"Przeczytałem całą filozofię antyku, od Sokratesa po świętego Augustyna. I zapomniałem wszystko, poza słodko - kwaśnym smakiem melancholii i rozczarowania. Teraz, kiedy mam sześćdziesiąt cztery lata, o ludziach wiem tylko tyle, że mają wspomnienia, boją się i umierają."Cytatem z historii pewnego Templariusza rozpoczęłam, myśląc nieśmiało - "no spróbujmy". Walczę w ukryciu żeby do kalejdoskopowych zapisków wrócić, pajęczyny uprzątnąć i zaznać spokoju ducha. Bowiem ja to ja, ale Liritio się do świata pcha, mimo pewnych zmian w życiorysie usunąć się w cień nie chce. Liritio daje o sobie znać nazbyt często (w momentach przyziemnych i codziennych), żebym mogła ten cichy pociąg do kalejdoskopowej klawiatury zupełnie zignorować. Czyli klamra, "spróbujmy". Przyznaję, tęskniłam.
Arturo Perez-Reverte, "Ostatnia bitwa Templariusza",Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2000 rok, [strony nie pamiętam]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 maja 2018
Templariusz i ja, zza węgła.
wtorek, 3 września 2013
Sierpniowa Liritio, czyli już jakby miniona
Liritio miewa ostatnio szczęście do książek, możliwe, że trochę szczęściu pomaga, uparcie przekładając wszystko inne Światem Dysku, ostatnie nastroje Liritio nie pozwalają na filozofie i dramaty, poza tym czasu coraz mniej. Jeszcze na dodatek (prawie) nigdy nie jest tak, żebym czytała tylko jedną książkę, więc proces finiszowania się rozwleka.
Odkąd po cudnym "Łups!" Liritio złapała chrapkę na Pratchetta, pochłonęła "Bogowie, honor i Ankh-Morpork", jak zwykle radosna przy znanej pratchettowości.
Tym razem Ankh-Morpork było w stanie wojny z Klatchem, Vimes posiłkował się mądrością książki genialnego Tacticusa, Vetinari jak zwykle kradł moje serce swoją spokojną przebiegłością, a straszny pustynny lud D'Regów spotkał na swojej drodze (na mocno wojennej drodze) niezwykłego Kapitana Marchewę.
Cytat z Tacticusa, którego wojskowy geniusz nie ulega żadnej wątpliwości po skończeniu książki, jakbyście mieli w planach prowadzenie jakiejś inwazji, jest jak znalazł.
Kończąc "Tak daleko do nieba" ze złośliwym uśmiechem na ustach, płynnie przeszłam do "Prawdy" (nadal Pratchett, nadal Ankh-Morpork) i jestem zachwycona chyba na równi z "Piekłem pocztowym". Wśród bardzo różnych książek Pratchetta, "Prawda" zdecydowanie należy do tych najlepszych, a jeszcze jej nawet nie skończyłam.
Obecnie podczytuję "Młodszego księgowego" Dehnela i coraz bardziej się cieszę. Pierwsze dwa felietony mnie nie porwały, ale potem... Złośliwość jest zacna, śmieję się miejscami do tych komentarzy niczym głupi do sera. Jest z czego się śmiać, Dehnel w złośliwości bywa elegancki, stąd moja sympatia, spostrzegawczy, nie nadyma się. Oczywiście, skoro Dehnel, wiadomo, trochę przeintelektualizowany, trochę snob, tu i tam na wyrost, tu i tam generalizuje aż nadto. Ale inteligencja i humor są najważniejsze, wszelakie ludzkie wady kłaniają się tym dwóm zaletom, więc "Młodszego księgowego" lubię coraz bardziej.
Jeśli mówić o Dehnelu, najlepiej pamiętam "Lalę", którą dawno temu bardzo bezczelnie zabrałam koleżance na wakacyjnym wyjeździe (kiedy ona była gdzieś w połowie książki, zbrodnia to niesłychana...), niby to zerknąć na kilka pierwszych stron. Tzn., miałam szczery zamiar zerknąć, przekartkować, ustalić czy warte czytania, po czym oddać i poczekać grzecznie na swą kolej. Plan upadł, oddać już nie chciałam.
A w tzw. międzyczasie przeczytałam (baaaaardzo powoli) "Daleko stąd. Podróż afrykańską" E. Waugh'a, utwierdzając się w przekonaniu, że nie ma kontynentu (poza Europą) fascynującego mnie na równi z Afryką. Waugh, jak "Powrót do Brideshead", angielski, trochę smutny, nostalgiczny, cierpki, czarujący.
Za to przed Dehnelem, Bradfordem i jeszcze przed falą chęci na Pratchetta sięgnęłam po książkę Rosy Montero, "Łzy w deszczu". Połknęłam ją w trzy dni i jestem niezmiennie zaskoczona, jak bardzo mi się podobała i jak mocno różni się od innych przetłumaczonych na polski książek tej autorki.
Futuryzm jest podstępnym tematem, zdaje się, że mimo nieograniczonego (względnie nieograniczonego) pola do popisu, nasze wizje mniej więcej pokrywają się z wizjami innych, a więc albo kryzys atomowy, albo degeneracja planety i różne wersje androidów.
Już samo to, że polubiłam upartą bohaterkę było pewnym zdziwieniem. Ale polubiłam, Bruna jest trochę komiksowa, aczkolwiek może tak właśnie powinno być, skoro jest androidem. Uwikłana w tajemnicze knowania stara się dojść do prawdy, w czym pomaga jej przyjaciel, archiwista historii świata (Montero bardzo ciekawie rozpisała naszą najbliższą przyszłość, mniej katastroficznie niż większość podobnych książek, choć nadal ponuro). Ważną rolę w wydarzeniach odgrywa też pewien pamięciopisarz (androidom pisze się pamięci) i policjant prowadzący dochodzenie w sprawie dziwnych i bardzo groźnych zachowań pozornie losowych androidów. Spiski, morderstwa, podejrzani, podejrzani...
Bardzo dobra, barwna książka, trochę wciągającej intrygi, trochę rozważań nad kondycją świata, Rosa Montero ponownie trafiła do mnie jak w dziesiątkę. I ostatnia biała niedźwiedzica, którą widać na okładkach hiszpańskich wydań, niedźwiedzica, która jest, ale już jej nie ma, serce mi prawie złamała.
I z takim sercem, przez niedźwiedzia prawie złamanym, mogę witać wrzesień, który po dwóch dniach szarych, mokrych i okropnych (jest rym, jest zabawa), wraca jednak do bycia ładnym wrześniem. Tak trzymać.
Skoro jesień, skoro niedźwiedź, to chyba Osiecka i Krajewski.
Uciekaj moje serce
W wersji live, żeby nie było. Piski fanek są.
Odkąd po cudnym "Łups!" Liritio złapała chrapkę na Pratchetta, pochłonęła "Bogowie, honor i Ankh-Morpork", jak zwykle radosna przy znanej pratchettowości.
Tym razem Ankh-Morpork było w stanie wojny z Klatchem, Vimes posiłkował się mądrością książki genialnego Tacticusa, Vetinari jak zwykle kradł moje serce swoją spokojną przebiegłością, a straszny pustynny lud D'Regów spotkał na swojej drodze (na mocno wojennej drodze) niezwykłego Kapitana Marchewę.
Cytat z Tacticusa, którego wojskowy geniusz nie ulega żadnej wątpliwości po skończeniu książki, jakbyście mieli w planach prowadzenie jakiejś inwazji, jest jak znalazł.
