wtorek, 22 marca 2016

Przemija postać złotego ludka

Pamiętam pierwsze Oscary, których nie obejrzałam. I było to zanim zaczęłam w góle oglądać ceremonie Akademii (i zanim przestałam).
To musiał być początek 2003 roku... 75ta ceremonia wręczania Oscarów.
Catherine Zeta-Jones, wtenczas w ciąży, tańcowała na scenie do "All That Jazz" (czy Lirito opowiadała Wam kiedyś o swojej miłości do "Chicago"? z wiekiem coraz trudniejszej, ale nadal miłości...), Adrien Brody wygrywał za pierwszoplanową rolę męską jako najmłodszy aktor w historii (29 lat, nadal trzyma rekord), przy okazji mocno zaskakując Halle Berry, Polański (oczywiście nieobecny) i "Pianista" święcił triumfy z owacją na stojąco, a "Spitrited Away" dostawało najbardziej zasłużonego Oscara tamtego wieczoru, ramię w ramię z rewelacyjną muzyką Goldenthala z "Fridy"... I tu kończy się to, co Liritio z marszu pamięta.

Może to Brody, może Zeta-Jones, może wygrana cudownej japońskiej bajki (którą i tak obejrzałam już później), a na pewno Chris Cooper... A może Eminem? Od roku kolejnego Liritio oglądała rozdania Oscarów z zacięciem, ale do dziś mam wrażenie, że te najciekawsze, te z roku 2003, i tak mnie ominęły.

2003... Catherine Zeta-Jones, Chris Cooper i wspaniały Peter O'Toole. Lepiej nie będzie.
W 1994 roku, w którym DiCaprio nominowany był po raz pierwszy, o kilka długości (akurat w tym przypadku nawet dosłownie) zwyciężała "Lista Schindlera", chociaż Oscar dla Spilberga to może nie za "Listę..."? Za późno. Tommy Lee Jones wygrywał "Ściganym", a Anna Paquin dostawała Oscara w wieku 11stu lat za drugoplanową rolę w "Fortepianie". Wszyscy wiemy, że od tamtego czasu już wiele lepszego nie pokazała.

DiCaprio, nominowany wtenczas w poważnym wieku lat 19stu, też emerytem nie był (Liritio lubi statystyki) i znajduje się w rozkosznym towarzystwie Rivera Phoenixa i Jeffa Bridgesa, pośród dziesięciu aktorów w najmłodszym wieku nominowanych do Oscara za drugoplanową rolę męską. Może być dla niego pocieszeniem, że zwycięzcy kategorii zaczynają się od lat 20stu (Timothy Hutton za "Ordinary People"). Roczku zabrakło.

Jak bulterier, jak Tommy Lee Jones w "Ściganym". Wiadomo. A "Kiler" też jest fajny.
W 2005 roku Leonardo przegrywał z Jamiem Foxxem, ale przynajmniej w doborowym towarzystwie (Johnny Depp, Don Cheadle, Clint Eastwood... Ja kibicowałam Deppowi, ale Cheadle - za "Hotel Rwanda" - był najlepszy). Cate Blanchett wygrywała "Aviatorem", do dziś nie rozumiem dlaczego. Blanchett jest cudowną aktorką, ale akurat rola Katharine Hepburn nie jest blaskomiotna. Jeśli mówimy o graniu sławnych przez sławnych, w wykonaniu Blanchett zdecydowanie wolę Boba Dylana.
Mimo wszystko, Oscary numer 77 były ciekawe. Chociażby zwycięzca, Jamie Foxx, nominowany za rolę męską podwójnie, za pierwszy i drugi plan ("Ray", "Collateral"). I "Sideways" Payne'a! Bardzo dobry film. A że 2005 był też dobrym rokiem piosenek, w rytmie "Al Otro Lado del Rio" Jorge Drexlera podryfowaliśmy dalej.

Tego mi ostatnio w Oscarach brak - wygranych naprawdę dobrych piosenek. W tym roku "Simple Song #3" i "Manta Ray" przegrały z bondowym miauczeniem, ale przynajmniej były. Liritio od 2007 roku niezmiennie czeka, aż Oscara ponownie zdobędzie naprawdę dobra piosenka.

