Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 czerwca 2013

W pięć filmów bawię się i ja.

Łańcuszek czy nie, myśl mi się podoba, chociaż chwalenie się wiekiem to inna para butów. Ale też, co ma wiek do wiatraka (tzn. piernik, ale zachciało mi się sparafrazować, nigdy nie obiecywałam, że będę poważną osobą), czyli do blogowania. Wiek jaki jest, każdy widzi (chociaż akurat Liritio zawsze wyglądała na młodszą, co doceniła dopiero niedawno).

Będzie wstęp, nie ma przebacz, do konkretnych pięciu filmów zjedźcie sobie niżej.  

Zabawne, że film żadnego z moich ulubionych reżyserów czy scenarzystów nie miał premiery w 1987 roku, a na pewno żaden znaczący film. Po części ze względu na ich wiek, nie każdy z moich ulubieńców był reżyserem czegokolwiek w 1987 roku. Fincher jeszcze robił reklamy i dopiero miał kręcić teledyski z Madonną, Guy Ritchie nie mam pojęcia co też wtedy wyczyniał, ale zapewne jeszcze nie sądził, że i w jego życiu Madonna okaże się istotna. Soderbergh dopiero nakręcił krótkometrażowego "Winstona", który przerodził się potem w jego znany debiut "Seks, kłamstwa i kasety wideo", a Wes Anderson istniał, ale również nie mam pojęcia czym się w 1987 zajmował. Richard Curtis pisał do "Czarnej żmii", Grant Heslov grywał w serialach telewizyjnych i nie wiem czy już znał Clooneya, czy jeszcze nie, a Tony Gilroy... Cóż, Gilroy robił coś jeszcze innego, może pisał skrypty do reklamówek proszku do prania.

Jednak są również ci znacznie (albo nieznacznie) starsi, doświadczeni tytani (albo niekoniecznie tytani) kina, których bardzo cenię, śledzę twórczość i staram się coraz lepiej poznawać. Najwyraźniej 1987 rok nie był ich rokiem. Ani Kusturica, ani Polański, ani Altman nic ciekawego, ani Frears, ani...
Za to rok kolejny, 1988, był dla tych panów owocny, premiery miały "Czas cyganów" Kusturicy, klejnot filmografii Frearsa, czyli "Niebezpieczne związki", "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Scorsese, "Frantic" Polańskiego...
Tylko Altman wypuszczał jakieś nie najlepsze filmy w tym 1987 roku i kolejnych, żeby dopiero w latach 90tych wrócić z czymś ciekawszym.
Nic to, życie, najwyraźniej rok mojego urodzenia to również rok kręcenia dobrych filmów, które premiery miały nieco później.

Kończąc rozwlekłe szastanie nazwiskami i tytułami, pięć filmów w moim wieku. Wybrane subiektywnie, z powodów bliżej niedefiniowalnych skojarzeniami i sentymentami obciążone.

Zaczniemy filmem - ikoną, tanecznie sprawnym, fabularnie nieco mniej, kłania się Dirty Dancing.
Antypatia do Patricka Swayze to jedno, niejakie znudzenie przesadnie poważną historią to drugie, totalny brak zainteresowania schematem "buntownik i stłamszona królewna" to trzecie.
Co nie zmienia faktu, że ów boleśnie przetłumaczony "Wirujący seks" wrył się w historię kina i odniesienia do filmu pojawiają się wszem i wobec od lat.

Jeśli chodzi o sentymentalne skojarzenia z "Dirty Dancing" to wolę radosne "Grease", ale i "Dirty Dancing" moją sympatię budzi. Jest takie niewinne, nieporadne, naturalne i naiwne, zupełnie jak główna bohaterka. Kojarzy mi się z czasami, kiedy ta cała historyjka wydawała mi się urocza, a zdanie "nikt nie stawia Baby w kącie" (czy jakoś tak) prawie mnie ekscytowało. Jak widzicie, Liritio tęskni za czasami, w których nieco więcej ją ekscytowało. Zblazowanie to choroba.
Oczywiście jeśli "Dirty Dancing", to przecież ścieżka dźwiękowa i "Time of My Life". Niezapomniany oscarowy hit (a na pewno nie dają nam o nim zapomnieć), podobnie nie trzeba chyba nikogo zapoznawać z "Hungry Eyes", "Stay" czy "Be My Baby". A "She's Like the Wind" to piosenka z tego filmu najlepsiejsza i zdania nie zmienię.

