Obejrzałam ten film po raz trzeci, po raz kolejny dziwiąc się, że do cna sensacyjny materiał Ludluma został tak dobrze przełożony na ekran. Podobne twory typu "Hitman" i inne - jakkolwiek nie cieszyłoby mnie oglądanie Timothy Olyphanta w mokrej koszuli - aż trzeszczą w szwach rozłażącego się scenariusza i daremnej obsady.
Za scenariusz do trylogii Bourne'a odpowiedzialny jest fantastyczny Tony Gilroy. Większość filmów jego autorstwa niewątpliwie przyjemnie się ogląda - od "Adwokata Diabła" zaczynając i na moim ulubionym "Michaelu Claytonie" kończąc (którego również Gilroy reżyserował).
Nie zapominam oczywiście o Robercie Ludlumie, autorze książki, na podstawie której film powstał. "Tożsamość Bourne'a" czytałam raz w życiu, bardzo dawno temu i nie tyle pamiętam książkę co swoje zaaferowanie, kiedy wciśnięta w róg kanapy gnałam naprzód w takt myśli "co dalej?". O tyle jest to zabawne, że żadnej kolejnej części autorstwa Ludluma przeczytać nie zdołałam, chociaż kilka nieudanych podejść zaliczyłam.
Mam jednak wrażenie, że z książkowym pierwowzorem "Tożsamość Bourne'a" nie ma zbyt wiele wspólnego. Ale nie zmienia to faktu, że od dawna uważam trylogię Bourne'a za bardzo dobre, czysto sensacyjne kino i stawiam ją na podium zaraz obok pierwszego "Transportera". A swego czasu (właściwie to prawie 10 lat temu...) do głowy by mi nie przyszło, że rudawy Matt Damon będzie takim trafionym Jasonem.
Schemat jest bowiem prosty, kiedy Liritio szuka filmu sensacyjnego, najprawdopodobniej sięga po filmografię Stathama. Jak to twierdzi jedna z moich koleżanek: nie ma nic lepszego na koniec dnia, niż Statham na Polsacie. I nie będę podważała jej zdania.
Ale Matt Damon, który kiedyś kojarzył mi się z rolami raczej nieśmiałymi, okazał się Jasonem idealnym, w którego łatwo można uwierzyć.
Bezimienny początkowo mężczyzna zostaje wyłowiony przez kuter rybacki, nieprzytomny, z dwoma ranami postrzałowymi w plecach. Okazuje się, że zna kilka języków, umie się świetnie bronić i zauważa u siebie odruchy raczej nieznane regularnym przechodniom, ale nie ma pojęcia kim jest. Stracił pamięć, a jedyną wskazówką co do jego przeszłości jest konto bankowe w Zurychu zapisane na chipie wszytym w biodro niedoszłego topielca. Potem jest tylko lepiej, kiedy okazuje się, że nasz rudawy zapominalski w skrytce bankowej trzyma broń, stos paszportów i spore nominały w różnych walutach. Na tyle spore, że kiedy jego tropem wyrusza zdecydowany pościg, bez problemu oferuje przypadkowej nieznajomej dziesięć tysięcy dolarów za podwózkę do Paryża.
Jason Bourne, jak brzmi jego imię, goni swoją przeszłość, a jednocześnie ucieka przed ścigającymi go panami - nie ma pojęcia kim są, ale zdecydowanie wiedzą co robią.
Obława, obława... Tak, na jednym Jasonie daleko by moje uznanie dla filmu nie zajechało. Dlatego chwila na podsumowanie drużyny ścigających: Chris Cooper, Clive Owen, Brian Cox i Julia Stiles w skromnej roli paryskiej łączniczki. Co tu dużo mówić, kiedy Clive Owen zostaje obsadzony w roli milczącego snajpera w okularkach, wszystko już musi się udać. A kiedy Chris Cooper pojawia się jakkolwiek, gdziekolwiek (tutaj w roli szefa obławy CIA na niesfornego Jasona), Liritio ogląda bez zastanowienia. (Dla nieświadomych: Chris Cooper to między innymi ten tak genialnie zagrany wojskowy z sąsiedztwa w tak niezmiennie genialnym "American Beauty").
Oczywiście żarty żartami, ale obsada "Tożsamości Bourne'a" nie pozostawia wiele do życzenia.
Nawet Franka Potente w roli jedynej znajomej Jasona sprawdza się dobrze, chociaż akurat do niej nie czułabym się zbytnio przywiązana przy ewentualnych wymianach obsady.
Kolejny atut filmu, zdjęcia. Wprowadzają napięcie, zaskoczenie, zamęt w chwilach akcji... "Tożsamość Bourne'a" jest sprawnie nakręcona i końcowy efekt wyszedł twórcom zaskakująco "zwarcie", jak na tego typu film, o ile mogę się posiłkować takim słowem. Nic tam nie jest bezsensownym ozdobnikiem, nie razi odstając od scenariusza. Połączono szpiegowskie kino akcji z obsadą, która z bohaterów raczej fizycznych potrafiła wydobyć coś interesującego. I o dziwo kolejne części trzymają poziom, chociaż tej pierwszej "Tożsamości Bourne'a" nie pobiły.
