Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2013

Sierpniowa Liritio, czyli już jakby miniona

Liritio miewa ostatnio szczęście do książek, możliwe, że trochę szczęściu pomaga, uparcie przekładając wszystko inne Światem Dysku, ostatnie nastroje Liritio nie pozwalają na filozofie i dramaty, poza tym czasu coraz mniej. Jeszcze na dodatek (prawie) nigdy nie jest tak, żebym czytała tylko jedną książkę, więc proces finiszowania się rozwleka.

Odkąd po cudnym "Łups!" Liritio złapała chrapkę na Pratchetta, pochłonęła "Bogowie, honor i Ankh-Morpork", jak zwykle radosna przy znanej pratchettowości.

Tym razem Ankh-Morpork było w stanie wojny z Klatchem, Vimes posiłkował się mądrością książki genialnego Tacticusa, Vetinari jak zwykle kradł moje serce swoją spokojną przebiegłością, a straszny pustynny lud D'Regów spotkał na swojej drodze (na mocno wojennej drodze) niezwykłego Kapitana Marchewę.
Cytat z Tacticusa, którego wojskowy geniusz nie ulega żadnej wątpliwości po skończeniu książki, jakbyście mieli w planach prowadzenie jakiejś inwazji, jest jak znalazł.
"Po pierwszej bitwie w Sto Lat sformułowałem zasadę, która dobrze mi służyła w innych bitwach. Brzmi ona: jeśli przeciwnik ma niezdobytą twierdzę, dopilnuj, żeby w niej został."
"Bogowie, honor i Ankh-Morpork", Terry Pratchett, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, str. 208.
Zrobiłam małą przerwę na świetną książkę Richarda Bradforda, "Tak daleko do nieba" (tak blisko do Teksasu), zdziwiona, że od razu zaczęłam ją uwielbiać, a jeszcze bardziej zdziwiona, że w żadnej (prawie) bibliotece nie można jej dostać. Ale jeśli macie możliwość, czytajcie Bradforda, warto.

Kończąc "Tak daleko do nieba" ze złośliwym uśmiechem na ustach, płynnie przeszłam do "Prawdy" (nadal Pratchett, nadal Ankh-Morpork) i jestem zachwycona chyba na równi z "Piekłem pocztowym". Wśród bardzo różnych książek Pratchetta, "Prawda" zdecydowanie należy do tych najlepszych, a jeszcze jej nawet nie skończyłam.

Obecnie podczytuję "Młodszego księgowego" Dehnela i coraz bardziej się cieszę. Pierwsze dwa felietony mnie nie porwały, ale potem... Złośliwość jest zacna, śmieję się miejscami do tych komentarzy niczym głupi do sera. Jest z czego się śmiać, Dehnel w złośliwości bywa elegancki, stąd moja sympatia, spostrzegawczy, nie nadyma się. Oczywiście, skoro Dehnel, wiadomo, trochę przeintelektualizowany, trochę snob, tu i tam na wyrost, tu i tam generalizuje aż nadto. Ale inteligencja i humor są najważniejsze, wszelakie ludzkie wady kłaniają się tym dwóm zaletom, więc "Młodszego księgowego" lubię coraz bardziej.

Jeśli mówić o Dehnelu, najlepiej pamiętam "Lalę", którą dawno temu bardzo bezczelnie zabrałam koleżance na wakacyjnym wyjeździe (kiedy ona była gdzieś w połowie książki, zbrodnia to niesłychana...), niby to zerknąć na kilka pierwszych stron. Tzn., miałam szczery zamiar zerknąć, przekartkować, ustalić czy warte czytania, po czym oddać i poczekać grzecznie na swą kolej. Plan upadł, oddać już nie chciałam.

A w tzw. międzyczasie przeczytałam (baaaaardzo powoli) "Daleko stąd. Podróż afrykańską" E. Waugh'a, utwierdzając się w przekonaniu, że nie ma kontynentu (poza Europą) fascynującego mnie na równi z Afryką. Waugh, jak "Powrót do Brideshead", angielski, trochę smutny, nostalgiczny, cierpki, czarujący.