"Po pierwszej bitwie w Sto Lat sformułowałem zasadę, która dobrze mi służyła w innych bitwach. Brzmi ona: jeśli przeciwnik ma niezdobytą twierdzę, dopilnuj, żeby w niej został."Zrobiłam małą przerwę na świetną książkę Richarda Bradforda, "Tak daleko do nieba" (tak blisko do Teksasu), zdziwiona, że od razu zaczęłam ją uwielbiać, a jeszcze bardziej zdziwiona, że w żadnej (prawie) bibliotece nie można jej dostać. Ale jeśli macie możliwość, czytajcie Bradforda, warto.
"Bogowie, honor i Ankh-Morpork", Terry Pratchett, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, str. 208.
Kończąc "Tak daleko do nieba" ze złośliwym uśmiechem na ustach, płynnie przeszłam do "Prawdy" (nadal Pratchett, nadal Ankh-Morpork) i jestem zachwycona chyba na równi z "Piekłem pocztowym". Wśród bardzo różnych książek Pratchetta, "Prawda" zdecydowanie należy do tych najlepszych, a jeszcze jej nawet nie skończyłam.
Obecnie podczytuję "Młodszego księgowego" Dehnela i coraz bardziej się cieszę. Pierwsze dwa felietony mnie nie porwały, ale potem... Złośliwość jest zacna, śmieję się miejscami do tych komentarzy niczym głupi do sera. Jest z czego się śmiać, Dehnel w złośliwości bywa elegancki, stąd moja sympatia, spostrzegawczy, nie nadyma się. Oczywiście, skoro Dehnel, wiadomo, trochę przeintelektualizowany, trochę snob, tu i tam na wyrost, tu i tam generalizuje aż nadto. Ale inteligencja i humor są najważniejsze, wszelakie ludzkie wady kłaniają się tym dwóm zaletom, więc "Młodszego księgowego" lubię coraz bardziej.
Jeśli mówić o Dehnelu, najlepiej pamiętam "Lalę", którą dawno temu bardzo bezczelnie zabrałam koleżance na wakacyjnym wyjeździe (kiedy ona była gdzieś w połowie książki, zbrodnia to niesłychana...), niby to zerknąć na kilka pierwszych stron. Tzn., miałam szczery zamiar zerknąć, przekartkować, ustalić czy warte czytania, po czym oddać i poczekać grzecznie na swą kolej. Plan upadł, oddać już nie chciałam.
A w tzw. międzyczasie przeczytałam (baaaaardzo powoli) "Daleko stąd. Podróż afrykańską" E. Waugh'a, utwierdzając się w przekonaniu, że nie ma kontynentu (poza Europą) fascynującego mnie na równi z Afryką. Waugh, jak "Powrót do Brideshead", angielski, trochę smutny, nostalgiczny, cierpki, czarujący.
Za to przed Dehnelem, Bradfordem i jeszcze przed falą chęci na Pratchetta sięgnęłam po książkę Rosy Montero, "Łzy w deszczu". Połknęłam ją w trzy dni i jestem niezmiennie zaskoczona, jak bardzo mi się podobała i jak mocno różni się od innych przetłumaczonych na polski książek tej autorki.
Futuryzm jest podstępnym tematem, zdaje się, że mimo nieograniczonego (względnie nieograniczonego) pola do popisu, nasze wizje mniej więcej pokrywają się z wizjami innych, a więc albo kryzys atomowy, albo degeneracja planety i różne wersje androidów.
Już samo to, że polubiłam upartą bohaterkę było pewnym zdziwieniem. Ale polubiłam, Bruna jest trochę komiksowa, aczkolwiek może tak właśnie powinno być, skoro jest androidem. Uwikłana w tajemnicze knowania stara się dojść do prawdy, w czym pomaga jej przyjaciel, archiwista historii świata (Montero bardzo ciekawie rozpisała naszą najbliższą przyszłość, mniej katastroficznie niż większość podobnych książek, choć nadal ponuro). Ważną rolę w wydarzeniach odgrywa też pewien pamięciopisarz (androidom pisze się pamięci) i policjant prowadzący dochodzenie w sprawie dziwnych i bardzo groźnych zachowań pozornie losowych androidów. Spiski, morderstwa, podejrzani, podejrzani...
Bardzo dobra, barwna książka, trochę wciągającej intrygi, trochę rozważań nad kondycją świata, Rosa Montero ponownie trafiła do mnie jak w dziesiątkę. I ostatnia biała niedźwiedzica, którą widać na okładkach hiszpańskich wydań, niedźwiedzica, która jest, ale już jej nie ma, serce mi prawie złamała.
I z takim sercem, przez niedźwiedzia prawie złamanym, mogę witać wrzesień, który po dwóch dniach szarych, mokrych i okropnych (jest rym, jest zabawa), wraca jednak do bycia ładnym wrześniem. Tak trzymać.
Skoro jesień, skoro niedźwiedź, to chyba Osiecka i Krajewski.
Uciekaj moje serce
W wersji live, żeby nie było. Piski fanek są.
Etykiety:
fantastyka,
felietony,
Hiszpania,
książka,
muzyka,
Polska,
powieść,
Rosa Montero,
sci-fi,
Terry Pratchett,
Wielka Brytania
środa, 26 czerwca 2013
Czerwcowa Lirito
Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, co jest o tyle nieprzyjemne, że obejrzałam jakiś czas temu zupełnie fantastyczny film, "Medianeras", i nie mam kiedy Wam o nim napisać. Jest to, przy okazji bycia fantastycznym, film odrobinę ciężko opisywalny (jak się okazuje podczas każdego kolejnego podejścia Liritio do klawiatury).
Obejrzałam również kilka starych filmów, w których niezmiennie znajduję ukojenie od codzienności. "Hands Across the Table" był jednym z nich i nawet zaczęłam coś wyklikiwać na temat, w czasie niedługim powinnam skończyć. Owe "Hands Across the Table" mocniej do mnie trafiło niż dwa pozostałe ("Lady Eve" i "Bringing Up Baby"). Ale to prywatne odchylenie Liritio, nie przepadam za tzw. "screwball comedy". Może określenie "nie przepadam" jest nietrafione, niewątpliwie mnie irytują, ale też dostrzegam ich urok. Stąd słynne "Bringing Up Baby" z Carym Grantem i Katharine Hepburn bardziej mnie rozdrażniło niż zachwyciło. Ma swoje momenty, nie przeczę, ma przede wszystkim świetną obsadę i dużego kotka na planie...
Ale jednak nie, znacznie skromniejsze i mniej okraszone absurdem "Hands Across the Table" (Carole Lombard i Fred MacMurray) jest zdecydowanie bardziej w stylu Liritio. Prawdopodobnie dlatego, że para głównych bohaterów to manikiurzystka i bankrut - obibok, cała akcja toczy się w sporej części w jej małym mieszkanku, nie na luksusowych statkach i nikt nie udaje angielskiej księżnej (to akurat "Lady Eve").
A porpos jeszcze "Lady Eve", poniekąd pamiętałam ten fakt z "Jezebel", ale film Sturgesa mi przypomniał, że Henry Fonda był skandalicznie przystojnym mężczyzną, chociaż zdjęcia nie oddają tego w wystarczającym stopniu. O ile ogółem widzę, że Cary Grant czy Gregory Peck nie mają trzeciego oka i również prezentują się nad wyraz dobrze, Henry Fonda jest jednak nokautem. To oczywiście kwestia gustu, a Liritio jest niezmienna fanką wyglądu Johnny'ego Deppa (chociaż gdybym miała wybierać, przykułabym się jednak do Paula Newmana).
Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, przez co nie czyta. Inaczej, czyta, ale mało nowego i z niecierpliwością. "Potęga huraganu" z paska bocznego okazała się tragedią całkowitą, więc Lirito uciekła do Rosy Montero i po raz trzeci przeczytała "Stąd do Tartaru". Rosa Montero i Marina Mayoral, dwie hiszpańskie pisarki, które Lirito czyta chętnie. Rzekłabym, ulubione hiszpańskie pisarki, ale nie bardzo kojarzę inne. Mężczyzn owszem, wielu hiszpańskich autorów mam zaznaczonych w pamięci, ale kobiety... No nie, tylko te dwie.
