W sobotnie popołudnie zadumamy się nad ważną kwestią okna. Całe życie patrzeć z poziomu parteru na ślepą ścianę - dramat.
Co jest za moim? Nocą sama magia, przysłonięta drzewem latarnia, oświetlone okna drugiej strony, śmiało wystające zza krawędzi najwyższe dachy Warszawy, ale też wystarczająca przestrzeń żebym nie dusiła się wychodząc na balkon.
W dzień ponury magii nieco ubywa, zaczyna straszyć szary parking, szare ściany i muszę się wychylić żeby dostrzec te bardziej malownicze fragmenty mojej ulicy, ale lubię to miejskie życie, które sąsiaduje z moim oknem w stopniu nienachalnym, dobrze wyważonym.
Skąd okna? Ano stąd.
Kiedyś Czara z Paryża wstawiła zdjęcie ze strony, która okazała się wynalazkiem genialnym w swej prostocie: zdjęcia Paryża robione z okna mieszkania autora.
Dobry widok z okna może wynagradzałby niskie sufity. Nie wiem czy autor ma niskie sufity, wiem że w polskich blokach mieszkaniowych, które sięgają wyżej niż kamienice, są niskie sufity.
A strona ze zdjęciami piękna, można się nieco w niej zawiesić. Taka codzienność, a taka ładna.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 stycznia 2013
wtorek, 16 marca 2010
Lauren Dukoff.
Fotografia jest moim niespełnionym marzeniem, najdawniejszym hobby, które ma cykliczne reaktywacje, i źródłem wszelkiej radości. Jeżeli chodzi o moje zdjęcia - zdecydowanie Warszawa i jej wszelkie uroki (głównie mam na myśli ludzi) wygrywa jako mój ulubiony temat. Miasta, tłum, ludzie mnie interesują, a że większość życia spędzam w Warszawie, siła wyższa.
Natomiast fotografię reportażową zdecydowanie cenię w tym zawodzie najbardziej. Jakiś czas temu wspominałam o Natchway'u, uważanym przeze mnie za genialnego fotografa.
Ale zdjęcia mody, portrety, te ubarwiające świat, rozrywkowe, kolorowe, jak i te przybliżające zjawisko mody jako takiej, czy sławy - nie można pomijać tej ogromnej części fotografii. O dziwo (a może i nie o dziwo) najsławniejsi, och i ach, wcale mnie nie ruszają. Też fakt, że nigdy nie przeczesywałam nazwisk kolejnych fotografów, u mnie to działa na zasadzie błysku - zobaczę świetne zdjęcie i muszę wiedzieć kto, gdzie i jak. Dlatego najsławniejsi według mnie, wcale nie muszą takimi być w branżowej rzeczywistości, a możliwe, że jakichś innych "najsławniejszych" nie znam. Ale np. Anne Leibovitz, czy Demarchelier (tak, to właśnie są ci według mnie "naj") są mało porażający.
Co innego Lauren Dukoff. Jej strona zawiera sporo zdjęć, wątpię żeby wszystkie. I te zdjęcia do mnie przemawiają, mają nastrój. Nie są jak bańki mydlane - śliczniutkie i puste. Niektóre drapieżne, niektóre spokojne, jedne smutne, inne gniewne. Ale nie są robione po to, żeby zaznaczyć jedynie piękno fotografowanego obiektu - widać, że z założenia miały wydobywać charakter osoby czy sytuacji. I to się pani Dukoff udaje bardzo zgrabnie.
Pierwsze jej zdjęcie, na które zwróciłam uwagę, Joe Henry. Im dłużej na nie patrzę, tym większą mam ochotę nigdy nie przestawać.

I kolejne, po którym Lauren Dukoff pokochałam, Sting. Zdjęcia ludzi wymagają odrobiny kooperacji obu stron, pomysłu i szczęścia, żeby uchwycić najlepszy moment. Voila! Ja chcę więcej.

