Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Cooper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Cooper. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2012

"Tożsamość Bourne'a", reż. Doug Liman.

Obejrzałam ten film po raz trzeci, po raz kolejny dziwiąc się, że do cna sensacyjny materiał Ludluma został tak dobrze przełożony na ekran. Podobne twory typu "Hitman" i inne - jakkolwiek nie cieszyłoby mnie oglądanie Timothy Olyphanta w mokrej koszuli - aż trzeszczą w szwach rozłażącego się scenariusza i daremnej obsady.

Za scenariusz do trylogii Bourne'a odpowiedzialny jest fantastyczny Tony Gilroy. Większość filmów jego autorstwa niewątpliwie przyjemnie się ogląda - od "Adwokata Diabła" zaczynając i na moim ulubionym "Michaelu Claytonie" kończąc (którego również Gilroy reżyserował).
Nie zapominam oczywiście o Robercie Ludlumie, autorze książki, na podstawie której film powstał. "Tożsamość Bourne'a" czytałam raz w życiu, bardzo dawno temu i nie tyle pamiętam książkę co swoje zaaferowanie, kiedy wciśnięta w róg kanapy gnałam naprzód w takt myśli "co dalej?". O tyle jest to zabawne, że żadnej kolejnej części autorstwa Ludluma przeczytać nie zdołałam, chociaż kilka nieudanych podejść zaliczyłam.
Mam jednak wrażenie, że z książkowym pierwowzorem "Tożsamość Bourne'a" nie ma zbyt wiele wspólnego. Ale nie zmienia to faktu, że od dawna uważam trylogię Bourne'a za bardzo dobre, czysto sensacyjne kino i stawiam ją na podium zaraz obok pierwszego "Transportera". A swego czasu (właściwie to prawie 10 lat temu...) do głowy by mi nie przyszło, że rudawy Matt Damon będzie takim trafionym Jasonem.
Schemat jest bowiem prosty, kiedy Liritio szuka filmu sensacyjnego, najprawdopodobniej sięga po filmografię Stathama. Jak to twierdzi jedna z moich koleżanek: nie ma nic lepszego na koniec dnia, niż Statham na Polsacie. I nie będę podważała jej zdania.
Ale Matt Damon, który kiedyś kojarzył mi się z rolami raczej nieśmiałymi, okazał się Jasonem idealnym, w którego łatwo można uwierzyć.

Bezimienny początkowo mężczyzna zostaje wyłowiony przez kuter rybacki, nieprzytomny, z dwoma ranami postrzałowymi w plecach. Okazuje się, że zna kilka języków, umie się świetnie bronić i zauważa u siebie odruchy raczej nieznane regularnym przechodniom, ale nie ma pojęcia kim jest. Stracił pamięć, a jedyną wskazówką co do jego przeszłości jest konto bankowe w Zurychu zapisane na chipie wszytym w biodro niedoszłego topielca. Potem jest tylko lepiej, kiedy okazuje się, że nasz rudawy zapominalski w skrytce bankowej trzyma broń, stos paszportów i spore nominały w różnych walutach. Na tyle spore, że kiedy jego tropem wyrusza zdecydowany pościg, bez problemu oferuje przypadkowej nieznajomej dziesięć tysięcy dolarów za podwózkę do Paryża.
Jason Bourne, jak brzmi jego imię, goni swoją przeszłość, a jednocześnie ucieka przed ścigającymi go panami - nie ma pojęcia kim są, ale zdecydowanie wiedzą co robią.

Obława, obława... Tak, na jednym Jasonie daleko by moje uznanie dla filmu nie zajechało. Dlatego chwila na podsumowanie drużyny ścigających: Chris Cooper, Clive Owen, Brian Cox i Julia Stiles w skromnej roli paryskiej łączniczki. Co tu dużo mówić, kiedy Clive Owen zostaje obsadzony w roli milczącego snajpera w okularkach, wszystko już musi się udać. A kiedy Chris Cooper pojawia się jakkolwiek, gdziekolwiek (tutaj w roli szefa obławy CIA na niesfornego Jasona), Liritio ogląda bez zastanowienia. (Dla nieświadomych: Chris Cooper to między innymi ten tak genialnie zagrany wojskowy z sąsiedztwa w tak niezmiennie genialnym "American Beauty").
Oczywiście żarty żartami, ale obsada "Tożsamości Bourne'a" nie pozostawia wiele do życzenia.
Nawet Franka Potente w roli jedynej znajomej Jasona sprawdza się dobrze, chociaż akurat do niej nie czułabym się zbytnio przywiązana przy ewentualnych wymianach obsady.

