentrowania się na tej jednej stronie medalu i tylko za to nie nazwałabym "Białej gorączki" bardzo dobrą, przez to uporczywe koncentrowanie się na nieszczęściu. Nigdzie nie ma samego nieszczęścia, po prostu taki twór w przyrodzie nie istnieje.

Ale poszczególne rozdziały "Białej gorączki" uznałam za jedne z najlepszych reportaży, jakie miałam okazję przeczytać.

piątek, 27 sierpnia 2010

"Rzymskie dolce vita", Penelope Green.

Ostatnio tak sobie marzę o przeczytaniu książki, w której pani (ew. pan) napisze, jak to ocknęła się pewnego dnia i postanowiła zmienić swoje życie na lepsze, nie udając się w tym celu 3000km w niewiadomym kierunku, do ciepłego raczej kraju.
Ale to chyba na razie pozostanie w sferze marzeń - poza tym zapewne aż tak dobrze się nie sprzeda. Bo cóż napiszą na okładce? "Ziuta X poczuła misję z rana i stała się lepszym człowiekiem". I kto poza mną to niby przeczyta...
Także chyba wypociny w stylu Frances Mayes czy Elisabeth Gilbert są przyszłością literatury traktującej o pogoni za szczęściem. Aczkolwiek łatwo przedstawić taką przygodę jak bajkę o "Kopciuszku", z przesłaniem, że na końcu ciężkiej drogi pod prąd zawsze czeka nagroda.

Chociaż według mnie założenie już jest mylne - zaczynanie od nowa nie jest trudniejsze, niż ciągnięcie dnia za dniem, ze wszystkim co poszło źle.
Ale to jedynie na marginesie wstępu, nie twierdzę, że autorki tego typu książek zachowują się tchórzliwie, przecież rozumiem, że istnieje mnóstwo sytuacji, w których zaczęcie na nowo jest jak najbardziej pożądanym rozwiązaniem.

Wróćmy do Penelope Green.
Prawie trzydziestoletnia Australijka pożegnała się z kolejnym swoim związkiem, uznała swą egzystencję za jałową i wysnuła wniosek, że czas na zmiany - bilecik do Włoch i ciao Antypody.
I tu się rozczłonkowujemy, ponieważ "Rzymskie dolce vita" ma dwóch bohaterów, autorkę i Wieczne Miasto, do którego się przeniosła. I chyba jednak Rzym wychodzi zwycięsko z tego zestawienia charakterów.

Już dawno chyba nie pisałam, że w Rzymie jestem zakochana, także opisy miasta były dla mnie jak odwiedziny u starego znajomego i wywoływały uśmiech na twarzy, naprawdę niezależnie od tego, czy dotyczyły Koloseum czy sprzedawcy rowerów.
Ale muszę przyznać, że Penelope Green opisuje Rzym interesująco, nie ucieka się do pustych zachwytów, ma coś do powiedzenia na temat miasta i Włochów. Przedstawia Rzym od strony codziennej, od strony którą ja kocham i w tym jestem do autorki podobna - ją też pociąga atmosfera tego miasta.

Sama Penelope natomiast nie zrobiła już na mnie tak świetnego wrażenia. Z jednej strony polubiłam tę potwornie emocjonalną kobietę, która pędzi naprzód jak mały czołg. Penelope opisuje różne zmagania w taki sposób, że wydają się niczym bułka z masłem - ale to już chyba efekt uboczny, niezamierzone wrażenie.
A jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Penelope jest dość płytką osóbką.
To nie musi być prawda, po pierwsze książka jest moim zdaniem kiepsko przetłumaczona, po drugie Penelope Green jest dziennikarką, nie literatką, pisze "na szybko" i da się wyczuć, że książka miała być napisana, niekoniecznie z wielkim namysłem, bez zdecydowania, co właściwie ma z niej wynikać.
Niestety jej przeżycia egzystencjalne sprowadzają się do żonglowania mężczyznami i radości z nawiązanych przyjaźni. To nie jest nic złego, ale zabrakło mi czegoś więcej, jakichś wniosków, jakichś myśli niezwiązanych z miłością i poczuciem wyobcowania.

A jednak, chociaż nie wynika z tej książki absolutnie nic, miło jest poczytać o tak ładnie opisanym Rzymie (natychmiast zatęskniłam), jak również o kobiecie, której optymizm pomaga jej przeżyć w niekoniecznie przyjaznym otoczeniu, a szczęście sprawia jej znacznie więcej zdarzeń, niż tylko znalezienie "tego jedynego".

