Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2013

"Wypełnić pustkę", reż. Rama Burshtein

O losie, żeby dramat obyczajowy osadzony w chasydzkich realiach stał się moim w sumie ulubionym filmem lata?
Co prawda może dzielić ów zaszczytny tytuł z niefrasobliwie komiksowym "RED 2", ale wątpię, żeby stawianie tych dwóch filmów w jednym rzędzie miało najmniejszy nawet sens.

Jeśli mówimy o "Wypełnić pustkę", ważne okazują się dwie sprawy: jak wiele wiemy o chasydach i jak bardzo doceniamy subtelność scenariusza.
Ja na przykład lubię stwierdzać, że to co subtelne jest tym, co ulubione, ale niekoniecznie bywa to stuprocentową prawdą, a niedopowiedzenia w "Wypełnić pustkę" nieco mnie przerosły. I tutaj dochodzi to pierwsze, przerosły, bo Liritio naprawdę niewiele wie o chasydach i liczyła na nieco większy zastrzyk informacji. Czyli Liritio tyleż zachwycona, co niedoinformowana, wiadomo, ignorancja jest super.

Z jednej strony "Wypełnić pustkę" mogłoby mieć miejsce w każdym świecie, z drugiej strony jedynie w obyczajowości chasydów (chyba jedynie) znajduje się wytłumaczenie wielu scen. Do czego zmierzam? Swoiste didaskalia by mnie ratowały, bo o ile nazwy poszczególnych ceremonii mogę sobie w wyszukiwarce znaleźć, cieńsze tematy pozostaną dla mnie niewiadomą. Że Shira poszła sama do Rabina, to dobrze, źle, dziwnie, normalnie, no jak? Że tutaj biegają, a tam śpiewają, ja nie wiem, co jest naturalne, co na wyrost, co źle widziane, co z dnia powszedniego. Mogę się jedynie domyślać, a choć domyślna bywam, nie mogę powiedzieć, żebym "Wypełnić pustkę" w każdym calu rozeznała i pojęła.

Dzieje się tak: starsza siostra Shiry umiera przy porodzie. Właściwie akcja tym się zaczyna i kończy, chociaż tak naprawdę kłamię, bo kończy się zupełnie gdzie indziej. Rzecz w tym, że Shirę mieli wydać za mąż, ale teraz żałoba i mały synek, a jeszcze ojciec... A ojciec zrozpaczony, chociaż w sobie, emocjonalnym być nie przystoi.
Mój ulubiony był mądry dziadek (tzn. ojciec Shiry), człowiek małomówny. I Rabin! Scena z piekarnikiem jest kwintesencją rozsądnej dobroci. Zobaczcie i zapamiętajcie.
Tyle obok spraw, że matka nie potrafi ruszyć dalej, a przecież codzienność puka, a okaleczona ciotka (stara panna, to określenie jeszcze służy?) ma swoje zdanie na każdy temat dotyczący zamążpójścia (ale nie jest to akcent komediowy, absolutnie), a koleżanka się zaręczyła, ale siostra koleżanki nie. I niby wszystko wokół ślubów się kręci? I tak, i nie, z naciskiem na nie, bo to śpiewy przy stole kradły serce Lirito, a nie swaty i miłostki zza regału.

Dużo codzienności, ale bardzo uniwersalnej, mimo specyficznego środowiska ortodoksyjnych Żydów, plus to i minus. Szkoda trochę, że tak mało się wniknęło w nieznane, ale z drugiej strony, to nie zoo a chasydzi nie małpy. I wniknęło się może mało, za to delikatnie, naturalnie, nic na siłę.

Co się pamięta? Muzykę, ale o tym na końcu. Zdjęcia, kamera nie bała się zbliżeń, może to taka kamerowa wnikliwość? Gra światłocieniem mistrzowska, ktokolwiek by operatorem nie był, może mieć na czole napis, że artysta, że subtelny, że zmyślny, że bez głupot. Zdjęcia rzeczywiście robią wrażenie, tutaj nie będę na wyrost w poetykę obrazu wnikać, na "Wypełnić pustkę" się po prostu przyjemnie patrzy.

