
Z filmami o miłości jest jeden problem – w większości ta miłość jest dokładnie taka sama i przez to mało zaskakująca. Jeżeli chodzi o „Walentynki”, szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś lepszego. Większość historii była do bólu przewidywalna, a wszelkie moje nadzieje na chociaż jedno oryginalniejsze zakończenie rozwiewane były w mgnieniu oka. Miłość triumfuje, to oczywiste.
Właściwie tylko trzy (na milion) wątki wybiły się ponad przeciętność. Przede wszystkim (szok i przerażenie) para Tylor Lautner i Tylor Swift (gwiazda „Księżycu w nowiu” i piosenkarka(?)) rozwalili mnie na łopatki – akurat ta para była przezabawną parodią na wszelką nastoletnią miłość. I o dziwo, ta dwójka wyjątkowo dobrze zniosła role absolutnie niepoważne. Poza nimi jeszcze Holden (Bradley Cooper ostatnimi czasy jest dosłownie wszędzie, co to się stało, że nagle taki przełom w karierze?), ale tutaj nie chcę psuć niespodzianki (jedyna w całym filmie).

Ten film jest ogromnym kotłem z tą samą historią przemieloną w każdą stronę, a postaci marginalne (Jessica Alba czy Queen Latifah) robią dużo lepsze i ciekawsze wrażenie, niż te pierwszoplanowe. Ale oczywiście seans był przyjemny, tylko trochę nudny.
„New York, I Love You” trafia gdzieś pomiędzy “Walentynkami” a „Paris, Je t'aime”. Mrowie a mrowie ludzi mija się na ulicach Nowego Jorku, zakochują się, odkochują, zdecydowanie mnóstwo przy tym rozmawiają. Jest zupełnie inny w nastroju, niż "Walentynki". Jeżeli widzieliście np. „Przed wschodem słońca”, albo drugą część, „Przed zachodem słońca” z Ethanem Hawkiem i Julie Deply, to podobnie wyobraźcie sobie „New York, I Love You” – tylko przemnóżcie głównych bohaterów razy wiele. A w przeciwieństwie do "Walentynek", ten film nie opowiada o zakochujących się w sobie parach, tylko o miłości. Bardzo różnej.
W ogóle nie był pokazywany w polskich kinach – a szkoda, bo w porównaniu z zalewającymi ekrany komediami romantycznymi, zdecydowanie wolałabym ten film. Nie wiem czy to kontynuacja jakiegoś projektu, zaczętego przez „Paris, Je t'aime”, ale jeśli tak, to ja czekam na więcej.

I ta niesamowita obsada – wcale nie porażająca swoim glamour, jak w „Walentynkach” (czego innego spodziewać się po filmie, którego akcja toczy się w L.A.). W Nowym Jorku raczej szafują mądrymi wyrazami twarzy. I dobrze, to ja już wolę te mądre wyrazy twarzy, krótkie, ale ciekawe historyjki i mnóstwo wypalonych przez aktorów papierosów. Tylko Woody'ego Allena w tym wszystkim zabrakło - a przecież Nowy Jork jednoznacznie z Allenem się kojarzy.
Idąc za ciosem: Los Angeles, Nowy Jork - kłania się Londyn. A całkowitym przypadkiem właśnie w Londynie ma miejsce akcja jednego z moich ulubionych filmów na niepogodę i smutek, jak i na wieczory z winem i koleżanką. Wspominałam już kilka razy o "Miłości i innych nieszczęściach" - moim cudeńku wśród tego typu filmów. Najchętniej skończyłabym tutaj pisząc "idźcie i oglądajcie", ale nie wiem czy to wystarczy na zachętę.
Swego czasu popłakałam się na tym filmie ze śmiechu, teraz już nie płaczę, bo znam go na pamięć. Jakcs, asystentka w "Vouge", niespełniony scenarzysta Peter i szalona, ukochana moja Talullah - poetka, która gardzi arystokratycznymi korzeniami, w tym swoją matką. Film jest prosty i bez tego całego balastu wielkich produkcji, które muszą opowiadać o równie wielkich, a przez to często sztucznych miłościach. Sztandarowy cytat z filmu podsumowuje wszystko:
"(...)maybe one day I'll wake up and I'll feel(...) In love! You know, dizzy and feverish and nausea.
- That's not love, Jacks, that's the flu."
I chyba, poza całą ironiczną otoczką, która śmieszyła mnie do łez, właśnie "Miłość i inne nieszczęścia" jest jednym z nielicznych filmów, których przesłanie na temat miłości trafiło mi do przekonania.

Uroczy, zabawny, prosty i składny. Bardzo dobry film. Z kolei kojarzy mi się ze "Smakiem życia", ale może już przestanę brnąć w dalsze skojarzenia, bo ja tak mogę bez końca. Zresztą, o "Smaku życia" pisałam już dawno temu, nie będę się powtarzała.
"Miłość i inne nieszczęścia", poza oczywistym ironizowaniem na temat uczuć wielkich i tych mniejszych, komentuje także współczesność ogólną, ślicznie docinając modzie, sztuce współczesnej czy komercji filmowej. Jednak pod tymi wszystkimi zabawnymi linijkami kryją się ładne wnioski i równie ładne przesłanie. Właściwie jest to film z serii "o życiu", nie wydumany. Kojarzy się z naszymi własnymi egzystencjami - wszystko jest znajome, nic nowego. Ale podczas gdy w "Walentynkach" to "nic nowego" nuży - w "Miłości i innych nieszczęściach" urzeka, wzmacnia prostotę.
Bardzo polecam, a reklamacji na moje kochanie nie przyjmuję.
Zdjęcia z serwisu Stopklatka.
4 komentarze:
Ojej, ale mi narobiłaś apetytu... I gdzie ja teraz znajdę ten "New York..." :] Bo "Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca" absolutnie uwielbiam!!
Za to "Miłość i inne nieszczęścia" właśnie na świeżo oglądałam kilka dni temu. Fajne, nieszablonowe podejście, miło spędziłam czas a zakończenie zaskoczyło mnie szybkim nadejściem ;)
PS. Powędrowałam na Twojego bloxa do "Smaku życia" i jeszcze dalej i teraz mam straszną ochotę na francuskie kino, którego Ty w 3/4 nie trawisz ;) Zastanawiające jak to się stało ;):)
"New York I Love You", obawiam się że tylko drogą internetową, nie słyszałam o polskim wydaniu dvd.
A to francuskie kino jak najbardziej polecam, szczególnie tę 1/4, którą lubię :) Ale też są francuskie filmy, jak np. "5x2", których nie lubię, ale z niechęcią przyznaję, że są dobre.
Ja mam ochotę na "Walentynki", ale głównie ze względu na Patricka Dempseya, choć i pozostała część obsady jest interesująca ;)
To fakt, że miałam nadzieję, że to będzie powtórka z "Love Actually" - jeśli to gorszy film, trudno. Zmuszę się choć dla Patricka ;)
Pozdrawiam.
Nie gra tam dużej roli, ale przystojną jak zawsze :) poza tym, jak zaznaczyłam już w recenzji, role poboczne są w tym filmie ciekawsze, niż główne.
A "Love Actually" to film, do którego poziomu na pewno trudno będzie dobić.
Prześlij komentarz