środa, 23 grudnia 2015

Trójka po raz pierwszy, czyli małe jest piękne (i zupełnie niemałe)

Liritio z nową energią podjęła pisanie bloga, co nie znaczy wcale, że częściej klika w magiczną ikonę "Opublikuj". Stąd też, ocalamy od zapomnienia, usprawniamy proces i zaczynamy przedświąteczną trójkę (świątecznie niezwiązaną).
Czy poza poniższy wybryk owa trójka cyklem wychynie... Któż wie?

Zawsze zastanawiają mnie "małe" filmy z wielką obsadą, o których wieść rzadko kiedy dociera do naszego polskiego grajdołka (a nawet jeśli, tyłem i na około).
Łatwo spotkać się z taką magią w kinie australijskim, kiedy wielkie gwiazdy (czując zew ziemi rodzinnej?) grają małe role w różnorakich filmach, o których świat mało słyszy. 
Jednak to wtręt, chociaż przywołałam Australię, akurat dzisiaj Liritio będzie pisała o kinie amerykańskim.

Jakbyście się krzywili na stwierdzenie "małe" filmy, nie krzywcie się. Właśnie takie są często moimi ulubionymi. Skromne w narracji, zgrabne w wątkach, zagrane przez trzy osoby na krzyż.
Perłą w koronie niezmiennie jest "Dróżnik", o którym Liritio niezmiennie nie pisze.
A nazywać film napisany przez Denisa Lehane'a "małym" to jednak lekkie faux pas, więc wiadomo, że ogólny wydźwięk się liczy, a literalnie (mam nadzieję) nikt tego nie traktuje.


God's Pocket, reż. John Slattery
Jakbyście mnie kiedyś zapytali o najbardziej depresyjny film, jaki widziałam, nie miałabym pojęcia. Ale "God's Pocket" może mogłoby pretendować do miana zwycięzcy w kategorii "depresja murowana", gyby nie to, że jest na to zbyt dobrym filmem. Chociaż rzeczywiście, jeśli by całość opowiedzieć, można się pociąć, zieje beznadzieją, nieudacznictwem i klaustrofobią lokalną.

Weźmy taką Christinę Hendricks, w "God's Pocket" gra kobietę oszałamiająco piękną i nieco odpychającą, charakter pogubiony i smutny. Też prawda, że cóż się dziwić. Jej syn, jakkolwiek dennym jestestwem by nie był, ginie w tajemniczych okolicznościach i grana przez Hendricks matka zostaje z jakimś kitem wciskanym przez niechętnych świadków.

Oczywiste jest, że trio Seymour-Hoffman, Jenkins i Turturro jest genialne (wiadomo, w czym genialni nie byli?). Ale "God's Pocket" to jeden z tych filmów, w których mrowie a mrowie smaczków można wymieniać długo...
Że Eddie Marsan to bezduszny grabarz i punkt kulminacyjny tragikomedii. Że ponura narracja zapijaczonego Jenkinsa trafia w punkt. Że biegnący za ciężarówką Hoffman to klaśnięcie się w czoło, ale i idealne dopięcie bezsensowności wszystkiego, co Slattery nam pokazuje. A Caleb Landy Jones zagrał postać tak odrażającą i rzeczywistą, że czapki z głów, rola krótka a świetna.

I niech mnie gęś kopnie, jeśli "God's Pocket" nie jest najbardziej kinematograficznie dopracowanym filmem, jaki w tym roku widziałam. Wdzięczne cukiereczki Wesa Andersona to jedno, a brzydotę też trzeba umieć przedstawić. Oczy bolą i mózg sztywnieje nad klimatem tego filmu, bardzo dobrze i pięknie nakręconego, o bardzo pospolicie brzydkim God's Pocket.

Results, reż. Andrew Bujalski
Zmiana nastroju (na weselszy) i krótka historia o tym, że Liritio chyba wierzy żółtym plakatom. "Results" było jeszcze kompletnie anonimowe, kiedy twardo postanowiłam film zobaczyć. Można to nazywać syndromem "Little Miss Sunshine" (kiedy to było...) albo magnetyczną siłą Guya Pearce'a w obsadzie. Wedle uznania.

"Results" Bujalskiego są raczej początkiem jego twórczości i ładnie rokują na przyszłość. Chociaż nie da się nie zauważyć, że film dialogiem stoi, ale to pewnie kwestia ograniczonego budżetu. Z drugiej strony, kiedy w obsadzie ma się Pearce'a, po co komu dobre plenery.

"Results" to film uroczy, śmieszny i (co Lirtiio lubi) spójny. Ach, i jest wielki pies, samotny i ekscentyczny milioner (wcale nie  w tym charyzmatycznym wydaniu), Giovanni Ribisi w roli nietrafionego prawnika (Ribisi to zawsze zaleta), a Colbie Smulders zaczyna pojawiać się poza krainą Marvela, co mnie cieszy. Liritio czuje do aktorki sympatię i chętnie ją ogląda, niezależnie od roli, również jako neurotyczną trenerkę z siłowni. 

Co wskazuje, że niskobudżetowy film o życiu i tych sprawach jest dobry? Ma sens (to przy odrobinie szczęścia), nie robi wrażenia sztucznego i powoduje, że zapominamy o tym nieszczęsnym budżecie.

Kevin Corrigan jako dziwny pan z pieniędzmi jest cudowny. Nieprzystosowany społecznie (nie w ten czarujący sposób, w ten drugi sposób), niezręczny, namolny. I Pearce jako nastawiony na cele Trevor.
Nie wiem, może "Results" bawiły mnie aż tak, bo są bliskie prawdy. Ludzie są pokręceni, ale nie tak uroczo jak chce nam wmawiać Hollywood. A za życiem ciężko nadążyć, nawet kiedy nie oferuje spektakularnych zwrotów i zbiegów okoliczności, tylko płynie z dnia na dzień.

A może po prostu "Results" ma dobre dialogi, może to na początek wystarczy. I postaci na tyle ciekawie rozpisane i zagrane, że wyobrażam sobie oddzielny film z każdą z nich - częściowo dlatego, że "Results" w swojej kameralności nie wnika specjalnie w szczegóły. Ale również dlatego, że to jest naprawdę dobrze napisany scenariusz.

The Drop, reż. Michaël R. Roskam
Że na koniec zostawiłam najlepsze, nie nowość. I zacznę od tego, że Denis Lehane nie popełnia błędów, więc jego nazwisko działa na mnie jak magnes. 
"The Drop" przenosi na ekran napisany przez Lehane'a scenariusz jego własnego opowiadania, więc uznajemy, że wiedział, co robi.
O Roskamie nie wiem zbyt wiele, tyle że jest Belgiem i jego (póki co) główną gwiazdą jest Matthias Schoenaerts (chociaż w "The Drop" drugoplanowo). Dobry aktor, ostatnio w "Far from the Madding Crowd", a z lepszych filmów wymieniłabym "Rust and Bone", poprzedni film Roskama, "Głowa byka" czy nadchodzące "The Danish Girl".

Jeśli oglądaliście zaskakująco słabe "Child 44", może zauważyliście, że Tom Hardy i Noomi Rapace mają dobrą chemię ekranową. W "The Drop" poznają się nad szczeniaczkiem, więc ciężko o lepszy start.

Lehane nie pisze optymistycznych historii, ale też nie uderza w depresyjne tony, a takie filmy przemawiają do Liritio, szczególnie zagrane równie dobrze co "The Drop".
Film czwórki aktorów, Hardy jako małomówny Bob (jestem zakochana) prowadzi szemrany bar z wujkiem Marvem, którego wielostronny charakter Gandolfini gra wyśmienicie. Nie wiadomo, bać się go, żałować, lubić, a jednak nie... Stonowana i skomplikowana rola nie aż tak wielu scen, to już trzeba potrafić, a Gandolfini niewątpliwie potrafił.

W związku z psiakiem Bob poznaje Nadię (Rapace), której były chłopak nie tylko jest nieco nie ten-tego (swoją drogą, Schoenaerts to jeden z tych aktorów, którzy są niczym kameleon), ale na dodatek łączy go z Bobem pewna niemiła sprawa sprzed lat. A w tle plącze się piąte koło u wozu, detektyw Torres, też niezłe ziółko.

