Po raz pierwszy odkąd w jakikolwiek sposób interesuję się kinem, przegapiłam oscarowe nominacje! Cios.
To znaczy, nie przegapiłam tak całkiem, ale nie było znanej daty z tyłu głowy, nie było czekania, może nie na wydarzenie kluczowe, ale jednak na coś...
A tu zaskocznie, bo stwierdzam, że w tym roku nominacje są ciekawe. W bardzo pokrętny i niekoniecznie pozytywny sposób, ale jakoś tak... Na opak ciekawe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexandre Desplat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexandre Desplat. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 stycznia 2016
niedziela, 8 marca 2015
Magiczna nuda, Desplat i Liritio.
Ponieważ tradycji musi stać się zadość, a czemu musi Liritio nie wie, ale jednocześnie czas za szybko płynie, Liritio minęła gorący temat i będzie trochę odgrzewała kotleta.
Liritio oglądała w życiu kilka oscarowych gal - raczej nie kilkanaście, ale pewnie w okolicach 7/8... Teraz nie ma na to siły, tzn siłę na samą galę ma, bo kocha nie spać po nocach, tyle że potem poniedziałek to zmora, a praca nie poczeka. I tak oto Liritio przy zmianie (vel, modyfikacji) zawodu i oscarowe noce przestała sobie urządzać. Liritio nie jest z tego zadowolona, mimo że Oscary to nudne wydarzenie. Nudne, niezmiennie, ale też magiczne, równie niezmiennie. Jak w tytule, Oscary to taka magiczna nuda, do której ja lubiłam wracać, mimo że często marudziłam.
Tyle że, skoro czas już jakiś minął, spróbuję pozostać zwięzła.
Rzecz główna, a w duszy Liritio gromkie TAK!
W końcu, po latach i latach, i jeszcze kilku latach, Alexandre Desplat ma Oscara. Liritio wyskoczyła w górę, głęboko westchnęła, rozświetliła gębusię, po czym... To co teraz?
Z czekania na Oscara dla Desplata uczyniłam już niemal hobby, a tu psikus, dostał.
Ale spokojnie, po wynikach tegorocznych mogę proces czekania przenieść na Michaela Keatona.
Może Liritio się nie zna, może nikt się nie zna, może Eddie miał swoje plusy. Ale bez jaj! Redemayne jest aktorem utalentowanym, nie mówię, że nie.
Tyle, że Keaton w "Birdmanie" jest aktorem wybitnym. I nie mógł w tym celu posłużyć się rolą poważnej choroby, która wykręca ciało. Musiał chodzić prosto i mówić pełnymi zdaniami. Keatona, nie Redemayne'a nazywam w tym roku najlepszym i szkoda, że Akademia miała inne zdanie na ten temat.
Ale Akademia miewa niezmiennie inne zdania na temat. Wolę już wygraną Julianne Moore, która była beznadziejnym pewniakiem.
Nie, żeby Julianne była beznadziejna, skąd. To pewniaki są beznadziejne.
Liritio z wyborami typu Redemayne ma ten problem, że niespecjalnie uznaję rolę nagród w początkach kariery. Tzn, przykładów zacnych jest wiele, nie mówię, że nie są zasłużone, zagrane i zarobione, ale tak samo miałam mieszane odczucia odnośnie Lawrence, mieszane mam też odnośnie Redemayne'a.
Dajcie spokój, Keaton jest Batmanem! I Birdmanem! To jest Michael Keaton, dlaczego...? (Liritio robi buzię w podkówkę i wychodzi). Przynajmniej Innaritu, przynajmniej Grand Budapest Hotel, przynajmniej Hayo Miyazaki... No tak, J.K. Simpson, szokujące.
Litirio żałuje, że nie widziała Neila P. Harrisa w roli prowadzącego... Liritio chciałaby zobaczyć na tej scenie zbitkę Hugh Jackmana i Ricky'ego Gervaisa, i mam wrażenie, że Neil Patrick Harris jest najbliżej (wśród dotychczasowych prowadzących) takiej mieszkanki. Jest, nie jest? Kto widział i wie?
Niemniej, nie ma co się oszukiwać, Oscary już prawie w ogóle nie interesują Liritio. Nie tak, jak kiedyś, może to zmęczenie materiału, zabieganie, może zblazowanie osiąga szczyty.
Ale widzę, że nawet ten Desplat nie cieszy mnie tak, jak cieszyć powinien.
Chociaż, jeśli chodzi o Desplata, przyznam bez bicia, nominowali go za dwie ścieżki dźwiękowe w jednym roku, a żadna z nich nie jest jego najlepszym osiągnięciem.
A jeśli chcecie Oscarowych nominacji na kolejny rok, można spojrzeć, do czego Desplat pisze muzykę - z dużym prawdodpodobieństwem jeden z tych filmów w 2016tym będzie wyczytywany wśród nomiacji do najlepszego. Więc zerknijmy.
Jakiś film Wendersa o traumie, śmierci i rodzinie, James Franco, Rachel McAdams... Wenders nakręcił Pinę, myślę, że od tego czasu Akademia go kocha.
Dalej, latarnia morska, Michael Fassbender, Rachel Weisz i Alicia Vikander (ktorą ostatnio widzę dosłownie wszędzie). No, to się nie może nie udać! Ale czy Hollywood to łyknie? No nie wiem, reżyser, Derek Cianfrance, nakręcił wcześniej kilka filmów, ale chyba tylko "Blue Valentine" i "Place Beyond the Pines" zostało jakoś tłumniej dostrzeżone. Aczkolwiek, silna obsada i muzyka Desplata... No zobaczymy.
Spójrzmy dalej, włoski (?) film z Salmą Hayek i Vincentem Casselem? No... Ja to chętnie obejrzę, ale Akademia nie. Chociaż... Matteo Garrone nie kręci głupich filmów, więc tym bardziej chętnie to obejrzę.
Haha, mamy zwycięzcę, muzyka Desplata do "Sufrażystki", a tam Meryl Streep, Carey Mulligan, Helena Bohnam Carter, kręci Sarah Gavron, Oscara może nie dostać, ale na mur beton znajdzie się w peletonie firmowanym przez Akademię.