I to światło, którego Dukoff tak przebiegle używa. Chętnie bym się zakochała.
Tyle o fotografii. Na razie.
Zdjęcia ze strony autorki: http://www.laurendukoff.com/
Natomiast fotografię reportażową zdecydowanie cenię w tym zawodzie najbardziej. Jakiś czas temu wspominałam o Natchway'u, uważanym przeze mnie za genialnego fotografa.
Ale zdjęcia mody, portrety, te ubarwiające świat, rozrywkowe, kolorowe, jak i te przybliżające zjawisko mody jako takiej, czy sławy - nie można pomijać tej ogromnej części fotografii. O dziwo (a może i nie o dziwo) najsławniejsi, och i ach, wcale mnie nie ruszają. Też fakt, że nigdy nie przeczesywałam nazwisk kolejnych fotografów, u mnie to działa na zasadzie błysku - zobaczę świetne zdjęcie i muszę wiedzieć kto, gdzie i jak. Dlatego najsławniejsi według mnie, wcale nie muszą takimi być w branżowej rzeczywistości, a możliwe, że jakichś innych "najsławniejszych" nie znam. Ale np. Anne Leibovitz, czy Demarchelier (tak, to właśnie są ci według mnie "naj") są mało porażający.
Co innego Lauren Dukoff. Jej strona zawiera sporo zdjęć, wątpię żeby wszystkie. I te zdjęcia do mnie przemawiają, mają nastrój. Nie są jak bańki mydlane - śliczniutkie i puste. Niektóre drapieżne, niektóre spokojne, jedne smutne, inne gniewne. Ale nie są robione po to, żeby zaznaczyć jedynie piękno fotografowanego obiektu - widać, że z założenia miały wydobywać charakter osoby czy sytuacji. I to się pani Dukoff udaje bardzo zgrabnie.
Pierwsze jej zdjęcie, na które zwróciłam uwagę, Joe Henry. Im dłużej na nie patrzę, tym większą mam ochotę nigdy nie przestawać.

I kolejne, po którym Lauren Dukoff pokochałam, Sting. Zdjęcia ludzi wymagają odrobiny kooperacji obu stron, pomysłu i szczęścia, żeby uchwycić najlepszy moment. Voila! Ja chcę więcej.

I to światło, którego Dukoff tak przebiegle używa. Chętnie bym się zakochała.
Tyle o fotografii. Na razie.
Zdjęcia ze strony autorki: http://www.laurendukoff.com/
Etykiety:
fotografia,
ludzie
poniedziałek, 12 października 2009
James Nachtwey, czyli dobry świadek.
Fotografia reportażowa jest czymś niesamowitym. Wymaga od niektórych odwagi, a od niektórych rozsądku. Wymaga też talentu do dostrzegania interesującej, wartej pokazania strony różnorakich wydarzeń. Tragedię każdy potrafi uchwycić na zdjęciu, ale kiedy takie zdjęcie posiada duszę, kiedy jest głębsze niż tylko kawałek kartonika z obrazkiem czy cyfrowy zapis, kiedy porusza jakieś struny w odbiorcy - wtedy taki reportaż ma sens. Wzruszyć się wygłodzonym dzieckiem można zawsze. Ale ile z tych wygłodzonych dzieci pozostaje w naszej pamięci?
I właśnie dlatego Nachtwey jest dobrym fotoreporterem - zrobił zdjęcie, które zapadło mi w pamięć i już się z niej nie rusza.
Strona internetowa Nachtweya jest małą galerią jego fotografii, oczywiście wartą zobaczenia. Ten facet był wszędzie, Afganistan, Kosowo, Czechosłowacja, Somalia, Niemcy, zniszczenie WTC (fartowny? naoczny świadek)- to tylko mała część. A ze wszystkich jego zdjęć, które przybliżają wszelkie tragedie świata, pokazując je czasem niezwykle spokojnie, a czasem wyjątkowo drastycznie, najbardziej zawsze ściska mnie poniższe. Jest idealne, piękne, smutne i ciche, i... I nie wiem jakie jeszcze.

I właśnie dlatego Nachtwey jest dobrym fotoreporterem - zrobił zdjęcie, które zapadło mi w pamięć i już się z niej nie rusza.
Strona internetowa Nachtweya jest małą galerią jego fotografii, oczywiście wartą zobaczenia. Ten facet był wszędzie, Afganistan, Kosowo, Czechosłowacja, Somalia, Niemcy, zniszczenie WTC (fartowny? naoczny świadek)- to tylko mała część. A ze wszystkich jego zdjęć, które przybliżają wszelkie tragedie świata, pokazując je czasem niezwykle spokojnie, a czasem wyjątkowo drastycznie, najbardziej zawsze ściska mnie poniższe. Jest idealne, piękne, smutne i ciche, i... I nie wiem jakie jeszcze.