Istotna pozostaje delikatność i złożoność. Niby mało, ale długo by opowiadać, niby niedopowiedziane, ale bez brawury. Shira to i młodość w miarę mądra, i wnikliwość miejscami nieco bezczelna. Ale potrzebna. Druga strona barykady, znaczy Yochay (na marginesie, jeśli nie wierzycie w atrakcyjność panów z pejsami w futrzanych czapach na głowie, oto znaczący wyjątek od reguły), tak obcy, chociaż mąż siostry, tak kontrastujący z chłopcami, których Shira poznaje. Nic dziwnego, tu mężczyzna, tam chłopcy.

Czyli że jednak romans? Nic bardziej mylnego, żaden romans. Gra na akordeonie (to Shira), żałoba długa i pełna następstw niespecjalnie pozytywnych, życie rodzinne i delikatność wszechobecna. Emocje tłumione, które z rzadka wychodzą na wierzch i różne drogi do odpowiedzi na pytanie "co dalej?". Czyli trauma i rozwiązanie optymalne, w tej optymalności brzmiącej tak obrzydliwie technicznie kryje się bardzo wiele. A "Wypełnić pustkę" to tyleż rodzina, co międzyludzkie relacje, te z knowaniami, i te z miłością. Jak to w rodzinie, tutaj coś zamiecione pod dywan, tam coś dla dobra innych, tu bunt, tam pogodzenie, tu się poddajemy, tam działamy.

I ta muzyka, już wspomniana. Śpiewy przy stole pozostaną długo w mojej pamięci, było w nich coś bardzo pięknego.
A poniżej coś chyba najpiękniejszego.


niedziela, 14 kwietnia 2013

"Poznać kobietę", Amos Oz.

Dziękujmy światu za Amosa Oza, przynajmniej ja mogę dziękować. Jeśli mówimy o żyjących współcześnie pisarzach, Oz jest na szczycie szczytów moich wszelakich, nigdy nie robionych list. Nigdy bym nie wpadła na ten skromny żart, dwójka zupełnie najlepsza z mojej nieistniejącej listy to pozytywnie sceptyczny Izraelczyk i chłodna, zapatrzona w przeszłość Niemka. Herta Muller Nobla już dostała, teraz czekam na Oza i będę usatysfakcjonowana.

Przeczytałam mniej niż połowę jego książek, ale ten nieśpieszny styl nauczyłam się lubić i rozumieć. Dużo opisów, dużo literek, tak, nie jest to dynamiczna proza, ozowe pisanie to refleksja, powolny wdech, wydech i spoglądanie na pustynną codzienność Izraela. Z chęcią akceptacji i z rozdarciem, bo wnętrze i zewnętrze się kłóci, nie jest najprostszą zależnością.

"Iwrija umarła szesnastego lutego w Jerozolimie, podczas deszczu."
Za takie zdania kocham Oza. Podczas deszczu, to jest początek trzeciego rozdziału i jeszcze nie wiecie, że ten deszcz wszystko streszcza.

Dlaczego "Poznać kobietę" ma taki właśnie tytuł? Nie mam pojęcia, więc zaistniało niebezpieczeństwo, że moje czytanie szeroko rozminęło się z zamysłem Oza. Chociaż emerytowanego agenta izraelskiego wywiadu otaczają prawie wyłącznie kobiety, cała książka dotyczy zapętlenia jego natury, Joel wydaje się jakby biegaczem z dwoma lewymi nogami, niby naprzód, ale potyka się od pierwszego kroku.

Żona Joela umarła jednego deszczowego dnia, kiedy on czytał "Panią Dalloway" w Helsinkach. Potem Joel zostawił stresującą, dziwną, chociaż w jego mniemaniu urzędniczą pracę, Akrobatę i Patrona, zabrał córkę, matkę i teściową, wynajął dom, wyjechał z miasta. Matka i teściowa to przyjaciółki, ale rodzinne animozje sporadycznie zmieniają je w zaciekłych wrogów. Albo w dwie wariatki, jak kto woli.
A Neta? Córka Joela jest specyficzna. Chyba, w sumie ciężko stwierdzić. Cicha, zamknięta, oddzielna. Jej epilepsja to rozłam między rodzicami, to przyczynek ucieczek matki w naukę, ojca do Helsinek.

"Poznać kobietę" - kontemplacja joelowej psychiki, a uwierzcie mi, czasem będziecie mieli tego faceta dość. Z początku wydawać się może tajemniczym, powściągliwym agentem służb specjalnych, ale z czasem zmienia się w rozedrganego nudziarza z nerwicą natręctw. Drzewka w ogródku, pranie pościeli i obsesje, małe, tępe obsesje. Ale czy na pewno?