Podobnie jest oczywiście z muzyką Johna Williamsa, z tym że on ma swoje lata i nie jest tak aktywny. Zawsze też można losować Newmana i Zimmera, któryś z nich zwykle z pudełka wyskakuje. Ale Newman robi muzykę do nowego Bonda, co nominacji dla muzyki nie wyklucza (aczkolwiek nie gwarantuje), ale na film nie ma co liczyć. No to Zimmer, "Mały Książe", "Kung Fu Panda 3" i "Batman vs. Superman"... No nie, jednak przy faworytach w przyszłorcznych nominacjach (do najlepszego filmu roku) zostałabym przy nazwisku Desplata.
Kontynuując tradycję, w tym roku karygodnie spóźnioną - aczkolwiek w zeszłym roku w ogóle pominiętą, (więc jest postęp) - niezmiennie przy okazji Lirito i Oscarów, Burt Bacharach.
I czy państwo znają? When you get caught between the Moon and New York City...
Arthur's Theme, The Best that You Can Do,
Liritio oglądała w życiu kilka oscarowych gal - raczej nie kilkanaście, ale pewnie w okolicach 7/8... Teraz nie ma na to siły, tzn siłę na samą galę ma, bo kocha nie spać po nocach, tyle że potem poniedziałek to zmora, a praca nie poczeka. I tak oto Liritio przy zmianie (vel, modyfikacji) zawodu i oscarowe noce przestała sobie urządzać. Liritio nie jest z tego zadowolona, mimo że Oscary to nudne wydarzenie. Nudne, niezmiennie, ale też magiczne, równie niezmiennie. Jak w tytule, Oscary to taka magiczna nuda, do której ja lubiłam wracać, mimo że często marudziłam.
Tyle że, skoro czas już jakiś minął, spróbuję pozostać zwięzła.
Rzecz główna, a w duszy Liritio gromkie TAK!
W końcu, po latach i latach, i jeszcze kilku latach, Alexandre Desplat ma Oscara. Liritio wyskoczyła w górę, głęboko westchnęła, rozświetliła gębusię, po czym... To co teraz?
Z czekania na Oscara dla Desplata uczyniłam już niemal hobby, a tu psikus, dostał.
Ale spokojnie, po wynikach tegorocznych mogę proces czekania przenieść na Michaela Keatona.
Może Liritio się nie zna, może nikt się nie zna, może Eddie miał swoje plusy. Ale bez jaj! Redemayne jest aktorem utalentowanym, nie mówię, że nie.
![]() |
| Miałam podobną minę. |
Ale Akademia miewa niezmiennie inne zdania na temat. Wolę już wygraną Julianne Moore, która była beznadziejnym pewniakiem.
Nie, żeby Julianne była beznadziejna, skąd. To pewniaki są beznadziejne.
Liritio z wyborami typu Redemayne ma ten problem, że niespecjalnie uznaję rolę nagród w początkach kariery. Tzn, przykładów zacnych jest wiele, nie mówię, że nie są zasłużone, zagrane i zarobione, ale tak samo miałam mieszane odczucia odnośnie Lawrence, mieszane mam też odnośnie Redemayne'a.
Dajcie spokój, Keaton jest Batmanem! I Birdmanem! To jest Michael Keaton, dlaczego...? (Liritio robi buzię w podkówkę i wychodzi). Przynajmniej Innaritu, przynajmniej Grand Budapest Hotel, przynajmniej Hayo Miyazaki... No tak, J.K. Simpson, szokujące.
Litirio żałuje, że nie widziała Neila P. Harrisa w roli prowadzącego... Liritio chciałaby zobaczyć na tej scenie zbitkę Hugh Jackmana i Ricky'ego Gervaisa, i mam wrażenie, że Neil Patrick Harris jest najbliżej (wśród dotychczasowych prowadzących) takiej mieszkanki. Jest, nie jest? Kto widział i wie?
Niemniej, nie ma co się oszukiwać, Oscary już prawie w ogóle nie interesują Liritio. Nie tak, jak kiedyś, może to zmęczenie materiału, zabieganie, może zblazowanie osiąga szczyty.
Ale widzę, że nawet ten Desplat nie cieszy mnie tak, jak cieszyć powinien.
Chociaż, jeśli chodzi o Desplata, przyznam bez bicia, nominowali go za dwie ścieżki dźwiękowe w jednym roku, a żadna z nich nie jest jego najlepszym osiągnięciem.
A jeśli chcecie Oscarowych nominacji na kolejny rok, można spojrzeć, do czego Desplat pisze muzykę - z dużym prawdodpodobieństwem jeden z tych filmów w 2016tym będzie wyczytywany wśród nomiacji do najlepszego. Więc zerknijmy.
Jakiś film Wendersa o traumie, śmierci i rodzinie, James Franco, Rachel McAdams... Wenders nakręcił Pinę, myślę, że od tego czasu Akademia go kocha.
Dalej, latarnia morska, Michael Fassbender, Rachel Weisz i Alicia Vikander (ktorą ostatnio widzę dosłownie wszędzie). No, to się nie może nie udać! Ale czy Hollywood to łyknie? No nie wiem, reżyser, Derek Cianfrance, nakręcił wcześniej kilka filmów, ale chyba tylko "Blue Valentine" i "Place Beyond the Pines" zostało jakoś tłumniej dostrzeżone. Aczkolwiek, silna obsada i muzyka Desplata... No zobaczymy.
Spójrzmy dalej, włoski (?) film z Salmą Hayek i Vincentem Casselem? No... Ja to chętnie obejrzę, ale Akademia nie. Chociaż... Matteo Garrone nie kręci głupich filmów, więc tym bardziej chętnie to obejrzę.
Haha, mamy zwycięzcę, muzyka Desplata do "Sufrażystki", a tam Meryl Streep, Carey Mulligan, Helena Bohnam Carter, kręci Sarah Gavron, Oscara może nie dostać, ale na mur beton znajdzie się w peletonie firmowanym przez Akademię.
Podobnie jest oczywiście z muzyką Johna Williamsa, z tym że on ma swoje lata i nie jest tak aktywny. Zawsze też można losować Newmana i Zimmera, któryś z nich zwykle z pudełka wyskakuje. Ale Newman robi muzykę do nowego Bonda, co nominacji dla muzyki nie wyklucza (aczkolwiek nie gwarantuje), ale na film nie ma co liczyć. No to Zimmer, "Mały Książe", "Kung Fu Panda 3" i "Batman vs. Superman"... No nie, jednak przy faworytach w przyszłorcznych nominacjach (do najlepszego filmu roku) zostałabym przy nazwisku Desplata.