Kolejny atut filmu, zdjęcia. Wprowadzają napięcie, zaskoczenie, zamęt w chwilach akcji... "Tożsamość Bourne'a" jest sprawnie nakręcona i końcowy efekt wyszedł twórcom zaskakująco "zwarcie", jak na tego typu film, o ile mogę się posiłkować takim słowem. Nic tam nie jest bezsensownym ozdobnikiem, nie razi odstając od scenariusza. Połączono szpiegowskie kino akcji z obsadą, która z bohaterów raczej fizycznych potrafiła wydobyć coś interesującego. I o dziwo kolejne części trzymają poziom, chociaż tej pierwszej "Tożsamości Bourne'a" nie pobiły.

I tak, 10 sierpnia do kin wchodzi "Dziedzictwo Bourne'a", czyli o Bournie bez Bourne'a. Byłabym zdeptała pomysł, nawet zwiastun niespecjalnie przypadł mi do gustu, ale... Reżyserem i scenarzystą jest Tony Gilroy, od którego zaczęłam ten wpis z epitetem "fantastyczny" i na którego nowy film czekałam już długo.
Wierzcie mi, od czasu średnio rewelacyjnej "Gry dla dwojga" - obarczam winą za taki stan filmu brak jakiejkolwiek chemii między Julią Roberts i Clivem Owenem, co było wyraźne już w "Bliżej" - krzyżując palce czekam na powtórkę z zachwytu "Michaelem Claytonem". A "Dziedzictwo Bourne'a" ma obsadę, nad którą warto się zastanowić. Jeremy Renner, Rachel Weisz, Edward Norton, Albert Finney, David Strathaim... I plakat. Plakat jest dobry, a hasło "there was never just one" świetnie pasuje do wymowy wcześniejszej trylogii Bourne'a, także... No nie wiem, ogółem "Dziedzictwo..." budzi małą nadzieję.

A tymczasem zaganiam do początków, "Tożsamość Bourne'a" raz proszę!

poniedziałek, 22 lutego 2010

Trzy miasta, trzy razy o miłości, a im dalej, tym lepiej. I wiem, że Walentynki już były.

Sobota wieczorem to był idealny moment na wyciągnięcie zapierającego się czterema kopytami C. do kina na „Walentynki”, film który chciałam obejrzeć, sama nie wiem czemu. Nie liczyłam na cudo równe „Love Actually”, ale ciągnęło mnie tak czy siak.
Z filmami o miłości jest jeden problem – w większości ta miłość jest dokładnie taka sama i przez to mało zaskakująca. Jeżeli chodzi o „Walentynki”, szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś lepszego. Większość historii była do bólu przewidywalna, a wszelkie moje nadzieje na chociaż jedno oryginalniejsze zakończenie rozwiewane były w mgnieniu oka. Miłość triumfuje, to oczywiste.

Właściwie tylko trzy (na milion) wątki wybiły się ponad przeciętność. Przede wszystkim (szok i przerażenie) para Tylor Lautner i Tylor Swift (gwiazda „Księżycu w nowiu” i piosenkarka(?)) rozwalili mnie na łopatki – akurat ta para była przezabawną parodią na wszelką nastoletnią miłość. I o dziwo, ta dwójka wyjątkowo dobrze zniosła role absolutnie niepoważne. Poza nimi jeszcze Holden (Bradley Cooper ostatnimi czasy jest dosłownie wszędzie, co to się stało, że nagle taki przełom w karierze?), ale tutaj nie chcę psuć niespodzianki (jedyna w całym filmie).

Kolejna przyjemność, Jamie Foxx i Jessica Biel, tylko dlatego że ich charaktery były choć trochę pokręcone, a nie takie nieskończenie, amerykańsko dobre i miłe, z mądrością życiową na odchodnym. Szczególnie Biel mi się podobała, zabawna i oryginalna.
Ten film jest ogromnym kotłem z tą samą historią przemieloną w każdą stronę, a postaci marginalne (Jessica Alba czy Queen Latifah) robią dużo lepsze i ciekawsze wrażenie, niż te pierwszoplanowe. Ale oczywiście seans był przyjemny, tylko trochę nudny.

„New York, I Love You” trafia gdzieś pomiędzy “Walentynkami” a „Paris, Je t'aime”. Mrowie a mrowie ludzi mija się na ulicach Nowego Jorku, zakochują się, odkochują, zdecydowanie mnóstwo przy tym rozmawiają. Jest zupełnie inny w nastroju, niż "Walentynki". Jeżeli widzieliście np. „Przed wschodem słońca”, albo drugą część, „Przed zachodem słońca” z Ethanem Hawkiem i Julie Deply, to podobnie wyobraźcie sobie „New York, I Love You” – tylko przemnóżcie głównych bohaterów razy wiele. A w przeciwieństwie do "Walentynek", ten film nie opowiada o zakochujących się w sobie parach, tylko o miłości. Bardzo różnej.
W ogóle nie był pokazywany w polskich kinach – a szkoda, bo w porównaniu z zalewającymi ekrany komediami romantycznymi, zdecydowanie wolałabym ten film. Nie wiem czy to kontynuacja jakiegoś projektu, zaczętego przez „Paris, Je t'aime”, ale jeśli tak, to ja czekam na więcej.