Afganistan, 1996r.
Etykiety:
fotografia,
ludzie
czwartek, 9 lipca 2009
Henri Cartier-Bresson.
Czy znacie poniższe zdjęcie, które jest chyba tym najsławniejszym?

Jednakże tyle, ile zdjęć Cartiera-Bressona widziałam, tyle uznałam za dowody jego niezaprzeczalnego talentu, zdolności i ciekawego spojrzenia na otoczenie. Bo nie sztuka uchwycić dobry kadr, prawdziwe piękno zawodu leży w tym, żeby zdjęcie pokazało coś, czego nie chcemy zapomnieć.
O jego biografii i dokonaniach rozwodzić się tutaj nie ma sensu, chociaż Bresson był fotografem, który wniósł wiele do tej profesji. Wikipedia angielska (wedle preferencji również każda inna) opisuje jednak wszystkie innowacje i pomysły Bressona znacznie lepiej, niż zrobię to ja.
Wystawa „The Decisive Moment” – według Bressona najważniejsze było uchwycenie momentu definiującego daną chwilę. Ta idea niezwykle mi się podoba, odnosi się do tego, co dla mnie jest w fotografii najpiękniejsze, czyli złapanie nastroju chwili, uwiecznienie ułamka sekundy, który pokazuje coś, co tylko dana osoba w ten a nie inny sposób zaobserwowała. Ja nie umiem tego robić i naprawdę dobrych fotografów mogłabym czcić. Jak małe złote bożki :) Skany zdjęć z albumu "The Decisive Moments", opublikowanego w roku 1952, znajdziecie na stronie Jerusalem Photo Club. Niestety bez podpisów.
Jeszcze portfolio Cartiera-Bressona ze strony 'Photography Now', również warte obejrzenia, chociaż nie ma w nim wielu zdjęć.
I na koniec kilka "moich" zdjęć Bressona. Tych, które są w różny sposób "naj".







“Photography is not like painting. There is a creative fraction of a second when you are taking a picture. Your eye must see a composition or an expression that life itself offers you, and you must know with intuition when to click the camera. That is the moment the photographer is creative. Oop! The Moment! Once you miss it, it is gone forever.”Chociaż tak naprawdę nie wiem o nim zbyt wiele, C. co jakiś czas z zachwytem o tym facecie wspomina. Cóż, zboczenie zawodowca.
z wywiadu H. Cartiera-Bressona dla "Washington Post" w 1957r.
Jednakże tyle, ile zdjęć Cartiera-Bressona widziałam, tyle uznałam za dowody jego niezaprzeczalnego talentu, zdolności i ciekawego spojrzenia na otoczenie. Bo nie sztuka uchwycić dobry kadr, prawdziwe piękno zawodu leży w tym, żeby zdjęcie pokazało coś, czego nie chcemy zapomnieć.
O jego biografii i dokonaniach rozwodzić się tutaj nie ma sensu, chociaż Bresson był fotografem, który wniósł wiele do tej profesji. Wikipedia angielska (wedle preferencji również każda inna) opisuje jednak wszystkie innowacje i pomysły Bressona znacznie lepiej, niż zrobię to ja.
Wystawa „The Decisive Moment” – według Bressona najważniejsze było uchwycenie momentu definiującego daną chwilę. Ta idea niezwykle mi się podoba, odnosi się do tego, co dla mnie jest w fotografii najpiękniejsze, czyli złapanie nastroju chwili, uwiecznienie ułamka sekundy, który pokazuje coś, co tylko dana osoba w ten a nie inny sposób zaobserwowała. Ja nie umiem tego robić i naprawdę dobrych fotografów mogłabym czcić. Jak małe złote bożki :) Skany zdjęć z albumu "The Decisive Moments", opublikowanego w roku 1952, znajdziecie na stronie Jerusalem Photo Club. Niestety bez podpisów.
Jeszcze portfolio Cartiera-Bressona ze strony 'Photography Now', również warte obejrzenia, chociaż nie ma w nim wielu zdjęć.
I na koniec kilka "moich" zdjęć Bressona. Tych, które są w różny sposób "naj".


Koronacja Grzegorza VI, Anglia, 1938r.
źródło zdjęcia: iconicphotos.wordpress.com (to jest de facto ciekawa strona)
źródło zdjęcia: iconicphotos.wordpress.com (to jest de facto ciekawa strona)



Etykiety:
Cartier-Bresson,
fotografia,
ludzie