Za to przed Dehnelem, Bradfordem i jeszcze przed falą chęci na Pratchetta sięgnęłam po książkę Rosy Montero, "Łzy w deszczu". Połknęłam ją w trzy dni i jestem niezmiennie zaskoczona, jak bardzo mi się podobała i jak mocno różni się od innych przetłumaczonych na polski książek tej autorki.

Futuryzm jest podstępnym tematem, zdaje się, że mimo nieograniczonego (względnie nieograniczonego) pola do popisu, nasze wizje mniej więcej pokrywają się z wizjami innych, a więc albo kryzys atomowy, albo degeneracja planety i różne wersje androidów.

Już samo to, że polubiłam upartą bohaterkę było pewnym zdziwieniem. Ale polubiłam, Bruna jest trochę komiksowa, aczkolwiek może tak właśnie powinno być, skoro jest androidem. Uwikłana w tajemnicze knowania stara się dojść do prawdy, w czym pomaga jej przyjaciel, archiwista historii świata (Montero bardzo ciekawie rozpisała naszą najbliższą przyszłość, mniej katastroficznie niż większość podobnych książek, choć nadal ponuro). Ważną rolę w wydarzeniach odgrywa też pewien pamięciopisarz (androidom pisze się pamięci) i policjant prowadzący dochodzenie w sprawie dziwnych i bardzo groźnych zachowań pozornie losowych androidów. Spiski, morderstwa, podejrzani, podejrzani...

Bardzo dobra, barwna książka, trochę wciągającej intrygi, trochę rozważań nad kondycją świata, Rosa Montero ponownie trafiła do mnie jak w dziesiątkę. I ostatnia biała niedźwiedzica, którą widać na okładkach hiszpańskich wydań, niedźwiedzica, która jest, ale już jej nie ma, serce mi prawie złamała.

I z takim sercem, przez niedźwiedzia prawie złamanym, mogę witać wrzesień, który po dwóch dniach szarych, mokrych i okropnych (jest rym, jest zabawa), wraca jednak do bycia ładnym wrześniem. Tak trzymać.

Skoro jesień, skoro niedźwiedź, to chyba Osiecka i Krajewski.
Uciekaj moje serce
W wersji live, żeby nie było. Piski fanek są.


poniedziałek, 2 lipca 2012

Clarkson i powroty/nawroty.

"Świetnie, ale jak myślicie, jakiego słowa użyliby ludzie z innych stron świata aby podsumować Brytyjczyków? (...)tak naprawdę sądzę, że przeważająca część określiłaby nas jako "uprzejmych"(...) Ale to wyobrażenie jest dalekie od prawdy, ponieważ jeśli chodzi o uprzejmość, uważam, że w rzeczywistości Brytyjczycy plasują się pomiędzy Izraelczykami a lampartami morskimi, tymi grubymi, złośliwymi kanaliami, które zabijają pingwiny dla zabawy."
Jeremy Clarkson, "I jeszcze jedno... Świat według Clarksona 2", Wyd. Insignis, Kraków 2007, str.367.
Hm, w sumie dobrze znam niewielu Brytyjczyków i równie niewielu Izraelczyków, ale coś w tym może jest...
A już bardziej serio, zdziwiłam się, że podczas czytania książki Clarksona ani razu nie zirytowała mnie jego arogancja, silenie się na kontrowersyjność i sporadyczne (no, może nawet częste) bzdurne wyszydzanie.
Jest lato, lekka literatura powinna zawitać na salony? Oj nie, takich podziałów nigdy nie uskuteczniałam, chociaż faktem jest, że na plaży nieco lepiej czyta się Bukowskiego, niż dajmy na to, Tołstoja. Ale z drugiej strony, każdemu wedle potrzeb, tak?