Kontynuując, The Living Daylights.
Przedostatni Bond w reżyserii Johna Glena, odpowiedzialnego za późniejszą "Licencję na zabijanie", straszną "Ośmiorniczkę", brawurowo przesadzony "Zabójczy widok", do którego mam trwałą słabość, oraz nijaki romansik z "Tylko dla Twoich oczu".

Jednocześnie pierwszy Bond Timothy'ego Daltona, a lubię go w roli Bonda, chociaż moim faworytem pozostanie na zawsze czarujący Roger Moore i czeka mnie zbiorowy lincz za niechęć do Seana Connery'ego.
Dalton był czymś nowym i całkiem nieźle wykombinowanym, nie bardzo rozumiem dlaczego jego nieco mroczny Bond ze znacznie mniej frywolnym podejściem do życia nie obudził większego entuzjazmu.
Niemniej, "The Living Daylights" to jeden z pierwszych filmów o 007, który wydobywam z pamięci. Teraz trzy sprawy są istotne: rola Daltona, całkiem niezła piosenka A-Ha (chociaż na tle otwierających Bonda piosenek akurat ta szału nie robi) i scena zjeżdżania na wiolonczeli z ośnieżonej góry, pod ostrzałem tych złych. O tak, odstawiony Bond, piękna wiolonczelistka, zjazd na wiolonczeli... Kwintesencja.

Idąc dalej, The Witches of Eastwick.
Jaki to jest cudowny film! Kicz, brawura, zabawa, obsada pierwszej klasy, dziwna fabuła kojarząca się z horrorem klasy C, ale też z czymś fantastycznym, wyobraźnia Updike'a zadziałała.
I oczywiście "Nessun Dorma" Pucciniego. Aria operowa będąca jedną z tych najbardziej znanych, ale jest przyczyna. Mocne wykonania i mocny tekst, "all'alba vincerò! Vincerò! Vincerò!" ("o świcie wygram! Wygram! Wygram!"). Znana melodia, znane wykonania, ale jeśli Pavarotti coś zaśpiewał, nie może być nieznane. Chociaż osobiście bym się kłóciła nad sławnym wykonaniem Pavarottiego, mnie Franco Corelli bardziej pasuje, mimo że brak mu pewnej lekkości.
Ale wracając do filmu. Trzy piękne, opętane niewiasty (Cher, Pfeiffer, Sarandon), ich Diabeł, Nicholson, i jego zastanawiający lokaj, Fidel. Oczywiście, jak mógłby Nicholson nie grać Diabła? Jest równie dobrym Diabłem, jak był Jokerem, Jackiem Torrancem i Jessupem z "Ludzi honoru". Jest straszny, jest groteskowy, jest zabawny, ale niezmiennie przerażający. I pięknie.

Trochę oszukując filmem czwartym, skieruję Was do wpisu na temat Moonstruck w reżyserii Normana Jewisona, też z 1987 roku. Młody, niekarykaturalny Nicolas Cage i świetny drugi plan. Urocza, prosta historia romansu i dopracowanie szczegółów, dopracowanie kolejnych planów, a przy tym wdzięk. Dlaczego tak mało ludzi zna ten film?

Kończąc wywód, Der Himmel über Berlin Wima Wendersa. Film, który znacie w zgwałconej wersji melodramatu z Hollywood jako "Miasto Aniołów".
Film Wendersa nie przypomina Hollywood, jest charakterystycznym kinem europejskim, które nie do końca wygodnie się ogląda. Może się dłuży, może szarżuje poetyckimi monologami, może wymaga koncentracji.
"Niebo nad Berlinem" to piękny film, tylko trudno go bez zniecierpliwienia obejrzeć. Upadłe anioły, nieupadłe anioły, życie powojennego Berlina i akrobatka z cyrku. Mnie zawsze urzekał ten cyrk i owa akrobatka.
A wisienką na torcie może być Peter Falk, którego znacie jako komisarza Columbo, też dostaje swój monolog i idzie mu pięknie. Monolog akrobatki jest cięższy do przełknięcia, jednak trzeba uzbrajać się w cierpliwość.