Może jednocześnie go polubicie, z postaci prawie filmowej stanie się rzeczywistym bytem, wymiętoszonym urzędasem na lotnisku w Helsinkach, w drodze na pogrzeb żony. Zniecierpliwionym odludkiem w oszczędnych dialogach z sąsiadem, zaniepokojonym ojcem, który nie do końca wie, co ma robić, czułym kochankiem, uważnym ogrodnikiem... Przede wszystkim okaże się człowiekiem po cichutku stanowczym, czy to odmawiając powrotu do pracy, czy uparcie poszukując odpowiedzi na pytania, które nie do końca potrafi sformułować.
Joel irytował mnie potężnie, ale potrafił też wzbudzić uśmiech, czyli wszystko w normie.

Nie byłaby to książa Oza, gdyby nie zawierały się w niej mikroświaty. Moje szczęście, sąsiedztwo Ralpha i Annemarie, rodzeństwa po przejściach, oho, to jest udane, to właśnie ukoronowanie ułomnej rzeczywistości, którą europejczycy lubią utrwalać w filmach. Ale wiadomo: mamę oszukasz, ale życia nie, wariactwa zza płotu są materiałem na kino, w które nie każdy uwierzy, chyba że Francuzi.

Liritio oczywiście poluje na mikroświaty, w "Poznać kobietę" rozbrajał mnie Pośrednik, Arik Kranc, niczym mały psiak, niczym podstarzały Casanova, tak, oba naraz. Tak słodki wobec Joela, prawie rozczulający. Panowie razem na żaglach, a z jego chłopakami może by poznać jego córkę? Takie niby proste pytanie, ale nie dla Joela. Oto jego problem: nie szuka prostoty, zamiast tego wpuszcza się w niedobrą spiralę rozważań. I właśnie całej książki potrzeba, żeby Joel odrobinę się wyluzował.
"I w ten sposób Joel Rawid zaczął powoli się poddawać. Ponieważ mógł się przyglądać, miło było przyglądać się w milczeniu. Zmęczonymi oczami, ale otwartymi. Aż do głębi ciemności. I jeśli istniała konieczność skoncentrowania wzroku i oddania się obserwacji przez godziny, dnie, a nawet lata, to czyż nie była to najlepsza rzecz do zrobienia?"
Amos Oz, "Poznać kobietę", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań, 2008r., str. 318

wtorek, 6 listopada 2012

"Nie mów noc", Amos Oz

"Raz uniosła gwałtownie głowę znad zeszytów i powiedziała w skupieniu, bez uśmiechu: Lubisz osądzać innych. Mnie jeszcze nie osądzaj."
Amos Oz, "Nie mów noc", Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2009r., str.150.


Od tej 150 strony, od "mnie jeszcze nie osądzaj" się zaczęło, właściwie powróciło, powracało, krążyło. Była adnotacja gdzieś w tyle zaganianej głowy, że chciałabym to zapamiętać, to konkretne zdanie, sens, wymowę, tę scenę, atmosferę, całą tę historię. Wróciłam więc do "Nie mów noc", do zapylonego Tel Kedar wybudowanego na samym końcu drogi, na skraju pustyni. Wróciłam, starając się uważniej czytać pełne szczegółów zdania, może więcej wchłonąć, może więcej zrozumieć.

Amos Oz potrafi rzeczywistość słowami zakląć w nasycony, kompletny obraz, w który prawie da się wejść, poczuć. Przywoła kurz, ciszę przerywaną odgłosami usypiającego miasta, sztuczne, brzydkie światło w przejeżdżającym tramwaju, szpakowatego Teo na balkonie, kiedy spędza bezsenne noce wpatrzony w ciemną pustynię.
Ile "Nie mów noc" ma warstw, ile delikatnych zarysów, ile emocji w tak krótkiej opowieści! To już jest inna klasa, inne pisanie, przy którym można się na długo zatrzymać, ładnie ukłonić i milczeć.

Powolna siatka powiązań i emocji oplata prosto zdefiniowany katalizator zmian: Immanuel Orvieto, uczeń miejscowej szkoły, umiera po przedawkowaniu narkotyków, a jego ojciec, afrykański handlarz bronią, postanawia uczcić pamięć syna fundując w Tel Kedar ośrodek odwykowy dla młodych narkomanów. A Noa ma być główną wykonawczynią projektu.