Clarkson ma to do siebie, że często nie ma racji. Albo inaczej, często krytykuje na wyrost. Ale na wielu stronach prezentuje uroczo bezczelne poczucie humoru, więc jeżeli nie potraktować go zbyt poważnie, wiele z jego felietonów czyta się świetnie.
Mnie czytało się tym świetniej, że również nie znoszę bhpowców, szalonych ekologów i pochodnych... A komentarze do rzeczywistości politycznej i medialnej sprzed ośmiu lat, to się dopiero śmiesznie na duszy robi. Jakiś dziwaczny wehikuł czasu. Niby wiele nowego, niby tamtego już nie ma, ale przecież nic się na dobrą sprawę nie zmieniło. Aż dziwnie przykro się robi.

I wspomnienie kilku odcinków "Top Gear", na które trafiłam w życiu... Tak, ten program jest zabawny, nikt nie zaprzeczy. Clarksona więc czytać można spokojnie, ale też nie łamałabym nóg biegnąc po książkę.

Jeszcze z mojego ulubionego fragmentu o Centrum Ziemi:
"Powiedzieli nawet, że takiego systemu zasilanego energią słoneczną, jak w Centrum Ziemi, można by używać w domu "za cenę motorówki". 
Rozumiem. A jak myślicie, ilu ludzi powiedziałoby: "Nie, nie kupię sobie dwunastometrowego jachtu Sunseeker. Zamiast tego wydam pieniądze na jakiś durny system zasilania, dzięki któremu za każdym razem, gdy będzie pochmurno, mój czajnik nie będzie działał."? A przede wszystkim, ilu ludzi ma taki wybór?".
Jeremy Clarkson, "I jeszcze jedno... Świat według Clarksona 2", Wyd. Insignis, Kraków 2007, str.258.
Dlaczego Liritio bardziej nie ma, niż jest?
Przyczyn jest wiele, najważniejsze: niechciej, praca i kręcenie się za własnym ogonem.
Dlaczego? Ostatnio nic nowego się nie zdarza, bo Lirito wraca do starego. Wracała pół maja, cały czerwiec i teraz odważnym krokiem wkracza w lipiec, odważnym, aczkolwiek nadal wstecznym.
Bowiem o ile nie mówimy o serialach, ostatnio nie oglądam niczego, czego już nie widziałam.
Pomijam fakt, że ostatnio niczego prawie nie oglądam tak czy siak, ale jak już mam czas to wołają mnie filmy znane i kochane, które przyswajam komfortowo i radośnie.
Jak "Kill Bill" Tarantino, Michael Madsen jest moim faworytem od lat, jeżeli chodzi o role twardzieli, którzy rozdają strzały i ciosy na prawo i lewo.
Ale nie mam się czego wstydzić, Tarantino to samograj, wraca się przednio. Ostatnio chodzi mi po głowie "Pulp Fiction", Travolta, Samuel L. Jackson i oczywiście Zed is dead baby. 

Jednak wracanie do starego to jedno, a olewanie bloga to drugie. Czemuż to o starym pisać nie mogę? Czy ja kiedykolwiek skrobnęłam choć słowo o filmach Tarantino albo Guya Ritchie, które przecież oglądam ciągle od nowa i od nowa? A propos, "Sherlock Holmes. Gra cieni" wpędził mnie w depresję i zamknęłam się w sobie. Ritchie i tak rozwlekle nudny film? Świat się kończy.

Ale, ale! Padłam ofiarą pierwszego sezonu "Gry o tron" i przepadłam. Przed serialami niech mnie los strzeże, połykają niewinną Liritio i wypluwają nieszczęśliwie zakochaną w fabule, postaciach i klimacie, żeby poczekała sobie na kolejny sezon. Cudownie.

Czyli mamy nadzieję na przyszłość, tym razem Liritio może się reaktywuje na dobre. Nadzieję budzą we mnie bodźce ze świata, które powoli do mnie trafiają.
Chociażby jedna zagwozdka: kim jest Tom Hiddleston, dlaczego wszędzie go pełno i kiedy wpadnie mi w ręce jakiś jego film? Nie chcę oglądać "Thora"... Nie chcę wcale. Ale "Avengersów" jakoś zniosę.

wtorek, 11 stycznia 2011

"W łóżku z Jokastą", Richard Glover.