Tak... Skoro przy 2007 roku jesteśmy, Leonardo akurat przegrywał Oscara z Whitakerem i nikt się nie dziwił, aczkolwiek ponownie w doborowym towarzystwie (Peter O'Toole!). W tym samym roku "Das Leben der Anderen" wygrywał jako najlepszy film obcojęzyczny, "Labirynt fauna" nie wygrywał. Liritio do dziś uważa, że gdzieś nastąpił błąd.
Za to "Infiltracja" Scorsese robiła za "Władcę Pierścieni" roku 2007 i zabierała nagrody wszystkim, którzy mogliby je dostać. Dla zasady.
Między innymi "Małej Miss Sunshine", która pewnie nie wygrałaby Oscara za najlepszy film roku nawet gdyby zabrakło Scorsese, ale najlepszym filmem była. "Mała Miss Sunshine" pozostaje jednym z najlepszych filmów, jakie można obejrzeć.
A przede wszystkim, "Infiltracja" jako najlepszy scenariusz adaptowany? Chyba żart.

Nie ma złego momentu na wstawienie tego zdjęcia. A swoją drogą, Omar Sharif zmarł w zeszłym roku..
I znowu mogą się razem napić. Może. 
Gdyby się zastanowić, nie ma wiele dobrego w byciu nominowanym non stop. Trochę nuda.
Śmiechy z DiCaprio też na wyrost, chociaż utarło się całkiem uroczo.
Fakt, jakoś nie wyobrażam sobie memów oscarowych z Paulem Newmanem, który przy dziewięciu nominacjach wygral tylko raz ("Kolor pieniędzy", 1986 rok). Czyli DiCaprio za bardzo się starał, czy po prostu tak było zabawnie?
Poza Meryl Streep, najczęściej nominowaną, żyjącą aktorką jest Cate Blanchett (siedem nominacji). Memów z nią również sobie nie wyobrażam.
A że Liritio lubi statystyki, Katharine Hepburn, nominowana do 12 statuetek za pierwszoplanową rolę żeńską, zdobyła cztery, przez co pozostaje najczęściej nagrodzoną Oscarem za aktorstwo osobą w Hollywood. Chociaż podejrzewam, że Daniel Day-Lewis ma szansę ją dogonić i przegonić (na pięć nominacji, trzy wygrane, nic dziwnego, że Leonardo płakał).

Tegoroczni zwycięzy, żeby nie było, że cały wpis nie na temat.
A zdjęcie ładnie podsumowuje całość.
DiCaprio ponownie przegrywał w 2014, nad którym to rokiem już raz się rozwodziłam.
Tak oto, nieco błądząc, lądujemy w obecnie umykającym roku 2016. Leonardo szczęśliwie wygrywa, dobre piosenki przegrywają, Alicia Vikander wchodzi na scenę jako kolejny utalentowany import z Europy (a Liritio znacznie bardziej cieszy widok Vikander niż Lawrence, dla której mam coraz mniej serca). Duże zwycięztwo "Spotlight" cieszy, mimo że wolałabym widzieć w rękach McCarthy'ego statuetkę za reżyserię. Fenomen "Mad Maxa" zostaje doceniony, chociaż wszyscy wiemy, że niewystarczająco. Morricone dziękuje za Oscara po włosku, (Haneke byłby dumny, pewnie żałuje, że sam na to nie wpadł). 

A Liritio, po przydługiej dygresji, może stwierdzć, że dzisiejsze kino nie pasuje do Oscarów, a Oscary nie pasują do kina. Nagody Akademii pozostają sławne i prestiżowe, ale z roku na rok stają się... Hm, duszniejsze? Może to naturalne, nie ma co się boczyć, Oscary mają swój urok, którego pewnie nie stracą. Tylko znaczenie się zmienia.

Dzisiaj Bacharach śpiewa z Barbarą Streisand w 1971 roku, Close To You
How about Burt and Barbra at the piano?

poniedziałek, 22 lutego 2016

"Nienawistna ósemka", reż. Quentin Tarantino

Tarantino i mnie niewątpliwie łączy gust do mężczyzn, że tak jakby niefortunnie zacznę.
Michael Madsen, Kurt Russell, Demián Bichir... Liritio nie trzeba więcej mówić. A tu jeszcze Tim Roth, i tylko Steve'a Buscemi brakuje, żeby móc ładnie uznać, że Tarantino wraca do korzeni. 

