czwartek, 22 października 2015

"Sicario", reż. Denis Villeneuve i to drugie, które miało być, a nie jest.

Liritio poszła w niedzielę do kina na "Black Mass" i postanowiła napisać o "Sicario" z komentarzem na marginesie, że tak się to robi.

"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.

Lepiej niż Szekspir nikt nigdy niczego nie ujął:  "Niech to wszystko się na kupie warzy w tej piekielnej zupie."
Czyli zabrakło tygrysicy dla nadania konsystencji
Nie jest nowością, że tytuły porażające nazwiskami często kończą jako średniej jakości papka. Możliwe, że trzeba mieć na nazwisko Coen, żeby wiedzieć po co nam w filmie znane nazwisko i jaką konkretnie ma odegrać rolę. A Liritio się krzywi, bo mieć Kevina Bacona w obsadzie i nie dać mu ani jednej mądrej sceny, to już wielka przykrość. I dokładnie jak przypuszczałam, Cumberbatch i Depp zagrali tak idealnie osobno, że nawet miało to swój opaczny urok, a jedyną osobą, która jakkolwiek wybiła się z tego morza monotonii był bez wątpienia Peter Sarsgaard, brawa dla niego.

Jeśli chodzi o rolę Deppa, zagrał na odwal się, jak od kilku lat gra wszystko. Po "Black Mass" mogę powiedzieć, że już wiemy dlaczego Bóg nie dał mu jasnych ślepi - świat uciekłby z krzykiem. A z jakich przyczyn aktor od pięciu lat skrzętnie dusi pokłady swojego talentu, tego nie wiem.

Dla kontrastu, "Sicario" brak blaskomiotnej obsady, a kiedy obedrzeć film z napięcia, tempa i atmosfery, odkryjemy scenariusz ziejący dziurami niczym po deszczu meteorytów. Z tym że to nie ma znaczenia, bo "Sciario" trzyma widza w garści i bardzo skutecznie samo siebie łata. A ja to kupuję, wrażenia nad fakty, Liritio w tym upatruje mocy kina. Poszukując faktów mogę otworzyć encyklopedię.


Stwierdzenie o łatanych dziurach nie znaczy, że "Sicario" jako historia nie ma sensu. Jest bardzo prosta, ale przewrotna w ujawnianiu motywów. Czy się ich domyślamy, czy nie, przyjemność z oglądania jest ta sama. "Sicario" to napięcie, magia atmosfery, którą udało się wykreować i utrzymać, oczywiście przy niemałym udziale zdjęć, montażu, świetnej muzyki i tych wszystkich elementów produkcji, które tworzą kompletne dzieło. Ale też nie ma dla mnie lepszego dowodu na wartość Villeneuve jako reżysera, który nie traci celu z oczu.
A deliberacje, czy to prawdopodobne, czy nie, zostawiam tym, którzy nie mają nic lepszego do roboty. Liritio docenia, historia tak wspaniale opowiedziana zasługuje na aplauz, nawet jeśli wiemy, że nie jest prawdziwa.

Gdyby ująć rzecz hasłami, są sceny klucze.
Odprawa w sali pełnej Wikingów ze służb specjalnych, na ich tle delikatna Kate (Emily Blunt) i wydawałoby się przysypiający Alejandro (Benicio del Toro), niczym dwa kukułcze jaja.
Japonki Gravera (Josh Brolin), który pojawił się znikąd, a zachowuje niczym rozbawiony gospodarz imprezy. Josh Brolin ostatnio na fali wznoszącej, główna rola w nadchodzącym "Hail, Caesar!" Coenów jest tego najlepszym dowodem. I wspaniale, Brolin zasługuje na zachwyty i piski fanek, remake "Old Boya" może mu wybaczę.
Kate i Reggie (Daniel Kaluuya), którzy trzymają się z tyłu wchodząc do tunelu. Kate, która odpala pierwszego od jakiegoś czasu papierosa i już nie przestaje. A Reggie nie wie co się dzieje, ale ma coraz gorsze przeczucia. I to słodkie otrzeźwienie, dlatego nie chcieli żadnego prawnika!

A moje ulubione? Kate, która ma nie wchodzić do banku, co tak skutecznie uświadamia nam, jak bardzo dziewczyna nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi.
Graver radosny w pokoiku bez okien, kiedy nadchodzi mężczyzna z baniakiem.
I Alejandro przy rodzinnym stole, bez najmniejszego drgnienia litości.

Inna sekwencja, długa, złożona, pełna znaczneń, a więc wycieczka do Meksyku. I gdyby nawet "Sicario" nie trzymało się kupy (a akurat spójne jest w zupełności), ten fragment robi robotę za cały film. Niepewność Kate, która nie ma pojęcia co się dzieje i kiedy powinna zacząć się bać. Graver niczym na chałturze, może się nie uśmiecha, ale nie ma w nim cienia niepewności, nawet kiedy jego kolega w końcu wyciąga karabin. I Alejandro, tak spokojny, czujny, doświadczenie ma wymalowane na czole. I te nerwowe zerknięcia Kate w jego stronę, bo mimo nieufności ciężko o lepszy papierek lakmusowy niż właśnie on.