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Nieopisanie bezczelnie nie opisane - w skrócie: zapomniane.

Czytam i czytam, na okrągło albo bardzo mało, czasem zanotuję jakieś wnioski, a czasem mam po prostu nadzieję, że ich nie zapomnę. Niektóre książki recenzuję od razu, niektóre z opóźnieniem, a niektórych w ogóle.
Przede wszystkim pomijam tonę tzw. czytadeł, które pochłaniam w przerwach od czegoś mądrzejszego, ewentualnie po prostu ciekawszego. Staram się nie wspominać o książkach, o których mam niewiele do powiedzenia. Ale zdarza się również, że w moim lenistwie/nawale obowiązków (a bywa różnie) umknie mi sprzed nosa notatka na temat książki ciekawej. A umknęło ich sporo.

Chociażby "Gdzie krokodyl zjada słońce" Petera Godwina, czytałam ją we wrześniu, już prawie rok temu, głównie w pociągu i nawet nieśmiałe propozycje C., że może pójdziemy coś zjeść w wagonie restauracyjnym, nie były w stanie oderwać mnie od lektury. Ha! Książka jako forma diety, czy to by zadziałało?
Z jednej strony historia konfliktu politycznego w Zimbabwe, zapis ogromnych zmian, z drugiej opowieść prywatna o odkrywaniu prawdziwej historii swojego ojca, o rodzinie podzielonej oceanem, której korzenie sięgają Warszawy. Bardzo ciekawa, świetnie napisana - szkoda, że w ramach wyzwania na peryferiach, jak mi się wydaje, nikt jej nie recenzował. I szkoda, że ja także nie napisałam o niej wcześniej, bo Godwin oddał w ręce czytelnika wartą uwagi lekturę.
Seria "terra incognita" wydawnictwa W.A.B. oferuje kilka interesujących tytułów - sporo już przeczytałam - ale jak na razie nic nie było lepsze od "Gdzie krokodyl zjada słońce", nawet Terzani z postu poniżej.
Teraz przymierzam się do "Sudanu, czasu bezdechu" Konrada Piskały i "Błękitnych przestrzeni. Wyprawy śladami kapitana Cooka" Tony'ego Horwitza., zobaczymy, czy możliwe jest przeskoczenie mojego małego zachwytu Godwinem.

Inny tytuł, "Czarna skrzynka" Amosa Oza, druga przeczytana przeze mnie książka tego autora, ale pierwsza, która zachęciła mnie do dalszego zapoznania się z Ozem. Powieść o kobiecie w pewien sposób fatalnej, i trzech mężczyznach, jej pierwszym i drugim mężu oraz dorastającym synu. Forma listów między poszczególnymi bohaterami z jednej strony denerwuje, ale przy tym dokładniej uświadamia poszczególne relacje między nimi i ich zmiany na tle wydarzeń. Jakich wydarzeń? Cóż, gdzie znajdują się rozbite skorupy toksycznej miłości, a na nich budowane są nieudolnie i oszukańczo nowe życia, tam kłębią się uczucia, które muszą znaleźć ujście. Co prawda najbardziej wciągnął mnie wątek zbuntowanego syna, ale w pewien sposób przestraszyła mnie również spokojnie i nieubłaganie niszczycielska siła "złej" miłości.
"Czarna skrzynka" to tytuł bardzo trafiony, jak skrypt ostatnich rozmów przed katastrofą, tak listy na przestrzeni kilku lat przed zderzeniem.
Mnie tego typu lektury zawsze skłaniają do niewesołych rozważań, że z czasem tyle się zmienia, co z tego, że dzisiaj coś mam poukładane, jeżeli za kilkanaście lat to wszystko może zostać rozbite w drobny mak, co gorsza, przeze mnie samą?