Dwa smętnie szare anioły z nieba nad Berlinem. Liritio potrafi wymienić wiele powodów, które zniechęcą Was do tego filmu, mnie też zniechęcają. Ale i tak oglądam czasem kolejny raz, jakaś magia nadal w "Niebie nad Berlinem" tkwi.

Mariusz wymyślił sobie, że pięć filmów w moim wieku chce poznać, ma za swoje.
A teraz Liritio chce poznać pięć filmów Judith, Tamaryszka i Marigolden. Życzenie Liritio można zignorować (nieładnie), ewentualnie na temat wieku dowolnie kłamać dla własnej wygody wyboru i wedle uznania (niekoniecznie).

środa, 8 maja 2013

"Barbara", reż. Christian Petzold.



Chyba powyższy zwiastun zaszczepił we mnie tytuł "Barbara"... Nie wiem czy przez muzykę w tle, czy przez niepokój w twarzy Niny Hoss, może przez szumiący wiatr, który przewraca rower?
Ale niektóre filmy po prostu chce się zobaczyć, bez wyraźnej przyczyny, tak jak ja chciałam zobaczyć "Barbarę".

Barbarę poznajemy przez okno, wymięta, znużona, blond włosy spięte w kok, wbity w przestrzeń niewidzący wzrok. Siedzi na ławce przed szpitalem paląc papierosa, a dwóch mężczyzn wymienia z wysokości piętra kilka słów na jej temat.
I to właściwie jest wszystko, Barbara, ich dwóch, szpital...
Jeden z nich jest pracownikiem Stasi i uprzykrza życie Barbary na wiele wścibskich sposobów - ale wiadomo, jak zostało się zesłanym z Berlina na prowincję po udaremnionej próbie wyjazdu, na święty spokój już nie ma co liczyć.
Drugi, Andre, miejscowy doktor. Jaki przyjacielski miś! Łagodne ślepia i powoli odkrywany pęd do wiedzy, przyduszone ambicje, mozolnie kompletowane wyposażenie laboratorium. I nieudolnie skrywana rola nadzorcy, chociaż może nie tyle nieudolnie, co niechętnie skrywana? Andre to jakby chodząca szczerość, a przynajmniej może się taki wydawać. 

Ale film szumi, a jak nie szumi to wycisza. Dyżury w małym szpitalu, stołówkowe obiady, niechętne rozmowy. Barbara kojarzy się z zaciętym, milczącym uporem, jakimś samotnym silnym duchem, dzięki któremu dotrze do celu. Ten cel tworzy wokół niej bańkę, przez którą ledwo można się przedostać, o co z różnych względów tak bardzo stara się Andre.
Ach, jeszcze pianino! W ogóle, przydziałowe mieszkanie Barbary to nora, ale w piwnicy znalazła rower. I rozstrojone pianino podsunięte do nagiej ściany. Kiedy nadchodzi strach, nuda, zwątpienie, zniecierpliwienie, palce może trochę zesztywniałe, ale można grać.

Dobry i zły policjant? W "Barbarze" wszyscy są ludźmi, istnieje wiele stron medalu.
I Stella, to zaskoczenie, to Barbary niespodziewajka. Tak, "Barbara" nie jest filmem, który powali Was na kolana nagłym zwrotem akcji, koniec jest przewidywalny, Barbara mimo zaskorupienia jest przewidywalna. Z tym że według mnie nie o to chodzi.

Dawno nie widziałam tak skromnie naturalnego, milczącego filmu. Z wiatrem, przeświecaniem promieni przez gałęzie drzew i nocnymi cykadami. Czy to z zazdrością pielęgniarki, kiedy nie wiadomo do końca czy o doktora z misiowymi oczami, czy o teoretyczną wyższość doświadczenia berlińskiej Barbary na zesłaniu. 
Urok tkwi w drobnych gestach. W przysypianiu na szpitalnym korytarzu, w pierwszym parsknięciu śmiechem, w naturalnej ciekawości i niechęci, w zabandażowanej głowie i lekarskim niepokoju. Kiedy mimo trudniejszych chwil i zmarszczonego życiem czoła nadal się pamięta o wyuczonym powołaniu do leczenia, nawet w zabitej dechami dziurze, z ograniczonymi środkami i skrzętnie skrywanym strachem w duszy.