Benicio del Toro nie zawodzi, wiadomo nie od dziś, ale czy Alejandro jest najciekawszą postacią "Sicario"? Na pewno najmroczniejszą. Zagraną raczej na aluzjach niż faktycznych charakterystykach. Wyczekanie, znudzenie, napięcie i zmęczenie, to Benicio del Toro fantastyczny jak zawsze.
Ale Liritio cieszyła też żołnierzykowatość Kate, która nie przechodzi magicznej przemiany tylko uświadamia sobie, że może jest w nienajlepszym miejscu i czasie. A Emily Blunt udowodniła, że w mało ładnej roli odnajduje się bez najmniejszego problemu i mam podejrzenie, że wyrasta nam właśnie jedna z najlepszych aktorek pokolenia.

Czy "Sicario" jest najlepszym filmem roku? Nie, ale niewątpliwie najlepiej zrobionym. I można to doceniać, nawej jeśli czegoś nam w "Sicario" brakuje.
Bo Villenueve zrobił majstersztyk z niczego, podczas gdy Cooper pogrzebał wielkie możliwości.

środa, 7 października 2015

Urodził go "Niebieski Ptak", Stefania Grodzieńska

Jak to w moim życiu często bywa, najlepsze i niechętne są tym samym. Stąd też, lektura zostawiona na szary koniec okazuje się być tą właśnie najmojszą.

Fryderyk Jarosy, nazwisko obce, nie znam międzywojennej sceny kabaretowej i teatralnej, chyba jedyne co znam, to właśnie z każdej wcześniejszej Grodzieńskiej... No i Dymszę.

Postać Jarosy'ego to wyznanie miłości i tęsknoty. Konferansjer, przyjaciel, Polak z wyboru. Potwornie czarujący, wszechstronny zawodowo, genialny reżyser, uroczy amant, ceniony przyjaciel i przy tym wszystkim twardy zawodnik gry w przetrwanie (sejsmograf!). Jak było naprawdę? Może jak w książce... A jeśli inaczej, niewiele mnie to tak naprawdę obchodzi, Grodzieńska wzruszyła i siebie, i mnie.
"Długo po tym spytałam Fryderyka, jak on to robi, że każdy na widowni jest pewien, że on właśnie na niego w tej chwili patrzy.
- Mam zeza - odpowiedział.
Stefania Grodzieńska, Urodził go "Niebieski Ptak", Akapit Press, Łódź 1999r., str. 49
Jak śpiewał Grechuta, "więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia", tak Grodzieńska chciała. Nie tylko Jarosy'ego, chociaż jest on głównym bohaterem. Ale jest też ten drugi, pozostaje niewidoczny, może gładzi swój wredny wąsik, kiedy po warszawskich ulicach "achtung, achtung!" się niesie. I nikogo chyba nie zwiedzie pewna lekkość czy stały dowcip, kiedy autorka wraca do tych zapewne najstraszniejszych lat swojego życia.

A więc wojna. Jurandot (mąż), Jarosy (trzeci do tanga) ścigany przez Gestapo od początku prawie, jak to przetrwać? Historia wie jak było naprawdę, a ze wspomnień Grodzieńskiej bije pewna gracja. I ogromny szacunek do ludzi, o których pisze, o tych dobrych i dzielnych. Bo po co o tych drugich.

Wojenne wspomnienia z Warszawy (i okolic) stanowią znaczną część książki, ale Jarosy nie schodzi z pierwszego planu. I chociaż opowieść o mentorze zaczyna się (bardzo ciekawymi) opowieściami o międzywojennych gwiazdach sceny, o objazdowych spektaklach i kabaretowych znakomitościach, potem dotyczy już głównie Jarosy'ego w roli przyjaciela.
"Żyją? Przestałyśmy rozmawiać. Czas wlókł się nieznośnie, a patrzenie co chwila na zegarek było bez sensu.
- Nie możemy tak siedzieć. Musimy się czymś zająć. Wiesz, zajrzyjmy do schronu w teatrze, tam parę osób wciąż dostaje histerii. Powiemy im, że Ameryka przystąpiła do wojny, chcesz?"
Stefania Grodzieńska, Urodził go "Niebieski Ptak", Akapit Press, Łódź 1999r., str. 77
Czyli Liritio znowu się zachwyca. O Grodzieńskiej pisałam, znam nazwisko od lat, cenię i chwalę, dlaczego znowu tę książkę, którą oceniam jako najlepszą, przeczytałam na końcu? Widocznie tak musi być. A też ta "najlepsza" trochę razi, bo "Wspomnienia chałturzystki" to przecież nie byle co, jedynie ciężar gatunku się zmienia.