I trzecia, skoro zasada trzech zobowiązuje, "Zawsze mieszkałyśmy z zamku" Shirley Jackson.
Myślę, że może to być jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu przeczytałam. Akcja jest specyficzna już sama w sobie - dwie siostry i ich stary stryj mieszkają we trójkę, odcięci od wrogiego im społeczeństwa. Zamykają się w swoim własnym świecie, o dziwo, niezwykle racjonalnym świecie, w którym starają się ochronić przed tłumem będącym żywą ilustracją stwierdzenia "inne jest złe". Do tego styl pani Jackson dodaje książce tej "dziwności". Niby spokojna, ale jednak wstrząsająca, niby wesoła, ale jednak tragiczna.
"Zawsze mieszkałyśmy w zamku" momentami miałam ochotę podrzeć ze złości, ale nie na książkę, a na to, jak niepoprawnie urządzony jest świat. Podobnie jest z filmami Fritza Langa, gdybym mogła, wlazłabym w ekran, żeby tylko spałować ten bezmyślny, niebotycznie głupi tłum - chociażby film pt. "Jestem niewinny" (1931r.), w złości i frustracji akcją można naprawdę zjeść własny kapelusz.
Z drugiej strony śledziłam opowieść Merrikatt i chciałam, żeby zadziwiające zdania tej dziewczynki nigdy się nie skończyły. Na pewno będę do niej wracała, świat widziany oczami Mary Katherine jest szczególny, a jej spostrzeżenia trafne, miejscami zabawne, ale także przerażające.
Czytałam również "Nawiedzony" i "Poskramianie demonów" tej samej autorki - naprawdę nie wiem, jak to się stało, że na blogu nie wspomniałam o Shirley Jackson ani słówkiem, kiedy na wielu innych stronach widziałam recenzje jej książki. Błąd! Lektury książek Shirley Jackson nie można tracić.

I proszę, uratowałam trzy kurczątka z pazurów mojej sklerozy, która chciała zagrzebać je w zakamarkach pamięci. Reszta niestety została tam, gdzie dobre chęci mówią dobranoc. Ale nic to, małymi kroczkami możliwe, że odgrzebię ich więcej.

sobota, 5 czerwca 2010

"W Azji" Tiziano Terzani.

Recenzowanie reportaży to zadanie ciężkie samo w sobie, a recenzowanie dobrych reportaży już w ogóle przypomina koniec świata.
Jeszcze żeby kiepską jakość podsumować, nie trzeba się aż tak męczyć. Chociażby czytana przeze mnie jakiś czas temu "Modlitwa o deszcz" Wojciecha Jagielskiego. Bardzo ciekawe spostrzeżenia ukryte w tekście, którego styl mnie zabił. Przepraszam bardzo, ale zdanie w stylu "przemawiają do mnie góry" nie powinno mieć miejsca w zbiorze poważnego reportera na temat Afganistanu. To ja sobie mogę strzelić metaforę o gadających do mnie skałach, kiedy już się zbiorę i napiszę bestsellerową autobiografię.
"Modlitwa o deszcz" nie jest zła, absolutnie nie, ale mnie takie kwiatki trochę zniechęciły, a szkoda, bo Jagielski ma w tej książce mnóstwo do opowiedzenia. Także jak kto mniej wyczulony na takie głupotki, zapraszam do lektury.

Tak więc narzekanie - ewentualnie zastąpione konstruktywną krytyką - zawsze sprawia mniej kłopotu, niż sensowna pochwała. Bo przecież nie poprzestanę na stwierdzeniu "podobało mi się" - wtedy Wam zostanie jedynie komentarz "fantastycznie, nam też podobają się misie".

Czy Tiziano Terzani jest chwalony na wyrost i przesadnie kreowany na człowieka-legendę, nie wiem. Ale z całkowitą pewnością mogę stwierdzić po lekturze jego reportaży, że facet potrafił być obiektywny. Ha! Pokażcie mi wielu takich. I na dodatek, bardzo elegancko obiektywny, nie na siłę, bez takiej irytującej maniery podkreślania swojej bezstronnej opinii, która zawsze jest tylko mydleniem oczu.

Terazni w Azji pojawił się wszędzie, więcej, najwyraźniej fartowny los rzucał go w miejsca, w których następowały przełomy, rzucał w sam ich krwawy środek. Lata 1965-1997, działo się mnóstwo i to całe mnóstwo w książce jest zawarte. Nie pokuszę się o lepszy komentarz, niż ten z recenzji Salonu Kulturalnego:
"Włoski dziennikarz był wszędzie tam, gdzie działy się rzeczy ważne, był nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem wielu wydarzeń, które zaciążyły na historii świata. Jednocześnie jako wnikliwy obserwator, znawca i miłośnik Azji, obok wielkiej historii pokazywał i starał się przybliżyć czytelnikowi specyfikę tego największego kontynentu na Ziemi."

Bezlitosny w opiniach tak o Azji, jak i reszcie świata - każdemu wyszczególnia zasługi i winy. Nie było najwyraźniej ucieczki przed bezkompromisowym komentarzem Terzaniego. Nie było również w jego komentarzach miejsca na tanie sensacje, co jest chyba największą zaletą tej książki - brak tanich chwytów, które żerują na najprostszych emocjach. W najbardziej poruszających momentach zdołał unikać pustych frazesów. I ani razu w Azji nie gadały do niego góry - wielki plus.