Noa i Teo nie są parą młodych ludzi. On, sześćdziesięciolatek, już spokojny, pogodzony z tym, że jakiś człowiek przed laty zatrzymał jego ideę, zabrał realizację długo pielęgnowanych marzeń, pogodzony z uśpieniem i z bezsennością. Noa jest młodsza, może stąd ten nagły zryw, upór w dążeniu do celu, który ma małe szanse powodzenia. A może to po prostu kwestia dwóch różnych charakterów.
"Nie jesteś na moim miejscu, Teo, powiedziałam.
Teo powiedział: Tak. Nie.
Tak i nie?
Chciałem powiedzieć: tak, Noa, nie jestem na twoim miejscu.
Pewna dziewczyna, dzieciak jeszcze, powiedziała mi dzisiaj, że nikt nie może nic wiedzieć o innym człowieku.
Wiedzieć. Tylko co znaczy wiedzieć.
Woda się zagotowała. Napijmy się jeszcze herbaty. Wiedzieć to wyjść poza siebie. Przynajmniej spróbować. Czasami.
Pamiętasz, kiedyś, w Caracas, powiedziałaś mi coś takiego, para nauczycieli, ciągle się pouczamy wzajemnie i jeszcze powiedziałaś: niełatwo, ale nie nudno. Tak powiedziałaś, Noa. Jednak są takie chwile, kiedy jestem na twoim miejscu i chcę, żebyś była na moim."
Amos Oz, "Nie mów noc", Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2009r., str.198.
A samo Tel Kedar, względnie młode miasto, bez historii, bez pomieszanych stylów architektonicznych, bez dziur po kulach. Małe, ale rozwijające się, chyba robi wrażenie, chyba można je polubić, chociaż wcześniej można uschnąć z nudów.
Albo można wiele dostrzec, najpierw ślepego Lupę, który karmi gołębie na ławce i ciągle przypadkowo potrąca i przeprasza swojego psa.
Budowanie Tel Kedar to może budowanie Izraela, w książkach Oza nierozerwalnie czyta się o bohaterach i o charakterystycznym klimacie sztucznego państwa na pustyni, którego granice bez przerwy trzeba wydzierać i chronić.

Wreszcie cała przeszłość, jak to u Oza, przeszłości jest sporo. Wspomnienia Teo i Noi, pomieszane, napisane na zmianę, jak to inaczej jest, kiedy jedno i drugie opowie jak było, zderzą się bolączki obojga.
"Był z nami beduiński tropiciel, zgorzkniały i małomówny, niemłody, chodził w strzępach munduru brytyjskiej straży granicznej i umiał odczytać ślady nawet na skalnym podłożu(...) Nigdy nie dawaliśmy mu broni, może dlatego, że zawsze czuwał, gdy inni spali. Kiedy wszyscy byliśmy na nogach i z dreszczykiem emocji zajeżdżaliśmy dżipy w pościgach, hałasowaliśmy wśród ścian wadi, ściągaliśmy na siebie burzę przeciągłych grzmiących ech, odbijających wśród skał przeszywające serie z karabinu maszynowego, właśnie wtedy zwykle się wyłączał i drzemał na siedząco z półprzymkniętymi oczami na tylnej platformie brudnego dżipa, wcisnąwszy podbródek między kolana i czekał, aż powróci cisza i świat okryje zasłona szarego pyłu. Gdy zapadała cisza budził się bez najmniejszego szmeru i boso, ze zgiętym karkiem, nachylony tak nisko, jakby chciał zlizać kurz z ziemi, wymykał się i oddalał od nas, żeby samotnie obwąchać wylot jaskini albo dół, których my nigdy byśmy nie zauważyli, choćbyśmy przeszli tuż obok. Na imię miał Aatef, ale za plecami nazywaliśmy go Laila, czyli noc, bo w nocy widział tak jasno, jakby był dzieckiem ciemności. Uważaliśmy jednak, żeby przy nim nie wymawiać nigdy tego przydomka, bo pamiętaliśmy, że po arabsku jest to imię kobiece."
Amos Oz, "Nie mów noc", Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2009r., str.159-160.
Amos Oz pisze jednocześnie pięknie i rzeczowo, rzadkość. A "Nie mów noc" jest książką bardzo plastyczną. Pył z kamieniołomów, suchy, tępy piach i równe na krzyż ulice, Tel Kedar zagnieździło się we mnie na dobre.

piątek, 7 października 2011

Zupa z gwoździa.