Jak się powiedzie zamysł według planu, jest szansa na post krótki (czasu nie ma) i na temat (hmm... temat szeroki).

Przede wszystkim wypadałoby zaznaczyć, że chociaż zbioru artykułów Richarda Glovera nie doczytałam do końca, wynikało to raczej ze zmęczenia materiału czytelniczki, niż z jakiejś jego nieudolności tworzenia.
Nie poraził mnie ani oryginalnością, ani dowcipem, ale przy lekturze jego poglądów, które ewoluowały podczas życia z małżonką - Jokastą, nie męczyłam się, w kilku momentach nawet szeroko uśmiechnęłam. I właściwie w nierówności poziomu leży sedno problemu - felietony Glovera nie są specjalnie krótkie, w większości dotyczą ogólnego tematu życia w rodzinie, co gdzieś w połowie robi się nieznośnie monotonne.
A za każdym razem, kiedy już miałam książką rzucać w kąt, pojawiał się fragment, przy którym parskałam śmiechem i pełna nowego zapału przewracałam kolejne strony. Tak przewracałam, aż w pewnym momencie dopadł mnie smok wiedzy akademickiej i wtrącił wszystkie dodatkowe rozrywki z rąk - a potem już do Jokasty i jej męża nie powróciłam.

Jest to więc lektura przeciętna, ale w morzu książek zdecydowanie złych i przeciętność się sprzedaje. Do nieprzeciętności zabrakło albo znacznie bardziej odkrywczych spostrzeżeń, albo znacznie zabawniejszego, może bardziej ciętego dowcipu.

Jednakże, skoro jest okazja, chciałabym wspomnieć innego pana, również skupiającego się na formie krótkiej, którą komentuje życie rodzinne sielsko-anielskie i czyni to w sposób lepszy, niż pan Glover.
Mam tu na myśli Leszka Talko, którego dwa zbiorki felietonów "Talki w wielkim mieście" i "Talki z resztą" uprzyjemniły mi kilka wieczorów. W przeciwieństwie bowiem do odrobinę nużących opowieści Glovera, Talko przedstawia siebie i Mżonkę z przymrużeniem oka, momentami wręcz groteskowo, biorąc pod lupę różnorakie zachowania swoje i znajomych. Więcej humoru, więcej zwięzłości, wniosek: więcej mojej radości.

Felietony humorystyczne to podstępne stworzenia, już prawie się autorowi udają i puenta się w ostatniej chwili wyślizguje. Już prawie się przy nich uśmiecham, a potem jednak nie.
Kiedy byłam znacznie młodsza lubiłam czytać zbiorki autorstwa Joanny Szczepkowskiej - a teraz, po kilku latach chciałam wrócić do ulubionych fragmentów i co? Oczywiście niezmiernie irytowała mnie jej poetyckość i wszędzie podkreślana insza inszość.
Dlatego też w takim gatunku, mimo ciągłych prób oswojenia się z nowymi autorami, warto mieć swoją krainę szczęśliwości, do której możemy zawsze wrócić jak do starego znajomego i na nowo uśmiechać się do znanych już motywów.

Oczywiście Umberto Eco i "Zapiski na pudełku od zapałek" bym wymieniła w polecanych.
Podrzuconego wyżej Leszka Talko...
Ach, jeszcze mojego ulubieńca, Davida Sedarisa, którego jedynej przetłumaczonej na polski książki, "Zjem to, co ma na sobie" (oryginał: "Me Talk Pretty One Day"), dotyczyła moja pierwsza (zdecydowanie nie najlepsza stylistycznie - "nie najlepsza" w rozumieniu, że zła) recenzja jeszcze na poprzednim blogu. Od tamtego czasu przeczytałam większość jego książek i towarzyszy mi teraz w pochmurniejszych momentach życia już od lat, a moja miłość do jego tekstów nie przemija, jedynie dojrzewa. Sam optymizm z tego faceta bije i ja również chciałabym się tego optymizmu nauczyć.

poniedziałek, 3 maja 2010

"Przewodnik po kobietach według Franciszka Starowieyskiego", Izabela Górnicka-Zdziech.

