Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gangsterski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gangsterski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2015

"Sicario", reż. Denis Villeneuve i to drugie, które miało być, a nie jest.

Liritio poszła w niedzielę do kina na "Black Mass" i postanowiła napisać o "Sicario" z komentarzem na marginesie, że tak się to robi.

"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.


Lepiej niż Szekspir nikt nigdy niczego nie ujął:  "Niech to wszystko się na kupie warzy w tej piekielnej zupie."
Czyli zabrakło tygrysicy dla nadania konsystencji

środa, 23 marca 2011

"Zabójczy numer"/"Lucky Number Slevin", reż. Paul McGuigan.

Dzwoniący telefon w pokoju z przeokropną tapetą, dwa trupy, chwilę potem trzeci oraz bardzo pechowy poranek w życiu Slevina - to tylko początek filmu zakręconego jak sprężyna, który umilał mi wczorajszy wieczór. "Lucky Number Slevin" rozbawił, wciągnął, nie znudził, nie zniesmaczył, wszystko grało. A zabawnym zrządzeniem losu jest to film o przekręcie, już sam w sobie będący przekrętem. Kiedy usatysfakcjonowany porządną rozrywką widz najmniej się tego spodziewa, w akcji następuje nagłe spięcie, wszystko nabiera powagi i w miarę komediowy film sensacyjny staje się czymś bardziej złożonym.

Na pewno "Lucky Number Slevin" trafia gdzieś między kinem gangsterskim w stylu Ritchiego (najbardziej przypomina chyba "Revolver" - miało być całkiem beztrosko, a potem jednak nie do końca tak jest), a delikatnym pastiszem gatunku - czyli reżyser chciał się dobrze bawić, scenarzysta mu pomógł, a aktorzy wczuli się w atmosferę bezbłędnie. Sporo w tym wszytskim nawiązań, gier słownych i dowcipów z drugim dnem, czyli poza samą akcją mamy jeszcze łamigłówki "skąd ja znam tę scenę?", kiedy McGuigan czerpie inspiracje z kolejnych, znanych większości filmów. Wychodzi więc na to, że "Lucky Number Slevin" to taka zabaweczka w pudełku, które zapakowane jest w kolejne pudełko i (kto wie?) może w jeszcze kolejne pudełko...

Film się jeszcze nie zaczął, a ja już przy napisach (bardzo ładnych, to swoją drogą) aż przysiadłam z radości, Morgan Freeman, Stanley Tucci, Bruce Willis, Ben Kingsley...! To było piękne :) Szczególnie Tucci, którego zawsze mi mało.
Ale główni bohaterowi też zasługują na wzmiankę, Josh Hartnett i Lucy Liu, przeuroczy i całkiem fajni, a na pewno zabawni. W ogóle Hartnetta jakoś mało w kinie widuję, czy on w niczym nie gra, czy po prostu ja tego nie oglądam... Nie wiem, a trochę żałuję, bo ten facet jest dobrym aktorem, przewrotny się wydaje. "I Come with the Rain" w reżyserii Anh Hung Trana - nie potrafię wietnamskich nazwisk odmieniać - z Hartnettem w roli głównej, to podobno bardzo dobry film, nawet miałam się zainteresować bliżej.

Dobrze, wracam do filmu. O ile samej akcji nie warto streszczać, znacznie lepiej zostawić Wam wszystkie niespodzianki, mogę napisać, że "Lucky Number Slevin" to jeden z tych filmów, które zaczynają się scenami bez związku i przez prawie dwie godziny śledzimy z uwagą akcję, która nam ten związek uświadamia.

Ponieważ "Lucky Number Slevin" podobało się mnie, oczywiście możecie się spodziewać ciętego humoru i porażających dialogów, słowa, słowa, słowa...
Ale, skoro na fabule się nie skupiam, mogę podkreślić że część wizualna tego filmu jest bardzo porządnie dopracowana, przede wszystkim scenografie, psychodeliczny korytarz, kontrasty w mieszkaniach Rabina i Szefa, ta koszmarna tapeta... A jeszcze zdjęcia, no nie wiem, takie niby nic, a właściwie kilka razy łapałam się na podziwianiu samego ujęcia - znaczy cacy.

I jak, chcecie już oglądać? Chciałabym, żebyście chcieli, bowiem "Lucky Number Slevin" ma sporo zalet, a mało wad, które z dużym wdziękiem są maskowane. Niedociągnięcia scenariusza gubią się w pędzie akcji, która leci na łeb na szyję, tam aż nie ma czasu na zastanawianie się.
Nagła, aż brutalna zmiana nastroju jest częściowo usprawiedliwiona odpowiednio stonowanym zakończeniem. A wszelkie inne przytyki zbyłabym wzruszeniem ramion i milcząco wskazała nazwisko Tucciego na plakacie - o, w ten sposób sprawiam, że ten film nie ma wad.

czwartek, 2 września 2010

Wampiry, ciasta i pieniądze, czyli dobrze się bawiłam.