Kontynuując tradycję, w tym roku karygodnie spóźnioną - aczkolwiek w zeszłym roku w ogóle pominiętą, (więc jest postęp) - niezmiennie przy okazji Lirito i Oscarów, Burt Bacharach.
I czy państwo znają? When you get caught between the Moon and New York City...
Arthur's Theme, The Best that You Can Do,
Etykiety:
Alejandro González Iñárritu,
Alexandre Desplat,
film,
Michael Keaton,
muzyka,
Oscar,
USA
niedziela, 25 stycznia 2015
"Popularity is the slutty little cousin of prestige", a do Oscarów mniej niż miesiąc.
Nominacje oscarowe niezmiennie są taką rapsodią o ścieraniu się moich zauroczeń z amerykańskim przemysłem filmowym. Zwykle marudzę i nie pochwalam finalnych wyborów Akademii, ale też (jak my wszyscy) znam jej "gust" na wylot. I może w tym problem, że gdyby tylko chcieli nas choć raz zaskoczyć...
"Boyhood" zgarnia nagrody na prawo i lewo, rozumiem, że docenia się koncept i zamysł filmu kręconego naście lat (o ile się nie mylę) - samego filmu nie widziałam i prawdę mówiąc, w góle mi się nie spieszy.
Linklater za owe "Boyhood" też jest nominowany i akurat tutaj chyba nie mamy wątpliwości, że Oscar będzie jego...
Liritio by chętnie wszystkie nagrody wepchnęła Iñárritu, jako że jeszcze nigdy nie spudłował, ale niezmienna jest wola Akademii w olewaniu moich ulubionych filmów roku.
Aczkolwiek Linklatera im może wybaczę... Za kameralną trylogię z Julie Deply i Ethanem Hawkiem. Niemniej, Iñárritu zasługuje na zupełnie oddzielny wpis, ale z braku takowego (póki co, można mieć nadzieje na przyszłość - płonne, oczywiście), kilka haseł a propos. Przede wszystkim, Gustavo Santaolalla robił muzykę do większości jego filmów - trzy to już "większość" w przypadku Iñárritu - a to nigdy nie jest zły znak. I Liritio bardzo, bardzo docenia jego filmy, a najbardziej "21 gram". A "Birdman" jest bez wątpienia jednym z najlepszych filmów roku.
Chociaż właściwie Liritio zwykle nie bywa zwolenniczką oddawania Oscarów "początkującym", kiedy Gary Oldman nadal Oscara nie posiada (niech on w końcu dostanie tę głupią nagrodę! może Daniel Day-Lewis oddałby jednego ze swoich?), z tegorocznego peletonu reżyserów i tak wybieram Iñárritu. Skoro Jennifer Lawrence mogła dostać Oscara...
A tak, zdaję sobię sprawę, że Oldman nie jest w tym roku nominowany. Ani Malkovich. Ani Depp... Chociaż ten ostatni robi zatrważające rzeczy, odkąd opuścił plan "Pubilc Enemies" (ale akurat "Mortdecai" nie jest w połowie tak zły, jak wieść niesie... Albo ja mam naprawdę zły gust).
Wes Anderson jest ciekawostką, "Grand Budapest Hotel" i Liritio winszuje. Może nie jest moim faworytem, jeśli chodzi o Wesa Andersona, ale tak naprawdę ciężko na dłuższą metę tych faworytów wyłonić (nieprawda! "Royal Tenenbaums", ktokolwiek czyta cokolwiek z wypocin Liritio, zgaduje chyba w pierwszym podejściu). Ale Anderson to inna historia, zupełnie nie-oscarowa, którą może w końcu, pewnego dnia blogowo napocznę. Wes Anderson należy do gromady, która akurat z nagrodami Amerykańskiej Akademii nie kojarzy mi się ani, ani...
Julianne Moor - niech jej będzie, ale to nuda. Wybór Felicity Jones bym wyśmiała, jednak poza nią... W sumie każdej z trzech pozostałych pań bym statuetki wręczała, Cotillard za zasługi, Witherspoon z rozbawieniem, a Rosamund Pike zapewne najszybciej - nic nie poradzę, jeśli chodzi o aktorki, moją odwieczną miłością pozostanie zawsze Lauren Bacall, niemniej, miłostki się zdarzają i Rosamund Pike jest od dawna jedną z nich.
Co mnie cieszy w tym roku najbardziej? Brak "Big Eyes" (no dobra, brak "Interstellar" również) wśród nominowanych, a po Złotych Globach miałam obawy, bo chociaż Amy Adams za "The Master" i "The Fighter" zasługuje na nagrody, "Big Eyes" jest pomyłką.
Chcecie zobaczyć naprawdę zły film? Tim Burton przedstawia!
Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina równie wkurzona. Na reżysera, na beznadziejny scenariusz, na casting, na efekty castingu... Tyle dobrego, że przynajmniej Danny Elfman od lat, niezmiennie, tłucze Burtonowi muzykę na poziomie. Bo poza muzyką jest dramat, przede wszystkim scenariusz jest koszmarny, koncept się rozmywa, ciągłości brak, sensu też, a Burton zrobił ze swojej bohaterki miauczącą, bezwolną kozę. No bidulka.
Amy Adams może potrzebuje dobrej ręki reżysera, żeby pokazać, co potrafi, tutaj jej się nie udało. Postać Margaret Keane nie ma początku ani końca, jedyne co stanowi mocniejszy punkt to jej rozmowa kwalifikacyjna w fabryce mebli i świadkwie Jehowy na Hawajach. Poza tym z ekranu spoziera na nas wycofana, kwiląca bryndza. I to jest w bardzo dużej mierze wina scenariusza, który od sasa do lasa zaczyna wątki, a żadnego nie kończy. Przede wszystkim, brakowało dobitnego pokazania, że Keane terroryzował ją psychicznie - czy tak było naprawdę, nie wiem, ale taki miał być wydźwięk filmu - sceny, w których on krzyczy to mało, wybaczcie, związki tak się toczą, że czasem się krzyczy.
Tutaj zabrakło budowania relacji, tylko hop, hop, po łebkach, od poznania do ślubu, od wystawy w klubie do opętania sławą i pieniędzmi. A po drodze mnóstwo niezwiązanych ze sobą scen, w których Waltz miał być czarującym tyranem, a Adams zniewoloną artystką.
