Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 lipca 2011

"Latające Tygrysy", Witold Urbanowicz.

„Sampan – okazuje się – przestrzelony w kilkunastu miejscach. Coraz bardziej mokro, a do brzegu jeszcze kawałek. Staruszek łowi ryby jak szatan, a ja wiosłuję tą przeklętą szczapą i jeszcze wodę muszę wylewać, depcząc po rybach.”

Witold Urbanowicz, "Latające Tygrysy", Wydawnictwo Lubelskie, 1963r., str. 183 – 184.
Wielokrotnie, właściwie można by powiedzieć, że codziennie przez naście lat mijałam się z tą książką na półce, a sięgnęłam po nią lata po tym, jak mijać się przestałyśmy.
Z nudów.
I w najśmielszych przewidywaniach nie odgadłabym, że "Latające Tygrysy" (aka "Ogień nad Chinami") odkryją przede mną nie tylko mały wycinek Chin, których już nie ma, ale do tego pokażą mi jeszcze bardzo interesującego człowieka, którego również już nie ma. Dobrze, że książki zostały.

Z "Latających Tygrysów" wyłonił się obraz polskiego lotnika z dokonaniami oraz życiorysem Jamesa Bonda. Tak można by wnioskować również z przedmowy redakcji (i z prywatnych, krótkich przeszukiwań wieści internetowych), ale przecież podobnymi przeżyciami mogłoby się pochwalić wielu żyjących w czasach II wojny światowej. Nie w tym rzecz.

Co umykało mi w trakcie lektury i dotarło do mnie już przy jej końcu, wrażenie, że Urbanowicz był bez wątpienia przedstawicielem grupy, którą dzisiaj określamy często "dawną inteligencją polską".
Nieśpieszny w osądach pilot z otwartym, chłonnym umysłem, zapewne ostrym jak brzytwa, inteligentny... Nie piszę tego w ramach peanu młodej mnie na rzecz takiego mężczyzny - kwestią istotną jest to, że rzadko spotykam świadectwa takich charakterów, takich ludzi, gdziekolwiek poza sławnymi i już z góry inteligencją obklejonymi nazwiskami.

A tu proszę, lotnik, autor skromnych książeczek napisanych skromnym językiem i taka mądrość się przemyka między wierszami. "Latające Tygrysy" są więc lekturą przyjemną, wciągającą, jak rozmowa z interesującym człowiekiem, który nie zarzuca nas opiniami z kalki i błahymi opowiastkami, a przy tym ceni wagę słów, oszczędza je.

Urbanowicz w konkretnych zdaniach ujmuje opowieści z misji lotniczych, również sporo historii dotyczących ówczesnych Chin, tak też sporadycznie wtrąca między wersy swoje poważniejsze przemyślenia.
I choć jest to książka o tematyce wojennej, rozważań militarnych czy politycznych w "Latających Tygrysach" brak. I nie jest to powtórka z pełnego cennych, acz przegadanych filozofii "Nocnego lotu", Urbanowicz był żołnierzem, nie poetą.
„Wszystko to wyglądało wręcz niesamowicie. Sceneria prawie idylliczna: góry, zaróżowione niebo pokryte puszystymi chmurami – i to mrowie ludzi o żelaznej pracowitości, mruczących gardłowo i monotonie stare pieśni, jakby wiatr zawodził w skałach. Kiedy się na to patrzało dłużej, człowieka ogarniał strach, odczucie przytłoczenia tym fizycznie wyczuwalnym, olbrzymim potencjałem ludzkim. Dla mnie osobiście nie ulegało wątpliwości, że potencjał ów, wciąż jeszcze drzemiący, zbyt już napęczniał, aby mógł się utrzymać nadal w stanie nieruchomości. I że to nie Zachód go obudzi. Zachód nie rozumiał Chin – albo nie chciał rozumieć.”
Witold Urbanowicz, "Latające Tygrysy", Wydawnictwo Lubelskie, 1963r., str. 155
Dyplomację, polityczne rozgrywki Urbanowicz określił "sceną, do której zupełnie nie ma powołania", natomiast sporo pisał o ludziach zakotwiczonych w codzienności Chin, w których kultura z czasów cesarstwa zderzała z nową, wykluwającą się, komunistyczną.
O malarzu i o poecie, którzy rikszami podjechali na wojskowe lotnisko. O rybaku człapiącym długim linowym mostem, który trzeba zamykać przed niedźwiedziami. O papugach i polowaniu na tygrysy. O wojnie z Japończykami...
Do "Latających Tygrysów" na pewno będę wracała, do takich ludzi, jak Urbanowicz chętnie się wraca. I przeczytam coś więcej jego autorstwa, jak tylko wykombinuję, skąd owo "coś więcej" wziąć.