Liritio uwielbia złożoność Lehane'a, nawet taką zwięzłą. I charakterystyczny klimat wszystkich jego historii (chyba tylko "Wyspa skazańców" zbacza ze znanego toru), swojsko nieładnego miasta, ponurych interesów, blokowiska i betonu, zaszłości sprzed lat i postaci niczym bezpańskie psy. A "The Drop" wymieniałabym jako jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku.

piątek, 6 listopada 2015

O królach i tronach tu mowa...

Skojarzenia między-kulturalne są śmieszne. Na przykład to, jak długo wzbraniałam się przed lekturą "Korony śniegu i krwi", bo niechęć do serii "Pieśni lodu i ognia" George'a R.R. Martina wchodziła mi w paradę.

Wniosków mam kilka, różnie dobrych, czasem złych. Przede wszystkim jestem zachwycona, że ktoś wziął na warsztat rozbicie dzielnicowe (i historię w ogóle), które, nie zdziwiłabym się, jest zapewne jednym z najrzadziej zahaczanych okresów historii Polski (toż, tyle imion, tyle nazw, kto by się połapał, jak dynastycznych królów ciężko spamiętać, a co dopiero tę zgraję zabijaków...).

Historię lubię, wertuję, czytam - naukowo do tematu nie startuję absolutnie, ale w czytelniczym życiu obecny jest raczej stale, w różnym stopniu. I często jestem zawiedziona (nie tylko rodzimymi autorami, spokojnie), że mało znajduję tworów beletrystycznych, które nie pachną natchnionym wieszczem albo tanim badziewiem.
Ha, za to jak ostatnio uniknęłam natchnionego wieszcza (i badziewia), to Parnicki zawitał "Srebrnymi Orłami". Sama chciałam, już prawie (po pół roku) skończyłam pierwszy tom! Na temat Parnickiego i orłów mam trochę do powiedzenia - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się równie masochistyczne kontynuowanie lektury. Naprawdę, Parnicki i orły dają mi do wiwatu językowo, fabularnie również (czy Aaron w końcu schodzi ze sceny? Nie mogę znieść Aarona... A znoszę, trochę trauma).

Czyli wróć, Piastowie, Cherezińska, jest dobrze. Temat rzeka, co widać chociażby po objętości książki, a pustych słów w niej raczej nie ma. Więc jestem podekscytowana, że Cherezińska się sprzedaje (w sensie, że jest popyt), że tłumy czytają, są kolejne tomy i ogółem szczęście, że nie tylko znane, ale i o Piastach, i rzetelnie.

"Korona śniegu i krwi" idealnie nadaje się na scenariusz, wartkie dialogi, szyba akcja, a przy tym obrazowe to wszystko, mnie najbardziej poderwał Leszek Czarny (nieszczęsny los), ale w sumie każda z postaci jest chwytliwie rozpisana. Moze ta senariuszowa wartkość akcji (lata lecą!) jest wadą, jak kto woli kontemplację (jak na przykład ja), ale z drugiej strony, to zapewne trafia do większego zbioru czytelników. Jak widzicie, w przypadku "Korony..." nie tyle cieszy mnie moje zainteresowanie, co ogółu. Taka społeczna dzisiaj jestem.

Dlaczego społecznie zacieszona? Historii w szkołach często-gęsto kiepsko uczą (pomijam wyjątki, np. mnie w liceum uczyli dobrze, ale wcześniej - dramat, a jak poczytać książki szkolne, to już rozpacz lekka). O naszych rodzimych tworach filmowych można mieć tylko jedno zdanie (moje oczy!!). I potem cesarstwo rzymskie jako tako znane (bo "Rzym", "Spartakus", Kleopatra była ładna i w ogóle...), o Tudorach też coś świta, a nasze polskie poletko to tylko Piłsudzkiego Kasztanka i II Wojna Światowa. A fe, dużo więcej tam tkwi, dużo.

Wracając do Cherezińskiej, z historią dawną jest ciężko, mgliste to wszystko, nieładne, bo smród, choroby, śmierć wszechobecna, dzieci biegają z mieczami, a bazuje się na źródłach sprzecznych i wątpliwych. Wyobraźni trzymanej w ryzach realiów epoki trzeba, tutaj nie mam pytań, Cherezińska ma dar opowiadania, tę akcję się czuje, a co sobie sami dopowiemy, co sami wiemy, to nasze.
Spójna wizja, to drugie. I tutaj jest różnie, bohaterów przejmujących perspektywę pierwszego planu jest mrowie a mrowie (i mnie to przeszkadza), a czasu mało. O ile postaci umiejscowione przez autorkę w konkretnych szufladkach dobrze się w tym odnajduje, taki bardziej wycieniowany Przemysł II trochę się rozmywa. Niby główny bohater, a jakoś jego najmniej uchwyciłam.

"Korona śniegu i krwi" to też opowieść mocno romantyczna, nawet jeśli na pierwszy rzut oka tego nie widać. Jakub Świnka, szlachetny i nieszczęśliwy w braku korzeni. Albo Lukardis, ładna wizja powstała... I mój ulubiony Leszek Czarny, zakochany nieco krzywo i te powiewające kruczoczarne włosy, kiedy pędzi bić Tatarów.
Nie oponuję, autorka zaczynająca tak obszerny temat w formie powieściowej ma do swawoli prawo, szukając faktów możecie Jasienicę czytać (jakby on nie swawolił).
Tylko te ożywione herby... To nie, to odmawiam.

czwartek, 22 października 2015

"Sicario", reż. Denis Villeneuve i to drugie, które miało być, a nie jest.

Liritio poszła w niedzielę do kina na "Black Mass" i postanowiła napisać o "Sicario" z komentarzem na marginesie, że tak się to robi.

"Black Mass" teoretycznie ma podstawy do sukcesu: konkretną historię i bardzo drogą obsadę, która mogłaby ją brawurowo odegrać. I wszystko fajnie, gdyby nie to, że film pełen wątków i treści całkowicie pozbawiony jest jakiejkolwiek atmosfery.

Lepiej niż Szekspir nikt nigdy niczego nie ujął:  "Niech to wszystko się na kupie warzy w tej piekielnej zupie."
Czyli zabrakło tygrysicy dla nadania konsystencji
Nie jest nowością, że tytuły porażające nazwiskami często kończą jako średniej jakości papka. Możliwe, że trzeba mieć na nazwisko Coen, żeby wiedzieć po co nam w filmie znane nazwisko i jaką konkretnie ma odegrać rolę. A Liritio się krzywi, bo mieć Kevina Bacona w obsadzie i nie dać mu ani jednej mądrej sceny, to już wielka przykrość. I dokładnie jak przypuszczałam, Cumberbatch i Depp zagrali tak idealnie osobno, że nawet miało to swój opaczny urok, a jedyną osobą, która jakkolwiek wybiła się z tego morza monotonii był bez wątpienia Peter Sarsgaard, brawa dla niego.

Jeśli chodzi o rolę Deppa, zagrał na odwal się, jak od kilku lat gra wszystko. Po "Black Mass" mogę powiedzieć, że już wiemy dlaczego Bóg nie dał mu jasnych ślepi - świat uciekłby z krzykiem. A z jakich przyczyn aktor od pięciu lat skrzętnie dusi pokłady swojego talentu, tego nie wiem.

Dla kontrastu, "Sicario" brak blaskomiotnej obsady, a kiedy obedrzeć film z napięcia, tempa i atmosfery, odkryjemy scenariusz ziejący dziurami niczym po deszczu meteorytów. Z tym że to nie ma znaczenia, bo "Sciario" trzyma widza w garści i bardzo skutecznie samo siebie łata. A ja to kupuję, wrażenia nad fakty, Liritio w tym upatruje mocy kina. Poszukując faktów mogę otworzyć encyklopedię.


Stwierdzenie o łatanych dziurach nie znaczy, że "Sicario" jako historia nie ma sensu. Jest bardzo prosta, ale przewrotna w ujawnianiu motywów. Czy się ich domyślamy, czy nie, przyjemność z oglądania jest ta sama. "Sicario" to napięcie, magia atmosfery, którą udało się wykreować i utrzymać, oczywiście przy niemałym udziale zdjęć, montażu, świetnej muzyki i tych wszystkich elementów produkcji, które tworzą kompletne dzieło. Ale też nie ma dla mnie lepszego dowodu na wartość Villeneuve jako reżysera, który nie traci celu z oczu.
A deliberacje, czy to prawdopodobne, czy nie, zostawiam tym, którzy nie mają nic lepszego do roboty. Liritio docenia, historia tak wspaniale opowiedziana zasługuje na aplauz, nawet jeśli wiemy, że nie jest prawdziwa.

