Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBC. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Żony i córki", miniserial BBC. Tytuł nam nie straszny.

Pomówmy trochę o tym, jak rewelacyjnym aktorem jest Michael Gambon. Czy mocniej utkwił w świadomości odbiorców, odkąd doklejono mu długą brodę i usadzono w roli dyrektora Dumbledora? Możliwe, chociaż nie była to rola równie porywająca co magiczne dzieciaczki albo Ralph Fiennes jako Lord Voldemort.
Przyznam się, że ja o Gambonie zapominam, jak zapomina się o tłumie świetnych aktorów. Czyli wymieniając z głowy różnych "naj" zapominam o Gambonie, ale każdy film z nim zawsze mi o tym aktorze przypomina.

Skąd  ta nagła agitacja na rzecz Gambona? Ha, poczekajcie, aż przejdę do Toma Hollandera - pastor Collins u Wrighta, lord Beckett u Verbińskiego, znacie go chociażby z tych ról. Wraz z nimi Iain Glenn (którego Liritio kocha bardzo), Bill Paterson (jego znacie, chociaż o tym możecie nie wiedzieć), Rosamund Pike (ją też Liritio kocha, głownie dlatego, że chciałaby mieć taki uśmiech), Francesca Annis (taka pani z "Diuny" między innymi... "Diuna" jest zaprzeczeniem dobrej ekranizacji, ale obsadę ma niegłupią).

Na podstawie książki Elizabeth Gaskell, "Żony i córki", nakręcono miniserial, który zaczęłam oglądać bez przekonania, a wciągnęłam się jakoś mimochodem, niespodziewanie, ale trwale. Bez grymasów proszę, tytuł mnie również odpychał (z książek Gaskell znam... hm, żadnej nie znam, nadal, jej nazwisko niezmiennie widnieje na czarnej liście "do przeczytania").

Molly Gibson, córka doktora wychowująca się bez matki, zostaje "uszczęśliwiona" macochą przez ojca zaniepokojonego jej niekontrolowanym dorastaniem. Właściwie do obejrzenia serialu zmusiła mnie koleżanka, która wątpliwie reklamowała go jako wariację na temat Kopciuszka. Wierutna bzdura, chociaż może w pierwszej chwili tak się wydawać - szczególnie, kiedy hipotetyczny widz (czyli np. ja) nie zdaje sobie sprawy, że jest to ekranizacja książki Gaskell, która, chociaż całkowicie mi nieznana, ma swojego rodzaju dobrą reputację w jednej z szufladek mojej pamięci.

Macocha jest więc obłudną manipulatorką, co nie robi z niej strasznej zołzy, raczej kobietę ograniczoną i odrobinę głupią, a także doświadczoną długą walką z wdowieństwem i biedą. Córka macochy, Cynthia, dziewczę urodziwe, trzpiotowate i nieświadomie podążające w ślady charakteru mamusi. Ale nie wyobrażajcie sobie konfliktu, Molly i Cynthia dogadują się dobrze, są słodkie niebywale. W końcu dla dwóch raczej samotnych dziewcząt nagły dodatek z siostry na pewno nie jest najgorszym, co może się wydarzyć, nawet jeśli zwykle tylko jedna z nich zbiera całą uwagę otoczenia.

Inny wątek, związany z Hamley Hall, jest o tyle lepszy, że Michael Gambon jako pan Hamley i Tom Hollander w roli starszego syna, Osborne'a, przyćmiewają swoją grą całą resztę. Gambon, porywczy, głośny Squire, którego refleksja odnośnie wagi różnych zdarzeń przychodzi zawsze zbyt późno. I Hollander, marzycielski, poetycki Osborne, który pilnie strzeże swojej tajemnicy. Moim zdaniem jest to przykład brawurowego duetu aktorów, który ciężko opisać. Po prostu trzeba obejrzeć na własną rękę starcia dwóch przeciwnych charakterów połączonych bardzo silną więzią. 