Rosa Montero... O Mayoral kilka razy napisałam, o Montero najwyżej wspominałam, co jest o tyle przykre, że sposób w jaki pisze i układa historie idealnie mi pasuje. "Córka Kanibala" to chyba jej książka, którą bym najbardziej polecała, ale zdaje się, że opinie innych skłaniają się bardziej do chwalenia "Instrukcji, jak ocalić świat". Kłóciłabym się, ale nie muszę, wystarczy mi, że bardzo długo tylko dwie książki Montero były przetłumaczone na język polski, a obecnie jest ich cztery, radosny postęp.
Kolejnym do czego Liritio ucieka, są kryminały Dorothy L. Sayers, która stworzyła postać uroczego, rudego lorda Petera Wimseya. Prawdę mówiąc wcale nie ma tak wielu książkowych detektywów czy policjantów, których Liritio naprawdę lubi. Chętnie czytam kryminały, przykładowo Leeny Lehtolainen, ale nie znaczy to, że rzeczywiście bardzo podoba mi się postać Marii Kallio. Akurat do Kallio mam stosunek obojętny, podobnie jak do znacznej większości wiodących akcję bohaterów kryminalnych opowieści. Chociaż inspektora Maigreta nie trawię, podobnie jak komisarza Montalbano. A sztandarowym przykładem niechęci Lirito do sławnego charakteru jest panna Marple, której nie znoszę absolutnie. Może kiedyś zbiorę się w sobie i dojdę do podstaw negatywnego nastawienia do słynnej starszej pani, nie dzisiaj jednak.
Wróć, wróć, lord Peter i kryminały Sayers. Angielskie kryminały z pierwszej połowy XX wieku, więc już pewnie wiecie o czym mowa. Bohaterowie z "towarzystwa", delikatny snobizm i subtelny humor, nieśpieszna i niezbyt skomplikowana akcja. Lirito to lubi, aczkolwiek rozumie, że nie każdy musi znajdować przyjemność w obcowaniu z sielsko angielską arystokracją.
Aktualnie cieszę się "Nieprzyjemnością w klubie Bellona", piątą książką z serii o Wimseyu. Akcja zaczyna się kiedy stary generał Fentiman zostaje znaleziony martwy w fotelu klubu Bellona, a do Wimseya należy ustalenie, czy starszy pan zmarł wcześniej czy później niż jego równie leciwa siostra. Rzecz dotyczy oczywiście pieniędzy, na które czekają nerwowi spadkobiercy. Czasy ledwo powojenne, dialogi pierwszej klasy i spokojne nawarstwianie kolejnych zagadek, Lirito jest zachwycona.
I odniesienia, w kryminałach Sayres podobają mi się nawiązania (głównie ustami Wimseya) do klasyki literatury, poezji, również do klasyki kryminału, komentarz przywołujący Sherlocka spotkacie chyba w każdej jej książce.
Czerwcowa Lirito ma trochę za dużo na głowie, więc towarzyszy mi głównie muzyka, kiedy brak czasu na coś innego. I cieszę się, że w radiu pojawia się Rodriguez, już nie tylko "Sugar Man", dzisiaj usłyszałam "Crucify Your Mind". Nigdy w końcu nie napisałam o "Sugar Manie", chociaż film pozostawił mnie radośnie zachwyconą. Ale inni napisali, inni też docenili, nie przepadło to w eterze, Sixto Rodriguez na stałe pojawił się w szufladce z napisem "znane". Lepiej późno niż później, wiadomo.
Pobocznie do radia, Liritio przypomniała sobie po raz kolejny, jak świetna jest muzyka z "Once". Oscarowe "Falling Slowly", wstawianie kiedyś na blogu "If You Want Me" to tylko fragmenty genialnej ścieżki dźwiękowej.
Kończąc więc przydługie czerwcowe wyliczanki, będzie ponownie Glen Hansard i Marketa Irglova.
The little cracks they escalated and before we knew it was too late for making circles and telling lies...
Bardzo piękne słowa mają te ich piosenki, co jedna do lepsza.
![]() |
| O tym argentyńskim filmie piszę, piszę, i już nie mogę... Ale napiszę! |
![]() |
| Henry Fonda ilustracją pobocznej tezy. |
A porpos jeszcze "Lady Eve", poniekąd pamiętałam ten fakt z "Jezebel", ale film Sturgesa mi przypomniał, że Henry Fonda był skandalicznie przystojnym mężczyzną, chociaż zdjęcia nie oddają tego w wystarczającym stopniu. O ile ogółem widzę, że Cary Grant czy Gregory Peck nie mają trzeciego oka i również prezentują się nad wyraz dobrze, Henry Fonda jest jednak nokautem. To oczywiście kwestia gustu, a Liritio jest niezmienna fanką wyglądu Johnny'ego Deppa (chociaż gdybym miała wybierać, przykułabym się jednak do Paula Newmana).
Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, przez co nie czyta. Inaczej, czyta, ale mało nowego i z niecierpliwością. "Potęga huraganu" z paska bocznego okazała się tragedią całkowitą, więc Lirito uciekła do Rosy Montero i po raz trzeci przeczytała "Stąd do Tartaru". Rosa Montero i Marina Mayoral, dwie hiszpańskie pisarki, które Lirito czyta chętnie. Rzekłabym, ulubione hiszpańskie pisarki, ale nie bardzo kojarzę inne. Mężczyzn owszem, wielu hiszpańskich autorów mam zaznaczonych w pamięci, ale kobiety... No nie, tylko te dwie.
Rosa Montero... O Mayoral kilka razy napisałam, o Montero najwyżej wspominałam, co jest o tyle przykre, że sposób w jaki pisze i układa historie idealnie mi pasuje. "Córka Kanibala" to chyba jej książka, którą bym najbardziej polecała, ale zdaje się, że opinie innych skłaniają się bardziej do chwalenia "Instrukcji, jak ocalić świat". Kłóciłabym się, ale nie muszę, wystarczy mi, że bardzo długo tylko dwie książki Montero były przetłumaczone na język polski, a obecnie jest ich cztery, radosny postęp.
Kolejnym do czego Liritio ucieka, są kryminały Dorothy L. Sayers, która stworzyła postać uroczego, rudego lorda Petera Wimseya. Prawdę mówiąc wcale nie ma tak wielu książkowych detektywów czy policjantów, których Liritio naprawdę lubi. Chętnie czytam kryminały, przykładowo Leeny Lehtolainen, ale nie znaczy to, że rzeczywiście bardzo podoba mi się postać Marii Kallio. Akurat do Kallio mam stosunek obojętny, podobnie jak do znacznej większości wiodących akcję bohaterów kryminalnych opowieści. Chociaż inspektora Maigreta nie trawię, podobnie jak komisarza Montalbano. A sztandarowym przykładem niechęci Lirito do sławnego charakteru jest panna Marple, której nie znoszę absolutnie. Może kiedyś zbiorę się w sobie i dojdę do podstaw negatywnego nastawienia do słynnej starszej pani, nie dzisiaj jednak.
Wróć, wróć, lord Peter i kryminały Sayers. Angielskie kryminały z pierwszej połowy XX wieku, więc już pewnie wiecie o czym mowa. Bohaterowie z "towarzystwa", delikatny snobizm i subtelny humor, nieśpieszna i niezbyt skomplikowana akcja. Lirito to lubi, aczkolwiek rozumie, że nie każdy musi znajdować przyjemność w obcowaniu z sielsko angielską arystokracją.
