piątek, 28 sierpnia 2009

Gangsterzy i koronki, czyli (mocno) spóźnione refleksje.

„Coco avant Chanel” – polski tytuł jak zwykle trochę popsuł – to film, który był gorszy, niż się spodziewałam (a nie nastawiałam się na coś specjalnego), a Coco Chanel zapewne przewraca się w grobie.
Niby obsada idealna, niby zdjęcia ładne, muzyka delikatna i piękna – technicznie film jest zrobiony dobrze, gra aktorska na poziomie, chociaż nie przesadzałabym z zachwytami – ale jak można było zrobić z Coco coś takiego? Przede wszystkim, film kończy się w momencie, w którym powinien mieć mniej więcej środek.
Chanel była wielka dlatego, że jako kobieta utorowała sobie drogę do sukcesu w świecie mężczyzn, musiało ją to kosztować wiele, wymagało ogromnego samozaparcia, talentu i energii. I to jest w niej interesujące, a nie fakt, że z piosenkarki w klubie stała się utrzymanką, której los wcale nie był ciężki. Z filmu wynika, że żyła sobie mała Coco, pewnego dnia nie miała pracy, więc zwróciła się o pomoc do poznanego wcześniej bogatego pana. Na początku nie pasowała do towarzystwa, ale owo towarzystwo z czasem doceniło jej oryginalność, bogaty pan pokochał, a miłość jej życia (inny bogaty pan, nie zepsuty przez majątek rodzinny) zdradzał z nią żonę na potęgę. Acha, a jakoś tak przy okazji Coco zaczęła robić kapelusze i uszyła sobie kilka kiecek.

W sumie to wynika z tego wszystkiego tyle, że gdyby nie tamten facet, z którym stało się to, co się stało, genialna Coco nigdy by nie zaistniała. Koszmarnym dowcipem jest ten film i nie widzę w nim tego wielkiego zmagania się z wrogim społeczeństwem i odrzuceniem. To nie jest film o Coco, tylko o wkurzającej panience, która miała w życiu spory fart.

Z innej beczki, „Public Enemies”. Dobry film sensacyjny, chociaż faktycznie Michael Mann mógłby więcej. Podobnie jego obsada, szczególnie na tak obiecujący temat. Ale po kolei. Jeżeli idę do kina na film reżysera o pewnej renomie, na plakacie widzę nazwiska Depp, Bale i Cotillard, a historia Johna Dillingera naprawdę jest świetnym materiałem do wykorzystania, spodziewam się fajerwerków.
Dostałam kino na poziomie, warsztatowo świetne, nawet ta charakterystyczna kamera miała pewien urok. Kino rozrywkowe, ale bez nawet najmniejszego przejawu wzbicia się powyżej pułapu dobrego kina sensacyjnego. Jedynie zdjęciami byłam naprawdę zachwycona, bo niektóre ujęcia są świetne, pomysłowe i piękne. Nigdy wcześniej zdjęcia Dante Spinottiego nie zwróciły mojej uwagi, ani w „Czerwonym smoku”, ani w „L.A. Confidential”, a teraz mam ochotę obejrzeć te filmy tylko po to, żeby uważniej przyjrzeć się zdjęciom.
Wracając do tematu, cały seans nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „Public enemies” to trochę taka chałtura dla aktorów pierwszoplanowych, bo żadne z nich nie pokazało niczego nowego. Grali wręcz z łatwością równą kiwaniu palcem w bucie. I nikt mi nie wmówi, że Depp nad tą rolą wylał siódme poty, tylko mu nie wyszło. Już prędzej Bale, który nie wiem dlaczego był aż tak krytykowany. Mnie postać bezlitosnego detektywa przypadła do gustu, szczególnie, że Christian Bale przedstawił go jako zawziętego myśliwego, ‘eyes on the prize’ i nic poza tym nie istnieje. To całkiem odświeżające po rzeszy twardych policjantów z drugim dnem, którzy mają problemy z alkoholem, ale i tak są fajni.

Ach, jeszcze zakończenie. Generalnie wszystko fajnie, ale dlaczego idealny moment na ucięcie filmu został zlekceważony?
(dla wtajemniczonych, chodzi mi o scenę w kinie, kiedy kamera robi bardzo bliski najazd na uśmiech Dillingera, który ogląda „Wielkiego gracza” z Clarkiem Gable, a przed kinem Christian Bale sprawdza czy ma zapałki – byłam tak przekonana, że to już koniec, że kolejne, całkowicie niepotrzebne filmowi, piętnaście minut przesiedziałam z grymasem absolutnego zaskoczenia na twarzy)

0 komentarze:

Publikowanie komentarza