Cóż to ja czytałam ostatnimi czasy, kiedy pilnie udawałam zbyt zajętą na łączenie formy, treści i czasu, określane również pisaniem bloga?

"Amagansett" Marka Millsa, które w pierwszej połowie podobało mi się znacznie bardziej, niż w drugiej... Niektóre książki absolutnie nie zasługują na miano "genialnych", a nawet nie na to skromniejsze "bardzo dobrych", ale mimo wszystko czyta się je z dużą przyjemnością, bez znudzenia. I "Amagansett" może być idealnym przykładem takiej książki.

Wyłowione z oceanu zwłoki młodej dziewczyny, której bogata rodzina posiada dom na plaży. Rodzina ma swoje sekrety, dziewczyna miała jeszcze inne, a Conrad Labarde, który wyłowił ją z wody - główny bohater książki - również sporo tajemnic skrzętnie skrywa przed światem. I ma swoją silną teorię na to, co naprawdę spotkało przygarniętą przez ocean kobietę.
To też trochę powieść obyczajowa o życiu w rybackiej miejscowości Amagansett, tuż po drugiej wojnie światowej, zmieszanie życia rybaków i bogatych wczasowiczów, których domy wyrastały na okolicznych plażach.

"Amagansett" czytało się rewelacyjnie... Do czasu. W drugiej połowie książki poczułam lekki zawód, że po oryginalnym początku i ciekawym poprowadzeniu Conrada, który z każdą stroną okazuje się kimś coraz to innym, Mills oddaje się pisaniu o detektywie Hollisie, który jest dość nudnym zlepkiem wielu znanych nam wszystkim postaci policjantów po przejściach.
Ale koniec końców "Amagansett" daje radę, finiszuje w dobrym stylu i jest znacznie lepszą książką, niż kolejne dokonanie Millsa, "Ogród tajemnic" (który też da się przeczytać, ale to już niższy poziom dopracowania).

Dorwałam też następną książkę Oza, "Sceny z życia wiejskiego" i trochę się przejechałam... Najwyraźniej mam ostatnio pecha do opowiadań, najpierw słabiutkie "Nokturny", teraz niewiele lepsze "Sceny..."
Albo może jednak ja jestem głupia i nie umiem docenić formy krótkiej w jej pełnym rozkwicie? Nieeee, "Sceny..." nie są najlepsze. Podobnie jak w przypadku "Nokturnów", czytałam opowiadanie za opowiadaniem i z opóźnieniem przyszła refleksja, że czytam trochę o niczym.
Sporo w tych opowiadaniach motywów przewijających się również w innych książkach Oza, też w jego fantastycznej "Opowieści o miłości i mroku", ale jak Amosa Oza cenię bardzo, tutaj zachwytów brak.
Oczywiście zawsze istnieje ta tak szybko odrzucona przeze mnie możliwość głupoty własnej - może jednak "Sceny z życia wiejskiego" wymagają znacznie głębszej interpretacji i skupienia, o które się nie pokusiłam?

Zaskoczył mnie natomiast kryminał Marthy Grimes, "Pod Zawianym Kaczorem", który zaczęłam czytać pod wpływem wtorkowej pogoni za czymś całkowicie relaksującym. I proszę, choć raz trafiłam w dziesiątkę. Seria Grimes z małą Emmą nigdy mnie do siebie nie przekonała, a po kryminały jej autorstwa z inspektorem Jurym nigdy nie sięgnęłam. Aż do tego wtorku, kiedy bez przekonania kartkując "Małą księgę" Brandysa uznałam, że na razie innej lektury mi trzeba.

Akcja "Pod Zawianym Kaczorem" kręci się wokół morderstw dokonywanych na amerykańskich turystkach jednej z wycieczek w Stratford. Ginie też mały chłopiec, którego może porwali, a może sam się gdzieś zawieruszył... A jeden ze wspomnianych wycieczkowiczów ma obsesję przedstawiania "prawdziwej" historii śmierci Christophera Marlowe, którego według teorii własnej owego pana zlecił zamordować sam Szekspir.
Inspektor Jury wzbudził moją sympatię, to już plus, a całkowicie zauroczył mnie jego kolega, Melrose Plant, panowie wykazują zaiste czarujące podejście do swojego otoczenia.