Właśnie, Christoph Waltz... W żadnym świecie ten facet, ze swoją manierą, trochę strasznym uśmiechem i specyficznym sposobem mówienia nie jest bon vivantem uwodzącym ludzi charyzmą, która przysłania im beztalencie. I o ile Waltz wyjątkowo pasuje do groteskowych filmów Burtona, nie tym razem. Waltz jest absurdalny, przerażający, śmieszny... Nie jest czarujący.
Oto pół wpisu dotyczy tego, czego na Oscarach nie ma... Nikt nie mówił, że Liritio nie jest przewrotna.
Gwoli podsumowania? Wątek głowny przebił się bez wątpienia, Liritio pozabierałaby wszystkie nagrody i obdarowała Iñárritu (w tym jedną powinien dostać Keaton, jeśli wygra kto inny, ręce Liritio miną się z kolanami). Oraz, oczywiście, oddała statuetkę za muzykę Desplat'owi. Ale tego ostatniego chyba już nawet nie muszę dodawać. To jest straszne, w tym roku ma dwie nominacje. DWIE! Dajcie mu tego Oscara, wiecie, że chcecie...
(Reznor i Atticus mogą poczekać w kolejce, zrobią jeszcze ze dwie ścierzki dźwiękowe dla Finchera i się zastanowię).
A jeśli chodzi o "Idę", Liritio trzyma kciuki za "Mandarynki" i "Dzikie historie".
I chciałabym jeszcze zobaczyć "Foxcatchera".
PS. Jak wyłączyć odwołania w tekście do jakichś dziwacznych reklam? Liritio chce się tego pozbyć równie mocno, co Johnny Bravo kocha placki (bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo...).
"Boyhood" zgarnia nagrody na prawo i lewo, rozumiem, że docenia się koncept i zamysł filmu kręconego naście lat (o ile się nie mylę) - samego filmu nie widziałam i prawdę mówiąc, w góle mi się nie spieszy.
Linklater za owe "Boyhood" też jest nominowany i akurat tutaj chyba nie mamy wątpliwości, że Oscar będzie jego...
Liritio by chętnie wszystkie nagrody wepchnęła Iñárritu, jako że jeszcze nigdy nie spudłował, ale niezmienna jest wola Akademii w olewaniu moich ulubionych filmów roku.
Aczkolwiek Linklatera im może wybaczę... Za kameralną trylogię z Julie Deply i Ethanem Hawkiem. Niemniej, Iñárritu zasługuje na zupełnie oddzielny wpis, ale z braku takowego (póki co, można mieć nadzieje na przyszłość - płonne, oczywiście), kilka haseł a propos. Przede wszystkim, Gustavo Santaolalla robił muzykę do większości jego filmów - trzy to już "większość" w przypadku Iñárritu - a to nigdy nie jest zły znak. I Liritio bardzo, bardzo docenia jego filmy, a najbardziej "21 gram". A "Birdman" jest bez wątpienia jednym z najlepszych filmów roku.
![]() | |||
| Tak, tak, wiem, że nie ma nominacji... |
A tak, zdaję sobię sprawę, że Oldman nie jest w tym roku nominowany. Ani Malkovich. Ani Depp... Chociaż ten ostatni robi zatrważające rzeczy, odkąd opuścił plan "Pubilc Enemies" (ale akurat "Mortdecai" nie jest w połowie tak zły, jak wieść niesie... Albo ja mam naprawdę zły gust).
![]() |
| Pomijając urodę, Amazing Amy na prezydenta... |
Co mnie cieszy w tym roku najbardziej? Brak "Big Eyes" (no dobra, brak "Interstellar" również) wśród nominowanych, a po Złotych Globach miałam obawy, bo chociaż Amy Adams za "The Master" i "The Fighter" zasługuje na nagrody, "Big Eyes" jest pomyłką.
Chcecie zobaczyć naprawdę zły film? Tim Burton przedstawia!
Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina równie wkurzona. Na reżysera, na beznadziejny scenariusz, na casting, na efekty castingu... Tyle dobrego, że przynajmniej Danny Elfman od lat, niezmiennie, tłucze Burtonowi muzykę na poziomie. Bo poza muzyką jest dramat, przede wszystkim scenariusz jest koszmarny, koncept się rozmywa, ciągłości brak, sensu też, a Burton zrobił ze swojej bohaterki miauczącą, bezwolną kozę. No bidulka.
![]() |
| Nie, nie i jeszcze raz nie. Wróć lepiej do Deppa, będzie może słabo, ale stabilnie. |
Tutaj zabrakło budowania relacji, tylko hop, hop, po łebkach, od poznania do ślubu, od wystawy w klubie do opętania sławą i pieniędzmi. A po drodze mnóstwo niezwiązanych ze sobą scen, w których Waltz miał być czarującym tyranem, a Adams zniewoloną artystką.
Właśnie, Christoph Waltz... W żadnym świecie ten facet, ze swoją manierą, trochę strasznym uśmiechem i specyficznym sposobem mówienia nie jest bon vivantem uwodzącym ludzi charyzmą, która przysłania im beztalencie. I o ile Waltz wyjątkowo pasuje do groteskowych filmów Burtona, nie tym razem. Waltz jest absurdalny, przerażający, śmieszny... Nie jest czarujący.
Oto pół wpisu dotyczy tego, czego na Oscarach nie ma... Nikt nie mówił, że Liritio nie jest przewrotna.
Gwoli podsumowania? Wątek głowny przebił się bez wątpienia, Liritio pozabierałaby wszystkie nagrody i obdarowała Iñárritu (w tym jedną powinien dostać Keaton, jeśli wygra kto inny, ręce Liritio miną się z kolanami). Oraz, oczywiście, oddała statuetkę za muzykę Desplat'owi. Ale tego ostatniego chyba już nawet nie muszę dodawać. To jest straszne, w tym roku ma dwie nominacje. DWIE! Dajcie mu tego Oscara, wiecie, że chcecie...
(Reznor i Atticus mogą poczekać w kolejce, zrobią jeszcze ze dwie ścierzki dźwiękowe dla Finchera i się zastanowię).
A jeśli chodzi o "Idę", Liritio trzyma kciuki za "Mandarynki" i "Dzikie historie".