Poza tym wszystkim, w "Barbarze" świeci słońce, las wydaje się nam pachnieć, chociaż to tylko ekran. Rowery, morze, powolna, ostrożna sympatia i kiełkujące nadzieje na zmianę. Czyli wiosna (chyba), a Barbara naprawia dętkę od roweru i jedzie załatwiać swoje tajemnicze sprawy. A Nina Hoss jest świetna w nieprzeniknionych spojrzeniach i chwilowych przebłyskach kotłujących się emocji. Ronald Zehrfeld (Andre) pozwala nam się lubić od pierwszej sceny, chociaż potrafi być nieprzyjemny w scenach kolejnych. Ale mamy nadzieję na jego dobrą przyszłość.

niedziela, 17 lutego 2013

"Dziś wolałabym siebie nie spotkać", Herta Müller

Czytanie Herty Müller nie przychodzi łatwo, potrzeba skupienia albo szybko zaczniemy czytać każde zdanie kilka razy.
Niezmiennie zadziwia mnie, jak wiele świata potrafi zawrzeć w skromnych książkach pełnych przenośni i świata wyobrażonego, pełnych odbieranych zmysłami wrażeń, ale przy tym bardzo logicznie skonstruowanych od pierwszego słowa po ostatnią kropkę. Müller nie rzuca słów na wiatr - w jej przypadku jest to dla mnie najwyraźniejsze.

"Dziś wolałabym siebie nie spotkać" jest tak naprawdę jedną jazdą tramwajem. Na przesłuchanie. Rytuał poranny na zostawianie szczęścia i na nieplączący się język, i w drogę.
"On wie to, co widać: że zawsze wkładam zieloną bluzkę i jem orzech, kiedy zostaję wezwana. Bluzka dostała mi się w spadku po Lilli, ale jej nazwa pochodzi ode mnie: bluzka, która jeszcze rośnie. Gdybym zabrała szczęście ze sobą, miałabym za słabe nerwy.
Albu mówi:
- Po co tracić nerwy, dopiero zaczynamy.
Ale ja przecież nie tracę nerwów, nie robi się ich mniej, lecz za dużo. I wszystkie szumią niczym jadący tramwaj."
Herta Müller, "Dziś wolałabym siebie nie spotkać", Wyd. Czarne, Wołowiec, 2009, str. 18
A myśli krążą w przeszłości, wspomnienia przyjaciółki zastrzelonej na granicy (to Lilli), byłego męża i rozstania na moście, teścia komunisty, ojca motorniczego i zdradzanej matki. A przy tym wszystkim dwie sprawy decydujące: fabryka guzików i nienawiść Nelu z biurka obok. Nelu, który doprowadził do odkrycia "kartek" adresowanych do Włoch, a stamtąd poszło wartko: wezwania, Albu, długie rozmowy...
Tramwajowe myśli krążą nie tylko wokół dramatów, jest przecież Paul, co prawda pije, ale jest. Wspomnienia bywają miłe, jak udawane - pijane rozmowy z piękną Lilli. Ale tych jest mniej, bo Lilli już nie ma, a Paul... No cóż, gdzieś pod drodze musiał sprzedać motor, ale stara się nie zwariować.
"Lepiej byłoby mieć w głowie rzeczy, których można dotknąć, zamiast myśli, nad którymi mędrkuje się bez końca. Ludzie, których chce się zatrzymać lub pragnie się ich pozbyć, i przedmioty, które się zachowało lub straciło. Wtedy byłby porządek(...) A pomiędzy nimi pozostaje miejsce na szczęście.
Herta Müller, "Dziś wolałabym siebie nie spotkać", Wyd. Czarne, Wołowiec, 2009, str. 91-92
Najistotniejsza jest jadąca tramwajem kobieta, która ma swój charakter, swoje błędy i potknięcia, swój rytuał i nadwątlone nerwy, które szumią jak tramwaj. Bezimienna, ale poznałam jej życie. Od dziecięcego śledzenia ojca w zajezdni, od milczącej matki przy stole, a potem ta fabryka guzików i mąż, który poszedł do wojska, ale wrócił. Rozwód, handel złotą obrączką na zakurzonej drodze... I od razu Paul. I kartki, i Albu. A Lilli zastrzelili na granicy.