Gdyby ująć rzecz hasłami, są sceny klucze.
Odprawa w sali pełnej Wikingów ze służb specjalnych, na ich tle delikatna Kate (Emily Blunt) i wydawałoby się przysypiający Alejandro (Benicio del Toro), niczym dwa kukułcze jaja.
Japonki Gravera (Josh Brolin), który pojawił się znikąd, a zachowuje niczym rozbawiony gospodarz imprezy. Josh Brolin ostatnio na fali wznoszącej, główna rola w nadchodzącym "Hail, Caesar!" Coenów jest tego najlepszym dowodem. I wspaniale, Brolin zasługuje na zachwyty i piski fanek, remake "Old Boya" może mu wybaczę.
Kate i Reggie (Daniel Kaluuya), którzy trzymają się z tyłu wchodząc do tunelu. Kate, która odpala pierwszego od jakiegoś czasu papierosa i już nie przestaje. A Reggie nie wie co się dzieje, ale ma coraz gorsze przeczucia. I to słodkie otrzeźwienie, dlatego nie chcieli żadnego prawnika!

A moje ulubione? Kate, która ma nie wchodzić do banku, co tak skutecznie uświadamia nam, jak bardzo dziewczyna nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi.
Graver radosny w pokoiku bez okien, kiedy nadchodzi mężczyzna z baniakiem.
I Alejandro przy rodzinnym stole, bez najmniejszego drgnienia litości.

Inna sekwencja, długa, złożona, pełna znaczneń, a więc wycieczka do Meksyku. I gdyby nawet "Sicario" nie trzymało się kupy (a akurat spójne jest w zupełności), ten fragment robi robotę za cały film. Niepewność Kate, która nie ma pojęcia co się dzieje i kiedy powinna zacząć się bać. Graver niczym na chałturze, może się nie uśmiecha, ale nie ma w nim cienia niepewności, nawet kiedy jego kolega w końcu wyciąga karabin. I Alejandro, tak spokojny, czujny, doświadczenie ma wymalowane na czole. I te nerwowe zerknięcia Kate w jego stronę, bo mimo nieufności ciężko o lepszy papierek lakmusowy niż właśnie on.

Benicio del Toro nie zawodzi, wiadomo nie od dziś, ale czy Alejandro jest najciekawszą postacią "Sicario"? Na pewno najmroczniejszą. Zagraną raczej na aluzjach niż faktycznych charakterystykach. Wyczekanie, znudzenie, napięcie i zmęczenie, to Benicio del Toro fantastyczny jak zawsze.
Ale Liritio cieszyła też żołnierzykowatość Kate, która nie przechodzi magicznej przemiany tylko uświadamia sobie, że może jest w nienajlepszym miejscu i czasie. A Emily Blunt udowodniła, że w mało ładnej roli odnajduje się bez najmniejszego problemu i mam podejrzenie, że wyrasta nam właśnie jedna z najlepszych aktorek pokolenia.

Czy "Sicario" jest najlepszym filmem roku? Nie, ale niewątpliwie najlepiej zrobionym. I można to doceniać, nawej jeśli czegoś nam w "Sicario" brakuje.
Bo Villenueve zrobił majstersztyk z niczego, podczas gdy Cooper pogrzebał wielkie możliwości.

środa, 7 października 2015

Urodził go "Niebieski Ptak", Stefania Grodzieńska

Jak to w moim życiu często bywa, najlepsze i niechętne są tym samym. Stąd też, lektura zostawiona na szary koniec okazuje się być tą właśnie najmojszą.

Fryderyk Jarosy, nazwisko obce, nie znam międzywojennej sceny kabaretowej i teatralnej, chyba jedyne co znam, to właśnie z każdej wcześniejszej Grodzieńskiej... No i Dymszę.

Postać Jarosy'ego to wyznanie miłości i tęsknoty. Konferansjer, przyjaciel, Polak z wyboru. Potwornie czarujący, wszechstronny zawodowo, genialny reżyser, uroczy amant, ceniony przyjaciel i przy tym wszystkim twardy zawodnik gry w przetrwanie (sejsmograf!). Jak było naprawdę? Może jak w książce... A jeśli inaczej, niewiele mnie to tak naprawdę obchodzi, Grodzieńska wzruszyła i siebie, i mnie.
"Długo po tym spytałam Fryderyka, jak on to robi, że każdy na widowni jest pewien, że on właśnie na niego w tej chwili patrzy.
- Mam zeza - odpowiedział.
Stefania Grodzieńska, Urodził go "Niebieski Ptak", Akapit Press, Łódź 1999r., str. 49
Jak śpiewał Grechuta, "więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia", tak Grodzieńska chciała. Nie tylko Jarosy'ego, chociaż jest on głównym bohaterem. Ale jest też ten drugi, pozostaje niewidoczny, może gładzi swój wredny wąsik, kiedy po warszawskich ulicach "achtung, achtung!" się niesie. I nikogo chyba nie zwiedzie pewna lekkość czy stały dowcip, kiedy autorka wraca do tych zapewne najstraszniejszych lat swojego życia.

A więc wojna. Jurandot (mąż), Jarosy (trzeci do tanga) ścigany przez Gestapo od początku prawie, jak to przetrwać? Historia wie jak było naprawdę, a ze wspomnień Grodzieńskiej bije pewna gracja. I ogromny szacunek do ludzi, o których pisze, o tych dobrych i dzielnych. Bo po co o tych drugich.

Wojenne wspomnienia z Warszawy (i okolic) stanowią znaczną część książki, ale Jarosy nie schodzi z pierwszego planu. I chociaż opowieść o mentorze zaczyna się (bardzo ciekawymi) opowieściami o międzywojennych gwiazdach sceny, o objazdowych spektaklach i kabaretowych znakomitościach, potem dotyczy już głównie Jarosy'ego w roli przyjaciela.
"Żyją? Przestałyśmy rozmawiać. Czas wlókł się nieznośnie, a patrzenie co chwila na zegarek było bez sensu.
- Nie możemy tak siedzieć. Musimy się czymś zająć. Wiesz, zajrzyjmy do schronu w teatrze, tam parę osób wciąż dostaje histerii. Powiemy im, że Ameryka przystąpiła do wojny, chcesz?"
Stefania Grodzieńska, Urodził go "Niebieski Ptak", Akapit Press, Łódź 1999r., str. 77
Czyli Liritio znowu się zachwyca. O Grodzieńskiej pisałam, znam nazwisko od lat, cenię i chwalę, dlaczego znowu tę książkę, którą oceniam jako najlepszą, przeczytałam na końcu? Widocznie tak musi być. A też ta "najlepsza" trochę razi, bo "Wspomnienia chałturzystki" to przecież nie byle co, jedynie ciężar gatunku się zmienia.

wtorek, 15 września 2015

Rezerwa i sentyment, czyli Agatha Christie i trzynaście zagadek.

Ostrzegam, wstęp rozwleczony, prywatą usiany.

Liritio jest jednak nastawiona na jakąś inną częstotliwość - rzadko kiedy wie, co się dzieje. I jak ostatni osioł (oślica) zastanawia się, o co tyle szumu...
Dopiero wczoraj dostałam po oczach 125 rocznicą urodzin Agathy Christie. Ładna data, zodiakalna panna...

Młodą nacią będąc, Liritio porwała w dłonie "Trzynaście zagadek" z kartą tarota na okładce. Panna Marple dawała popalić kółku wzajemnej adoracji i tak się zaczęło. W tym upatruję dzisiejszą minimalną rezerwę wobec książek Christie - przeczytałam znaczącą większość mając lat dwanaście/trzynaście. I niestety wszystkie emocje ówczesnej ledwo co nastoletniej kózki zupełnie nie są moimi emocjami dzisiaj. A pierwsze wrażenie... To sami wiecie.

Liritio przeczytała wszystkie książki Chritie, które miała w zasięgu ręki (czyli większość jej książek) w tempie zastraszającym. Utrafienie Christie w tym dziwnym okresie, kiedy książki dla dzieci, ujmijmy to na wyrost, stawały się nieco passe, ale te poważniejsze jeszcze nie były ciekawe, było strzałem w dziesiątkę. I początkiem niekończącego się związku Liritio i kryminałów.