I chciałabym jeszcze zobaczyć "Foxcatchera".
![]() |
| Jedyny właściwy wybór. |
Etykiety:
Alejandro González Iñárritu,
Alexandre Desplat,
Amy Adams,
film,
Meksyk,
Michael Keaton,
muzyka,
Oscar,
Rosamund Pike,
Tim Burton,
USA,
Wes Anderson
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Oscar, Oscar, won ze sceny
Liritio bardzo chciałaby porozmawiać o Oscarach, ale niestety nie ma zbyt wiele do powiedzenia.
nie, żeby dotąd powstrzymywały mnie takie szczegóły
Oscary nadal są nudne, od lat mniej więcej pięciu, o ile nie mylę się w rachubach.
Albo Liritio już nieodwracalnie postarzała się i zdziadziała?
"Kapitan Phillips" oficjalnie dołącza do grona TYCH filmów, które nagrody nie dostają, choć powinny."Social Network", "Michael Clayton", "Frost/Nixon" i dalej wymieniać nie będę
2013 rok to "12 Years a Slave" i Akademia chyba nie ma innej opcji. Chociaż może nas zaskoczą.
Gdzie w nominacjach za rolę główną zgubili Toma Hanksa?
Załapał się Leonardo, dadzą, nie dadzą?
Chyba nie dadzą, Christian Bale jest cacy wyborem, dla Liritio, i dla Akademii.
Chociaż Leonardo pozostaje tytanem Hollywood, Liritio odwiecznie woli go w tych innych rolach.
Z dawniejszych - "Co gryzie Gilberta Grape'a". Z tych pośrednich, "Złap mnie, jeśli potrafisz".
Z nowszych, "Revolutionary Road" (w której był naprawdę niesamowity), "Blood Diamond" i cudowne "Body of Lies", które nie wiedzieć czemu w Polsce przeszło bez najmniejszego echa. Mimo, że był to wierzchołek jakości w filmografii Ridleya Scotta ostatnich, nie przymierzając, dziesięciu lat... Od "Naciągaczy" licząc.
"Naciągacze", Nicolas Cage, Sam Rockwell, 2003 rok, kiedy to było? I cóż się potem z Ridleyem stało? "Królestwo niebieskie", "American Gangster", "Robin Hood", "Prometeusz" i wreszcie wisienka na torcie, "The Counselor".
W jego najnowszym filmie ("Exodus") gra Christian Bale, Ben Kingsley i John Turturro, może podniosą Scotta z odmętów. Chociaż film dotyczący wyjścia Żydów z Egiptu... Może być odwrotnie, może Bale i reszta wpadną w czeluść Scottowego obłąkania.
Jeśli o chodzi o kategorię "aktor pierwszoplanowy", Liritio niezmiennie popiera Johnny'ego Deppa, w drugiej kolejności Joaquina Phoenixa... Że nie są nominowani, Matthew McConaughey wydaje się zabawnym finałem. Ale "Dallas Buyers Club jeszcze nie widziałam, więc o opinię ciężko.
Cuarona za "Grawitację" bym nagrodziła, Pyne'a może nawet bardziej. McQueena jeszcze chyba nie. Chociaż... Byle nie Russel, byle nie Scorsese
Zastanawia mnie, co w tej kategorii robi David O. Russel, kiedy tak naprawdę jeszcze od podłogi nie odrósł.
O jego muzowatej Jennifer Lawrence aż przykro pisać. Lubię ją jako młodą aktorkę, która miała ciekawy start, świetną rolę w "Winter's Bone", lubię jako kwiat młodzieży, z czasem przeradzający się w ogromny talent.
Ale obecnie? Won ze sceny!
Ogółem do aktorek podejścia mam mieszane. Drażni mnie kolejna nominacja dla Meryl Streep, aczkolwiek tutaj Blanchett nie ma raczej równorzędnej przeciwniczki. Aż szkoda, pewniaki są równie nudne co amerykańska flaga.
Zadziwiająco, w tym roku ciekawszą kategorią jest aktorka drugoplanowa.
Liritio cieszy oczy "Polowaniem" w zagranicznej kategorii, Mads Mikkelsen górą!
Chociaż innych nominowanych nie widziałam, może któryś by mnie powalił na kolana?
Liritio cieszy oczy Desplatem za "Tajemnicę Filomeny".
Alexandre Desplat... Moja mini Ziemia Obiecana, jeśli o Oscarach mówimy. Dajcie mu wreszcie tę łysą statuetkę!
Oczywiście Williams za "Złodziejkę książek". Już nie mam na to siły, aż dziw, że Akdademia jeszcze ma.
To niech już wygra Newman za "Ratując Pana Banksa"...
Z tych filmów widziałam jedynie "Grawitację", ale bez oglądania trzymam kciuki za Desplatową "Philomene". Jeśli Clooney może go zatrudniać przy swoich filmach ("The Monuments Men"), Oscar też powinien się znaleźć w jego łapce. W końcu Złoty Kawaler Hollywood wie co robi.
tutaj miałam na myśli Clooneya, nie złotego Oscara
A jeśliby mówić o tym, co rzeczywiście Liritio w tegorocznych Oscarach pociąga, to jednak "Dallas Buyers Club" i "Her".
cicho sza, że żadnego jeszcze nie widziałam...
Liritio cieszy oczy jeszcze niewidzianym "Her".
nie, żeby dotąd powstrzymywały mnie takie szczegóły
Oscary nadal są nudne, od lat mniej więcej pięciu, o ile nie mylę się w rachubach.
Albo Liritio już nieodwracalnie postarzała się i zdziadziała?
"Kapitan Phillips" oficjalnie dołącza do grona TYCH filmów, które nagrody nie dostają, choć powinny."Social Network", "Michael Clayton", "Frost/Nixon" i dalej wymieniać nie będę
2013 rok to "12 Years a Slave" i Akademia chyba nie ma innej opcji. Chociaż może nas zaskoczą.
Gdzie w nominacjach za rolę główną zgubili Toma Hanksa?
Załapał się Leonardo, dadzą, nie dadzą?
Chyba nie dadzą, Christian Bale jest cacy wyborem, dla Liritio, i dla Akademii.
Chociaż Leonardo pozostaje tytanem Hollywood, Liritio odwiecznie woli go w tych innych rolach.
Z dawniejszych - "Co gryzie Gilberta Grape'a". Z tych pośrednich, "Złap mnie, jeśli potrafisz".