Mam dla Was trzech kandydatów na zimne, wrześniowe popołudnia i wieczory. Mnie umilili odrobinę depresyjną niedzielę, może i Wam się kiedyś przydadzą.
Męską część z góry proszę o wybaczenie, że nie kandydatki, ale słowo "film" jest z natury swojej rzeczownikiem rodzaju męskiego. Nie poradzę.
Także, coby nie urządzać tutaj randek w ciemno, nie tylko sypnęłam z rękawa trzema tytułami, ale zapraszam także dalej.

Kandydat numer jeden, "The Bank Job" (reż. Roger Donaldson - "Bunt na Bounty", "Prawdziwa historia", "Rekrut").
Brytyjskie kino sensacyjne z gwiazdą Guya Ritchiego, Jasonem Stathamem w roli głównej. Ja chciałam obejrzeć ten film głównie ze względu na Saffron Burrows, która co prawda talentem z nóg nie zwala, ale gra wystarczająco dobrze, żebym ją doceniła. Poza tym, zważywszy na moje uwielbienie dla Lauren Bacall, nie ma takiej możliwości, żebym nie czuła chociaż małego sentymentu do Burrows. A już własne sympatie na bok, w "Troi" była naprawdę dobra.
Oczywiście zboczyłam z tematu. "Angielska robota" to film oparty na faktach bliżej mi nieznanego napadu na londyński bank z 1971r. Zaczyna się jak typowy film o złodziejach, średnio wykwalifikowana grupa, obowiązkowo jedna kobieta, mają cel, sposób i nie wahają się wykonać roboty. Pierwsze wrażenie jest mylne, ponieważ po początku rodem z brytyjskiej wersji "Ocean's Eleven" pojawia się powaga, wręcz dramat, kiedy okazuje się, że cała akcja rabunkowa jest jedynie przykrywką dla znacznie poważniejszej sprawy, a Terry, Dave i Kevin są wrabiani przez Martine w całkiem eleganckie bagno.

Można zarzucić "Angielskiej robocie", że jest nierówna. Ponieważ film jest krótki, rozbicie akcji na kilka istotnych wątków obok głównego - kradzieży - powoduje, że wszystko bardzo szybko się kończy. Z jednej strony daje to wrażenie sprawności, gładkości, nic się nie dłuży i nie nuży. Ale jednocześnie lecimy przez akcję jakby po łebkach, bo chociaż pojawiają się w niej spore problemy, sceny dalekie od zabawnych i naprawdę mam wrażenie, że reżyser chciał sięgnąć głębiej, niż rozrywkowy film o złodziejach, przeskoki akcji i nastroju są zbyt szybkie, żeby widz miał szansę wczuć się w dramatyczny klimat.
Ale mimo tego "Angielska robota" to film dobry i nawet mydłkowate zakończenie nie zmieniło mojego zdania. Ten pożądany przez reżysera dramatyzm dodał pewnego ciężaru niby zabawnej historii.
Co prawda charakterystyczny klimat brytyjskich komedii sensacyjnych w stylu "Porachunków" wyjątkowo trafia w moje gusta, więc ocena "Angielskiej roboty" może w moim przypadku skakać oczko w górę chociażby za akcent. A jednak polecam, nawet odejmując to jedno oczko.

Kandydat numer dwa, film - zaskoczenie, "Kelnerka" (reż. Adrienne Shelly). Spodziewałam się głupot, cukierkowej fabuły i mdłej obsady, a dostałam porządnie zrobiony film obyczajowy, który ma swój urok i nawet jest odrobinę inny, niż inne.
Także niech i Was nie zwiedzie tragiczny plakat (co jeden, to słodszy, okropne), i przy najbliższej okazji skuście się na słodko-gorzki film o nienawiści do męża, niechcianej ciąży, niebezpiecznym romansie i drobnych radościach życia, które układa się w całkowicie złą stronę. A, tak, miłość również jest.

Jenna, grana przez niezwykle naturalną i pełną ciepłego uroku Keri Russel - jakoś lubię takie aktorki - ma talent do pieczenia ciast. Wymyśla je w swojej głowie, nadając im jakże oryginalne nazwy, np. "I Hate My Husband Pie" czy "Earl Murders Me Beacuse I'm Havinng an Affair Pie".
Razem z dwoma przyjaciółkami pracuje jako kelnerka w przydrożnym barze, gdzie życie umila im właściciel, Joe oraz zwięzły w, nieprzyjemnych głównie, słowach szef, Cal (który, tak na marginesie, bardzo szybko stał się moim ulubionym bohaterem tego filmu).