I mnie się nie podobało, aż przykro. Na początek przeczytałam kilka recenzji, żeby zobaczyć, czy to ja jestem jakaś dziwna, czy jednak jest w tej książce coś niezwykle irytującego. Cóż, chyba jednak ja jestem dziwna. W kilku tekstach przewijał się komentarz, jak to żal, że Franciszek Starowieyski już nigdy nic nie opowie/napisze (w sumie nie on tutaj pisał). Dziwaczne stwierdzenie, mnie tam szkoda, że on już nigdy nic nie narysuje. Na starym blogu pisałam o Starowieyskim i o plakacie do "Portretu Doriana Graya", ale może zamiast tamtego tekstu podam po prostu po raz kolejny link do strony Starowieyskiego z Polskiej Galerii Plakatu.

Niemiłym zaskoczeniem jest, kiedy człowiek, ceniony bardzo w jakimś zakresie, okazuje się niezbyt pociągający jako osoba. Z jednej strony wiem, że Franciszek Starowieyski był grafikiem, a nigdzie nie napisano, że artysta plastyk to od razu interesująca osobowość. Ale patrząc na jego prace spodziewałam się czegoś innego. Kogoś dużo ciekawszego i oryginalniejszego.

Może tak, w "Przewodniku po kobietach" zanotowanych jest mnóstwo ciekawych spostrzeżeń, ale ani jednego na temat kobiet, które urzekałoby błyskotliwością. Czy naprawdę aż tak warta uznania jest jego bezpruderyjność? Chyba nie w naszych czasach. Oczywiście przeczytać można, nawet bezboleśnie, ale irytowały mnie nawet nie te stwierdzenia, które zaskakiwały bezczelnością czy dosadnością, raczej ogólnie potwornie przedmiotowe podejście do tematu kobiety. Możliwe, że wynikające z ogólnego nastawienia do płci pięknej jak do materiału dla artysty. Według Starowieyskiego kobieta powinna być taka, siaka i owaka, z częścią jego stwierdzeń się nawet zgadzam, ale brakowało mi potraktowania pań jak tworów, które posiadają jakąkolwiek osobowość i charakter.

Natomiast nie zaprzeczę, że czytać można "Przewodnik po kobietach" pod kątem informacji i komentarzy na temat polskiego ziemiaństwa. Tak, o tym Starowieyski mówi ładnie i interesująco. Chociażby dowiedziałam się o służbie rękodajnej czy rodzajach powozów, a jego odrobinę wielkopańskie komentarze nawet dodawały uroku tym spostrzeżeniom. Gdyby tylko o kobietach umiał opowiadać tak ładnie, jak o meblach czy perłach swojej ciotki. Ale też nie tylko, również o ludzkich charakterach całkiem składnie się wypowiadał, tyle że nie w kontekście analizowania kobiet.

Także sama nie wiem, czy polecić "Przewodnik po kobietach" jako warty przeczytania. Możliwe, że wcześniejsze części, "Przewodnik zacnego kolekcjonera" i "Przewodnik intelektualnego snoba", są lepsze. Właściwie na pewno są lepsze.
A teraz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Franciszek Starowieyski był potwornie pospolitym facetem. Aż dziwne, kiedy spojrzeć na jego rysunki. Wręcz niemożliwe. Będę musiała przeczytać części wcześniejsze i sprawdzić.

sobota, 9 stycznia 2010

"Zapiski na pudełku od zapałek", Umberto Eco.

Umberto Eco – pisarz tak znany, że słownik Worda rozpoznaje jego imię i nazwisko. Dlaczego? Przyznam szczerze, że nie wiem, podejrzewam, że spory talent i rewelacyjny PR odniosły tak świetne efekty.
„Imię Róży” lubię na odległość, czytałam dwa razy w życiu, z czego tylko raz ze zrozumieniem. Trzeciego razy chyba nie będzie, a przynajmniej nie w najbliższych latach.
„Wahadło Foucaulta" pokonało mnie bez trudu, sto stron i leżałam na deskach znużona zawiłością i powalona objętością.
„O bibliotece” czytało się bardzo przyjemnie.
A teraz „Zapiski na pudełku od zapałek”. Rozbawiły mnie do łez, miejscami trochę znudziły, ale podsumowanie wychodzi na zdecydowany plus. Czyli kolejna książka Eco, którą faktycznie polubiłam. Sukces.