I tak, 10 sierpnia do kin wchodzi "Dziedzictwo Bourne'a", czyli o Bournie bez Bourne'a. Byłabym zdeptała pomysł, nawet zwiastun niespecjalnie przypadł mi do gustu, ale... Reżyserem i scenarzystą jest Tony Gilroy, od którego zaczęłam ten wpis z epitetem "fantastyczny" i na którego nowy film czekałam już długo.
Wierzcie mi, od czasu średnio rewelacyjnej "Gry dla dwojga" - obarczam winą za taki stan filmu brak jakiejkolwiek chemii między Julią Roberts i Clivem Owenem, co było wyraźne już w "Bliżej" - krzyżując palce czekam na powtórkę z zachwytu "Michaelem Claytonem". A "Dziedzictwo Bourne'a" ma obsadę, nad którą warto się zastanowić. Jeremy Renner, Rachel Weisz, Edward Norton, Albert Finney, David Strathaim... I plakat. Plakat jest dobry, a hasło "there was never just one" świetnie pasuje do wymowy wcześniejszej trylogii Bourne'a, także... No nie wiem, ogółem "Dziedzictwo..." budzi małą nadzieję.
A tymczasem zaganiam do początków, "Tożsamość Bourne'a" raz proszę!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Damon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Damon. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 sierpnia 2012
"Tożsamość Bourne'a", reż. Doug Liman.
Etykiety:
Chris Cooper,
Clive Owen,
ekranizacja/adaptacja,
film,
Matt Damon,
sensacja,
Tony Gilroy,
USA
środa, 16 lutego 2011
"Prawdziwe męstwo", reż. Ethan i Joel Coen.
Od razu się przyznam: myślałam, że to wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej.
Uprzedzam, nie znam się zbytnio na filmach braci Coen, więc zarzuty typu "mało w tym filmie typowego dla braci Coen..." - w miejsce kropek wstawiacie to, czego akurat Wam typowego dla braci Coen brakowało - są dla mnie po prostu niezrozumiałe. Możliwe, że mało w tym filmie typowego dla braci Coen... czegoś. Ale ja nic o tym nie wiem i jakby co, wszystkiego się wyprę :)
A jeszcze mniej znam się na westernach, ile ich w życiu widziałam, zapewne policzę na palcach u rąk... "W samo południe", Gary Cooper i Prawdziwy Amerykański Bohater to zdecydowanie nie mój styl. "Szybcy i martwi", "Kasia Ballou" (Lee Marvin, wiem, nic nie pamiętam), "Siedmiu wspaniałych", "Dobry, zły i brzydki"... Czy "Ned Kelly" to western? Widzicie, ubogo.
Także przytyki odnośnie gatunku również nie przyjdą z mojej strony - dla mnie to jest czarna magia, dobry western, zły western, wtórności gatunku, itd., itp., a skąd ja mam wiedzieć?
Oczywiście prawidłowym wnioskiem z powyższego wstępu będzie: "oho, Liritio się podobało" - owszem, podobało się.
Mimo tego, że faceci ganiający się wśród piachu z coltem u boku to nie moja bajka. Mimo tego, że ogólnie rzecz biorąc nie lubię braci Coen. I mimo tego, że szczerze i coraz bardziej nie znoszę Jeffa Bridgesa - jak pisałam komentując zwiastun - to niepojęte, ale "Prawdziwe męstwo" naprawdę obejrzałam z przyjemnością. Dużą.
I teraz nieszczęśliwi fani westernów wracają do wersji oryginalnej, która według znawców gatunku była lepsza. Fani braci Coen nie wiem czy są nieszczęśliwi, mogą więc robić, co sobie życzą.
A ja zaczynam krótkie podsumowanie bardzo długiego wstępu (dzisiejszy wpis składa się ze wstępu i zakończenia, środka brak).
Dialogi! Poezja. Nieprzesadzone, stonowane, powściągliwe - jak na twardzieli z Dzikiego Zachodu przystało. Do tego trzymanie się rzeczywistości: stoimy twardo na ziemi, rzucamy cięte riposty, prosto komentujemy skomplikowany świat, to co lubię najbardziej.
Hailee Steinfeld, faktycznie dobra. Świetna. Podobnie jak reszta obsady, Matt Damon mnie odrobinę zaszokował, ten człowiek ma talent! Sama bym na to nie wpadła... ale to dobrze, bo ostatnio wszędzie go widzę.
Josha Brolina uwielbiam, jest czarujący nawet w roli jękliwego bandyty, który cierpi na małą paranoję. A Bridges... Ja wiem, że to jest aktor pierwszej klasy. I wiem, że Wy wiecie, i Wy wiecie, że ja wiem, że Wy wiecie... Tak, na tym skończmy.