Jenny mąż, Earl, jest spełnieniem wszelkich koszmarów o żałosnym palancie, który zamienia życie swojej żony w zdecydowanie smutną egzystencję.
Jenny kochanek, doktor Pomatter (w tej roli znany ostatnimi czasy z serialu "Castle" Nathan Fillon), jest uroczym, lekko nerwowym mężczyzną, jednak w ostatecznym rozrachunku równie słabym, co Jenny mąż.
Jenny niechciane dziecko jest chwilowo nieznane, ale Jenna pisze do niego listy pełne zaskakująco trafnych stwierdzeń. Właściwie cały ten film jest pełen zaskakująco trafnych komentarzy, które padają z ust większości skromnej liczby bohaterów.

I tu nadchodzi moment problematyczny, gdyż tak bardzo chciałabym zachęcić do obejrzenia tego filmu, że trudno mi sklecić jakiekolwiek zdanie, w obawie, że wyjdzie sztuczne i puste. Na tym więc zakończę, stwierdzając, że wśród zalewu słodziutkich historyjek o zmienianiu swojego życia, "Kelnerka" wyróżnia się chociażby jednym zdaniem Jenny: "ok, back to reality".

I finiszując, kandydat numer trzy, "Daybreakers" (reż. Michael i Peter Spierig). Modzie na wampiry poddaję się w małym stopniu, jako że moim ideałem pozostanie na zawsze Tom Cruise jako Lestat z "Wywiadu z wampirem", a aktualny fenomen Stephanie Meyer jest śmieszny. Wampir powinien być potworem, krwiożerczym stworzeniem, które żyło zbyt długo, żeby zachować jakiekolwiek resztki ludzkich odruchów. Dracula w wersji Oldmana, (z "Draculi" w reżyserii F.F. Coppoli) to był wampir! Jeszcze "Underworld" zaliczam do udanych produkcji o krwiopijcach, jeżeli mówimy o ostatnich latach. Dobrego podobno "Pozwól mi wejść" nie miałam okazji zobaczyć, ale jeszcze nie można się nie uśmiechnąć na wspomnienie "Od zmierzchu do świtu" Tarantino.

I "Daybreakers" jest niezłą wariacją na temat wampirów, w sumie wystarczająco oryginalną, żeby warto było ten film zobaczyć, mimo pewnych wad.
Przede wszystkim "Daybreakers" przedstawia wampiry jako społeczeństwo, któremu grozi głód. Jakaś zaraza pozamieniała ludzi w wampiry i tylko nieliczni ocalali od obdarowania nieśmiertelnością. Człowiek jest postrzegany przez wampiry jako niezbędne pożywienie, ale prowadzone są prace nad stworzeniem sztucznej krwi - wynalazek staje się kwestią palącą, kiedy okazuje się, że krwi ludzkiej wystarczy na jakiś miesiąc.
Naprawdę zauroczył mnie sposób w jaki panowie Spierig pokazali wampirzy świat, który jest po prostu naszym światem, tyle że przestawionym na tryb nocny. Wampiry jeżdżą metrem, łapią szybką, krwawą kawkę w drodze do pracy, oglądają wampirze wiadomości i mieszkają w domkach na przedmieściu.

Początek filmu jest mocnym strzałem, kolejny kwadrans, w którym przybliżany jest nam świat opanowany przez wampiry, to istne cacko. Te pierwsze kilkanaście minut można by oglądać w kółko od nowa, jako że wizja wampirzego świata jest równie fascynująca, co zaskakująco zwyczajna i prawdopodobna.
Potem niestety zostajemy wrzuceni w klasyczną sytuację, garstka ludzi walczy o życie, tworzy tajną organizację i mamy nawet wampira-naukowca, który przechodzi na ludzką stronę. Takie "Equilibrium" z pierwiastkiem "Ludzkich dzieci" w wersji dostosowanej do wampirzego trendu i Ethan Hawke w roli głównej. O, Hawke był niezły, czarujący z niego wampir.

Nawet ta niczym niezaskakująca część (znaczy jakieś 3/4 filmu) ma swoje zalety. Przede wszystkim brutalne, krwawe potwory, jak przedstawiono wampiry. Pokazanie zamieszek w tej nocnej cywilizacji, które spowodowane są dokładnie tym samym, co w naszych czasach - pogonią za pieniędzmi i głodem. A najciekawszy był motyw rodziny, dwaj bracia stojący po przeciwnych stronach barykady oraz relacja ojciec-córka, którego pociecha nie chciała zostać wampirem.
Także "Daybreakers" zaliczam do filmów doskonale przewidywalnych, ale mimo to udanych dzięki temu, że przedstawia nowe spojrzenie na tak ośmieszony ostatnio motyw wampira.

piątek, 28 sierpnia 2009

Gangsterzy i koronki, czyli (mocno) spóźnione refleksje.