Czyli widzicie, "królowej kryminału" stołka nie odmawiam, natrzaskała tego w życiu aż strach, a Herkulesa Poirot (Liritio darzy sympatią) czy pannę Marple (Liritio nie przepada) mało komu trzeba przedstawiać.
I moja rezerwa też jest bestią niepewną, niestałą, przepycha się z sentymentem.
Dlaczego nie ma we mnie wiele sympatii dla panny Marple? Sama nie wiem, dzisiaj wydaje mi się, że może dlatego, że wścibska. Tyle że, jak z początku napisałam, czytałam te książki dawno temu i to za młodu panny Marple nie polubiłam. Teraz może byłoby inaczej, ale nie pamiętam, żebym (poza "Trzynastoma zagadkami") urządzała sobie powtórki Christie z panną Marplę w roli głównej. Może tracę?

Ciekawostka? Nigdy nie przeczytałam "Kurtyny". Bo mama powiedziała, że Poirot umiera, a Liritio ledwo nastoletnia nie chciała czytać o umieraniu. I chyba nadal nie chce, książka leży odłogiem i w sumie nie czytam tej nieszczęsnej "Kurtyny" już chyba z przyzwyczajenia.

Koniec wstępu. Jak tytułem zapowiedziane, "Trzynaście zagadek" zapoczątkowało moje kryminalne czytanie i trzynaście zagadek znajdziecie poniżej. Czyli ulubione książki Liritio autorstwa Agathy Christie, mniej więcej rosnąco (tzn, numerycznie malejąco) w uwielbieniu uporządkowane. Trochę tylko oszukałam, może mi wybaczycie.

13. Rosemary znaczy pamięć (Sparkling Cyanide)
Była dokładnie czwartą książką Christie, którą przeczytałam. Nie wiem, skąd ta wyraźna kolejność w głowie. Drugą była "Zbrodnia na festynie", trzecią "Noc w bibliotece". Kontynuując, "Niemy świadek" i "Morderstwo na plebanii". A potem wyzdrowiałam i dalszych kolejności nie pamiętam.
W "Zbrodni na festynie" mordercę zgadłam. A tutaj rozwiązanie było zaskakujące. Podłe. Było pewną nowością w muminkowym świecie Liritio. Potem okazało się, że motyw z "Rosemary..." jest powtarzalny. Ale tutaj trzeba przyznać, że nawet czasem się powtarzając, Agatha Christie stworzyła wręcz morze różnych intryg, wśród których można przebierać. I jak teraz patrzę na muminkową Lirito w zetknięciu z Christie, zaraz okaże się, że to właśnie ona nauczyła mnie więcej o ludzkiej naturze niż jakakolwiek ówczesna edukacja.

12. Uśpione morderstwo (Sleeping Murder)
Głupia sprawa, bo to ostatnia książka Agathy Christie (wydana za jej życia).Czyli nie da rady stwierdzić, że im dalej w las... Skąd w Liritio taka pamięć o tej akurat książce? Nie mam pojęcia, ale do dziś pamiętam tę tapetę. A też czytane tylko raz (panna Marple się kłania). Może przez to, że o młodej dziewczynie? Może zkończenie mnie zaskoczylo?
Szybko znajdziecie wzór tych "ulubionych" by Christie. Zaskoczenie, dziwactwo, fanaberia, tyle wzoru.

11. Morderstwo w Orient Expressie (Murder on the Orient Express)Trochę sztampa? Cóż, Liritio może być znana z tego, że od sztampy nie ucieka. I nie wierzę, że ktokolwiek nie zna tej książki lub ekranizacji. Szczególnie ekranizacji! Książce walorów nie odmawiam, wręcz preferuję, ale film ma tak zacną obsadę... Z Lauren Bacall na czele. Ponadto, Ingrid Bergman, Sean Connery, Albert Finney w roli Poirot, Anthony Perkins (ten z "Psychozy"), Vanessa Redgrave, Martin Balsam (agent Holly ze "Śniadania u Tiffany'ego... A swoją drogą, też z "Psychozy"), Richard Widmark (wierzcie mi, że go znacie, chociażby z westernów). Doborowe towarzystwo, reżyser też (Sidney Lumet, czyli "Dwunastu gniewnych ludzi", "Pieskie popołudnie", "U kresu dnia"...). A książka jest lepsza.
Ponownie kwestia zakończenia. Chociaż przyznam się, że kiedy czytałam "Morderstwo w Orient Expressie" po raz kolejny, sztukę teatralną bym z tego chętnie zrobiła, ale kryminałem nie jest najlepszym. Natomiast jeśli chodzi o charaktery i clue programu, polecam tym, którzy (cudem) jeszcze nie znają.  

10. Morderstwo odbędzie się... (A Murder is Announced)
Ponownie chyba kwestia zaskoczenia. Ale też jest to moja (prawie) ulubiona książka z panną Marple, aczkolwiek również czytana tylko raz, więc może nie pamiętam. Tak czy inaczej, początek jest podobnym zaskoczeniem, co koniec - ogłaszanie w gazecie nadchodzącego morderstwa to raczej mało powszechne.
Jakby nie chciało Wam się czytać, w ekranizacji gra Matthew Goode.

9. Pięć małych świnek (Five Little Pigs)
Tutaj rzecz mi się długo mieszała ze "Słonie mają dobrą pamięć", też zacne, tak swoją drogą, szczególnie jeśli ktoś pała sympatią do postaci Ariadny Oliver, która pojawia się w kilku książkach Christie.
Detektywem jest Poirot, ale zbrodnia sama w sobie jest tajemnicą sprzed lat, więc i Poirot nie rzuca się w oczy. Liritio jakoś woli te książki Christie, w których to historia, a nie główna postać, jest istotna.
A jeśli do samej historii doszłam, moim zdaniem "Pięć małych świnek" jest jedną z jej ogółem najlepszych książek. I jedną ze smutniejszych, słodko-gorzkie to wszystko. I takie proste. Liritio docenia słodko-gorzkie i proste.

8. Morderstwo to nic trudnego (Murder is Easy)
Liritio coś się podłości uczepiła. Podłe sprawki i podłe rozwiązania. W "Morderstwo to nic trudnego" nie ma ani panny Marple, ani Poirot, śledztwo prowadzi Luke Fitzwilliam.
I to jest taka kołomyja, że Liritio pamięta książkę do dziś. I tylko czasem myli mi się z "4:50 z Paddington". Bo w głowie Lirtio skojarzenia działają dziwacznie, a to pociąg i tam, i tu.

7. Śmierć na Nilu (Death on the Nile)
Ach, Poirot i piach, cóż może być lepszego!
To "Randez-vous ze śmiercią", to "Morderstwo w Mezopotamii", to (poniekąd) "Zło czai się wszędzie". I klejnocik, "Śmierć na Nilu".
Jakkolwiek bardzo lubię wszystkie trzy (cztery), jednak "Śmierć na Nilu" wygrywa stawkę. Może przez to, że jednak Egipt, a Liritio jest małą psychofanką Egiptu. A może ponownie ta podłość, która zdaje się nie opuszczać książek Christie, ale czasem skrywa się w rzewnych motywach.
Ekranizacja chyba jedna z bardziej znanych, Mia Farrow, Bette Davis, Jane Birkin, Angela Lansbury, Maggie Smith i David Niven. W roli Poirot, Peter Ustinov. Ale zaganiam do książki, bo moje ulubione, to jedno, a gdybym miała wybierać dla kogoś z carte blanche w temacie Christie, "Śmierć na Nilu" (zaraz obok "Pięciu małych świnek") poszłaby na pierwsze miejsce. To jest jakby klasyka Christie w najlepszej odsłonie.

6. Zatrute pióro (The Moving Finger)
Jeśli chodzi o pannę Marple, "Zatrute pióro" jest ulbioną książką Liritio z tą bohaterką, ale może to wynikać z jej niewielkiego udziału w całym zamieszaniu - inna postać gra pierwsze skrzypce. "Zatrute pióro" jest lepszą siostrą "Morderstwo to nic trudnego". I pamiętam atmosferę, oczekiwanie, tajemnicę... I ponownie, podłość, najwyraźniej Liritio w rozwiązaniach Christie ceni podłość.
A chociaż tutaj "Zatrute..." ląduje jako szóste, tak naprawdę mało brakuje mu do miejsca... Ekhm, no trzeciego. Bo jednak pierwze i drugie są na czele peletonu. A potem długo nic.  