Aktualnie cieszę się "Nieprzyjemnością w klubie Bellona", piątą książką z serii o Wimseyu. Akcja zaczyna się kiedy stary generał Fentiman zostaje znaleziony martwy w fotelu klubu Bellona, a do Wimseya należy ustalenie, czy starszy pan zmarł wcześniej czy później niż jego równie leciwa siostra. Rzecz dotyczy oczywiście pieniędzy, na które czekają nerwowi spadkobiercy. Czasy ledwo powojenne, dialogi pierwszej klasy i spokojne nawarstwianie kolejnych zagadek, Lirito jest zachwycona.
"Znałem kiedyś gościa, który spaskudził porto cygarem indyjskim. Nikt go więcej nie zapraszał. Osiem miesięcy później odebrał sobie życie. Nie twierdzę, że dlatego. Ale musiał źle skończyć, co?"Jaki dokładnie jest lord Peter, Liritio napisze w kolejnej odsłonie popołudnia detektywów, zestawiając go z równie przeze mnie uwielbianym Merlosem Plantem. Ale już samo sparowanie dużo mówi, uprzywilejowany angielski dżentelmen, nieco ekscentryczny, złośliwy, zdystansowany, jakby nerwowy. Lirito lubi te klimaty i takich bohaterów. Bo mówiąc o Plancie (książki Marthy Grimes) mogę jeszcze dodać, że Jury mojej wielkiej sympatii nie budzi. Za dużo w nim bohaterskiego rysu i szlachetnej postawy. A na dodatek, wracając już do Wimseya i stylu Sayers, Liritio uwielbia Oscara Wilde'a, więc o nieco przeintelektualizowanych dialogach wiele możecie dopowiedzieć sobie sami.
Dorothy L. Sayers, "Nieprzyjemność w klubie Bellona", Państwowe Wyd.."Iskry",1986r., str. 14
I odniesienia, w kryminałach Sayres podobają mi się nawiązania (głównie ustami Wimseya) do klasyki literatury, poezji, również do klasyki kryminału, komentarz przywołujący Sherlocka spotkacie chyba w każdej jej książce.
Czerwcowa Lirito ma trochę za dużo na głowie, więc towarzyszy mi głównie muzyka, kiedy brak czasu na coś innego. I cieszę się, że w radiu pojawia się Rodriguez, już nie tylko "Sugar Man", dzisiaj usłyszałam "Crucify Your Mind". Nigdy w końcu nie napisałam o "Sugar Manie", chociaż film pozostawił mnie radośnie zachwyconą. Ale inni napisali, inni też docenili, nie przepadło to w eterze, Sixto Rodriguez na stałe pojawił się w szufladce z napisem "znane". Lepiej późno niż później, wiadomo.
Pobocznie do radia, Liritio przypomniała sobie po raz kolejny, jak świetna jest muzyka z "Once". Oscarowe "Falling Slowly", wstawianie kiedyś na blogu "If You Want Me" to tylko fragmenty genialnej ścieżki dźwiękowej.
Kończąc więc przydługie czerwcowe wyliczanki, będzie ponownie Glen Hansard i Marketa Irglova.
The little cracks they escalated and before we knew it was too late for making circles and telling lies...
Bardzo piękne słowa mają te ich piosenki, co jedna do lepsza.
Etykiety:
Dorothy L. Sayers,
film,
Hiszpania,
kryminał,
książka,
muzyka,
powieść,
prywatny cyrk,
Rosa Montero,
stare kino,
USA,
Wielka Brytania
sobota, 25 maja 2013
Stulecie... Ściągam, źle. Ekhm, popołudnie detektywów (I)
Gwoli wyjaśnienia: pierwszy z zapewne dwóch, ew. trzech wpisów o tym, co Liritio lubi najbardziej, panach detektywach i ich wspaniałych historiach. Liritio, jeśli chodzi o kryminały, czuje się co najmniej "oblatana" i wiele czarujących postaci uwielbia sporadycznie, niedzielnie albo częściej. A pierwsze miejsce zajmuje niepodzielnie pewien hiszpański korsarz.
Nie jest tajemnicą dla nikogo, kto uważnie śledzi każde moje słowo (głupia przygrywka, jest tajemnicą dla Was wszystkich, nawet ja nie śledzę uważnie własnych słów i niech tak pozostanie), że bohaterem będącym największą miłością Liritio jest i (zapewne) pozostanie Lucas Corso, napoleonista w którymś pokoleniu, tropiciel książek i bibliofil, dymiący nikotynowym nałogiem "królik" w metalowych okularkach, który uświetnia swoją szemraną osobą jedną i niestety jedyną książkę,"Klub Dumas" Arturo Péreza-Reverte.
Posiadam takie nieco już porozklejane tu i tam wydanie "Klubu Dumas" w serii Galeria. Zaczytane, chciałabym powiedzieć, ale bardziej prawdopodobnie słabej jakości klejowej. Znaczy tak, czytałam tę książkę na okrągło, każdy ma jednak limity, obecnie czytam ją sporadycznie i na wyrywki. Właściwie w formie wewnętrznej deklamacji, nie oszukujmy się, po kilku(nastu!) latach wszystkiego uczymy się na pamięć.
Corso nie jest stricte detektywem, ale różne czynniki zmuszają go do przyjęcia tej roli, co czyni z niezmiennie wymiętym fasonem i grymasem ni to niedowierzania, ni to niechęci.
Liritio lubi dwoistości, lubi szare strefy i nade wszystko lubi niespecjalnie miłe osoby. A Corso trafia w środek tarczy dla każdej z kategorii.
Oczywiście jest w jego postaci również pewien romantyzm samotnego żołnierzyka, w którym luźno zarysowana moralność tęskni za czasem napoleońskich bitew, w których mógłby być szlachetnym bohaterem. Niestety, zostają mu zakurzone poszukiwania białych kruków oraz nieudolne śledztwo w sprawie rękopisu "Wina andegaweńskiego" (czterdziesty drugi rozdział "Trzech Muszkieterów") i tajemniczej "Księgi Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni".
Jeśli ktoś zna jedynie nie do końca udaną adaptację Polańskiego, "Dziewiąte Wrota", nie ma pojęcia o czym jest ta książka. Depp był całkiem niezłym Corso, ale poza tym akcja została zgwałcona i zmieniona w satanistyczną historyjkę dla niegrzecznych dziewczynek, podczas gdy "Klub Dumas" jest niezłym podręcznikiem dla wszystkich zainteresowanych powieściami przygodowymi, oczywiście z naciskiem na Dumasa, ojca. Jest również sam w sobie powieścią detektywistyczną, trochę przygodową, jakby Reverte wracał do klasyki gatunku nie tylko powieści płaszcza i szpady, ale również do zacnych opowieści o zamkach, duchach i trupach w szafach. Z tym że w wersji z "Klubu Dumas" Corso pełni rolę niewinnej (hm, powiedzmy) dziewicy w niebezpieczeństwie, a jego szpadą i rycerzem jest tajemnicza dziewczyna poznana w pociągu, która przedstawia się jako Irene Adler.
Nawiązań do literatury jest w "Klubie Dumas" pod dostatkiem dla każdego zapalonego czytacza "książek o książkach". A skrupulatne i przyziemne śledztwo w sprawie autentyczności rękopisu jednego z rozdziałów słynnej książki jest wzbogacane dreszczem niepokoju, który budzi drugi wątek. Te osławione przez Polańskiego dziewięcioro wrót do Królestwa Cieni.
Bowiem drugim wątkiem jest bogaty kolekcjoner satanistycznych dzieł, Varo Borja, życzący sobie sprawdzenia autentyczności jego egzemplarza "Dziewięciorga wrót" i ewentualnego zdobycia oryginału, którym powinien być jeden z trzech istniejących egzemplarzy. I to jest atmosfera!