(zdjęcie stąd)

wtorek, 15 marca 2011

"Panda Sex", Mian Mian.

"Jiejie: Jak myślicie, co jest takiego szczególnego w rozmowie przez walkie-talkie?
Mężczyzna 2: To, że zanim się odezwiesz, musisz zaczekać, aż druga strona skończy."
Mian Mian, Panda Sex, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, 2010r., s.138

Nie jest to dobra książka - nie wiem, czy gorsza od "Cukiereczków", których już w ogóle nie pamiętam - ale jej "niedobrość" nie zmienia faktu, że "Panda Sex" to jednak rzecz interesująca.

Co jest problemem? Słowa będące jedynie dialogiem mają tę słabość, że zawieszają czytelnika w próżni. I nie wiadomo czy na przykład Aktor jest wysoki, niski, i czy stuka papierosem w kciuk, zanim zapali. I nie wiadomo, która z sióstr, Jiejie czy Meimei jest tą ładniejszą, a która mądrzejszą. I nie wiadomo czy na twarzy ABC odcina się zbyt wiele podkładu, a może czarna kreska na dolnej powiece od źle nałożonego tuszu?
A kiedy ich słowa, z których składa się ta książka, zawierają same ważne myśli, nie sposób przeczytać tego wszystkiego w skupieniu. Całość czyta się na jednym wdechu i mam wrażenie, że sporo po drodze ucieka. Uciekło mnie.

Ale "Panda Sex" ma też tę drugą stronę. Mnie rozmowy prowadzone przez grono szanghajskich znajomych przypomina to, co widzę na co dzień wkoło siebie. Gromada w miarę młodych ludzi i ich dylematy. Odrobina pretensjonalności, odrobina przeintelektualizowania, ale też sporo szczerości i całkowity brak pobłażliwości dla wznioślejszych tematów, przetykanych mocno cynicznymi komentarzami do rzeczywistości. Czy cynizm jest plagą dzisiejszego świata? Bo ostatnimi czasy wydaje się modny.

Dużo wśród tych dialogów samotności miejskiego życia, smutnych ludzi. Dużo Szanghaju, który z "Panda Sex" wyłania się jako miasto duchów, miasto bez morza.

Jak zaczęłam, same rozmowy odbierają książce konkretność. I teraz nie wiem, czy "Panda Sex" to jeden mężczyzna i jego liczne kochanki, a niewyjaśniona śmierć jednej z nich to centralny punkt książki? Czy równie dobrze mógłby to być zupełnie inny mężczyzna, a przemykająca w tle ciągłego dialogu historia jest jedynie pretekstem do napisania tych wszystkich słów?

Cienka wydaje się granica między pustym bełkotem a rozmową z sensem. I nie potrafię ocenić jaką dozą własnej nadinterpretacji wzbogaciłam treść "Pandy Sex", a ile faktycznej wartości w tej książce siedzi.
"Aktorka rzucająca palenie: Pewnego dnia jednak wpadłam w jakiś dół. Odkryłam, że my wszyscy w gruncie rzeczy nie mamy nic sensownego do powiedzenia o życiu, sztuce, miłości. Od tamtej chwili nie znoszę Szanghaju, bo gdy wychodzę tu wieczorem z domu, nigdy nie udaje mi się spotkać nikogo, kto zdradzałby choć odrobinę talentu. Nasze środowisko ewidentnie ma jakiś problem."
Mian Mian, Panda Sex, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, 2010r., s.86-87.

wtorek, 8 marca 2011

"20 odsłon zachłannej młodości", Xiaolu Guo.