Z chęcią pobiegnę dalej tropem Terzaniego, prosto do "Nic przypadkiem się nie zdarza". Również "Powiedział mi wróżbita" mnie nęci, ale jednak po "W Azji" mam nadmiar Azji (idiotyczne zdanie, przykro mi). Sam Terazino, z tego co naprędce wyczytałam tu i tam, a także po wyklikaniu kilku zdjęć, najwyraźniej sporo uwagi poświęcał duchowości według mądrości Wschodu. Jestem ciekawa, czy to była taka poza, czy szalone mary człowieka, który trochę nadwyrężył psychikę podczas pracy, czy jednak podejście całkiem sensowne. Między innymi tego mam zamiar się dowiedzieć z jego innych książek.

Terzani stał się więc jednym z moich nowych zainteresowań. Jakim był człowiekiem, co myślał, jak myślał, jak żył... Pochłonęłabym wszystko, co napisał i przetrawiła jak zadowolony, nażarty wąż (wężyca?). A że za mną dopiero "W Azji", to nie da się ukryć, daleka droga przede mną.

piątek, 4 grudnia 2009

"Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny", Kamila Sławińska.

Przez ostatni tydzień miałam lekkiego pecha do książek. No dobrze, może trochę dłużej, niż tydzień. Najpierw to nieszczęsne „Jedz, módl się i kochaj”, którego nawet wolę nie komentować. A zaraz potem w rączki wpadł mi „Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” pani Sławińskiej. W sumie już chyba wolałam Elizabeth Gilbert, która nie pasowała mi absolutnie, ale przynajmniej trochę mnie bawiła. Podczas gdy pani Sławińska po prostu wykręciła mnie na drugą stronę swoim… Wszystkim.
Oczywiście ma ta książka jedną zaletę. A nawet dwie. Rzeczywiście tytuł nie kłamie, jest to przewodnik niepraktyczny, ale z założenia bardzo interesujący – taki zbiór prywatnych odczuć i wspomnień. Ulubione miejsca, ciekawostki z życia miasta, wtrącenia z architektury i mnóstwo ludzkich charakterystyk. Z założenia fantastyczna sprawa, jakby informacje Sławińskiej przekazał ktoś inny, na pewno wyszłoby cudeńko, część z jej obserwacji jest naprawdę ciekawa.
Tylko niestety styl autorki jest nie do zniesienia. Podejrzewam w skrytości ducha, że sama autorka również może być nie do zniesienia. Jak również nie wątpię, że jeżeli komuś jej osobowość pasuje – książką też się zachwyci. Ale ja nie cierpię zarówno przeintelektualizowania, sztucznej oryginalności – jak ja kocham ludzi „alternatywnych”, w większości są koszmarem – pretensjonalności i tego całego… Nie wiem jak to określić. Jakby z jednej strony potwornego zadufania w sobie, ale z drugiej strony niskiej samooceny, którą trzeba podbudowywać przynależnością do jakiegoś rodzaju „elity”, kliki, nie wiem czego. W każdym razie według Kamili Sławińskiej taką elitą są Nowojorczycy. I pięknie, ja się nie znam, w Nowym Jorku nigdy nie byłam, chociaż już od dłuższego czasu moim marzeniem jest tam pojechać. Ale Nowy Jork według „Przewodnika niepraktycznego” wcale nie jest miastem, które chciałabym odwiedzić. Sztuczna egzaltacja i puch marny. Po prostu Sławińska jest definiowana przez jakieś ambitne kawiarnie, w których przesiaduje, a jest to absolutnie bez sensu. Charakter powinien mieć człowiek sam z siebie, nie nabierze go niezależnie do jak fantastycznej kawiarni wejdzie, jak niezwykle zwykłej ulicy nie opisze i jak bardzo niepraktyczny przewodnik po Nowym Jorku wyda.
Dobra, starczy, wspomniałam przecież o jeszcze jednej zalecie.
Jedną z ciekawszych części tej książki jest fragment nie tyle o Nowym Jorku, co o zmianach społecznych wśród emigrantów. Tak, to mnie naprawdę zainteresowało, jak ci ludzie sobie radzili kiedyś, jak to robą teraz, przed i po wejściu do Polski kapitalizmu. W skrócie: „stara” i „nowa” emigracja, wskaż podobieństwa i różnice. Acha, ta część była niezła. Niestety szybko się skończyła.