Tragiczna historia wenecjanina Torchii, wydawcy i satanisty, reprodukcje dziewięciu rycin z innej czarnej księgi, "Delomelanikonu", która w założeniu miała pozwalać na przyzywanie diabłów, wyścig z czasem, kiedy za Corsem podąża tajemnicza postać uciekająca się do zdecydowanie mniej cywilizowanych zagrań.
Galeria postaci nie nudzi, piękna wdowa Liana Taillefer, rudy przyjaciel Corsa i chytry bawidamek, Flavio La Ponte, zakochana w Diable baronowa Ungern, oszalały w samotności Fargas, ostatni ze znamienitego rodu, dla którego sprzedawanie rzadkich egzemplarzy książek równa się posyłaniu dzieci na śmierć. I moi ulubieni bracia Ceniza.
Literatura, Diabeł, tajemnice, tajemnice... "Klub Dumas" jest świetną lekturą, przy której można poczuć dreszcz na plecach, ale można też całkowicie zaginąć w podróży z Corsem i jego prywatną Irene.
Nie jest tajemnicą dla nikogo, kto uważnie śledzi każde moje słowo (głupia przygrywka, jest tajemnicą dla Was wszystkich, nawet ja nie śledzę uważnie własnych słów i niech tak pozostanie), że bohaterem będącym największą miłością Liritio jest i (zapewne) pozostanie Lucas Corso, napoleonista w którymś pokoleniu, tropiciel książek i bibliofil, dymiący nikotynowym nałogiem "królik" w metalowych okularkach, który uświetnia swoją szemraną osobą jedną i niestety jedyną książkę,"Klub Dumas" Arturo Péreza-Reverte.
Posiadam takie nieco już porozklejane tu i tam wydanie "Klubu Dumas" w serii Galeria. Zaczytane, chciałabym powiedzieć, ale bardziej prawdopodobnie słabej jakości klejowej. Znaczy tak, czytałam tę książkę na okrągło, każdy ma jednak limity, obecnie czytam ją sporadycznie i na wyrywki. Właściwie w formie wewnętrznej deklamacji, nie oszukujmy się, po kilku(nastu!) latach wszystkiego uczymy się na pamięć.
"Obserwowałem dyskretnie reakcję przybysza i dostrzegłem, że siadając lekko się uśmiechnął: po chłopięcemu, niczym królik u wylotu ulicy. Uśmiechem, który z miejsca zaskarbia bezwarunkową przychylność widowni każdego filmu animowanego. Z czasem miałem się zorientować, że jest też w stanie uśmiechać się jak bezlitosny, wychudły wilk(...)"
Arturo Pérez-Reverte, "Klub Dumas", Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998r., str.11
Corso nie jest stricte detektywem, ale różne czynniki zmuszają go do przyjęcia tej roli, co czyni z niezmiennie wymiętym fasonem i grymasem ni to niedowierzania, ni to niechęci.Liritio lubi dwoistości, lubi szare strefy i nade wszystko lubi niespecjalnie miłe osoby. A Corso trafia w środek tarczy dla każdej z kategorii.
Oczywiście jest w jego postaci również pewien romantyzm samotnego żołnierzyka, w którym luźno zarysowana moralność tęskni za czasem napoleońskich bitew, w których mógłby być szlachetnym bohaterem. Niestety, zostają mu zakurzone poszukiwania białych kruków oraz nieudolne śledztwo w sprawie rękopisu "Wina andegaweńskiego" (czterdziesty drugi rozdział "Trzech Muszkieterów") i tajemniczej "Księgi Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni".
Jeśli ktoś zna jedynie nie do końca udaną adaptację Polańskiego, "Dziewiąte Wrota", nie ma pojęcia o czym jest ta książka. Depp był całkiem niezłym Corso, ale poza tym akcja została zgwałcona i zmieniona w satanistyczną historyjkę dla niegrzecznych dziewczynek, podczas gdy "Klub Dumas" jest niezłym podręcznikiem dla wszystkich zainteresowanych powieściami przygodowymi, oczywiście z naciskiem na Dumasa, ojca. Jest również sam w sobie powieścią detektywistyczną, trochę przygodową, jakby Reverte wracał do klasyki gatunku nie tylko powieści płaszcza i szpady, ale również do zacnych opowieści o zamkach, duchach i trupach w szafach. Z tym że w wersji z "Klubu Dumas" Corso pełni rolę niewinnej (hm, powiedzmy) dziewicy w niebezpieczeństwie, a jego szpadą i rycerzem jest tajemnicza dziewczyna poznana w pociągu, która przedstawia się jako Irene Adler.
Nawiązań do literatury jest w "Klubie Dumas" pod dostatkiem dla każdego zapalonego czytacza "książek o książkach". A skrupulatne i przyziemne śledztwo w sprawie autentyczności rękopisu jednego z rozdziałów słynnej książki jest wzbogacane dreszczem niepokoju, który budzi drugi wątek. Te osławione przez Polańskiego dziewięcioro wrót do Królestwa Cieni.
![]() |
| Johnny Depp dawał radę w roli zamerykanizowanego Corso. |
Tragiczna historia wenecjanina Torchii, wydawcy i satanisty, reprodukcje dziewięciu rycin z innej czarnej księgi, "Delomelanikonu", która w założeniu miała pozwalać na przyzywanie diabłów, wyścig z czasem, kiedy za Corsem podąża tajemnicza postać uciekająca się do zdecydowanie mniej cywilizowanych zagrań.
Galeria postaci nie nudzi, piękna wdowa Liana Taillefer, rudy przyjaciel Corsa i chytry bawidamek, Flavio La Ponte, zakochana w Diable baronowa Ungern, oszalały w samotności Fargas, ostatni ze znamienitego rodu, dla którego sprzedawanie rzadkich egzemplarzy książek równa się posyłaniu dzieci na śmierć. I moi ulubieni bracia Ceniza.
"Byli kawalerami i pijakami, byli gderliwi i nierozłączni.Siłą "Klubu Dumas" jest niewiadoma, kiedy wokół Corsa zaczynają dziać się dziwne rzeczy, miota się w plątaninie faktów i domysłów z milczącą ochroną "Irene" u boku. "Drzewa zasłaniają ci las" stwierdza jego towarzyszka w pewnym momencie i tak samo drzewa zasłaniają las nam. Reverte stworzył labirynt połączony z gabinetem luster, Corso goni sam siebie, gubi się i odnajduje, żeby znowu się zgubić, a niepokojąca obecność nowej znajomej jest bodźcem do rozważań, których nasz króliczy księgarz wolałby nie prowadzić.
Ujrzał ich dziesięć minut później, jak szli obok siebie ubrani w prochowce przypominające całuny zawieszone na chudych szkieletach. Całe życie zgarbieni nad prasą albo sztancami, zajęci zszywaniem arkuszy albo złoceniem safianu. Żaden z nich nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat, ale z powodzeniem można im było dać po dziesięć lat więcej, widząc ich zapadłe policzki, ich dłonie i oczy, zniszczone od wymagającej precyzji roboty rzemieślniczej, i skórę tak bezbarwną, jakby pergamin, przy którym pracowali, użyczył im swojej chłodnej bladości."
Arturo Pérez-Reverte, "Klub Dumas", Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998r., str. 141
Literatura, Diabeł, tajemnice, tajemnice... "Klub Dumas" jest świetną lekturą, przy której można poczuć dreszcz na plecach, ale można też całkowicie zaginąć w podróży z Corsem i jego prywatną Irene.
niedziela, 5 września 2010
"Map of the Sounds of Tokyo", reż. Isabel Coixet.
Już tyle razy siadałam, żeby napisać o tym filmie. I tyle samo razy kończyło się to krótkim bębnieniem paznokciami w klawiaturę (dokładnie w literki k, l i dwukropek), po czym z grymasem zniechęcenia klikałam w krzyżyk, który zabijał mocno nieudolnie sklecone zdanka, głównie nie na temat.Chciałam napisać, że chociaż nie wszystko w "Map of the Sounds of Tokyo" było dla mnie zrozumiałe, film wydał mi się jedną z ładniejszych historii o miłości, jakie kiedykolwiek oglądałam. Miłości w wielu jej odmianach i stadiach, ale ukrytej, jakby niechętnej do pokazania się widzom. Miłości niedopowiedzianej.
