poniedziałek, 21 lutego 2011

"Opowieść o miłości i mroku", Amos Oz.

Początkowo miałam zamiar napisać długo (oczywiście wnikliwie i z natchnieniem), tak, żeby każdego przekonać, każdego nakłonić. Ale jednak nie ma to sensu, złożoność samego Oza, jak i jego książki zdecydowanie przerasta moje możliwości wnikania. Powiedzieć o ogromie, który spada na nas z "Opowieści o miłości i mroku" to rozprawa na kilka godzin, wspomnienia Oza są... Niesamowite, z braku lepszego słowa.

Liczne światy wyrastają na tych kilkuset stronach, części z nich już nie ma, części dopiero nie będzie.
Izrael to jedno, historia drugie, Amos Oz i jego rodzina to zupełnie inne, trzecie. Zaimponowała mi szczegółowość. Również wytrwałość w zbieraniu informacji o minionych pokoleniach. I opowieści, opowieści... Z ilu opowieści składa się jedna "Opowieść o miłości i mroku", nie zliczę.

A czytałam wspomnienia Oza powoli, oj tak. Nie wiem, czy da się czytać "Opowieść o miłości i mroku" szybko, łapczywie, może się dać. Ale mnie wyszło czytanie powolne, kartka po kartce, opowieść za opowieścią. O babci, która dziadka za ucho ciągnęła i na okrągło czyściła wszystko, co tylko. O wspomnieniach z Równego, które stawało się miejscem tragicznych historii na długo przed rokiem 1941. O Ben Gurionie, który biegał po gabinecie. O arabskim chłopcu, któremu zepsuł stopę. O ojcu z obsesją etymologii i matce z niespełnionymi ambicjami. O wszystkim, co doprowadziło do powstania świata, w którym pierwsze kilkanaście lat życia spędził Oz, o wszystkim, co doprowadziło do powstania Oza.

Amos Oz jest jednym z tych pisarzy, których mądrość jest dla mnie faktem bezdyskusyjnym. Mądrość - słowo mało konkretne. Mądrość spokojna, śmiesznie mogłabym określić, stonowana. Wynikająca z doświadczenia, z przeżytych lat i obejrzanego świata, punkt widzenia naprawdę wart poznania.
Lubię go też. Za dojrzałość. Nienachalny styl. Delikatność. Lubię obiektywizm Oza, który niczego nie potępia na siłę, raczej mimochodem. Lubię to, że nie idzie w zaparte.
I chciałabym, żeby nie był tak bardzo smutny.
Ale może on nie jest, może to tylko jego "Opowieść o miłości i mroku".

9 komentarze:

Marta (tusienka) pisze...

Chociaż nie czytałam jeszcze nic tego autora, to pierwszy akapit Twojej recenzji, juz mnie przekonał aby spróbować.Nie trzeba pisać długo by wyrazić zachwyt. A zebrane opowieści rodzinne mądrego człowieka nie mogą być złą lekturą, także na pewno spróbuję. Pozdrawiam:)

Iza pisze...

Ta książka porusza tak wiele tematów, że też napisalam w swoim czasie bardzo zdawkową recenzję. Jedno jest pewne- jest doskonała.

liritio pisze...

Tusieńko, próbuj, warto. A ja zawsze mam ten dylemat, kiedy coś jest aż tak dobre, że swoim pisaniem tylko umniejszę wartość.

Izo, najwyraźniej zdawkowość jako recenzja doskonałości nieźle się sprawdza :)

tamaryszek pisze...

Tak, szczegółowość... zachłanność na opowieści, w których snują się jego najbliżsi. Mało kto tak potrafi o bliskich pisać. Jest w tym jakieś podpatrywanie, nie wszystkie emocje są wygładzone, ale nawet dziwactwa i obsesje (ja już dawno temu... czy tam nie było wujka, któremu żona obcinała paznokcie?) są fascynująco ożywcze. Co za światy! Co za opowieści!
Gdy znajdę czas, powrócę. W ogóle: tę książkę zabrałabym na Bezludną Wyspę. A skoro jakąś opowieść można czytać kolejny raz z zainteresowaniem, to już mistrzostwo.

I zostaje po lekturze coś, co każe wyznać: lubię Oza. Ja też. I daję kredyt zaufania jak mało komu.
:) Prawda, że opowiadać o opowieściach to jak z motyką na słońce ruszać... Tym bardziej się cieszę, że wyruszyłaś.:)
ren

liritio pisze...

Tamaryszku, wiesz, jestem jakieś dwa tygodnie po lekturze i nie pamiętam wujka ani jego paznokci... Ale nie wykluczone, że był :) długo "Opowieść..." czytałam i w trakcie czytania zapominałam (i dobrze, będzie co czytać w przyszłości).

Tak, prawda, że kredyt zaufania. I że się lubi. I nawet więcej, ja tę książkę mogłabym mieć, na własność - a jako zwierzę unikające kupowania książek jak ognia, naprawdę muszę być pod wrażeniem "Opowieści...".

Wiosna! Gdzie jest ta wiosna :(

Chihiro pisze...

Nie mam wiele do dodania, bo ze wszystkim się zgadzam i przytakuję. A Gucio, za którego radą sięgnęłam po tę powieść, czyta teraz "To The End of The World" Davida Grossmana i wyrokuję, że podobna w pięknie i umiłowaniu dokładnego opisu. Ja jeszcze dorzucę "Out of Place" Edwarda Saida, nieodłącznie kojarzyła mi się z "Opowieścią o miłości i mroku".

liritio pisze...

Chihiro, czytałam Grossmana "Kto ze mną pobiegnie" i spodobał mi się jego sposób pisania. Miałaś pewnie na myśli "To The End of The Land" :) Sama nie wiem, czekać aż to przetłumaczą czy czytać po angielsku...
A Saida znam tylko od strony "Orientalizmu", którego nawet nie czytałam, kiedyś przerzuciłam kilka stron. Ale jego wspomnienia - nie wiedziałam nawet, że takowe istnieją - chętnie przeczytam, to musiał być człowiek z ciekawym spojrzeniem na świat.

Chihiro pisze...

Ups, masz rację co do tytułu, mój błąd.
O wspomnieniach Saida pisałam tu: http://chihiro.blox.pl/2010/02/Out-of-Place-Edward-W-Said.html
Te bardziej naukowe jego książki jeszcze przede mną, ale interesuje mnie bardzo jego spojrzenie, słuchałam kilkugodzinnego wywiadu, ostatniego, którego udzielił (u nas wydany został na dvd, które dostałam od Gucia) i wiele refleksji bardzo mi się podoba. Saida mam wiele książek, ale ich lektura do łatwych nie należy.

peek-a-boo pisze...

czytac te ksiazke szybko to bylaby zbrodnia na Literaturze. tej wlasnie przez duze L.

Prześlij komentarz