Z nowszych, "Revolutionary Road" (w której był naprawdę niesamowity), "Blood Diamond" i cudowne "Body of Lies", które nie wiedzieć czemu w Polsce przeszło bez najmniejszego echa. Mimo, że był to wierzchołek jakości w filmografii Ridleya Scotta ostatnich, nie przymierzając, dziesięciu lat... Od "Naciągaczy" licząc.
![]() |
| Najlepszy film Ridleya Scotta od 2004 roku. Tylko jakoś przeszedł bez echa... |
W jego najnowszym filmie ("Exodus") gra Christian Bale, Ben Kingsley i John Turturro, może podniosą Scotta z odmętów. Chociaż film dotyczący wyjścia Żydów z Egiptu... Może być odwrotnie, może Bale i reszta wpadną w czeluść Scottowego obłąkania.
Jeśli o chodzi o kategorię "aktor pierwszoplanowy", Liritio niezmiennie popiera Johnny'ego Deppa, w drugiej kolejności Joaquina Phoenixa... Że nie są nominowani, Matthew McConaughey wydaje się zabawnym finałem. Ale "Dallas Buyers Club jeszcze nie widziałam, więc o opinię ciężko.
Cuarona za "Grawitację" bym nagrodziła, Pyne'a może nawet bardziej. McQueena jeszcze chyba nie. Chociaż... Byle nie Russel, byle nie Scorsese
Zastanawia mnie, co w tej kategorii robi David O. Russel, kiedy tak naprawdę jeszcze od podłogi nie odrósł.
O jego muzowatej Jennifer Lawrence aż przykro pisać. Lubię ją jako młodą aktorkę, która miała ciekawy start, świetną rolę w "Winter's Bone", lubię jako kwiat młodzieży, z czasem przeradzający się w ogromny talent.
Ale obecnie? Won ze sceny!
![]() |
| A Matthew byłby zabawny z łysym złotym ludkiem w dłoni. |
Zadziwiająco, w tym roku ciekawszą kategorią jest aktorka drugoplanowa.
Liritio cieszy oczy "Polowaniem" w zagranicznej kategorii, Mads Mikkelsen górą!
Chociaż innych nominowanych nie widziałam, może któryś by mnie powalił na kolana?
Liritio cieszy oczy Desplatem za "Tajemnicę Filomeny".
Alexandre Desplat... Moja mini Ziemia Obiecana, jeśli o Oscarach mówimy. Dajcie mu wreszcie tę łysą statuetkę!
Oczywiście Williams za "Złodziejkę książek". Już nie mam na to siły, aż dziw, że Akdademia jeszcze ma.
To niech już wygra Newman za "Ratując Pana Banksa"...
Z tych filmów widziałam jedynie "Grawitację", ale bez oglądania trzymam kciuki za Desplatową "Philomene". Jeśli Clooney może go zatrudniać przy swoich filmach ("The Monuments Men"), Oscar też powinien się znaleźć w jego łapce. W końcu Złoty Kawaler Hollywood wie co robi.
tutaj miałam na myśli Clooneya, nie złotego Oscara
A jeśliby mówić o tym, co rzeczywiście Liritio w tegorocznych Oscarach pociąga, to jednak "Dallas Buyers Club" i "Her".
cicho sza, że żadnego jeszcze nie widziałam...
Liritio cieszy oczy jeszcze niewidzianym "Her".
wtorek, 29 stycznia 2013
Zaczyna się od kompozytora, a dalej swobodnie, czyli przepływ myśli z Oscarami na marginesie.
"Zmierzch: Księżyc w nowiu" (która to jest część? druga? trzecia?) wbrew obiegowej opinii, miał co najmniej jeden naprawdę dobry element składowy. I nie był to Michael Sheen - chociaż on jest tym drugim jasnym punktem najbardziej kontrowersyjnej trylogii o wampirach... Której grupą docelową są dziewczynki lat 13 - 16, poważna krytyka nie wchodzi tu w grę. Chociaż chwila, Michael Sheen był w tej części? Sprawdzam, sprawdzam... Był. Tak, Lirito widziała trzy części "Zmierzchu", ale poza tą pierwszą, o której wiem na pewno, że była chronologicznie pierwsza, dalej nie mam pojęcia, która jest która.
Czyli "Zmierzch: Księżyc w nowiu" nie był najgorszym filmem wszechczasów. Dlaczego? Aaa, mianowicie temat główny tego zacnego dzieła - "The Meadow" - napisał Alexandre Desplat. Kompozytor muzyki filmowej, którego niekoniecznie trzeba uwielbiać (chociaż to idiotyczne, Desplata można wyłącznie uwielbiać), ale na pewno ma swój pewien rozpoznawalny styl i kilka rzeczywiście świetnych osiągnięć, co potwierdzi nie tylko ilość nominacji, ale nasze własne uszka.
Nazwisko Desplata sprawdziłam po raz pierwszy przy okazji "Syriany", czyli osiem lat temu. Ale dopiero muzyka do "Ostrożnie, pożądanie" Anga Lee, która pozostała raczej niezauważona (przynajmniej w aspekcie nominacji do nagród wszelakich), wzbudziła miłość w oziębłym sercu Liritio. A film "Ostrożnie, pożądanie" faktycznie zobaczyłam dopiero w zeszłym roku. W grudniu. Zupełnie niedawno. I zabawnie ogląda się film, o którego treści nie ma się wielkiego pojęcia, ale muzykę w tle zna się na pamięć.
I tak, powtarzam się (i mam zamiar się tak powtarzać po wsze czasy), a ponad trzy lata temu już raz napisałam o tym panu, jeszcze na starym blogu.
Kojarzycie "Królową", kojarzycie "Jak zostać królem", "Harry'ego Pottera i Insygnia Śmierci", "Autora widmo", "Malowany welon", "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" i "Dziewczynę z perłą", od której chyba rozpoczęła się międzynarodowa rozpoznawalność Desplata.
A w tym roku ponownie nominacja... Nie mogę już patrzeć na nazwisko Johna Williamsa, chociaż nie znaczy to, że Williamsa nie doceniam. Ale dajcie spokój, on ma już cztery pięć Oscarów, a w zeszłym roku był nominowany do dwóch. Dwóch! A Desplat do żadnego.