Chociaż w porównaniu z „Paris, Je t'aime”, film o Nowym Jorku jest dużo bardziej chaotyczny, historie nie mają początku i końca, tylko mieszają się przez dwie godziny w każdą stronę. Ale jest ciekawie, bo te opowieści nie przygnębiają sztampowością. Niby każda pod tytułem „chodzimy, gadamy i nic się nie dzieje”, a jednak wciąga. Moim zdaniem lepszy od „Paris, Je t'aime”, chociaż te urywane sceny mogą irytować, a może nawet nudzić, ale przynajmniej w „New York, I Love You” nikt nie silił się na przesadny artyzm.
I ta niesamowita obsada – wcale nie porażająca swoim glamour, jak w „Walentynkach” (czego innego spodziewać się po filmie, którego akcja toczy się w L.A.). W Nowym Jorku raczej szafują mądrymi wyrazami twarzy. I dobrze, to ja już wolę te mądre wyrazy twarzy, krótkie, ale ciekawe historyjki i mnóstwo wypalonych przez aktorów papierosów. Tylko Woody'ego Allena w tym wszystkim zabrakło - a przecież Nowy Jork jednoznacznie z Allenem się kojarzy.

Idąc za ciosem: Los Angeles, Nowy Jork - kłania się Londyn. A całkowitym przypadkiem właśnie w Londynie ma miejsce akcja jednego z moich ulubionych filmów na niepogodę i smutek, jak i na wieczory z winem i koleżanką. Wspominałam już kilka razy o "Miłości i innych nieszczęściach" - moim cudeńku wśród tego typu filmów. Najchętniej skończyłabym tutaj pisząc "idźcie i oglądajcie", ale nie wiem czy to wystarczy na zachętę.
Swego czasu popłakałam się na tym filmie ze śmiechu, teraz już nie płaczę, bo znam go na pamięć. Jakcs, asystentka w "Vouge", niespełniony scenarzysta Peter i szalona, ukochana moja Talullah - poetka, która gardzi arystokratycznymi korzeniami, w tym swoją matką. Film jest prosty i bez tego całego balastu wielkich produkcji, które muszą opowiadać o równie wielkich, a przez to często sztucznych miłościach. Sztandarowy cytat z filmu podsumowuje wszystko:
"(...)maybe one day I'll wake up and I'll feel(...) In love! You know, dizzy and feverish and nausea.
- That's not love, Jacks, that's the flu."

I chyba, poza całą ironiczną otoczką, która śmieszyła mnie do łez, właśnie "Miłość i inne nieszczęścia" jest jednym z nielicznych filmów, których przesłanie na temat miłości trafiło mi do przekonania.

W "Miłości i innych nieszczęściach" trzy wątki można by nazwać głównymi. Jacks i Paolo, którego ona uważa za geja. Jej współlokator, Peter (także gej - homoseksualizm jest modny, kiedyś wystarczył czarny prezydent, teraz musi być również gej), który zakochał się na śmierć w nieznajomym. I mistrzyni, Talullah - kobieta cudownie skoncentrowana na sobie, której wielu wrażeń dostarczają liczni mężczyźni i jedna matka.
Uroczy, zabawny, prosty i składny. Bardzo dobry film. Z kolei kojarzy mi się ze "Smakiem życia", ale może już przestanę brnąć w dalsze skojarzenia, bo ja tak mogę bez końca. Zresztą, o "Smaku życia" pisałam już dawno temu, nie będę się powtarzała.
"Miłość i inne nieszczęścia", poza oczywistym ironizowaniem na temat uczuć wielkich i tych mniejszych, komentuje także współczesność ogólną, ślicznie docinając modzie, sztuce współczesnej czy komercji filmowej. Jednak pod tymi wszystkimi zabawnymi linijkami kryją się ładne wnioski i równie ładne przesłanie. Właściwie jest to film z serii "o życiu", nie wydumany. Kojarzy się z naszymi własnymi egzystencjami - wszystko jest znajome, nic nowego. Ale podczas gdy w "Walentynkach" to "nic nowego" nuży - w "Miłości i innych nieszczęściach" urzeka, wzmacnia prostotę.
Bardzo polecam, a reklamacji na moje kochanie nie przyjmuję.

Zdjęcia z serwisu Stopklatka.