Tyle, że nie wraca, i nie wiem czy to dobrze. Trochę dlatego, że "Wściekłe psy" niezmiennie były i pozostają moim ulubionym (nawet przez wielkie "U") filmem Tarantino. Wszystkie lubię, wszystkie mi się podobają, ale jednak "Wściekłe psy" to radość i sentyment, i film zupełnie w moim guście. Widzicie, Tarantino jest zręcznym i wdzięcznym reżyserem z jajami, ale przede wszystkim jest przedobrym scenarzystą.  

"Nienawistna ósemka" to w sumie trzy sceny na krzyż. Z przerywnikiem. Trzy sceny rozpisane na trzy godziny, i nie czarujmy się, reżyser zamienia się w fanboya, a to nie zawsze jest dobre. Tyle, że Tarantino ma wdzięk i wizję, co sprawia, że wiele mu wybaczam.

Na przykład, rozpisanie Tima Rotha na rolę za bardzo przypominającą manierę innego aktora.
I można się kłócić, że Roth zagrał sam, ale nie. Żeby Tim Roth, którego Liritio nieco kocha, kojarzył się z Hansem Landą, który jest rolą piękną i jednorazową... Nie.
I te monologi! Jakkolwiek, jeśli ktoś ma je przedstawiać, na pewno Samuel L. Jackson nie jest złym wyborem, ale bez przesady.
Przez "Nienawistną ósemkę" przebiła się tendencja w złą stronę, mianowicie, brak selekcji, zacięcie wieszcza i kilka nieco sporych luk. Miałam wrażenie, że dałam Tarantino palec, a on wziął całą rękę. Na trzy godziny. Bez litości.

Może lekka irytacja stąd, że wojna secesyjna nie jest moim tematem, a "Nienawistna ósemka" jest bardziej sztuką teatralną niż westernem. Muzyka wspaniałego Morricone swoje dodaje, ale nadal, klimat jest mocno nierówny. Sceny wyłącznie muzyczne są jednymi z najlepszych - pyski koni z początku i krzyż na drodze, wbijanie kołków w śnieżycy...
Co najmniej dobre, "Nienawistna ósemka" trochę wpada w tony rozprawki szkolnej (bardzo dziwnej rozprawki), a konwencja zamkniętego pokoju przywołuje ten niedościgniony wzór "Wściekłych psów". "Nienawistnej ósemce" zdecydowanie brak celności tego pierwszego filmu.

Kurt Russell w roli Johna Ruth jest cudowny, ale jeśli chodzi o westerny, jego rola w "Bone Tomohawk" ma znacznie lepszy wydźwięk. Nie jest lepsza sama w sobie, Ruth jest świetnie zagrany. Więcej nawet, Russell i Goggins to najjaśniejsze (prawie) punkty z całej Ósemki, ale "Bone Tomohawk" jest po prostu lepszym filmem, jakkolwiek może nie są specjalnie porównywalne.

Właśnie, Walton Goggins, co by nie mówić, rola najlepsza - fajnie jest, kiedy bohater przechodzi chociaż minimalną przemianę. A szeryf in spe, Chris Mannix, zdecydowanie ewoluuje. I na swój sposób "Nienawistna ósemka" jest historią naiwnego zapaleńca, który nabiera rozumu. Dość drastycznie, ale nabiera, a Goggins potrafił pokazać, jak owe nabieranie przebiegało, i jak bardzo może być bolesne.
Skoro już mówimy o przemianach, "Nienawistna ósemka" jest filmem statycznym do potęgi, co świetnie obrazuje pełnoprawny, ciekawie skonstruowany bohater, który nie rusza się z fotela. W ogóle. 

Jako, że to film Tarantino, smaczków nie brak. W tym temacie Bichir gra skrzypce pierwsze, przede wszystkim nazywa się Bob. I ma wielkie futro, i jest milczącym Meksykaninem. Podejrzanym Meksykaninem. I gra jednym palcem "Cichą noc". Z błędami. Nie jestem pewna, czy jest w tym filmie lepsza scena niż ta właśnie z "Cichą nocą" w tle.