Ale, żeby nie było niedomówień, ja film pokochałam ze względu na dialogi. Uśmiałam się jak norka, a dzisiaj było mi to bardzo potrzebne. I chociaż nie wystawiłabym "Prawdziwemu męstwu" etykietki "komedia", walor wzbudzanego śmiechu był tym głównym.
Nie zrozumcie mnie źle, zauważyłam część westernową, dramatyczną, wszystko wiem. Ale rozmowy złożone z tak idealnych zdań, ajajaj, chciałabym cytować, ale nie ma jak. Humor sytuacyjny (czarny głównie), nie do zacytowania.
Co do nominacji oscarowych... O tym kiedy indziej. Albo wcale.
A "Prawdziwe męstwo" dołącza do "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Bracie, gdzie jesteś?", tworząc tym samym tercet egzotyczny: filmy Coenów, które Liritio będzie oglądała jeszcze wiele razy.
Uprzedzam, nie znam się zbytnio na filmach braci Coen, więc zarzuty typu "mało w tym filmie typowego dla braci Coen..." - w miejsce kropek wstawiacie to, czego akurat Wam typowego dla braci Coen brakowało - są dla mnie po prostu niezrozumiałe. Możliwe, że mało w tym filmie typowego dla braci Coen... czegoś. Ale ja nic o tym nie wiem i jakby co, wszystkiego się wyprę :)
A jeszcze mniej znam się na westernach, ile ich w życiu widziałam, zapewne policzę na palcach u rąk... "W samo południe", Gary Cooper i Prawdziwy Amerykański Bohater to zdecydowanie nie mój styl. "Szybcy i martwi", "Kasia Ballou" (Lee Marvin, wiem, nic nie pamiętam), "Siedmiu wspaniałych", "Dobry, zły i brzydki"... Czy "Ned Kelly" to western? Widzicie, ubogo.
Także przytyki odnośnie gatunku również nie przyjdą z mojej strony - dla mnie to jest czarna magia, dobry western, zły western, wtórności gatunku, itd., itp., a skąd ja mam wiedzieć?
Oczywiście prawidłowym wnioskiem z powyższego wstępu będzie: "oho, Liritio się podobało" - owszem, podobało się.
Mimo tego, że faceci ganiający się wśród piachu z coltem u boku to nie moja bajka. Mimo tego, że ogólnie rzecz biorąc nie lubię braci Coen. I mimo tego, że szczerze i coraz bardziej nie znoszę Jeffa Bridgesa - jak pisałam komentując zwiastun - to niepojęte, ale "Prawdziwe męstwo" naprawdę obejrzałam z przyjemnością. Dużą.I teraz nieszczęśliwi fani westernów wracają do wersji oryginalnej, która według znawców gatunku była lepsza. Fani braci Coen nie wiem czy są nieszczęśliwi, mogą więc robić, co sobie życzą.
A ja zaczynam krótkie podsumowanie bardzo długiego wstępu (dzisiejszy wpis składa się ze wstępu i zakończenia, środka brak).
Dialogi! Poezja. Nieprzesadzone, stonowane, powściągliwe - jak na twardzieli z Dzikiego Zachodu przystało. Do tego trzymanie się rzeczywistości: stoimy twardo na ziemi, rzucamy cięte riposty, prosto komentujemy skomplikowany świat, to co lubię najbardziej.
Hailee Steinfeld, faktycznie dobra. Świetna. Podobnie jak reszta obsady, Matt Damon mnie odrobinę zaszokował, ten człowiek ma talent! Sama bym na to nie wpadła... ale to dobrze, bo ostatnio wszędzie go widzę.
Josha Brolina uwielbiam, jest czarujący nawet w roli jękliwego bandyty, który cierpi na małą paranoję. A Bridges... Ja wiem, że to jest aktor pierwszej klasy. I wiem, że Wy wiecie, i Wy wiecie, że ja wiem, że Wy wiecie... Tak, na tym skończmy.
Ale, żeby nie było niedomówień, ja film pokochałam ze względu na dialogi. Uśmiałam się jak norka, a dzisiaj było mi to bardzo potrzebne. I chociaż nie wystawiłabym "Prawdziwemu męstwu" etykietki "komedia", walor wzbudzanego śmiechu był tym głównym.Nie zrozumcie mnie źle, zauważyłam część westernową, dramatyczną, wszystko wiem. Ale rozmowy złożone z tak idealnych zdań, ajajaj, chciałabym cytować, ale nie ma jak. Humor sytuacyjny (czarny głównie), nie do zacytowania.
Co do nominacji oscarowych... O tym kiedy indziej. Albo wcale.
A "Prawdziwe męstwo" dołącza do "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Bracie, gdzie jesteś?", tworząc tym samym tercet egzotyczny: filmy Coenów, które Liritio będzie oglądała jeszcze wiele razy.
Etykiety:
film,
Jeff Bridges,
Josh Brolin,
Matt Damon,
Oscar,
USA,
western



