Pisząc o tym filmie należałoby zauważyć małe rozdroże.
Z jednej strony dostajemy podstępną treść, niezły galimatias interpretacyjny dla widza, który od powściągliwego początku do otwartego końca nie dostaje znikąd pomocy. Tutaj można się zastanawiać nad wielostronną naturą człowieka, nad niemożliwą obiektywnością stron, nad znaczeniem prawdy.
Z drugiej wykonanie, powiedziałabym, nie do końca zadowalające. Ale o tym później.
Zaczyna się od sprawy kryminalnej: mąż skazany za podwójną próbę zabójstwa żony. Włos na głowie się jeży, kiedy Jeremy Irons niewzruszonym głosem stwierdza "nie zrobiłem tego". Piękny akcent, nieruchoma twarz... Oczywiście mu nie wierzymy, oczywiście, że jest winny. Oczywiście?
Każdy wie, że nic nie jest czarno białe, ale jednak faktyczna wersja wydarzeń jest niepodważalna, interpretować możemy jedynie pobudki. Schody zaczynają się gdy faktycznej wersji brak. "Druga prawda" jest filmem o tyle wciągającym, że chcemy wiedzieć, jak to było. Dlaczego, kto, kiedy... Czy rzeczywiście Klaus von Bulow próbował zamordować swoją żonę.
A potem jest o tyle jeszcze bardziej wciągającym filmem, że prawda chyba przestaje się aż tak liczyć. Jak więc jest, drążenie do gołych faktów czy dialog o pobudkach i moralności?
Pod względem akcji nie mam zastrzeżeń, byłam prawie zafascynowana dobitnym przekazem, że wszystko zależy od punktu widzenia.
Tutaj docieramy do drugiej strony, obsada.
Oscarowa rola Ironsa to największy atut i przekleństwo tego filmu, kiedy dorównuje mu jedynie partnerująca na pierwszym planie Glenn Close i jeszcze obsadzona w znacznie mniejszej roli Christine Baranski (znacie ją z "Mamma Mia!").
Niestety reszta zawodzi. Rudawy Ron Silver w roli adwokata, który musi stoczyć niemały pojedynek ze swoją niepewnością i konsekwencjami, nazwijmy je moralnymi, obrony człowieka, który został już skazany na trzydzieści pięć lat więzienia za zbrodnię mocno perfidną. Głosem moralności (i niemoralności) chyba miały być opinie jego małych pomocników, znaczy studentów i aplikantów z którymi pracuje nad sprawą. Jednak wszelkie dialogi na ten temat wychodziły obsadzie drugoplanowej beznadziejnie i sztywno, bardziej przypominając film instruktażowy bhp niż prawniczy dramat.
Jeszcze w scenach z Ironsem rozdźwięk nie był aż tak istotny, jego tło po prosu ginęło, przestawało mieć znaczenie, a sam Silver grając z Ironsem jakoś dawał radę. Ale w momencie, kiedy musiał udźwignąć całą scenę, kiedy Ironsa brakowało, wyłaziło na wierzch całe jego niedopasowanie do tej złożonej roli, z której zrobił postać zdecydowanie bliższą szkolnemu trenerowi koszykówki niż przebiegłemu prawnikowi.
Niemniej jednak, mimo sporego marnotrawstwa na drugim planie, który mógł składać się z ciekawych postaci, ale większości to się nie udało, film pozostaje wciągający, a duet Glenn Close i Jeremy'ego Ironsa grających schodkowy rozpad małżeństwa warto zobaczyć. Od miłości do tragedii, ale na zimno, nie na darmo to właśnie Irons gra rolę główną.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Irons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Irons. Pokaż wszystkie posty