„Coco avant Chanel” – polski tytuł jak zwykle trochę popsuł – to film, który był gorszy, niż się spodziewałam (a nie nastawiałam się na coś specjalnego), a Coco Chanel zapewne przewraca się w grobie.
Niby obsada idealna, niby zdjęcia ładne, muzyka delikatna i piękna – technicznie film jest zrobiony dobrze, gra aktorska na poziomie, chociaż nie przesadzałabym z zachwytami – ale jak można było zrobić z Coco coś takiego? Przede wszystkim, film kończy się w momencie, w którym powinien mieć mniej więcej środek.
Chanel była wielka dlatego, że jako kobieta utorowała sobie drogę do sukcesu w świecie mężczyzn, musiało ją to kosztować wiele, wymagało ogromnego samozaparcia, talentu i energii. I to jest w niej interesujące, a nie fakt, że z piosenkarki w klubie stała się utrzymanką, której los wcale nie był ciężki. Z filmu wynika, że żyła sobie mała Coco, pewnego dnia nie miała pracy, więc zwróciła się o pomoc do poznanego wcześniej bogatego pana. Na początku nie pasowała do towarzystwa, ale owo towarzystwo z czasem doceniło jej oryginalność, bogaty pan pokochał, a miłość jej życia (inny bogaty pan, nie zepsuty przez majątek rodzinny) zdradzał z nią żonę na potęgę. Acha, a jakoś tak przy okazji Coco zaczęła robić kapelusze i uszyła sobie kilka kiecek.

W sumie to wynika z tego wszystkiego tyle, że gdyby nie tamten facet, z którym stało się to, co się stało, genialna Coco nigdy by nie zaistniała. Koszmarnym dowcipem jest ten film i nie widzę w nim tego wielkiego zmagania się z wrogim społeczeństwem i odrzuceniem. To nie jest film o Coco, tylko o wkurzającej panience, która miała w życiu spory fart.

Z innej beczki, „Public Enemies”. Dobry film sensacyjny, chociaż faktycznie Michael Mann mógłby więcej. Podobnie jego obsada, szczególnie na tak obiecujący temat. Ale po kolei. Jeżeli idę do kina na film reżysera o pewnej renomie, na plakacie widzę nazwiska Depp, Bale i Cotillard, a historia Johna Dillingera naprawdę jest świetnym materiałem do wykorzystania, spodziewam się fajerwerków.
Dostałam kino na poziomie, warsztatowo świetne, nawet ta charakterystyczna kamera miała pewien urok. Kino rozrywkowe, ale bez nawet najmniejszego przejawu wzbicia się powyżej pułapu dobrego kina sensacyjnego. Jedynie zdjęciami byłam naprawdę zachwycona, bo niektóre ujęcia są świetne, pomysłowe i piękne. Nigdy wcześniej zdjęcia Dante Spinottiego nie zwróciły mojej uwagi, ani w „Czerwonym smoku”, ani w „L.A. Confidential”, a teraz mam ochotę obejrzeć te filmy tylko po to, żeby uważniej przyjrzeć się zdjęciom.
Wracając do tematu, cały seans nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „Public enemies” to trochę taka chałtura dla aktorów pierwszoplanowych, bo żadne z nich nie pokazało niczego nowego. Grali wręcz z łatwością równą kiwaniu palcem w bucie. I nikt mi nie wmówi, że Depp nad tą rolą wylał siódme poty, tylko mu nie wyszło. Już prędzej Bale, który nie wiem dlaczego był aż tak krytykowany. Mnie postać bezlitosnego detektywa przypadła do gustu, szczególnie, że Christian Bale przedstawił go jako zawziętego myśliwego, ‘eyes on the prize’ i nic poza tym nie istnieje. To całkiem odświeżające po rzeszy twardych policjantów z drugim dnem, którzy mają problemy z alkoholem, ale i tak są fajni.

Ach, jeszcze zakończenie. Generalnie wszystko fajnie, ale dlaczego idealny moment na ucięcie filmu został zlekceważony?
(dla wtajemniczonych, chodzi mi o scenę w kinie, kiedy kamera robi bardzo bliski najazd na uśmiech Dillingera, który ogląda „Wielkiego gracza” z Clarkiem Gable, a przed kinem Christian Bale sprawdza czy ma zapałki – byłam tak przekonana, że to już koniec, że kolejne, całkowicie niepotrzebne filmowi, piętnaście minut przesiedziałam z grymasem absolutnego zaskoczenia na twarzy)