„Zapiski…” to zbiór felietonów z lat 80tych i 90tych, pisanych dla mediolańskiej gazety „L’Espresso”. Zbiór bardzo nierówny, na dodatek nie jestem w stanie odkryć, w jaki wzór układają się lepsze i gorsze kawałki. Faz księżyca? Ustawione są chronologicznie i na przemian zachwycają niezwykle celne i dowcipne zdania oraz szczerzą się trochę słabsze, trochę nudne i jakby wymęczone felietony.

W skrócie można by opisać „Zapiski…” jako vademecum współczesnego człowieka. Jak żyć przedstawione zdaniem „jak funkcjonować”, a jeszcze dokładniej – ironiczne i prześmiewcze komentarze do absurdów rzeczywistości. Absurdów wszelakich, od „Jak pisać do katalogu wystawy”, przez „Jak wyrzucać do kosza telegramy” i „Jak wystrzegać się wdów”, aż po „Jak stosować wielokropek”. Dla każdego coś miłego się znajdzie.

Nie mogłabym powiedzieć, że to świetny zbiorek. Ale są w nim zdecydowanie świetne fragmenty. Ja się uśmiałam jak norka nad kilkunastoma felietonami i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko (dla zachęty oczywiście) podzielić się z Wami kilkoma uroczymi fragmentami. (możecie ich nie czytać – traktując poniższe wypisy jak spoilery)

Nigdy nie napadać nocą, kiedy koloniści niczego się nie spodziewają. Trzymać się zasady, że Indianin dokonuje napadu wyłącznie w świetle dnia.
(Jak być Indianinem)*

Jeśli chodzi o te osoby z personelu, które wspinają się po drabinie z półek znajdujących się na wysokości ośmiu metrów, winny zamiast ręki mieć protezę z hakiem, a to ze względów bezpieczeństwa.
(Jak urządzić bibliotekę publiczną)
**

Wyścig taksówkarza z Frankfurtu w porsche i taksówkarza z Rio w poobijanym volkswagenie wygrałby jednak taksówkarz z Rio, między innymi dlatego, że nie zatrzymuje się na światłach. Gdyby się zatrzymał, podjechałby inny poobijany volkswagen, pełen chłopców, którzy natychmiast wyciągnęliby ręce i zabrali mu zegarek.
(Jak korzystać z taksówki)***

I mój ulubiony Jak kupować gadżety- oplułam się herbatą – który musiałabym zacytować w całości, więc nie zacytuję w ogóle.

„Zapiski…” nie są ani odkrywcze, ani genialne. Ale są przyjemne, zabawne, a Eco prezentuje się w nich jako człowiek pełen autoironii, dystansu do świata i celnych spostrzeżeń. Według mnie te felietony to idealny poprawiacz humoru. A kiedy spoglądam za okno i widzę wszechogarniającą biel (czy ktoś powiedział, że kocha zimę?), „Zapiski…”, szczególnie czytane w cieple, a nie w lodowatym tramwaju, stają się jeszcze lepsze.

A tak już na marginesie, słodka sprawa z moim egzemplarzem tej książki się wiąże. Na ostatniej stronie, pod spisem treści, znalazłam notatkę ołówkiem z lutego 2008:
„Polecam każdemu, a szczególnie felieton „Jak podróżować z łososiem ” – beczka śmiechu. Marta Wiesławska”.

Ja również, podobnie jak pani Marta, polecam każdemu.

*"Zapiski na pudełku od zapałek", Umberto Eco, przekład Adama Szymanowskiego; Wyd. Historia i sztuka, 1993r., s.8
**ten sam, s.23
***ten sam, s.86