A wiecie do jakich filmów Desplat robił muzykę w 2011 roku? Do "Drzewa życia" Malicka, do ostatniego Pottera Yatesa, do "Rzezi" Polańskiego, do "Id Marcowych" Clooneya, "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Stephena Daldry (reżyser "Godzin" i "Lektora") i do małego filmu Daniela Auteuila, "Córka studniarza"... Ale do francuskich filmów Desplat trzaska soundtracki od zarania dziejów. Jego dziejów, oczywista.
Hans Zimmer ma jedną statuetkę z dziewięciu nominacji. Howard Shore zdobył dwie z trzech nominacji - ale on wygrał "Władcą Pierścieni", a wiemy wszyscy, że Akademia wpadła w istny amok pierścieniowy.
John Powell... A tam, takie nazwiska. Wiecie ile Oscarów trzyma w łazience Ennio Morricone, który jest klasą samą w sobie, a nawet pewną marką? Żadnego. Zero. Morricone był nominowany do Oscara pięć razy, John Williamstrzydzieści czterdzieści osiem. Nagle fakt, że ma ich aż pięć zmienia się w "tylko pięć" i dwie statuetki Shore'a za kolejne części jednego filmu stają się śmiechu warte. Mogę stwierdzać, że Akademia nie wie co robi, czego dowodem jest przykład Morricone, a jednocześnie mogę przyznawać rację, że John Williams tworzył muzykę do legendarnych filmów, i to muzykę, która sama w sobie stawała się legendarna. Ale dość, wystarczy, proponuję ograniczyć nominację dla Williamsa do cyklu trzyletniego, niech zostawi trochę miejsca innym...
Liritio chce Oscara dla Alexandre Desplata! Hasło coroczne, a Akademia nie ułatwia mojego chcenia - Desplat jest nominowany prawie rok w rok (a kiedy nie jest, prawdopodobnie powinien być) i ja prawie rok w rok nerwy strzępię w złudnej nadziei. Rok 2012 to muzyka do "Rust and Bone" Audiarda - ale wśród Francuzów, jak napisałam, Desplat uznania nie musi szukać i ostatnie dwie dekady pisał muzykę do wszystkich filmów Audiarda, jedynie poza "Salonem piękności Venus" - "Moonrise Kingdom" Andersona, "Zero Dark Thirty" Bigelow i wreszcie nominowany za "Argo" Afflecka.
Po cóż to wymienianie? Dla zaznaczenia różnorodności. Desplat tworzy spokojne ścieżki dźwiękowe, takie niby plum, plum, ale potrafi tym plumkaniem odmalować każdą galerię wrażeń. I różnorodni reżyserzy (chociaż to może raczej producenci) z nim współpracują przy różnorodnych filmach, sławnych filmach.
Czyli Liritio czeka, zaciska zęby i wyczekuje Oscara. Pewnie jeszcze nie w tym roku...
A czekam wiernie na tę chwilę, nawet wierniej niż na Oscara dla Johnny'ego Deppa.
Chociaż Depp również, bądź co bądź, sprawy nie ułatwia, od lat nie miał olśniewającej roli i ja się tak nie bawię... Czy możemy cofnąć się cofnąć w czasie i jednak dać mu Oscara za Jacka Sparrowa? Chociaż nie, bo wtedy wygrał Sean Penn, któremu również kibicujemy. To może rok później za Rochestera z "Rozpustnika" (chociaż w roku kiedy grał Rochestera, wypadła rola Jamesa Barrie, za którą go łaskawie nominowali... ale wedle mojej skromnej opinii Depp był znacznie lepszym Rochesterem niż Barriem). Wtedy wygrał Jamie Foxx, ale jemu bym nagrodę zabrała. Nie, żeby nie zasłużył, ale lobbując Deppa nie mam miejsca na wielkoduszność, nawet jeśli Foxx był najlepszym Rayem Charlesem jakiego można sobie wyobrazić. Poza oczywiście Rayem oryginalnym.
Ogółem Depp, jak na aktora tej klasy, ma zaskakująco mało wygranych nagród. Nie jest to casus aż tak tragiczny, co przypadek Leonardo DiCaprio, ale nadal... Że już nie wspomnę o Johnie Malkovichu, który nie był nominowany od prawie dwudziestu lat. Halo, Akademia! Swoją drogą, Malkovich też pojawił się w "Rozpustniku" jako król Karol II. W ogóle ten film miał znakomitą obsadę - Johnny Depp, John Malkovich, Samantha Morton, Tom Hollander, Rupert Friend, Rosamund Pike - a raczej nie pamiętam żeby był jakoś dobrze przyjęty, co zadziwia mnie do dziś. Spodziewajcie się w przyszłości powrotu do "Rozpustnika", jako że ten film utkwił mi w pamięci nie tylko ze względu na Deppa, chociaż również w "Rozpustniku", jak wszędzie, Depp kradnie sceny większości.
I w oczekiwaniu na jego Oscara wierzymy w "Shantaram", które może kiedyś powstanie. Bo mam wrażenie, że jest to na razie jedyny film w projektach Deppa, w którym będzie mógł ponownie nas zaskoczyć.
A tegoroczne Oscary ucieszyły mnie jedynie piosenkami. W końcu ponownie pięć, wreszcie coś naprawdę dobrego. Chociaż "Skyfall" Adele nie wzbudzało we mnie większych wzruszeń, każde pojawienie się na scenie Nory Jones czyni świat lepszym. A wygra pewnie "Pi's Lullaby" i to również nie będzie najgorsze, co może się nam przydarzyć.
Inne kategorie średnio mnie w tym roku zafrapowały, chociaż jak zwykle stawiam kilka warunków.
Nie dla "Wroga numer jeden" jako najlepszego filmu roku! Chociaż wszyscy mamy chyba to samo wrażenie, że wygra "Lincoln" albo ewentualnie "Lincoln"?
Nie dla Jessiki Chastain! Ale to dlatego, że jej po prostu najzwyczajniej w świecie nie lubię.
I ogromne NIE dla Spilberga, psik, psik, od Oscara łapki precz.
A najważniejszy jest Oscar dla Phoenixa, tutaj alternatywy nie wybaczę. W ogóle... W ogóle nie. "Mistrza" widziałam, nie wspomniałam o tym, bo nie miałam pomysłu jak. Ale o ile do treści filmu, do Andersona, do czegokolwiek można tam się przyczepić, to nie do obsady. Cała trójka mogłaby wygrać i byłyby to nagrody w pełni zasłużone. A o Oscara dla Phoenixa bardzo pięknie proszę Wróżkę Zębuszkę.