"Ludzie mówią, że łatwiej jest uleczyć rany ciała, niż serca. Bzdura. Jest dokładnie na odwrót - to skaleczone ciało goi się dłużej. Zranione serce to nic innego jak popioły wspomnień(...) O ranach ciała możesz mówić wtedy, kiedy na przykład jesteś z kimś przez trzy lata, potem odchodzisz, ale w nocy, w łóżku, kładziesz się po jednej stronie, tak jakby po tej drugiej ktoś wciąż leżał. To jest właśnie rana ciała. Nawyk, który karze ci zostawiać miejsce dla kogoś, kogo tam nie ma."
Xiaolu Guo "20 odsłon zachłannej młodości", Wyd. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2010, str. 138.
Rzekłabym, że "20 odsłon zachłannej młodości" ma tytuł idealnie oddający istotę książki. Dwadzieścia krótkich opowiastek o kolejnych zdarzeniach w życiu Fenfang, która zwiała z rodzinnej wioski, podobnie jak inne małe wioski nawet nie oznaczanej na mapach Chin, i zainstalowała się w Pekinie. Dokładnie, kolejne odsłon z Fenfang w roli głównej, już same tytuły powinny oddawać atmosferę tych obrazków, np. "Fenfang idzie na basen, ale nie wchodzi do wody".

Nigdy bym się nie spodziewała, że książka z taką okładką i tytułem, książka kobiety, która zajmuje się raczej pisaniem scenariuszy, ksiązka, która na pierwszy rzut oka kojarzy się wyłącznie z prozą Nory Ephron, aż tak przypadnie mi do gustu. A połknęłam "20 odsłon zachłannej młodości" w jeden dzień i uśmiechnęłam się przy zakończeniu. Xiaolu Guo nie poszła na ostatnich stronach na łatwiznę rozwiązania wszystkich nitek, w których plącze się Fenfang i nawinięcia ich na ładną szpulkę "szczęśliwego zakończenia".

A gdyby ktoś zapytał, "ale o czym to jest?" - nie lubię takich pytań - mogłabym odpowiedzieć np. o młodej dziewczynie w Chinach. Albo: o fragmentach dorastania do dorosłości. Albo: o samotności w wielkim mieście. Albo...

Xiaolu Guo pisze bardzo spokojnie, prostym językiem, w krótkich zdaniach potrafi zawrzeć naprawdę piękne fragmenty rzeczywistości. Może mogłabym ją porównać do Baricco? Chociaż Xiaolu Guo jest znacznie konkretniejsza w swoich zdaniach. Szybsza. Mniej poetycka. Określając "pięknymi" obrazki, które opisuje, mam na myśli najzwyklejsze pod słońcem codzienności. Ale ja krojenie ryb na targu o piątej rano, na mrozie, te precyzyjne ruchy noża, ciche szmery budzącego się dnia, to właśnie opisałabym jako "piękne". Chyba zbyt często rzucam tym "pięknem" na prawo i lewo.

Oczywiście nie wątpię, że radość z lektury wynikała w dużej mierze z podobieństwa do Fenfang (tylko umownego) naszego wieku, naszego zagubienia. Chociaż chyba ani ja, ani Fenfang nie jesteśmy specjalnie zagubione, w naturalnym stopniu raczej, jak każdy.

Została w głowie ta książka, została w obrazkach. Na pierwszym planie szuflada Mao, potłuczone szkło i duchota miasta. Dalej pies, Niebiański Drań, sos sojowy i długa podróż pociągiem. Dalej... Z takich haseł można by wszystkie epizody z życia Fenfang ułożyć. Jak puzzle.

A wraz z powrotem słońca do miasta, wróciło i muzyczne zacięcie.
Rickie Lee Jones, On Saturday Afternoons in 1963.
I proszę, na raz dwa trzy, cieszymy się światem.