I jeszcze chciałam napisać, że Rinko Kikuchi przykuła moją uwagę dwa razy, graną przez siebie postacią cichej morderczyni cierpiącej na bezsenność i po raz drugi, samą sobą. Aktorka ma tak spokojną, wręcz kamienną twarz, a jednak potrafi wyrazić nią znacznie więcej uczuć, niż ja tysiącem grymasów.
Miałam również wspomnieć o zdjęciach Jean-Claude'a Larrieu, które można by zatrzymywać i przerabiać na oddzielne obrazy, wieszać na ścianach i patrząc na nie, wyciszać się po zabieganym, hałaśliwym dniu.
Mogłabym również dodać, że "Map of the Sounds of Tokyo" sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad zmianą zawodu. Dlaczego nigdy nie chciałam patroszyć ryb na nocnej zmianie, skoro to tak ładnie wygląda, mimo że zewsząd leje się rybia krew. Albo założyć sklepu z winami, w którym froterowałabym co wieczór drewnianą podłogę i spędzała noce z napoczętą butelką wina, majtając ze znawstwem półpełnym kieliszkiem.
A najchętniej zmieniłabym się w starszego Japończyka, który nagrywał dźwięki Tokio. I tak jak on leżała na matach z zamkniętymi oczami, słuchając życia innych.

Chciałam też dodać, że "Map of the Sounds of Tokyo" to film, który szumi. Znaczy, mnie on szumi, ale może to głupie, może wcale nie powinnam tak pisać?
A jednak, szumi, jak woda. Wolno, cicho, płynie, drąży, zostaje takim szumiącym wspomnieniem długo po tym, jak pojawią się napisy końcowe.
Szumi Japonią, o której nie mam bladego pojęcia. Japonią nocy, pełną świateł, chłodnego powietrza i samotnych, cichych ludzi. Szumi samotnością bohaterów, szumi rozpaczą ojca po samobójstwie córki. Szumi wszelkimi uczuciami, które są równie dyskretne, co silne.
I film tak szumi, a ja nie umiem o tym wszystkim napisać w sposób subtelny i trafny. Chciałabym napisać o tym filmie tak, jak nakręciła go Isabel Coixet i moja niemoc mnie irytuje.
O "Map of the Sounds of Tokyo" przeczytałam u Chihiro i zastanawiam się teraz, czy "Cafe Lumiere" zaspokoi moje oczekiwania, które znacznie wzrosły po filmie pani Coixet. I jeszcze, czy o "Cafe Lumiere" będzie mi się pisało równie niezręcznie. I na koniec, czy kiedy obejrzę inne filmy Isabel Coixet, czy one wszystkie będą mi tak szumiały już zawsze?
piątek, 16 października 2009
"Prawie doskonała", czyli kobieta, która musi pisać.
Czy możliwe jest wymyślenie historii, które już istnieją? Albo takiej, która dopiero zaistnieje? A jeżeli nie, to jak wytłumaczyć wszystkim naokoło, że naprawdę nie wzorowało się na rzeczywistości? Niewątpliwie tekst o "przypadkowym podobieństwie do osób żywych lub martwych" nie wystarcza. Bohaterka powieści "Prawie doskonała", jako powieściopisarka z zawodu, musi się zmierzyć nie tylko z tym problemem. Ale o sztuce pisania często wspomina, o radościach i trudach, czasem istnej drodze przez mękę, którą jest zawód pisarza, i śmiem twierdzić, że może to być osobiste "wyznanie" autorki i co ona o tym całym pisarstwie sądzi. Marina Mayoral ponownie ucieszyła mnie swoją książką i ponownie stwierdzam, że na bank polubiłabym tę kobietę. Siła, chłodny, analityczny umysł, duża świadomość własnego charakteru i realne podejście do życia, czyli cechy, które przenikają większość jej bohaterek, są poniekąd cechami samej autorki, czyż nie?
„Prawie doskonała” jest listem matki do syna, który oskarżył ją o rozmyślne, zaplanowane sprowadzenie śmierci na jego ojca/jej męża i odciął od niej się całkowicie. Listem, który częściowo jest historią jej życia, a częściowo dialogiem z synem, Peque.
Kilka portali internetowych określa „Prawie doskonałą” jako intrygę kryminalną, w której czytelnik będzie musiał sam zadecydować, kto też spośród przedstawionych osób mógł być mordercą. Bzdura. „Prawie doskonała” jest prawie spowiedzią i jednocześnie prawie radą matki dla syna. A wątek niejasnych okoliczności śmierci jego ojca jest poboczny, jest pretekstem. Chociaż postać ojca jako takiego ma ogromne znaczenie dla tej historii. Życie matki Peque do najnormalniejszych nie należy. Niewątpliwie jest kobietą niezwykłą, skoro będąc kuternogą z jednym okiem szklanym, musiała postrzegać świat inaczej i nie mogło być łatwo, a stała się osobą pełną życia. Opowiada je synowi, starając się wyjaśniać swoją naturę, swój charakter. Ona nie tyle się przed nim usprawiedliwia, co stara pokazać samą siebie od strony, którą dzieci dostrzegają rzadko – że poza byciem matką jest również kobietą, żoną, kochanką, córką, osobą zakochaną, złą, szczęśliwą albo skrzywdzoną. Ramy, w które dzieci wkładają rodziców są wąskie.
Prawie spowiedzią, ponieważ ta kobieta trochę żałuje a trochę nie, ale na pewno nie pisze o swoich grzechach. A przynajmniej nie jedynie. Prawie radą, gdyż ona stara się przede wszystkim odzyskać syna, więc wszelkie większe sugestie zmian w jego życiu przedstawia bardzo nieśmiało, żeby go nie spłoszyć, nie rozgniewać i tym samym utracić.
Ale czy tak chłodna analiza (po raz kolejny się z tym u Mayoral spotykam) może poruszyć serce jej syna? Czy gdyby moja matka napisała do mnie, ogarniętej myślą o jej winie, taki list, czy chociaż przeczytałabym go do końca? Nie wiem, możliwe, że nie. Możliwe, że spodziewałabym się błagań albo gorączkowych tłumaczeń. Ale to także czyni tę książkę interesującą – matka, która przede wszystkim pozostaje sobą, chociaż jest dwóm synom bardzo oddana, ale na pewno w stereotyp kochającej i troskliwej rodzicielki się z pełną premedytacją nie wpisuje.
Naprawdę dobra książka o rolach, jakie narzuca nam otoczenie, o szukaniu rozwiązań w sytuacjach patowych i o życiu w rodzinie – a każda rodzina to skomplikowana układanka, w której niezwykle ciężko osiągnąć perfekcję.
sobota, 19 września 2009
Marina Mayoral, czyli trzy spotkania.
Książek Mariny Mayoral przeczytałam trzy i zapewne na tym nie poprzestanę. Miałam napisać o każdej z osobna, ale że z recenzowaniem ostatnio u mnie ciężko, bo jakoś czasu brak, (a jeszcze mam wakacje, jak do pracy dojdą studia, to już w ogóle przestanę spać, jeść i czytać – dokładnie w tej kolejności) niestety tekst o pani Mayoral jakoś się odwlekł w czasie.