Czyli "Zmierzch: Księżyc w nowiu" nie był najgorszym filmem wszechczasów. Dlaczego? Aaa, mianowicie temat główny tego zacnego dzieła - "The Meadow" - napisał Alexandre Desplat. Kompozytor muzyki filmowej, którego niekoniecznie trzeba uwielbiać (chociaż to idiotyczne, Desplata można wyłącznie uwielbiać), ale na pewno ma swój pewien rozpoznawalny styl i kilka rzeczywiście świetnych osiągnięć, co potwierdzi nie tylko ilość nominacji, ale nasze własne uszka.
Nazwisko Desplata sprawdziłam po raz pierwszy przy okazji "Syriany", czyli osiem lat temu. Ale dopiero muzyka do "Ostrożnie, pożądanie" Anga Lee, która pozostała raczej niezauważona (przynajmniej w aspekcie nominacji do nagród wszelakich), wzbudziła miłość w oziębłym sercu Liritio. A film "Ostrożnie, pożądanie" faktycznie zobaczyłam dopiero w zeszłym roku. W grudniu. Zupełnie niedawno. I zabawnie ogląda się film, o którego treści nie ma się wielkiego pojęcia, ale muzykę w tle zna się na pamięć.
I tak, powtarzam się (i mam zamiar się tak powtarzać po wsze czasy), a ponad trzy lata temu już raz napisałam o tym panu, jeszcze na starym blogu.
Kojarzycie "Królową", kojarzycie "Jak zostać królem", "Harry'ego Pottera i Insygnia Śmierci", "Autora widmo", "Malowany welon", "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" i "Dziewczynę z perłą", od której chyba rozpoczęła się międzynarodowa rozpoznawalność Desplata.
A wiecie do jakich filmów Desplat robił muzykę w 2011 roku? Do "Drzewa życia" Malicka, do ostatniego Pottera Yatesa, do "Rzezi" Polańskiego, do "Id Marcowych" Clooneya, "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Stephena Daldry (reżyser "Godzin" i "Lektora") i do małego filmu Daniela Auteuila, "Córka studniarza"... Ale do francuskich filmów Desplat trzaska soundtracki od zarania dziejów. Jego dziejów, oczywista.
![]() |
| Oto człowiek nominowany do Oscara 48 razy... |
John Powell... A tam, takie nazwiska. Wiecie ile Oscarów trzyma w łazience Ennio Morricone, który jest klasą samą w sobie, a nawet pewną marką? Żadnego. Zero. Morricone był nominowany do Oscara pięć razy, John Williams
Po cóż to wymienianie? Dla zaznaczenia różnorodności. Desplat tworzy spokojne ścieżki dźwiękowe, takie niby plum, plum, ale potrafi tym plumkaniem odmalować każdą galerię wrażeń. I różnorodni reżyserzy (chociaż to może raczej producenci) z nim współpracują przy różnorodnych filmach, sławnych filmach.
Czyli Liritio czeka, zaciska zęby i wyczekuje Oscara. Pewnie jeszcze nie w tym roku...
A czekam wiernie na tę chwilę, nawet wierniej niż na Oscara dla Johnny'ego Deppa.
Chociaż Depp również, bądź co bądź, sprawy nie ułatwia, od lat nie miał olśniewającej roli i ja się tak nie bawię... Czy możemy cofnąć się cofnąć w czasie i jednak dać mu Oscara za Jacka Sparrowa? Chociaż nie, bo wtedy wygrał Sean Penn, któremu również kibicujemy. To może rok później za Rochestera z "Rozpustnika" (chociaż w roku kiedy grał Rochestera, wypadła rola Jamesa Barrie, za którą go łaskawie nominowali... ale wedle mojej skromnej opinii Depp był znacznie lepszym Rochesterem niż Barriem). Wtedy wygrał Jamie Foxx, ale jemu bym nagrodę zabrała. Nie, żeby nie zasłużył, ale lobbując Deppa nie mam miejsca na wielkoduszność, nawet jeśli Foxx był najlepszym Rayem Charlesem jakiego można sobie wyobrazić. Poza oczywiście Rayem oryginalnym.
![]() |
| Johnny jako rozpustny hrabia Rochester, John "you will not like me" Wilmot. |
I w oczekiwaniu na jego Oscara wierzymy w "Shantaram", które może kiedyś powstanie. Bo mam wrażenie, że jest to na razie jedyny film w projektach Deppa, w którym będzie mógł ponownie nas zaskoczyć.
A tegoroczne Oscary ucieszyły mnie jedynie piosenkami. W końcu ponownie pięć, wreszcie coś naprawdę dobrego. Chociaż "Skyfall" Adele nie wzbudzało we mnie większych wzruszeń, każde pojawienie się na scenie Nory Jones czyni świat lepszym. A wygra pewnie "Pi's Lullaby" i to również nie będzie najgorsze, co może się nam przydarzyć.
Inne kategorie średnio mnie w tym roku zafrapowały, chociaż jak zwykle stawiam kilka warunków.
Nie dla "Wroga numer jeden" jako najlepszego filmu roku! Chociaż wszyscy mamy chyba to samo wrażenie, że wygra "Lincoln" albo ewentualnie "Lincoln"?
Nie dla Jessiki Chastain! Ale to dlatego, że jej po prostu najzwyczajniej w świecie nie lubię.
I ogromne NIE dla Spilberga, psik, psik, od Oscara łapki precz.
A najważniejszy jest Oscar dla Phoenixa, tutaj alternatywy nie wybaczę. W ogóle... W ogóle nie. "Mistrza" widziałam, nie wspomniałam o tym, bo nie miałam pomysłu jak. Ale o ile do treści filmu, do Andersona, do czegokolwiek można tam się przyczepić, to nie do obsady. Cała trójka mogłaby wygrać i byłyby to nagrody w pełni zasłużone. A o Oscara dla Phoenixa bardzo pięknie proszę Wróżkę Zębuszkę.
Etykiety:
Alexandre Desplat,
Joaquin Phoenix,
John Malkovich,
Johnny Depp,
ludzie,
muzyka,
Oscar