5. Dom zbrodni (Crooked House)
Docieramy do wisienek na torcie, a więc książek, które moim zdaniem znacznie przewyższają inne fabułą. Czy to rozwiązanie, którego się nie spodziewałam, czy to manewr, który mnie wpędził w maliny, czy ogólnie rozumiane sprawne poprowadzenie akcji w stylu Liritio. A jaka jest akcja "w stylu Liritio"? Przeczytajcie tych pięć (ekhm, cztery) książek i się szybko zorientujecie. Może nieco inna. Mroczniejsza, mniej tłoczna, niby uproszczona. Owo "niby" robi tę różnicę.
Jednocześnie "Dom zbrodni" to jedna ze smutniejszych książek Christie. Podobnie jak nr jeden. 
 
4. Zabójstwo Rogera Ackroyda (The Murder of Roger Ackroyd)
Tutaj nic nie powiem. Czytajcie dzieci, akcja rozwija się zgodnie z narracją. A Poirot wystaje zza płotu. I ma dla Was niespodziankę. 

3. Godzina zero (Towards Zero)
Tutaj właściwie nie jestem pewna. Bo może "Godzina zero" to numer jeden? Ale w poniższy nr jeden Liritio wrosła, zapuściła korzonki, ciężko się samej przesadzić.
"Godzina zero" jest mocno filmowa. Najeżona suspensem, burzami (i ich brakiem), rozpaczami, szaleństwem, oszczerstwem... Oskarżenia i niecne motywy, rzadko której książki rozwiązanie tak mnie usatysfakcjonowało, jak to z "Godziny zero". I chociaż już od lat je znam, książkę poczytuję nadal i nadal się niemal oblizuję z zadowolenia. Niecna książka, a jakie postaci! To tak jakby czytać o małych huncwotach. Tyle, że tak naprawdę nie są mali.

2. Tajemniczy Pan Quin (The Mysterious Mr Quin) i inne.
Tutaj oszustwo, pod numerem dwa ukryłam wszystkie opowiadania. Dla mnie Christie jest mistrzynią przede wszystkim formy krótkiej. Rysy charakteru, które tworzyła dla długich fabuł, znacznie lepiej sprawdzają się w chwilowych obserwacjach, kiedy ja, jako czytelnik, mogę sobie do nich sama dużo dopowiedzieć.
Widzicie, Christie ładnie opisywała naturę ludzką, tyle że powierzchownie. Tworzyła zgrabne fabuły w bardzo zbliżonych sobie realiach (szczególnie te z panną Marple) i chociaż nie nazwałabym ich ubogimi, odczuwa się pewną płyciznę. Ja odczuwałam, kiedy czytając nastą książkę z rzędu mogłam od początku wskazać mordercę i strony dramatu.
Z drugiej strony, najzręczniejsze historie najczęściej opowiadała zupełnie inaczej. Przykłady powyżej, na dobry start. I tutaj można pytać o pewną rzemieślniczą sprawność, odcinanie kuponów i taśmociąg. Ale nie będę o to pytała, ponad sto lat minęło od początków Agathy Christie, dzisiaj nie wypada jej nękać.

Wróćmy więc do wyliczanki, numer dwa to wszystkie opowiadania. Z Panem Quinem (i panem Satterthwaite'm) na czele. Czym można zrównać te opowiadania ? Smutkiem. Samotnością. Panem Quinem, ktory jest niezłym dziwolągiem. A może w ogóle go nie ma.

Drugą parą z opowiadań byłaby Tuppence i Tommy. W młodości to uwielbiałam. Dzisiaj dotrzegam pewne uproszczenia, wydumania i dziecinność. Co nie znaczy, że nie uwielbiam, tyle że już nieco inaczej. Albowiem Tuppence i Tommy to taki łagodny, dwugłowy James Bond. I ja się niezmiennie świetnie z nimi bawię, szczególnie w "Śledztwie na cztery ręce".

Nie dałabym rady uszeregować wszystkich jej opowiadań, zacznę więc od czterech zbiorów powyżej częściowo nadmienionych. Na pierwszym miejscu zawsze Pan Quin. Tommy i Tuppence, wprowadzając zupełnie inny nastrój, ale zaraz za nim. Dalej panna Marple z tych najpierwszych "Trzynastu zagadek". I zamyka pierwszą czwórkę "Morderstwo w zaułku" z Herkulesem Poirot. Ale Christie wszystkie opowiadania ma dobre. Nawet te z Parkerem Paynem, do którego Liritio ma jednak najmniej serca. 

1. Dziesięciu małych Murzynków.
Nie jestem w tym oryginalna, ale nic nie poradzę. Książka jest tą najlepszą, przeze mnie zaczytaną.
I już kiedyś opisaną, w tytuł kliknijcie.
Dodam tylko, że atmosfera bije wszystkie inne jej książki na głowę. Wszystkie.

Tutaj przy okazji można przeczytać, że w 2010 roku rezerwa zdecydowanie wygrywała z sentymentem, bo "nie lubię Christie w ogóle". Nieprawda. Albo wtenczas kłamałam, albo z wiekiem robię się sentymentalna. 
"I chociaż przeczytałam sporo jej książek w nastoletniej młodości, żadną nie byłam zachwycona." Ha, czyli jednak kłamałam. Albo bezmyślnie napisałam co wyszło. Takie cenzurowanie samej siebie to ciekawa sprawa.

czwartek, 10 września 2015

Złota jesień, czyli czekam(y).

Ujmując rzecz w skrócie, amerykańska jesień będzie naprawdę dobra. Nasza może też, jeśli dystrybutor pozwoli.
Poniżej brak chronologii czy innego ładu, jest za to moja nadzieja i entuzjazm (ekhm, powiedzmy), i ogólnie rozumiane zaczekanie. Cieszcie oczy. Dajcie znać czy coś mnie ominęło.

Spectre. Reż. Sam Mendes, listopad 2015.
Komentarz zbędny.
No... Może poza tym, że jestem bardzo ciekawa, kto przejmie pałeczkę po Craigu. Niepokoju nie ma, akurat twórcy Bondów, przynajmniej w temacie castingu, wiedzą, co robią.
I nawet moje zmęczenie aktorską manierą Christopha Waltza zdaje się lekkko mięknąć, kiedy widzę go w obsadzie Bonda.



Sicario, reż David Villeneuve, wrzesień 2015.
Polska premiera przypada na 25 września, więc to już, ale Lirito na "Sicario" czeka już od dawna i najbardziej.
W sumie streścić rzecz można w stwierdzeniu, że gdzie Benicio del Toro, tam i ja.
Ale rozwinięcie mogło by zawierać uznanie też dla reszty obsady - mocne nazwiska, talentem buchające, nie oklepane, w repertuarze różnorodne... Także dla reżysera (ostatnie to duszny, ale w sumie bardzo zacny "Wróg" i nieco przeszarżowane, ale niegłupie "Prisoners", których polskiego tytułu nie pamiętam), który zaczyna Liritio coraz mocniej ciekawić.



Black Mass, reż. Scott Cooper, wrzesień 2015.
Tutaj słabość serca się objawia, Johnny Depp ma we mnie swoją fankę. Jakkolwiek sinusoidalnie jego kariera by się ostatnio nie układała, Liritio ma nadzieję na lepsze.A nawet pomijając Deppa, obsada mnie cieszy niezmiernie. Ciekawa jestem na przykład scen między Deppem a Cumberbatchem, bo moim zdaniem będą grali zupełnie obok siebie. Oby mnie zaskoczyli.

Przy okazji, zabawne jest, jak zwiastuny tego samego filmu różnią się wydźwiękiem. Ten poniższy jest całkiem dobry i dopiero po zobaczeniu tegoż właśnie drgnął we mnie cień zainteresowania. Wcześniej widziałam taki bardzo sztampowy, przydługi zlepek scen i zaziewałam się na amen. Ale skoro czarna msza, może o to chodziło.



Crimson Peak, reż. Guillermo del Toro, październik 2015.
Rzecz skomplikowana, bo Liritio samą siebie w oczekiwanie wpędziła. Chociaż niby nie, bo przecież Guillermo del Toro! Taaaak. Tyle że w rzeczywistości chodzi o "Labirynt Fauna", poza tym szału nie ma. Chociaż długoletnia współpraca del Toro z Ronem Perlmanem też wzbudza w Liritio ciepłych uczuć dla reżysera.
Jak by nie było, "Crimson Peak" złe nie będzie, a gotycki horror z doborową obsadą... Czemu nie.