Pierwszą było „Jedno drzewo, jedno pożegnanie”, której tytuł niezwykle mi się podobał. Jak się okazało, zawartość dopasowała się do tytułu i teraz stwierdzam bez chwili wahania, że jest to naprawdę dobra książeczka – słowo „książka” trochę przeczy objętości. Króciutka opowieść Laury, która wraca na chwilę do swojego rodzinnego miasta i oczywiście dopadają ją wspomnienia. Wraca, żeby posadzić drzewko magnolii, co jest trzecim z symbolicznych osiągnięć, po urodzeniu dziecka i napisaniu książki, jakie planowała w życiu.
Sadząc magnolię przypomina sobie kilka chwil ze swojego życia w tym miejscu, kilka postaci, które miały na nią taki, a nie inny wpływ. I chociaż jej historia jest taka, jak miliony innych, coś w języku jakim posługuje się Mayoral, coś w jej komentarzach, które są jakby spokojnymi westchnieniami rezygnacji, przykuło moją uwagę na dłużej. Chciałabym mając pięćdziesiąt lat tak się godzić z własną przeszłością, jak robi to Laura, chociaż wcale nie dochodzi do wniosku, że jej decyzje z młodości były słuszne.
Następna, „Życie oddać i duszę” zaskoczyła mnie zgoła odmienną formą. Mayoral analizowała dziwny związek Amelii i Carlosa, jakby przeprowadzała analizę dzieła literackiego. W tle dodała trochę własnych historii, będących jakby komentarzem do omawianego tematu. Ale czytając nie mogłam się pozbyć ciągłego wrażenia tego chłodnego umysłu, który rozkładał Amelię i Carlosa na części pierwsze. Absolutnie to książce nie zaszkodziło, tylko czyta się to nie jak historię o miłości, a bardziej wnikliwy profil psychologiczny. Jednak „Życie oddać i duszę” nasunęło mi myśl, że chyba polubiłabym autorkę, gdybym kiedykolwiek poznała ją bliżej. Że chciałabym ją poznać i porozmawiać.
„Utajona harmonia” to typowa powieść. Blanca i Helena poznały się w szkole zakonnej, przyjaciółkami stały się z czasem i już do końca nimi pozostały. Książka napisana z punktu widzenia Blanki jest opowieścią o nich dwóch i życiu pełnym pomieszanych uczuć, które najprościej można by określić mianem „błędnego koła”. Jakby tę historię opowiedzieć, wyjdzie niezła telenowela, a jest wręcz przeciwnie. Blanka kocha ojca Heleny, a wszyscy mężczyźni, których Helena tak naprawdę pokochała, wolą Blankę. Uroczo. Gdyby wziąć pod uwagę punkt widzenia Heleny, może i by się miało wrażenie powtórki z „Mody na sukces”, ale spokojny racjonalizm Blanki sprawia, że cała ta historia staje się prosta. Ot, tak wyszło.
Chociaż „Utajoną harmonię” uważam za najgorszą z tych trzech przeczytanych przeze mnie książek, a od tamtych jest dwa razy grubsza, czytałam ją jednym tchem. Z dwoma poprzednimi nie poszło tak łatwo, mimo mojego zafascynowania jej sposobem pisania. Ot, taka śmiesznostka na zakończenie. Marina Mayoral na pewno jest warta zainteresowania, gdyż pisze książki inteligentne. Naprawdę, autorka wychodzi swoją prozą na kobietę niegłupią, błyskotliwą i ogólnie rozgarniętą. A to już niemało.
Pierwszą było „Jedno drzewo, jedno pożegnanie”, której tytuł niezwykle mi się podobał. Jak się okazało, zawartość dopasowała się do tytułu i teraz stwierdzam bez chwili wahania, że jest to naprawdę dobra książeczka – słowo „książka” trochę przeczy objętości. Króciutka opowieść Laury, która wraca na chwilę do swojego rodzinnego miasta i oczywiście dopadają ją wspomnienia. Wraca, żeby posadzić drzewko magnolii, co jest trzecim z symbolicznych osiągnięć, po urodzeniu dziecka i napisaniu książki, jakie planowała w życiu.Sadząc magnolię przypomina sobie kilka chwil ze swojego życia w tym miejscu, kilka postaci, które miały na nią taki, a nie inny wpływ. I chociaż jej historia jest taka, jak miliony innych, coś w języku jakim posługuje się Mayoral, coś w jej komentarzach, które są jakby spokojnymi westchnieniami rezygnacji, przykuło moją uwagę na dłużej. Chciałabym mając pięćdziesiąt lat tak się godzić z własną przeszłością, jak robi to Laura, chociaż wcale nie dochodzi do wniosku, że jej decyzje z młodości były słuszne.
Następna, „Życie oddać i duszę” zaskoczyła mnie zgoła odmienną formą. Mayoral analizowała dziwny związek Amelii i Carlosa, jakby przeprowadzała analizę dzieła literackiego. W tle dodała trochę własnych historii, będących jakby komentarzem do omawianego tematu. Ale czytając nie mogłam się pozbyć ciągłego wrażenia tego chłodnego umysłu, który rozkładał Amelię i Carlosa na części pierwsze. Absolutnie to książce nie zaszkodziło, tylko czyta się to nie jak historię o miłości, a bardziej wnikliwy profil psychologiczny. Jednak „Życie oddać i duszę” nasunęło mi myśl, że chyba polubiłabym autorkę, gdybym kiedykolwiek poznała ją bliżej. Że chciałabym ją poznać i porozmawiać.
„Utajona harmonia” to typowa powieść. Blanca i Helena poznały się w szkole zakonnej, przyjaciółkami stały się z czasem i już do końca nimi pozostały. Książka napisana z punktu widzenia Blanki jest opowieścią o nich dwóch i życiu pełnym pomieszanych uczuć, które najprościej można by określić mianem „błędnego koła”. Jakby tę historię opowiedzieć, wyjdzie niezła telenowela, a jest wręcz przeciwnie. Blanka kocha ojca Heleny, a wszyscy mężczyźni, których Helena tak naprawdę pokochała, wolą Blankę. Uroczo. Gdyby wziąć pod uwagę punkt widzenia Heleny, może i by się miało wrażenie powtórki z „Mody na sukces”, ale spokojny racjonalizm Blanki sprawia, że cała ta historia staje się prosta. Ot, tak wyszło. Chociaż „Utajoną harmonię” uważam za najgorszą z tych trzech przeczytanych przeze mnie książek, a od tamtych jest dwa razy grubsza, czytałam ją jednym tchem. Z dwoma poprzednimi nie poszło tak łatwo, mimo mojego zafascynowania jej sposobem pisania. Ot, taka śmiesznostka na zakończenie. Marina Mayoral na pewno jest warta zainteresowania, gdyż pisze książki inteligentne. Naprawdę, autorka wychodzi swoją prozą na kobietę niegłupią, błyskotliwą i ogólnie rozgarniętą. A to już niemało.
sobota, 11 lipca 2009
Jose Carlos Somoza, czyli jeszcze nie wiem o co chodzi, ale i tak jestem już zaintrygowana.
Wstyd się przyznać, że przy tej masie hiszpańskich książek, które czytałam (nie chodzi o to, żeby się chwalić, tylko zobrazować sytuację), Somozę omijałam dotychczas szerokim łukiem. Dlaczego? Nie mam pojęcia, taką miałam najwyraźniej fanaberię niewiadomego pochodzenia.
Kiedy jednak pewnego dnia w bibliotece przetarłam oczy i z niedowierzaniem stwierdziłam, że powoli zostaje mi na półce jedynie Somoza, uznałam, że koniec z tym i bierzemy co się nawinie.
Nawinęła się „Szkatułka z kości słoniowej”, która, chociaż podeszłam do niej jak do jeża, zrobiła na mnie ogólnie dobre wrażenie. Historia jest niby prosta – ot, prywatny detektyw, a właściwie płatny morderca na emeryturze, dostaje zlecenie odnalezienia córki jednego ze swoich pracodawców. W nadmorskim miasteczku, gdzie widziano ją ostatni raz, przyłącza się do niego nauczycielka owej córki i tak sobie we dwójkę panny szukają.
