piątek, 5 lutego 2010

"Nine", reż. Rob Marshall, a przy okazji o musicalach słów kilka(dziesiąt).

Najpierw wstęp, do "Nine" należy trochę przewinąć.

Lubię musicale jako gatunek, ale gdyby szukać konkretnych tytułów, które mnie podbiły, zapewne na palcach jednej ręki dałoby się je policzyć.
Nie odmawiam wizji i kunsztu "Moulin Rouge!", ale połowę scenariusza wyrzuciłabym do kosza. Zafascynowało mnie "Chicago", ten pazur, ten nastrój, ale żeńska rola pierwszoplanowa przyćmiła wszelkie zachwyty - jak można było Renne Zellweger do takiej roli? "Upiór w operze", bajka dla oczu i uszu, a jednak, coś nie wyszło, nie zagrało i po latach pamiętam tylko, że małpka z pozytywki była ładna, Gerard Butler jest przystojny, kiedy zasłonić mu połowę twarzy, a żyrandol faktycznie spadł.
Ale cofnijmy się w czasie, "Grease"? Kocham ten film tak, jak kocham "Seksmisję", niestety nie za muzyczną część. Oczywiście piosenki znam na pamięć i w ogóle, ale jednak nie nazwałabym "Grease" fantastycznym musicalem. "Grease" jest sentymentem z młodszej młodości.
Jeszcze wcześniej? Niestety w moim przypadku tutaj zaczyna się tragedia. "My Fair Lady" - usnęłam, "Singing in the Rain" - cudowny, poraża profesjonalizmem aktorów, ale ja nie umiem uniknąć znudzenia. Większość starych filmów trochę mnie nudzi, do czego staram się publicznie nie przyznawać, bo to nie wypada. "Sounds of Music" to najgorsza tortura, podobnie jak "The Wizard of Oz". I przyznam się bez bicia, że nie lubię "West Side Story". A "Kabaretu" nie widziałam, chociaż wierzę, że może być dobrym filmem.

Teraz podrapałam się po głowie, bo wychodzi na to, że musicale lubię, ale tylko w teorii. Może rzeczywiście? Jakbym miała się pokusić o jakieś zestawienie, nie umiem powiedzieć, ile filmów trafiłoby na tę wyjątkową listę moich ulubionych musicali.
"All That Jazz", gdzieś przeczytałam, że to świetny musical, cały o śmierci. Ciężko się nie zgodzić, ja też uważam, że świetny i że cały o śmierci. Ale o "All That Jazz" chyba napiszę kiedyś oddzielnie, jako że jest to jeden z moich ulubionych filmów w ogóle. I oczywiście jestem zakochana w głównym bohaterze.
"Hair", odkąd obejrzałam go po raz pierwszy minęło... no, trochę minęło. Spore wrażenia na mnie zrobił, nadal większość scen pamiętam, z "I Got Life" i tańczącym na stole Williamsem na czele.
"Mamma Mia!", bo bawi mnie ten film niezmiernie, pomysł sam w sobie. I widać, że jego twórcy, podobnie jak obsada, mieli jeszcze lepszą zabawę.
I chyba jednak dodałabym "Chicago", film, który naprawdę zapadł mi w pamięć. Catherine Zeta-Jones i Richard Gere rozłożyli mnie na łopatki, i ta energia! Genialna muzyka, choreografie i amerykański profesjonalizm się kłania. Gdyby tylko nie miaucząca Zellweger na pierwszym planie.

Teraz obejrzałam "Nine". Wszystko pięknie. Dosłownie, bardzo ładny film. Tylko mam wrażenie, że zamysł reżysera wylądował gdzieś w połowie drogi między dobrym musicalem a dobrym dramatem i w efekcie wyszło takie coś... Nie do końca dobrego. Jakby chciano za dużo, a wyszło za mało.
Ani historia nie powaliła mnie na kolana, skoro, jak to w musicalu, wszystkie wątki są potraktowane powierzchownie - króciutkie namiastki filmu dla potrzeb piosenek. I gdyby był czas, wierzę, że tak dobra obsada zrobiłaby świetny film na podstawach "8 i 1/2". Nie może jednak film trwać czterech godzin, więc czasu nie było. Dlatego szkoda, że nie skupiono się bardziej na części czysto rozrywkowej, na musicalu.
Bo ta część też nie poraża. Trzy świetne piosenki, ale nic niesamowitego, nic, co zostawałoby na dłużej. A czy na trzech dobrych piosenkach można oprzeć cały film? "Be Italian", o ile się nie mylę, nominowane do Oscara, zasłużenie. "Cinema Italiano", "Take it All"... To tyle. Aha, jeszcze "Unusual Way", ale to chyba zasługa Nicole Kidman, a nie potencjał piosenki.
I brakowało mi czegoś nowego, czego nie widziałam już w "Chicago" tego samego reżysera. Naprawdę, jakby odjąć historię samą w sobie, w choreografiach, kostiumach itd. nie widzę większej różnicy między "Nine" a "Chicago". Nowego pomysłu zabrakło.
Najlepszym wyznacznikiem problemu tego filmu jest fakt, że jedną z jego wielkich zalet jest Kate Hudson. A chociaż lubię tę kobietę, dobrą aktorką, która wiele wnosi do produkcji, raczej bym jej nie nazwała. A jednak, możliwe, że tylko dzięki bardzo krótkim scenom, zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Była luzem, zabawą i uśmiechem tego filmu, a "Cinema Italiano" w jej wykonaniu ma siłę, ma to coś, czego reszcie "Nine" brakuje.
Szkoda mi Marion Cotillard, która grała dobrze, ale postać potraktowaną po łebkach. Podobnie jak Penelope Cruz, chociaż jej nominacja do Oscara za rolę Carli jest absurdem, ale chyba kochana Akademia robi z Penelope Cruz kolejną Meryl Streep i po prostu nominuje ją za wszystko jak leci. Judy Dench, jak zwykle była sobą, jak zwykle świetna. Ale również nic specjalnego.