Joy, reż. David O. Russell, grudzień 2015.
Ha, jak to można samą siebie zaskoczyć. Dotąd żadnego filmy Davida O. Russela nie uznałam za naprawdę dobry i jakoś za nim nie przepadam. Ale potrafi wydobyć z Jennifer Lawrence coś interesującego, a "Joy" ma ładną obsadę.
I nie wiem, jest w tym zwiastunie coś takiego, że chcę "Joy" obejrzeć. Może to zaśpiew z Rolling Stones w tle mnie przekonał.



Lobster, reż. Yorgos Lanthimos, październik 2015.
Tutaj może się czaić czarny koń zestawienia. I właściwie wystarczy obejrzeć zwiastun i trochę kojarzyć Kalejdoskop Liritio, żeby od razu wiedzieć, że "Lobster" to ja bardzo, bardzo chcę.
Skoro lobster is an excellent choice...

Mam przeczucie, że z "Lobster" będzie jak z "Her" - zauroczy mnie zupełnie nie tym, czego się spodziewam.



Wreszcie coroczny odpowiednik "Michaela Claytona", który Lirito będzie uwielbiać i nie dostanie żadnej rozsądnej nagrody. Tutaj nawet Mark Ruffalo nie pomoże.
Spotlight, reż. Thomas McCarthy, listopad 2015.

Thomas McCarthy jest mało znanym aktorem, a przy tym również reżyserem (i scenarzystą) bardzo dobrych filmów (aż czterech). Liritio wie, obejrzała wszystkie (nawet ten z Adamem Sandlerem - nie zrażajcie się, jak w czymś gra Steve Buscemi, to zwykle jest dobre).
W sumie wystarczy powiedzieć, że jego pierwszym filmem był "Dróżnik", który niezmiennie jest filmem wszechczasów i nie ma, że nie.

I zabawne jest, że w tym jednym (jedynym) przypadku nic nie zmienia obsada. Tzn, od Michaela Keatona po Stanleya Tucci, jest bardzo wzruszająca, ale obejrzałabym film McCarthy'ego, choćby miała być to monodrama z solniczką w roli głównej. 



Jeśli chodzi o Liritio, to by było na tyle.
Nie czekam na "Sufrażystkę", bo w ogóle i w szczególe, i nie.
Ani na "Suicidae Squad", bo mi przeszło. 
I o dziwo nie czekam na "Legendę" z Tomem Hardy. Za dużo Toma Hardy ostatnio widuję. Tak samo jest z Alicią Vikander, która, mam wrażenie, pojawia się wszędzie.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Mała ziemska wieczność

"W domu towarowym widziałem rozbite lustro na przecenie. Całe kosztowało 150 zł, strzaskane kosztuje już tylko 50." 
Tadeusz Konwicki, "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa, 2005r., str. 268 

Dni bywają lepsze. Na przykład dzisiaj, kiedy wszechobecny żar zmienił się w znośny upał i co jakiś czas czuję zalążek letniego wiatru. Kiedy nieźle spałam (a Liritio częściej sypia jednak źle) i nie popijam kawy kawą. Kiedy włączyłam radio akurat na początek Bohemian Rhapsody...
Więc Queen zapytało śpiewnie, is this a real life? A ja uznałam, że może to znak, skoro na myśl o moim ponownie i ponownie porzucanym Kalejdoskopie nawet się uśmiechnęłam.

Za sprawą Buksy przeczytałam "Kalendarz i klepsydrę" Konwickiego (tytuł ściągnięty z 255 strony) - za sprawą Buksy wiele książek przeczytałam i chyba nigdy ładnie nie podziękowałam za te inspiracje, bo jestem niedobra. A zatem, ukłon w jej stronę.

Jakoś sama nigdy nie wpadłam na to, żeby czytać Konwickiego, a trochę by mnie ominęło. Może on zbytnio filozoficzny w tym niby dzienniku, w dodatku nie zawsze w ładny sposób. Chyba wyrachowany, do czego sam się przyznał nie raz, ale może to blaga. Tak czy inaczej, Liritio wyrachowania nie piętnuje, jeśli już by miała wytykać cokolwiek, to nieszczerość. Ale są w "Kalendarzu i klepsydrze" momenty, które każdą nieszczerość i wyrachowanie odpracują.

Dziennik Konwickiego jest różnorodny, mnie najmilsza wileńska kraina dziecięcej szczęśliwości i szacunek dla przyrody. Ale też zamglona, socjalistyczna Warszawa z dworcowymi kloszardami, Pałacem Kultury i setką na stole. Też almanach roztargnionych, pokątne rozliczanie się z ustrojem i dużo prywaty. Samotna akacja i wdowa łabędzica, które dostają tyle samo czasu, co wielkie nazwiska polskich artystów. I wspaniały Iwan.
A myśl przewodnia? Nie wiem, jaki był zamiar, Liritio wyczytała najwięcej o tym, że zmienia się obraz świata.  
"Zobaczyłem takie same lasy jak wszędzie i takie samo miasto jak wszędzie. I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś nadbiegającej z nicości godziny."
Tadeusz Konwicki, "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa, 2005r., str. 357

środa, 29 kwietnia 2015

Rzecz o przekombinowaniu.

Liritio zacznie od zmierzwienia i zmarszczenia, że Scott Lynch zaprezentował "Republiką Złodziei" dokładnie to samo, co George Verbinsky "Piratami z Karaibów: Na krańcu świata".
Niecnymi Dżentelmenami zachwyciłam się kilka lat temu, i kiedy tam stwierdzałam, że po części pierwszej (super świetnej i tęczowej), druga obniżyła poziom, mogę teraz dopisać, że przy trzeciej zasypiałam.

Jeden z bezsprzecznie ulubionych bohaterów Liritio w "Piratach z Karaibów" będzie nagłówkiem dzisiejszych rozważań. Komplikujesz? Udziwniasz? Jack mówi: Robisz to źle!
Verbinsky wydostając dla Disneya pirackie dusze z szafy, mógł nie wpaść na to, jak wielkim hitem stanie się jego Czarna Perła. Ten film od dawien dawna pozostaje w moim absolutnym wierzchołku zajebistości filmów przygodowych, filmów poprawiających humor... Filmów w ogóle.
I chociaż obejrzałam "Klątwę Czarnej Perły" co najmniej o raz za dużo, nadal uważam, że jest to film petarda. Skutecznie przygaszona ciężarem trylogii i powstających obecnie ogonów.

Chociaż "Kłamstwa Locke'a Lamory" nie są aż tak bliskie sercu Liritio, byłam wzruszona stopniem, w jakim swego czasu wciągnęłam się w tę książkę, a ostatnio zasmuciłam się nieudolnością trzeciej części cyklu, "Republiki Złodziei".

Liritio nigdy nie mogła pojąć tej pogoni za dobijaniem prostoty, którą to przypadłość sukces nadmiernie często rodzi w twórcach. Nie jest to może reguła, raczej dotykająca sporą część plaga. Plaga szarżowania komplikacją.

Zrobiliście świetny film o facetach w skórach, skakaniu w dal, tajemniczych agentach i cyfrowej Kobiecie w Czerwieni? Świetnym pomysłem jest przejście od zwartej koncepcji tragicznego świata, w którym ludzie funkcjonują jako uśpione bateryjki maszyn, do rozpołożonej historii ocalałych bohaterów, "ostatniego" miasta wydrążonego w skale, aż do przewrotnej koncepcji wirtualnego bóstwa i jego muzy, którzy stworzyli swoiste perpetuum mobile.

Zrobiłeś świetny film o piratach, małpach i East India Company, który poza byciem opowieścią adekwatną dla dzieci, jest cudownym filmem przygodowym, z głównym bohaterem, który staje się ikoną? Zablokuj jakikolwiek rozwój jego postaci, dołóż nagłe resurekcje, radę największych (a przepraszm, Największych) piratów i ostateczną, ale to Ostateczną walkę nie-wiadomo-o-co, będzie fajnie. 