Możliwe, że w "Pod Zawianym Kaczorem" trochę brakowało mi silniejszego skoncentrowania na śledztwie, które niby jest prowadzone, ale jakoś tak delikatnie... Martha Grimes tą książką skojarzyła mi się z Caroline Graham (cykl o inspektorze Barnaby, zaadaptowany na serial "Morderstwa w Midsomer"). Czytając te kryminały aż prosi się o herbatkę i pierniczka, może fotel przed kominkiem? Zapewne można je czytać również popijając campari z limonką siedząc na wywiewanym w każdą stronę kominie (jak kto lubi... :), ale jednak herbatkowo-pierniczkowy nastrój u mnie wygrał. Szkoda, ze nie miałam pierniczków...
Podobnie jak książki Graham, kryminał Marthy Grimes był trochę zbyt "miły", poczciwa atmosferka zieje z każdej strony i żaden charakter nie jest tak naprawdę nieprzyjemny, nawet non stop zrzędzący szef inspektora Jury.
Ale mroki jesiennego popołudnia Martha Grimes rozświetla bezbłędnie i możliwe, że niedługo sięgnę po pierwszą z wydanych w Polsce części cyklu, czyli "Pod Huncwotem". Zobaczymy.

poniedziałek, 21 lutego 2011

"Opowieść o miłości i mroku", Amos Oz.

Początkowo miałam zamiar napisać długo (oczywiście wnikliwie i z natchnieniem), tak, żeby każdego przekonać, każdego nakłonić. Ale jednak nie ma to sensu, złożoność samego Oza, jak i jego książki zdecydowanie przerasta moje możliwości wnikania. Powiedzieć o ogromie, który spada na nas z "Opowieści o miłości i mroku" to rozprawa na kilka godzin, wspomnienia Oza są... Niesamowite, z braku lepszego słowa.

Liczne światy wyrastają na tych kilkuset stronach, części z nich już nie ma, części dopiero nie będzie.
Izrael to jedno, historia drugie, Amos Oz i jego rodzina to zupełnie inne, trzecie. Zaimponowała mi szczegółowość. Również wytrwałość w zbieraniu informacji o minionych pokoleniach. I opowieści, opowieści... Z ilu opowieści składa się jedna "Opowieść o miłości i mroku", nie zliczę.

A czytałam wspomnienia Oza powoli, oj tak. Nie wiem, czy da się czytać "Opowieść o miłości i mroku" szybko, łapczywie, może się dać. Ale mnie wyszło czytanie powolne, kartka po kartce, opowieść za opowieścią. O babci, która dziadka za ucho ciągnęła i na okrągło czyściła wszystko, co tylko. O wspomnieniach z Równego, które stawało się miejscem tragicznych historii na długo przed rokiem 1941. O Ben Gurionie, który biegał po gabinecie. O arabskim chłopcu, któremu zepsuł stopę. O ojcu z obsesją etymologii i matce z niespełnionymi ambicjami. O wszystkim, co doprowadziło do powstania świata, w którym pierwsze kilkanaście lat życia spędził Oz, o wszystkim, co doprowadziło do powstania Oza.

Amos Oz jest jednym z tych pisarzy, których mądrość jest dla mnie faktem bezdyskusyjnym. Mądrość - słowo mało konkretne. Mądrość spokojna, śmiesznie mogłabym określić, stonowana. Wynikająca z doświadczenia, z przeżytych lat i obejrzanego świata, punkt widzenia naprawdę wart poznania.
Lubię go też. Za dojrzałość. Nienachalny styl. Delikatność. Lubię obiektywizm Oza, który niczego nie potępia na siłę, raczej mimochodem. Lubię to, że nie idzie w zaparte.
I chciałabym, żeby nie był tak bardzo smutny.
Ale może on nie jest, może to tylko jego "Opowieść o miłości i mroku".

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Nieopisanie bezczelnie nie opisane - w skrócie: zapomniane.

Czytam i czytam, na okrągło albo bardzo mało, czasem zanotuję jakieś wnioski, a czasem mam po prostu nadzieję, że ich nie zapomnę. Niektóre książki recenzuję od razu, niektóre z opóźnieniem, a niektórych w ogóle.
Przede wszystkim pomijam tonę tzw. czytadeł, które pochłaniam w przerwach od czegoś mądrzejszego, ewentualnie po prostu ciekawszego. Staram się nie wspominać o książkach, o których mam niewiele do powiedzenia. Ale zdarza się również, że w moim lenistwie/nawale obowiązków (a bywa różnie) umknie mi sprzed nosa notatka na temat książki ciekawej. A umknęło ich sporo.