"Żony i córki" w czterech odcinkach zawierają sporo wątków poza tym teoretycznie głównym, znaczy nieodwzajemnionym uczuciem Molly do młodszego Hamleya i jej próbą godzenia się z jego miłością do lekkomyślnej Cynthii. Moim właściwie jedynym zastrzeżeniem do serialu jest Justine Waddell w roli Molly. Patrząc na nią nie widziałam dziewczyny niewinnej i chowanej pod kloszem, przez co całkowicie nieobeznanej z tzw. "prawdziwym światem" małych intryg i ludzkich słabości. Widziałam dziewczę nieco ślamazarne i nijakie, zamiast wyzbytego samolubności stworzenia, które obdarza miłością swoją prawdziwą i przybraną rodzinę. Egoistyczna Cynthia nie wydawała mi się postacią uboższą w zalety, nie wiem czy to wina gry aktorskiej Waddell, czy postaci Molly inaczej zagrać nie sposób, ale mnie okropnie irytowała jej bierność w znacznej większości zdarzeń, które miały miejsce.


Czyli niby głównie romans? Aha, wcale nie. Przede wszystkim smaczki poboczne, których Liritio jest niezmienną fanką. A tych w "Żonach i córkach" jest pod dostatkiem, a zaczniemy od wspomnienia zabawnych panien Pheobe i Browning. Dwie stare panny, jedna ciągle "mająca w obowiązku", druga jakby roztargniona, jakby lekko głupia, a przy tym cudownie poczciwa. Przypominają dwie nerwowe przepiórki, ale są dobrą ilustracją małomiasteczkowych nawyków ciągłego plotkowania, oceniania, potępiania i natrętnego doradzania.
Jest też młoda Rosamund Pike w roli gadatliwej, pewnej siebie Lady Harriet, która przewija się sporadycznie, ale niezmiennie odgrywa w akcji niemałą rolę. Właściwie Lady Harriet stała się moją ulubioną śmiesznostką w tym serialu, bardzo bawiły mnie jej odrobinę wredne komentarze, oczywiście niezmiennie utrzymane w dobrym tonie.

Wreszcie moje światełko, Iain Glenn jako tajemniczy pan Paterson, który ma twarz i mimikę podstępnego węża (serio, nic dziwnego, że w  "Grze o tron" musiał dorobić sobie zarost i trochę masy, inaczej nikt nie uwierzyłby w jakąkolwiek szczerość jego postaci). Kiedy Glenn pojawia się na ekranie, Liritio tylko czeka co uknuje, co nabruździ. I w "Żonach i córkach" namiesza niemało, ale na pewno nie nazwę Patersona czarnym charakterem.

Jest też rozedrgana pani Hamley, tępawy, acz lisi pan Cox, przemądrzała plotkara, czyli pani Goodenough (nazwisko znaczące, czyż nie?), skrzywiony, zgarbiony, małomówny sługa Robinson, nie wymawiająca "r" Lady Cumnor...

Moją ulubioną wartością "Żon i córek" jest bez mała stuprocentowe uniknięcie sztywnych ram postaci, żadnych biało-czarnych charakterów, wszyscy są odcieniami szarości. Knucia, uchybienia, pomówienia, tak, wszystko jest. I słabości charakteru, i wady aparycji, ale przy tym również odruchy bardzo piękne, czyny rozpaczliwe i godne podziwu. Wszystko chwyta za serce (w przypadku zblazowanej Liritio chwyta niestety tylko trochę, ale jednak!) i skutecznie przykuwa uwagę. Dlatego zabawną wadą jest pewna papierowość głównych (powiedzmy...) bohaterów, Molly i Rogera, którzy w większości scen wykrzesują z siebie mniej więcej tyle samo charakteru, ile możemy zaobserwować u żon ze Stepford. (swoją drogą, "Żony ze Stepford", ten film zostawił mnie oniemiałą z przerażenia i zakochaną w Glenn Close)

Jako że jest to produkcja BBC, nikogo nie zdziwię zapewnieniem o pełnym profesjonalizmie, solidności wykonania. Kostiumy, zdjęcia, muzyka, nic nie odstaje, nic nie zawadza, a pewna ponurość, jaką zawiera w sobie ekranizowany materiał, jest uwzględniona w przeniesionym na ekran świecie małego miasteczka i jego przeróżnych mieszkańców. Na pierwszy rzut oka wariacja na temat Kopciuszka? Jasne. 