Dlaczego więc, pomimo wszystkich powyższych narzekań dopisałabym "Nine" do listy moich ulubionych musicali? Cóż, jeden powód to ponownie ten ukochany przeze mnie profesjonalizm amerykańskich produkcji. W żadnych innych filmach się tego nie znajdzie. Wszystko dopracowane, dopięte na ostatni guzik, nic przypadkowego. Tempo, światła, kamera, akcja! Tak, dynamiki i poziomu wykonania "Nine" nie brakuje. A że trochę kreatywności zabrakło, to już inna kwestia.
Drugim powodem jest oczywiście Daniel Day-Lewis w głównej roli Guido Continiego. To jest świetny aktor, nie ma wątpliwości, a w "Nine" jego talent połączył się z charakterem postaci, dla którego ja zawsze tracę głowę. Dlatego Guido Contini mnie zdobył, a dokładniej Daniel Day-Lewis. Mruczny, genialny, egoistyczny, zaślepiony, prawie szalony, prawie załamany. Oczywiście, takich facetów nie sposób byłoby znieść, gdyby nie ten potężny urok osobisty i charyzma. Zatem powinnam dopisać Daniela Day-Lewisa do mojej listy fajnych facetów ze srebrnego ekranu. Gdybym tylko posiadała taką listę.

7 komentarze:

Miss Jacobs pisze...

Od jakiegoś czasu mam chęć zobaczenia tego filmu. Może w tym tygodniu w koncu się za siebie wezmę i zabiore swój kuperek do kina.
Osobiście uwielbiam musicale, choć zdecydowanie wole wystawiane na żywo niż te kręcone. Odczuwam wtedy o wiele większą magię, wszystko trafia do samego środka mojej duszy. Co prawda scenografia jest ograniczona, film tutaj ma większe pole do popisu. Jednak jeśli są dobrzy aktorzy w ogóle tego nie odczuwam, bo w końcu chodzi o przekazanie historii a tą czynią ludzie nie miejsca.
Pozdrawiam serdecznie :).

Chihiro pisze...

Ciekawa analiza. Ja otwarcie sie przyznaje, ze musicali nie lubie. Widzialam ich wiele, "My Fair Lady" podobalo mi sie ze wzgledu na nastolatkowa sympatie do Audrey Hepburn, podobnie jak "Funny Face". Ale wiekszosc filmow z piosenkami mnie nudzi (wyjatkiem jest "8 kobiet" Francois Ozona i "Hair"). Wszystkie klasyczne uznaje, bo nie gardze zadnymi gatunkami, ale nie moglabym sie zachwycac "The Wizard of OZ" czy innymi takimi klasykami. Jakos mnie nie przekonuja, piosenki odbieraja dramatyzm sytuacji, nawet w powaznym pod koniec "Hair" ugladzaja wydarzenia. Tak wiec unikam musicali jak moge.

Tucha pisze...

Ja raz chcę iść na Nine do kina, raz nie chcę, poczekam aż będzie na dvd... Teraz znowu sama nie wiem, musicale uwielbiam więc może jednak:)
Pozdrawiam

Joanna_Czytelnik pisze...

Może jestem dziwna albo po prostu trafiałam na nudne musicale, ale jakoś za nimi nie przepadam. I dlatego, stojąc dzisiaj przed kinem, biletu jednak nie kupiłam.

liritio pisze...

Miss Jacobs, ja właśnie wolę te kinowe :) I chyba jedyny musical sceniczny, jaki mi się spodobał, to był "Taniec Wampirów" w Romie. i "Metro", ale to już dawno. Ale rzeczywiście, jak zawodzi wykonanie, to scenografia czy muzyka nie bardzo uratują sytuację. Pozdrawiam :)

Chihiro, ostatnio zauważam, że tłum ludzi nie lubi musicali. "8 kobiet" za pierwszym razem mi się podobało, ale z każdym kolejnym jest gorzej. Masz rację, że musical spłyca, wygładza i wszystko robi się takie śliczne. Ale ja po prostu lubię śpiew, taniec, ruch i dlatego dla mnie musicale są świetną rozrywką. Ale głębi w nich nigdy nie szukałam.

Tucha, jeżeli uwielbiasz musicale, to cóż Ci szkodzi się przejść :) Ale z drugiej strony nie jest to rewelacja, więc opcja z dvd również jest logiczna. :)

Joanna, większośc musicali jest nudna, naprawdę tak uważam. I trzeba trafić na coś lepszego, żeby się spodobało.

neta pisze...

Miałam napisać jak bardzo podobają mi się Twoje wstępy do notek i nadarzyła się okazja, żeby zrobić to w inny sposób. Zapraszam do siebie, czeka tam na Ciebie wyróżnienie.
Zawsze lubiłam musicale, chociaż dopiero czytając Twój tekst zdałam sobie sprawę, że nie wiem dlaczego... chyba działają na mnie rozluźniająco ;) W "Chicago" zrobił na mnie ogromne wrażenie ten amerykański rozmach i dlatego "Nine" też na pewno będę chciała zobaczyć.
Pozdrowienia!

marpil pisze...

Ode mnie też jest jedno bardzo różwe :-)

Prześlij komentarz