Npisałeś świetną, nieco fantastyczną książkę o złodziejach i przekrętach, która kradnie ludziom noce i czyta się jednym tchem. Obejrzyj "Piratów z Karaibów 3" i napisz część drugą jakoś tak podobnie... Po czym gładko przejdź do wątku miłosnego, którego protagonistka jest nieznośna i ruda, ale jej osoba zmienia głownego bohatera z cwaniakującego szermierza podstępu w rozmemłanego trutnia, któremu tylko sztywno narzucona przez autora akcja pozwala ocalić twarz. Udało się!

Skąd takie inklinacje?

Już o serialach nie wspomnę (kłamię, wspomnę), ale dla przykładu, jak świetny był "House M.D." na początku i jak tragiczny po siedmiu sezonach. Kiedy skończyć, to też trzeba wiedzieć, była taka piosenka, żeby ze sceny zejść niepokonanym i jak z moich obserwacji wynika, niewielu się to udaje.

Co jest smutne? Że problem nadmiernego kombinowania dotyczy nawet moich ukochań, czyli teraz mocno skrótowo będę się pastwić nad wspaniałym "Sherlockiem" BBC. Trzy sezony po trzy odcinki według stałej reguły dwóch mocnych i jednego słabego... Chociaż sezon drugi trochę z tym schematem zawalczył, kiedy "Pies Baskerville'ów" w sumie słaby nie był, po prostu nie aż tak dobry. Ale trzeba pochlić głowę nad geniuszem i napięciem sezonu drugiego.

Robisz to źle!
Zatem przejdźmy do trzeciego, którego pierwsze dwa odcinki były jak najbardziej zacne, a trzeci sam sobie strzelał w kolano. Żeby serial tej klasy zboczył w kierunku, który przyprawia Liritio o nadmierne użycie brzydkich słów i ogólny stan "what the fuck?". Nieładnie.
T był w ogóle nieciekawy koncept, tak rewelacji z żoną Watsona (przekombinowane, ot co! Mafijny mąż pani Hudson - to zabawne, Mary jako była agentka CIA... To bezsensowne i nudne), jak i wątku Magnussena. Niestety, o ile Magnussena można łatwo pozostawić w tyle, Mary musi być pisana konsekwentnie.
A przede wszystkim, jeśli zatrudnia się któregokolwiek Mikkelsena w tak dobrym serialu, jakim jest "Scherlock", trzeba jeszcze mieć jaja, żeby go odpowiednio wykorzystać.
Jak widzicie, Liritio jest bardzo trzecim odcinkiem trzeciego sezonu zniesmaczona, bo temat rozwlekła, a miał być w sumie dygresją.

Podsumowując: twórco drogi, nie kombinuj! Szczególnie, kiedy odcinasz kupony.

niedziela, 8 marca 2015

Magiczna nuda, Desplat i Liritio.

Ponieważ tradycji musi stać się zadość, a czemu musi Liritio nie wie, ale jednocześnie czas za szybko płynie, Liritio minęła gorący temat i będzie trochę odgrzewała kotleta.
 
Liritio oglądała w życiu kilka oscarowych gal - raczej nie kilkanaście, ale pewnie w okolicach 7/8... Teraz nie ma na to siły, tzn siłę na samą galę ma, bo kocha nie spać po nocach, tyle że potem poniedziałek to zmora, a praca nie poczeka. I tak oto Liritio przy zmianie (vel, modyfikacji) zawodu i oscarowe noce przestała sobie urządzać. Liritio nie jest z tego zadowolona, mimo że Oscary to nudne wydarzenie. Nudne, niezmiennie, ale też magiczne, równie niezmiennie. Jak w tytule, Oscary to taka magiczna nuda, do której ja lubiłam wracać, mimo że często marudziłam.

Tyle że, skoro czas już jakiś minął, spróbuję pozostać zwięzła.
Rzecz główna, a w duszy Liritio gromkie TAK!
W końcu, po latach i latach, i jeszcze kilku latach, Alexandre Desplat ma Oscara. Liritio wyskoczyła w górę, głęboko westchnęła, rozświetliła gębusię, po czym... To co teraz?
Z czekania na Oscara dla Desplata uczyniłam już niemal hobby, a tu psikus, dostał.

Ale spokojnie, po wynikach tegorocznych mogę proces czekania przenieść na Michaela Keatona.
Może Liritio się nie zna, może nikt się nie zna, może Eddie miał swoje plusy. Ale bez jaj! Redemayne jest aktorem utalentowanym, nie mówię, że nie.

Miałam podobną minę.
Tyle, że Keaton w "Birdmanie" jest aktorem wybitnym. I nie mógł w tym celu posłużyć się rolą poważnej choroby, która wykręca ciało. Musiał chodzić prosto i mówić pełnymi zdaniami. Keatona, nie Redemayne'a nazywam w tym roku najlepszym i szkoda, że Akademia miała inne zdanie na ten temat.
Ale Akademia miewa niezmiennie inne zdania na temat. Wolę już wygraną Julianne Moore, która była beznadziejnym pewniakiem.

Nie, żeby Julianne była beznadziejna, skąd. To pewniaki są beznadziejne.

Liritio z wyborami typu Redemayne ma ten problem, że niespecjalnie uznaję rolę nagród w początkach kariery. Tzn, przykładów zacnych jest wiele, nie mówię, że nie są zasłużone, zagrane i zarobione, ale tak samo miałam mieszane odczucia odnośnie Lawrence, mieszane mam też odnośnie Redemayne'a.

Dajcie spokój, Keaton jest Batmanem! I Birdmanem! To jest Michael Keaton, dlaczego...? (Liritio robi buzię w podkówkę i wychodzi). Przynajmniej Innaritu, przynajmniej Grand Budapest Hotel, przynajmniej Hayo Miyazaki... No tak, J.K. Simpson, szokujące.
 
Litirio żałuje, że nie widziała Neila P. Harrisa w roli prowadzącego... Liritio chciałaby zobaczyć na tej scenie zbitkę Hugh Jackmana i Ricky'ego Gervaisa, i mam wrażenie, że Neil Patrick Harris jest najbliżej (wśród dotychczasowych prowadzących) takiej mieszkanki. Jest, nie jest? Kto widział i wie?

Niemniej, nie ma co się oszukiwać, Oscary już prawie w ogóle nie interesują Liritio. Nie tak, jak kiedyś, może to zmęczenie materiału, zabieganie, może zblazowanie osiąga szczyty.
Ale widzę, że nawet ten Desplat nie cieszy mnie tak, jak cieszyć powinien.

Chociaż, jeśli chodzi o Desplata, przyznam bez bicia, nominowali go za dwie ścieżki dźwiękowe w jednym roku, a żadna z nich nie jest jego najlepszym osiągnięciem.

A jeśli chcecie Oscarowych nominacji na kolejny rok, można spojrzeć, do czego Desplat pisze muzykę - z dużym prawdodpodobieństwem jeden z tych filmów w 2016tym będzie wyczytywany wśród nomiacji do najlepszego. Więc zerknijmy.
Jakiś film Wendersa o traumie, śmierci i rodzinie, James Franco, Rachel McAdams... Wenders nakręcił Pinę, myślę, że od tego czasu Akademia go kocha.
Dalej, latarnia morska, Michael Fassbender, Rachel Weisz i Alicia Vikander (ktorą ostatnio widzę dosłownie wszędzie). No, to się nie może nie udać! Ale czy Hollywood to łyknie? No nie wiem, reżyser, Derek Cianfrance, nakręcił wcześniej kilka filmów, ale chyba tylko "Blue Valentine" i "Place Beyond the Pines" zostało jakoś tłumniej dostrzeżone. Aczkolwiek, silna obsada i muzyka Desplata... No zobaczymy.
Spójrzmy dalej, włoski (?) film z Salmą Hayek i Vincentem Casselem? No... Ja to chętnie obejrzę, ale Akademia nie. Chociaż... Matteo Garrone nie kręci głupich filmów, więc tym bardziej chętnie to obejrzę.

Haha, mamy zwycięzcę, muzyka Desplata do "Sufrażystki", a tam Meryl Streep, Carey Mulligan, Helena Bohnam Carter, kręci Sarah Gavron, Oscara może nie dostać, ale na mur beton znajdzie się w peletonie firmowanym przez Akademię.

Podobnie jest oczywiście z muzyką Johna Williamsa, z tym że on ma swoje lata i nie jest tak aktywny. Zawsze też można losować Newmana i Zimmera, któryś z nich zwykle z pudełka wyskakuje. Ale Newman robi muzykę do nowego Bonda, co nominacji dla muzyki nie wyklucza (aczkolwiek nie gwarantuje), ale na film nie ma co liczyć. No to Zimmer, "Mały Książe", "Kung Fu Panda 3" i "Batman vs. Superman"... No nie, jednak przy faworytach w przyszłorcznych nominacjach (do najlepszego filmu roku) zostałabym przy nazwisku Desplata.