I tak oto ja, nieczuła, zgryźliwa Liritio, tak się "Żonami i córkami" ucieszyłam, teraz mogę przyznać, że kiedy dotarłam do końca czwartego odcinka, właściwie mogłam zaczynać od początku. A chociaż rozpisałam się szkaradnie, z tekstu nietrudno wyłowić myśl przewodnią, że bardzo, bardzo do spotkania z tą ekranizacją zachęcam.

środa, 8 lutego 2012

I am Sherlocked.

Papierowa latarnia, wybierając między innymi Liritio do serialowego łańcuszka zwierzeń (wybacz poślizg), stała się bezpośrednią przyczyną wyznania, do którego zbieram się od mniej więcej roku. Ale po kolei - chociaż tytuł już mówi wszystko.

Jestem do serialowych rozrywek przywiązana niczym kogucik do kokoszki. Kocham je, ale troszkę. Przebieram wybrednie, zakochuję się w banalnym szczególe i już zostaję. Na chwilę. Albo na dłużej. Tak czy inaczej, moje upodobania serialowe zmieniają się niczym w kalejdoskopie (ha, żarcik jak ta lala), jak tu wybrać te ulubione?

Prosto, takie są dwa: "Seks w wielkim mieście" i "Przyjaciele".
Tyle. Oryginalnością nie powaliłam, wybaczcie.

Oba już zdjęte z anten, owiane każdy własną legendą, wszyscy je znają, nawet jak ich nie znają, pewnego rodzaju ikony swoich czasów. Nie mam więc do dodania wiele, a na pewno nie dziś. O rzeczach ukochanych mogę dużo albo wcale, dzisiaj będzie wcale.

Ale! Jest jedno cudeńko antenowe (już wiecie, już wiecie które...?). Serial idealny, naprawdę, nie mam ani jednej uwagi krytycznej. No dobra, jakąś tam mam, nieistotną, nieważną, tycią, nawet nie wspomnę.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że BBC wypuściło serial oparty na motywie Sherlocka Holmesa i przeniosło go do współczesnego Londynu... Nie sądziłam, że to może się udać. A że w tak spektakularnie dobrym stylu, od zera do bohatera, jestem pod wrażeniem od dłuższego czasu.

Perfekcyjna obsada, pochwały i nagrody leją się zewsząd, ja też jestem zafascynowana, też czekam na kolejny sezon z utęsknieniem.

Oczywiście najbardziej kocha się Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana, Sherlock i Watson, panowie dograli się idealnie, fani zapewne wariują w wymyślaniu historii łączących tę dwójkę innego rodzaju więzią, niż przyjaźń. Jednak cała obsada serialu to strzały w dziesiątkę, z moim ulubieńcem Moriartym. Zastanawiałam się, jak go sportretują, i udało się brawurowo.

Zaadaptowane opowiadania A. Conan Doyle'a tworzą półtoragodzinne odcinki pełne znakomitych dialogów (niestety na razie jest ich tylko sześć), a wiążąca je opowieść o specyficznych panach (i epizodycznych paniach) nie pozwalała mi spokojnie zasnąć kilka razy. Emocje obudziły się nawet w Liritio, o to w rzeczywistości jest znacznie trudniej, niż mogłoby się wydawać.

Oddzielne zagadki każdego odcinka, oddzielna historia przewodnia, i te wszystkie piękne szczegóły! Co łączy ze sobą Sherlocka Holmesa i Bee Gees? Odpowiedź na to pytanie czeka. A ja usychając z tęsknoty mogę klikać replay przy "Staying Alive" i uśmiechać się pod nosem.

Nie oglądacie seriali. I nie lubicie Sherlocka Holmesa. Nawet jeśli w ogóle nie przepadacie za wizją i fonią, oglądajcie Sherlocka BBC, jest to twór perfekcyjny, porywający i szkoda przegapić, a przynajmniej nie spróbować.

Hm... Tak, wydaje mi się, że już nie pozostawiłam żadnych wątpliwości, jaki jest mój ulubiony serial.