Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shirley Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shirley Jackson. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Nieopisanie bezczelnie nie opisane - w skrócie: zapomniane.

Czytam i czytam, na okrągło albo bardzo mało, czasem zanotuję jakieś wnioski, a czasem mam po prostu nadzieję, że ich nie zapomnę. Niektóre książki recenzuję od razu, niektóre z opóźnieniem, a niektórych w ogóle.
Przede wszystkim pomijam tonę tzw. czytadeł, które pochłaniam w przerwach od czegoś mądrzejszego, ewentualnie po prostu ciekawszego. Staram się nie wspominać o książkach, o których mam niewiele do powiedzenia. Ale zdarza się również, że w moim lenistwie/nawale obowiązków (a bywa różnie) umknie mi sprzed nosa notatka na temat książki ciekawej. A umknęło ich sporo.

Chociażby "Gdzie krokodyl zjada słońce" Petera Godwina, czytałam ją we wrześniu, już prawie rok temu, głównie w pociągu i nawet nieśmiałe propozycje C., że może pójdziemy coś zjeść w wagonie restauracyjnym, nie były w stanie oderwać mnie od lektury. Ha! Książka jako forma diety, czy to by zadziałało?
Z jednej strony historia konfliktu politycznego w Zimbabwe, zapis ogromnych zmian, z drugiej opowieść prywatna o odkrywaniu prawdziwej historii swojego ojca, o rodzinie podzielonej oceanem, której korzenie sięgają Warszawy. Bardzo ciekawa, świetnie napisana - szkoda, że w ramach wyzwania na peryferiach, jak mi się wydaje, nikt jej nie recenzował. I szkoda, że ja także nie napisałam o niej wcześniej, bo Godwin oddał w ręce czytelnika wartą uwagi lekturę.
Seria "terra incognita" wydawnictwa W.A.B. oferuje kilka interesujących tytułów - sporo już przeczytałam - ale jak na razie nic nie było lepsze od "Gdzie krokodyl zjada słońce", nawet Terzani z postu poniżej.
Teraz przymierzam się do "Sudanu, czasu bezdechu" Konrada Piskały i "Błękitnych przestrzeni. Wyprawy śladami kapitana Cooka" Tony'ego Horwitza., zobaczymy, czy możliwe jest przeskoczenie mojego małego zachwytu Godwinem.

Inny tytuł, "Czarna skrzynka" Amosa Oza, druga przeczytana przeze mnie książka tego autora, ale pierwsza, która zachęciła mnie do dalszego zapoznania się z Ozem. Powieść o kobiecie w pewien sposób fatalnej, i trzech mężczyznach, jej pierwszym i drugim mężu oraz dorastającym synu. Forma listów między poszczególnymi bohaterami z jednej strony denerwuje, ale przy tym dokładniej uświadamia poszczególne relacje między nimi i ich zmiany na tle wydarzeń. Jakich wydarzeń? Cóż, gdzie znajdują się rozbite skorupy toksycznej miłości, a na nich budowane są nieudolnie i oszukańczo nowe życia, tam kłębią się uczucia, które muszą znaleźć ujście. Co prawda najbardziej wciągnął mnie wątek zbuntowanego syna, ale w pewien sposób przestraszyła mnie również spokojnie i nieubłaganie niszczycielska siła "złej" miłości.
"Czarna skrzynka" to tytuł bardzo trafiony, jak skrypt ostatnich rozmów przed katastrofą, tak listy na przestrzeni kilku lat przed zderzeniem.
Mnie tego typu lektury zawsze skłaniają do niewesołych rozważań, że z czasem tyle się zmienia, co z tego, że dzisiaj coś mam poukładane, jeżeli za kilkanaście lat to wszystko może zostać rozbite w drobny mak, co gorsza, przeze mnie samą?

I trzecia, skoro zasada trzech zobowiązuje, "Zawsze mieszkałyśmy z zamku" Shirley Jackson.
Myślę, że może to być jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu przeczytałam. Akcja jest specyficzna już sama w sobie - dwie siostry i ich stary stryj mieszkają we trójkę, odcięci od wrogiego im społeczeństwa. Zamykają się w swoim własnym świecie, o dziwo, niezwykle racjonalnym świecie, w którym starają się ochronić przed tłumem będącym żywą ilustracją stwierdzenia "inne jest złe". Do tego styl pani Jackson dodaje książce tej "dziwności". Niby spokojna, ale jednak wstrząsająca, niby wesoła, ale jednak tragiczna.
"Zawsze mieszkałyśmy w zamku" momentami miałam ochotę podrzeć ze złości, ale nie na książkę, a na to, jak niepoprawnie urządzony jest świat. Podobnie jest z filmami Fritza Langa, gdybym mogła, wlazłabym w ekran, żeby tylko spałować ten bezmyślny, niebotycznie głupi tłum - chociażby film pt. "Jestem niewinny" (1931r.), w złości i frustracji akcją można naprawdę zjeść własny kapelusz.
Z drugiej strony śledziłam opowieść Merrikatt i chciałam, żeby zadziwiające zdania tej dziewczynki nigdy się nie skończyły. Na pewno będę do niej wracała, świat widziany oczami Mary Katherine jest szczególny, a jej spostrzeżenia trafne, miejscami zabawne, ale także przerażające.
Czytałam również "Nawiedzony" i "Poskramianie demonów" tej samej autorki - naprawdę nie wiem, jak to się stało, że na blogu nie wspomniałam o Shirley Jackson ani słówkiem, kiedy na wielu innych stronach widziałam recenzje jej książki. Błąd! Lektury książek Shirley Jackson nie można tracić.

I proszę, uratowałam trzy kurczątka z pazurów mojej sklerozy, która chciała zagrzebać je w zakamarkach pamięci. Reszta niestety została tam, gdzie dobre chęci mówią dobranoc. Ale nic to, małymi kroczkami możliwe, że odgrzebię ich więcej.