Drugimi skrzypcami od smaczków może byłby woźnica, O.B. (James Parks), odmarzający przy kominku i we wspaniałym kapeluszu. Ale w "Nienawistnej ósemce" Michael Madsen odwiedza matkę.
Mimo że odkąd Madsen tańczył z brzytwą w rytm "Stuck in the middle with you", nic lepszego już zapewne w jego wykonaniu nie zobaczę, niezmiennie jest moim ulubieńcem. Tutaj też, z zielonym cukierkiem w buzi i kiedy pyta, gdzie u diabła jest Nowa Zelandia... Radość.

Zastanawiacie się, czy o kimś nie zapominam? Najlepsze, na koniec, a nie można opowiadać o "Nienawistnej ósemce" bez zauważenia, że Jennifer Jason Leigh jest fantastyczna. Daisy Domergue, od której wszystko się zaczęło, przypięta do Johna Ruth, obita i ciągana w tę i z powrotem, w drodze na stryczek. Jeden kapelusz można z głowy zdjąć za wszystko, co Tarantino dla niej napisał, a drugi, za wszystko, co Daisy nam przekazuje bez słów. A wiele okazji do rozmowy ona akurat nie ma. I chyba mogłaby dostać tego Oscara, chociaż nie dostanie.

Czyli nie jest tajemnicą, że moim zdaniem "Nienawistna ósemka", mimo bycia generalnie dobrym filmem, w skali Tarantino mnie nie powaliła. Niemniej, miejscami jest genialna, Jennifer Jason Leigh i Walton Goggins zasługują na uznanie dodatkowe, a western i Tarantino wydają się spinać na tyle, żeby mieć nadzieję na dalsze (oby nieco krótsze) kontynuacje w gatunku.

Tylko że Liritio tęskni za lekkością i sprytem jego pierwszych filmów, która zaczęła ustępować miejsca rozmachowi i konwencji gdzieś w okolicach "Kill Bill'a". Chociaż nie mnie oceniać rozwój twórczości, chciałabym zobaczyć znowu scenę równie prostą i równie dobrą, co początkowa jadłodajnia ze "Wściekłych psów". Co nie będzie mi zapewne dane i też można z tym żyć, Tarantino ma swój urok, niezależnie.

Ale jemu Oscara dadzą. Prawda?



PS. Czy nie sądzicie, że kariera Channinga Tatuma zaczyna interesująco się toczyć?

niedziela, 17 stycznia 2016

Złoty chłopak na opak (rymy wracają)

Po raz pierwszy odkąd w jakikolwiek sposób interesuję się kinem, przegapiłam oscarowe nominacje! Cios.
To znaczy, nie przegapiłam tak całkiem, ale nie było znanej daty z tyłu głowy, nie było czekania, może nie na wydarzenie kluczowe, ale jednak na coś...


A tu zaskocznie, bo stwierdzam, że w tym roku nominacje są ciekawe. W bardzo pokrętny i niekoniecznie pozytywny sposób, ale jakoś tak... Na opak ciekawe.

Przede wszystkim, nie ma Alexandre Desplata! Czy Akademia uznała, że skoro Desplat już ma swoją figurkę, nie musi go więcej zapraszać? Chociaż interwały już się zdarzały, w 2012 i 2008r.Co jest o tyle nietrafione, że w 2007r. premierę miało "Lust, Caution" Anga Lee. Film był jaki był, ale muzyka! Niezmiennie stawiam tę ścieżkę dźwiękową na jednym z pierwszych miejsc, jeśli chodziłoby o jakiekolwiek najlepsze kompozycje Desplata.
Z brakiem Alexandre Desplata wiąże się brak "Sufrażystyki" - jam zdziwiona, zasada Desplata działała dotąd bezbłędnie. W sumie działa nadal, tylko najwyraźniej pomyliłam przyczynę ze skutkiem. A tak, jego nie ma wśród nominowanych, nie ma też filmu.

Ale, ale, wszyscy (nie ma nie!) mamy zwycięzcę. Morricone!
Ennio Morricone, który Oscara dostał za całokształt twórczości, kiedy Akademia sobie o nim przypomniała.
Nie oglądałam "Nienawistnej ósemki", ale nawet jeśli cała ścieżka dźwiękowa jest oparta na drapaniu widelcem po ścianie... Morricone!