Niesamowita jest ilość komplikacji, splecionych ciaśniutko elementów tej książki. Najwyraźniej charakterystyczne jest dla tego pisarza poplątanie z pomieszaniem, wcale nie wątków, ale ilości mniejszych historii, emocji, wspomnień, odniesień itd., itp. Niby niezbyt długa i niezbyt skomplikowana historia, a czyta się ją jakby przedzierało się przez labirynt znaczeń. A na dodatek okazało się później, że „Szatułka…” jest jedną z tych bardziej przejrzystych, nie aż tak wielowymiarowych książek Somozy.
W „Szkatułce z kości słoniowej” postać głównego bohatera, Quirosa, najbardziej mnie zainteresowała. Człowiek z życiową mądrością zawsze zdobędzie moją sympatię, a życiowa mądrość płatnego mordercy, który musi się zmierzyć z przekleństwem starzenia się, jest niewątpliwie oryginalna. Inaczej, niż Nieves, nauczycielka zaginionej Soledad, której moralność mnie nudziła, a uciekanie przed własnym życiem (a raczej jego brakiem) jakoś tak niecierpliwiło.
Niebezpieczeństwo tworzenia, artyzmu, o tym w „Szkatułce” napisał Somoza. Jak napisać coś prawdziwego tak, żeby dało się to czytać? To pytanie przewija się przez całą książkę i kiedy się nad tym zastanowić, faktycznie, napisanie prawdy o kimś, dotarcie do tej najgłębszej prawdy byłoby nie do zniesienia.
„Listy od zabójcy bez znaczenia” wciągnęły mnie bardziej, niż „Szkatułka…”, która pozostawia po sobie pewien niedosyt. Niestety nie jestem pewna, czy naprawdę zrozumiałam, o co w „Listach…” się rozchodzi. Carmen del Mar wymienia korespondencję z mężczyzną, który chce ją zabić. Tyle tylko, że ona sama go wymyśliła, kiedy więc ktoś z miasteczka, w którym się osiedliła, wciela się w tą postać, całość nabiera rumieńców.
W „Listach” jest mniej akcji, więcej nawiązań (do wszystkiego), przemyśleń, jakichś własnych filozofii Somozy, które wydają się bardzo dla mnie interesujące. Nie da się jednak ukryć, że ja, po lekturze tych dwóch książek, Somozy nie czuję, nie rozumiem. Nie wiem, o czym on tak naprawdę pisze. O przemocy? O rozliczaniu się z przeszłością? O samotności? Wszystkiego w obu tych książkach było po trochu.
Co trzeba Somozie przyznać od razu, jest pisarzem pewnej klasy. Ma piękny, elegancki styl, którego w tak wielu książkach brakuje. Ładnie formułuje myśli, nie przepełnia ich metaforami, ale tworzy zgrabne refleksje. Przyjazne czytelnikowi :)
Nic to, ja dopiero czytać książki Somozy zaczęłam, a rozbudził mój apetyt na swoje inne teksty.
* cytat z "Listów do zabójcy bez znaczenia", przekład Agnieszki Rurarz
Kiedy jednak pewnego dnia w bibliotece przetarłam oczy i z niedowierzaniem stwierdziłam, że powoli zostaje mi na półce jedynie Somoza, uznałam, że koniec z tym i bierzemy co się nawinie.
Nawinęła się „Szkatułka z kości słoniowej”, która, chociaż podeszłam do niej jak do jeża, zrobiła na mnie ogólnie dobre wrażenie. Historia jest niby prosta – ot, prywatny detektyw, a właściwie płatny morderca na emeryturze, dostaje zlecenie odnalezienia córki jednego ze swoich pracodawców. W nadmorskim miasteczku, gdzie widziano ją ostatni raz, przyłącza się do niego nauczycielka owej córki i tak sobie we dwójkę panny szukają.Niesamowita jest ilość komplikacji, splecionych ciaśniutko elementów tej książki. Najwyraźniej charakterystyczne jest dla tego pisarza poplątanie z pomieszaniem, wcale nie wątków, ale ilości mniejszych historii, emocji, wspomnień, odniesień itd., itp. Niby niezbyt długa i niezbyt skomplikowana historia, a czyta się ją jakby przedzierało się przez labirynt znaczeń. A na dodatek okazało się później, że „Szatułka…” jest jedną z tych bardziej przejrzystych, nie aż tak wielowymiarowych książek Somozy.
W „Szkatułce z kości słoniowej” postać głównego bohatera, Quirosa, najbardziej mnie zainteresowała. Człowiek z życiową mądrością zawsze zdobędzie moją sympatię, a życiowa mądrość płatnego mordercy, który musi się zmierzyć z przekleństwem starzenia się, jest niewątpliwie oryginalna. Inaczej, niż Nieves, nauczycielka zaginionej Soledad, której moralność mnie nudziła, a uciekanie przed własnym życiem (a raczej jego brakiem) jakoś tak niecierpliwiło.
Niebezpieczeństwo tworzenia, artyzmu, o tym w „Szkatułce” napisał Somoza. Jak napisać coś prawdziwego tak, żeby dało się to czytać? To pytanie przewija się przez całą książkę i kiedy się nad tym zastanowić, faktycznie, napisanie prawdy o kimś, dotarcie do tej najgłębszej prawdy byłoby nie do zniesienia.
„Listy od zabójcy bez znaczenia” wciągnęły mnie bardziej, niż „Szkatułka…”, która pozostawia po sobie pewien niedosyt. Niestety nie jestem pewna, czy naprawdę zrozumiałam, o co w „Listach…” się rozchodzi. Carmen del Mar wymienia korespondencję z mężczyzną, który chce ją zabić. Tyle tylko, że ona sama go wymyśliła, kiedy więc ktoś z miasteczka, w którym się osiedliła, wciela się w tą postać, całość nabiera rumieńców.W „Listach” jest mniej akcji, więcej nawiązań (do wszystkiego), przemyśleń, jakichś własnych filozofii Somozy, które wydają się bardzo dla mnie interesujące. Nie da się jednak ukryć, że ja, po lekturze tych dwóch książek, Somozy nie czuję, nie rozumiem. Nie wiem, o czym on tak naprawdę pisze. O przemocy? O rozliczaniu się z przeszłością? O samotności? Wszystkiego w obu tych książkach było po trochu.
Co trzeba Somozie przyznać od razu, jest pisarzem pewnej klasy. Ma piękny, elegancki styl, którego w tak wielu książkach brakuje. Ładnie formułuje myśli, nie przepełnia ich metaforami, ale tworzy zgrabne refleksje. Przyjazne czytelnikowi :)
„Niech pani wymyśli słownik moich słów, bo jak wykazać, gdzie tkwią błędy, gdy nie mówimy tym samym językiem? Gdy oboje trwamy w oczekiwaniu, proszę, nich się pani odda myśli, że jestem pokrętny. Niech pani o mnie myśli, gdy zapada noc. Niech pani o mnie marzy. Niech mnie pani wysłuchuje w szmerach samotności swego domu. Strach musi się ucieleśniać, by stać się strachem i by strachem napawać.”*W takich chwilach żałuję, że nie umiem dogłębnie zanalizować pisarza, nie wystarcza mi chyba cierpliwości. Piszę w oparciu o jakieś mgliste odczucia i wspomnienia o książce, starając się uchwycić sedno, które w przypadku Somozy ucieka mi z cichym chichotem.
Nic to, ja dopiero czytać książki Somozy zaczęłam, a rozbudził mój apetyt na swoje inne teksty.
* cytat z "Listów do zabójcy bez znaczenia", przekład Agnieszki Rurarz



+Gustavo+Taretto+05.jpg)