Kontynuując tradycję, w tym roku karygodnie spóźnioną - aczkolwiek w zeszłym roku w ogóle pominiętą, (więc jest postęp) - niezmiennie przy okazji Lirito i Oscarów, Burt Bacharach.
I czy państwo znają? When you get caught between the Moon and New York City...

Arthur's Theme, The Best that You Can Do

niedziela, 25 stycznia 2015

"Popularity is the slutty little cousin of prestige", a do Oscarów mniej niż miesiąc.

Nominacje oscarowe niezmiennie są taką rapsodią o ścieraniu się moich zauroczeń z amerykańskim przemysłem filmowym. Zwykle marudzę i nie pochwalam finalnych wyborów Akademii, ale też (jak my wszyscy) znam jej "gust" na wylot. I może w tym problem, że gdyby tylko chcieli nas choć raz zaskoczyć...


"Boyhood" zgarnia nagrody na prawo i lewo, rozumiem, że docenia się koncept i zamysł filmu kręconego naście lat (o ile się nie mylę) - samego filmu nie widziałam i prawdę mówiąc, w góle mi się nie spieszy.
Linklater za owe "Boyhood" też jest nominowany i akurat tutaj chyba nie mamy wątpliwości, że Oscar będzie jego...

Liritio by chętnie wszystkie nagrody wepchnęła Iñárritu, jako że jeszcze nigdy nie spudłował, ale niezmienna jest wola Akademii w olewaniu moich ulubionych filmów roku.

Aczkolwiek Linklatera im może wybaczę... Za kameralną trylogię z Julie Deply i Ethanem Hawkiem. Niemniej, Iñárritu zasługuje na zupełnie oddzielny wpis, ale z braku takowego (póki co, można mieć nadzieje na przyszłość - płonne, oczywiście), kilka haseł a propos. Przede wszystkim, Gustavo Santaolalla robił muzykę do większości jego filmów - trzy to już "większość" w przypadku Iñárritu - a to nigdy nie jest zły znak. I Liritio bardzo, bardzo docenia jego filmy, a najbardziej "21 gram". A "Birdman" jest bez wątpienia jednym z najlepszych filmów roku.

Tak, tak, wiem, że nie ma nominacji...


Chociaż właściwie Liritio zwykle nie bywa zwolenniczką oddawania Oscarów "początkującym", kiedy Gary Oldman nadal Oscara nie posiada (niech on w końcu dostanie tę głupią nagrodę! może Daniel Day-Lewis oddałby jednego ze swoich?), z tegorocznego peletonu reżyserów i tak wybieram Iñárritu. Skoro Jennifer Lawrence mogła dostać Oscara...
A tak, zdaję sobię sprawę, że Oldman nie jest w tym roku nominowany. Ani Malkovich. Ani Depp... Chociaż ten ostatni robi zatrważające rzeczy, odkąd opuścił plan "Pubilc Enemies" (ale akurat "Mortdecai" nie jest w połowie tak zły, jak wieść niesie... Albo ja mam naprawdę zły gust).

Wes Anderson jest ciekawostką, "Grand Budapest Hotel" i Liritio winszuje. Może nie jest moim faworytem, jeśli chodzi o Wesa Andersona, ale tak naprawdę ciężko na dłuższą metę tych faworytów wyłonić (nieprawda! "Royal Tenenbaums", ktokolwiek czyta cokolwiek z wypocin Liritio, zgaduje chyba w pierwszym podejściu). Ale Anderson to inna historia, zupełnie nie-oscarowa, którą może w końcu, pewnego dnia blogowo napocznę. Wes Anderson należy do gromady, która akurat z nagrodami Amerykańskiej Akademii nie kojarzy mi się ani, ani...

Pomijając urodę, Amazing Amy na prezydenta...
Julianne Moor - niech jej będzie, ale to nuda. Wybór Felicity Jones bym wyśmiała, jednak poza nią... W sumie każdej z trzech pozostałych pań bym statuetki wręczała, Cotillard za zasługi, Witherspoon z rozbawieniem, a Rosamund Pike zapewne najszybciej - nic nie poradzę, jeśli chodzi o aktorki, moją odwieczną miłością pozostanie zawsze Lauren Bacall, niemniej, miłostki się zdarzają i Rosamund Pike jest od dawna jedną z nich.

Co mnie cieszy w tym roku najbardziej? Brak "Big Eyes" (no dobra, brak "Interstellar" również) wśród nominowanych, a po Złotych Globach miałam obawy, bo chociaż Amy Adams za "The Master" i "The Fighter" zasługuje na nagrody, "Big Eyes" jest pomyłką.

Chcecie zobaczyć naprawdę zły film? Tim Burton przedstawia!
Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina równie wkurzona. Na reżysera, na beznadziejny scenariusz, na casting, na efekty castingu... Tyle dobrego, że przynajmniej Danny Elfman od lat, niezmiennie, tłucze Burtonowi muzykę na poziomie. Bo poza muzyką jest dramat, przede wszystkim scenariusz jest koszmarny, koncept się rozmywa, ciągłości brak, sensu też, a Burton zrobił ze swojej bohaterki miauczącą, bezwolną kozę. No bidulka.

Nie, nie i jeszcze raz nie. Wróć lepiej do Deppa, będzie może słabo, ale stabilnie.
Amy Adams może potrzebuje dobrej ręki reżysera, żeby pokazać, co potrafi, tutaj jej się nie udało. Postać Margaret Keane nie ma początku ani końca, jedyne co stanowi mocniejszy punkt to jej rozmowa kwalifikacyjna w fabryce mebli i świadkwie Jehowy na Hawajach. Poza tym z ekranu spoziera na nas wycofana, kwiląca bryndza. I to jest w bardzo dużej mierze wina scenariusza, który od sasa do lasa zaczyna wątki, a żadnego nie kończy. Przede wszystkim, brakowało dobitnego pokazania, że Keane terroryzował ją psychicznie - czy tak było naprawdę, nie wiem, ale taki miał być wydźwięk filmu - sceny, w których on krzyczy to mało, wybaczcie, związki tak się toczą, że czasem się krzyczy.
Tutaj zabrakło budowania relacji, tylko hop, hop, po łebkach, od poznania do ślubu, od wystawy w klubie do opętania sławą i pieniędzmi. A po drodze mnóstwo niezwiązanych ze sobą scen, w których Waltz miał być czarującym tyranem, a Adams zniewoloną artystką.

Właśnie, Christoph Waltz... W żadnym świecie ten facet, ze swoją manierą, trochę strasznym uśmiechem i specyficznym sposobem mówienia nie jest bon vivantem uwodzącym ludzi charyzmą, która przysłania im beztalencie. I o ile Waltz wyjątkowo pasuje do groteskowych filmów Burtona, nie tym razem. Waltz jest absurdalny, przerażający, śmieszny... Nie jest czarujący.
Oto pół wpisu dotyczy tego, czego na Oscarach nie ma... Nikt nie mówił, że Liritio nie jest przewrotna. 

Gwoli podsumowania? Wątek głowny przebił się bez wątpienia, Liritio pozabierałaby wszystkie nagrody i obdarowała Iñárritu (w tym jedną powinien dostać Keaton, jeśli wygra kto inny, ręce Liritio miną się z kolanami). Oraz, oczywiście, oddała statuetkę za muzykę Desplat'owi. Ale tego ostatniego chyba już nawet nie muszę dodawać. To jest straszne, w tym roku ma dwie nominacje. DWIE! Dajcie mu tego Oscara, wiecie, że chcecie...
(Reznor i Atticus mogą poczekać w kolejce, zrobią jeszcze ze dwie ścierzki dźwiękowe dla Finchera i się zastanowię).

A jeśli chodzi o "Idę", Liritio trzyma kciuki za "Mandarynki" i "Dzikie historie".
I chciałabym jeszcze zobaczyć "Foxcatchera".

Jedyny właściwy wybór.
PS. Jak wyłączyć odwołania w tekście do jakichś dziwacznych reklam? Liritio chce się tego pozbyć równie mocno, co Johnny Bravo kocha placki (bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo...).