Chociażby "Gdzie krokodyl zjada słońce" Petera Godwina, czytałam ją we wrześniu, już prawie rok temu, głównie w pociągu i nawet nieśmiałe propozycje C., że może pójdziemy coś zjeść w wagonie restauracyjnym, nie były w stanie oderwać mnie od lektury. Ha! Książka jako forma diety, czy to by zadziałało?
Z jednej strony historia konfliktu politycznego w Zimbabwe, zapis ogromnych zmian, z drugiej opowieść prywatna o odkrywaniu prawdziwej historii swojego ojca, o rodzinie podzielonej oceanem, której korzenie sięgają Warszawy. Bardzo ciekawa, świetnie napisana - szkoda, że w ramach wyzwania na peryferiach, jak mi się wydaje, nikt jej nie recenzował. I szkoda, że ja także nie napisałam o niej wcześniej, bo Godwin oddał w ręce czytelnika wartą uwagi lekturę.
Seria "terra incognita" wydawnictwa W.A.B. oferuje kilka interesujących tytułów - sporo już przeczytałam - ale jak na razie nic nie było lepsze od "Gdzie krokodyl zjada słońce", nawet Terzani z postu poniżej.
Teraz przymierzam się do "Sudanu, czasu bezdechu" Konrada Piskały i "Błękitnych przestrzeni. Wyprawy śladami kapitana Cooka" Tony'ego Horwitza., zobaczymy, czy możliwe jest przeskoczenie mojego małego zachwytu Godwinem.

Inny tytuł, "Czarna skrzynka" Amosa Oza, druga przeczytana przeze mnie książka tego autora, ale pierwsza, która zachęciła mnie do dalszego zapoznania się z Ozem. Powieść o kobiecie w pewien sposób fatalnej, i trzech mężczyznach, jej pierwszym i drugim mężu oraz dorastającym synu. Forma listów między poszczególnymi bohaterami z jednej strony denerwuje, ale przy tym dokładniej uświadamia poszczególne relacje między nimi i ich zmiany na tle wydarzeń. Jakich wydarzeń? Cóż, gdzie znajdują się rozbite skorupy toksycznej miłości, a na nich budowane są nieudolnie i oszukańczo nowe życia, tam kłębią się uczucia, które muszą znaleźć ujście. Co prawda najbardziej wciągnął mnie wątek zbuntowanego syna, ale w pewien sposób przestraszyła mnie również spokojnie i nieubłaganie niszczycielska siła "złej" miłości.
"Czarna skrzynka" to tytuł bardzo trafiony, jak skrypt ostatnich rozmów przed katastrofą, tak listy na przestrzeni kilku lat przed zderzeniem.
Mnie tego typu lektury zawsze skłaniają do niewesołych rozważań, że z czasem tyle się zmienia, co z tego, że dzisiaj coś mam poukładane, jeżeli za kilkanaście lat to wszystko może zostać rozbite w drobny mak, co gorsza, przeze mnie samą?

I trzecia, skoro zasada trzech zobowiązuje, "Zawsze mieszkałyśmy z zamku" Shirley Jackson.
Myślę, że może to być jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu przeczytałam. Akcja jest specyficzna już sama w sobie - dwie siostry i ich stary stryj mieszkają we trójkę, odcięci od wrogiego im społeczeństwa. Zamykają się w swoim własnym świecie, o dziwo, niezwykle racjonalnym świecie, w którym starają się ochronić przed tłumem będącym żywą ilustracją stwierdzenia "inne jest złe". Do tego styl pani Jackson dodaje książce tej "dziwności". Niby spokojna, ale jednak wstrząsająca, niby wesoła, ale jednak tragiczna.
"Zawsze mieszkałyśmy w zamku" momentami miałam ochotę podrzeć ze złości, ale nie na książkę, a na to, jak niepoprawnie urządzony jest świat. Podobnie jest z filmami Fritza Langa, gdybym mogła, wlazłabym w ekran, żeby tylko spałować ten bezmyślny, niebotycznie głupi tłum - chociażby film pt. "Jestem niewinny" (1931r.), w złości i frustracji akcją można naprawdę zjeść własny kapelusz.
Z drugiej strony śledziłam opowieść Merrikatt i chciałam, żeby zadziwiające zdania tej dziewczynki nigdy się nie skończyły. Na pewno będę do niej wracała, świat widziany oczami Mary Katherine jest szczególny, a jej spostrzeżenia trafne, miejscami zabawne, ale także przerażające.
Czytałam również "Nawiedzony" i "Poskramianie demonów" tej samej autorki - naprawdę nie wiem, jak to się stało, że na blogu nie wspomniałam o Shirley Jackson ani słówkiem, kiedy na wielu innych stronach widziałam recenzje jej książki. Błąd! Lektury książek Shirley Jackson nie można tracić.