Z rzeczy równie istotnych, Iñárritu i "The Revenant" nominowany tłumnie. Może DiCaprio wygra? Nawet bym się ucieszyła, a konkurencja cieniutka. Za to Redmayne... No nie, proszę, nie.
I chociaż z całych sił chciałabym być zwolenniczką Oscara numer dwa dla Iñárritu, nie jestem.
George Miller i "Mad Max", tutaj widziałabym zasłużonego... Ale!
"Spotlight" i Thomas McCarthy.

A wiecie, Liririo jest rozdarta, bo McCarthy to pewna miłość, ale "Spotlight" jeszcze nie wdziałam.
Natomiast "Mad Max Fury Road" jest filmem tak dobrym... Ale naprawdę, aż tak dobrym.
Więc Liritio planowałaby nagrody uśrednić, dla reżysera Millera i za scenariusz dla McCarthy'ego (co jak co, ale scenariusz powinien być jego, to uznaję w ciemno).
Mówiłam, w tym roku jest ciekawie, kiedy Liritio sama nie wie, kogo za film, reżyserię i scenariusz by nagordziła.
Już pomińmy fakt, że Akademia zapewne wyróżni kogoś innego.

A najlepszy film roku? Zerknijmy.
O właśnie, pytanie zasadnicze sezonu, co w tych wszystkich zestawieniach robi "Marsjanin"? Że Ridley Scott nakręcił dobry film od czasu... Od dłuższego czasu, to miło, ale bez przesady!
Matt Damon nominowany za grę aktorską. Jaką grę? I jakikolwiek start do najlepszego filmu roku to trochę farsa. Nic to, oddychamy głęboko i cieszymy się, że nie nominowali Scotta w kategorii reżyser.

Idąc dalej, "Bridge of Spies" - klasyka nominacji. Nuda.
"Brooklyn"... Widziałam zwiastun i to by było na tyle, zupełnie nie moja bajka, poprzednie filmy Crowleya wydawały się ciekawsze.
"The Big Short"... Na temat tego filmu mam wiele przemyśleń i jeszcze skrzywienie zawodowe wchodzi w paradę. Niewątpliwie jest cudownie zagrany, każda rola z każdej strony. Z innymi pochwałami nie byłabym super wyrywna.

Bawiłby mnie Oscar "Mad Maxa", szczególnie że nie widziałam "Spotlight" i mogę kiwać głową, może to jest najlepszy film roku? Na pewno pod względem technicznym. Oni te cuda na kijach kręcili ot tak i to nie są efekty ani sztuczne ludki... "Mad Max Fury Road" może i ma wady (chociaż ja żadnej nie dostrzegłam, a jestem marudna z zasady), ale jeśli nie jest to film roku, niech przynajmniej zgarnie wszystkie techniczno - produkcyjne laury.  Z wszelaką kinematografią i scenografią na czele.
Chociaż kinematografię, nie zdziwię się, jak zgarnie Lubezki za "Revenanta", ot tak, prawem serii.
W sumie jak "Revenant" zostanie filmem roku, też się nie zdziwię (chyba nikt się nie zdziwi).
A "Spotlight", jako film z serii "Michaela Claytona", nagrody nie dostanie. Więc...

Liritio cieszy też "Anomalisa" w kategorii najlepszego filmu animowanego. Co wygra, nie wiem, ale cieszy. Tak, widziałam jedynie zwiastun, ale w takich chwilach czuję pismo nosem, jest warta. Trochę przez samo nazwisko Kaufmana - "Eternal Sunshine of the Spotless Mind" na czele, "Adaptacja" zaraz za nim.

I cóż z aktorami? Charlotte Rampling! Ponownie miłe zaskoczenie, o miłości Liritio do Rampling jeszcze możecie nie wiedzieć, ale macie szansę.
DiCaprio. Vikander... Aktor drugoplanowy to ból, bo jest Hardy, którego wszyscy (WSZYSCY) kochamy i cenimy.
Ale Stallone...
Cóż mogę powiedzieć, czego zapewne sami już nie wiecie? Oczywiście, że Liritio chce Oscara dla Sylvestera Stallone. Bo tak, na opak.



I niech tylko spóbują dać statuetkę za muzykę komukolwiek innemu! Clint Eastwood patrzy...