I proszę, uratowałam trzy kurczątka z pazurów mojej sklerozy, która chciała zagrzebać je w zakamarkach pamięci. Reszta niestety została tam, gdzie dobre chęci mówią dobranoc. Ale nic to, małymi kroczkami możliwe, że odgrzebię ich więcej.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

"Walc z Bashirem", czyli o czym zapomniałeś, żołnierzu?

Oceniając „Walc z Bashirem” mogłam nie być obiektywna, bo oglądałam film na prośbę kogoś, kogo zdanie jest dla mnie zawsze bardzo istotne i kiedy od niego dowiedziałam się, że film jest bardzo dobry od razu byłam tak nastawiona. To, że po filmie nadal uważam, pomimo wielkich oczekiwań, że „Walc z Bashirem jest faktycznie niezwykły, może świadczyć chyba tylko na plus.

Po pierwsze ciekawą sprawą jest sama stylizacja „Walca z Bashirem”. Reżyser, Ari Folman przeprowadzał rozmowy z bohaterami filmu, kręcił ich, ale potem zamiast obrazu z kamery stworzył animację. O ile się nie mylę, tylko dwie postaci są fikcyjne, reszta to rzeczywiści ludzie i ich wspomnienia z 1982 roku, z walk w Libanie i w końcu masakry palestyńskich uchodźców. Ponieważ jest to dokument, mimo że animowany, nadal dokument, powinien przedstawiać wydarzenia bezstronnie i tak jest. Oczywiście strona „bezstronna” jest stroną izraelską, ale nie polega wcale na wykręcaniu się od odpowiedzialności. Folman przedstawia wspomnienia i fakty, jest rzetelny i stara się dotrzeć do problemu z każdej możliwej strony. A „Walc z Bashirem” jest doskonałym źródłem wiedzy o 1982 roku, o tym co na temat wojny z Libanem sądzili Izraelczycy, którzy służyli wtedy w armii (i nie tylko), młodzi lub trochę starsi ludzie z wojska.

Interesująca jest też sama część dotycząca wypierania traumatycznych wspomnień z 1982 roku, ale nie wiem, czy Folman miał zamiar poruszyć tę kwestię naprawdę, czy tylko posłużył się zanikami pamięci dla konstrukcji filmu. To jednak tylko na marginesie uwaga. Trochę filozofii nie przeszkadza, przeciwnie, przypomina, że to są prawdziwi ludzie, chociaż animowani. Sprawia, że widz się bardziej z nimi identyfikuje, niż kiedy trzymywałby tylko suche fakty. I wspomnienia pokazywane jako oddzielne animacje są znacznie bardziej przekonywujące, niż gdyby były czystym tekstem.

Dobrze, to teraz ocena w skrócie. „Walc z Bashirem” to świetny dokument. Kropka. A ja trochę nie umiem na jego temat pisać z sensem.

Robi niesamowite wrażenie i sądzę, że animacja tylko je zwiększa. Prawdą jest, że widzowie nie reagują emocjami na obrazki z wojny, które oglądają w co trzecim filmie. Nawet kiedy widzi się dokument, strzelanie, płacz, krzyki, krew, to wszystko jest odrealnione przez tony zalewających nas aktualnie produkcji i drugie tyle już nakręconych w przeszłości filmów. Nie wiem, jak to się dzieje, że animacja czyni przekaz filmu intensywniejszym, ale tak jest. Poza tym odnosi się nie tylko do 1982 roku, ale do położenia izraelskich żołnierzy, do ich prawdziwej egzystencji. Szczególnie tekst "do kogo strzelamy? nie wiem, strzelaj" idealnie podsumowuje życie w armi.

Jeżeli ktoś nie wie nic o masakrze z 1982 roku, polecam.
Jeżeli ktoś cierpi na brak dobrych filmów, polecam.
Jeżeli ktoś chce zetknąć się z izraelskim kinem, mentalnością i realiami, polecam.
A wszystkim innym polecam jeszcze bardziej.