Opisywany tym specyficznym językiem świat (ukłony dla tłumaczki) to i guzikowa delegacja (tam była biała koza), i zagracone mieszkanie teściów (to Sylwester i zbiorowe szukanie złotego guzika). A może wydawać się, że Müller to tylko ciężar dyktatury, chłód przesłuchań i pogrzeby na brudnym cmentarzu. Błąd. Właśnie stąd moje przywiązanie do Müller i ewentualne, uparte czytanie zdań kilka razy. Według niej strach i szaleństwo idą zaraz obok codziennego: buty do szewca (a tam są szczury za ścianą), tramwaj staje kiedy motorniczy je bułkę, a babcia z krzesełka obok potrzebuje aspiryny...

I może zabawne dla Was jest, że mnie tak owe kruszenie bułką przyciąga, ale może do tego czytania potrzeba podobnego skupiania uwagi, którym charakteryzuje się autorka? Może niekoniecznie? Istnieje też prawdopodobieństwo, że jedynie ja muszę czasem przeczytać powtórnie i powtórnie, zanim rzeczywiście przeczytam.

Przy tym wszystkim jedno cenię najbardziej i niezmiennie o tym wspominam: precyzja i konkret, a przy tym oderwanie od dosłowności. Dla mnie to jest prawie piękne, chociaż oczywiście temat stały: życie w ustroju bloku wschodniego.

I jeszcze jedno zdanie zapamiętane, a przy tym mały dowód, precyzja i prostota, a jak można życie we dwoje ująć trafniej?
"Może byłoby mu dobrze beze mnie, ale jesteśmy chętnie razem."
Herta Müller, "Dziś wolałabym siebie nie spotkać", Wyd. Czarne, Wołowiec, 2009, str. 11

piątek, 13 sierpnia 2010

"Zdążyć przed zmrokiem" i podobne przyjemności.

"Zdążyć przed zmrokiem" Tany French można podsumować jednym zdaniem: dobrze żarło i zdechło. Ta książka prezentuje sobą zmarnowany potencjał, na dodatek zmarnowany bezsensownie, kilkoma ostatnimi stronami.
Czytało się ją świetnie, byłam pod wrażeniem, że kobieta stworzyła tak prawdziwą postać męskiego bohatera. Nastrój jak w najlepszych książkach Lehane'a, nieprzekombinowana, ale złożona i przemyślana akcja, wyraziści, dopracowani bohaterowie - naprawdę, leciałam przez te kilkaset stron jak burza, byle dalej, byle już wszystko wiedzieć.
No właśnie, a na końcu taka niemiła niespodzianka, jakby samej autorce zabrakło konceptu, jak też można skończyć, jaką pętlą zamknąć całość. Wielka szkoda.
Ale ostatnie strony nie zmieniają faktu, że "Zdążyć przed zmrokiem" jest kryminałem (thrillerem? w sumie nie wiem) na bardzo wysokim poziomie, właściwie jest po prostu świetny. Gęsta atmosfera, cięty dowcip i wrażenie, że ta cała brudna i mroczna policyjna praca właśnie tak wygląda (nawet jeżeli wygląda inaczej, nieważne, wolę tę wersję).
Chętnie przeczytam kolejne książki autorstwa Tany French. Przeczytam, mając nadzieję, że zachowa podobny standard i poprawi się na finiszu.

W następnej kolejności dorwałam się do "Zjazdu szkolnego" Simone van der Vlugt, i z oceną mam niemałą zagwozdkę. Jest to przyjemny kryminał, napisany tak dobrze, że wciągnął mnie mimo wszelkich moich zastrzeżeń co do głównej bohaterki. Właśnie, Sabine - z jednej strony kobieta, którą obdarzyłabym sympatią, z drugiej dziecinna osóbka pełna głupich problemów.
Do tego całkiem miły jest fakt, że autorka nie pisała "Zjazdu szkolnego" (nie mam pojęcia, dlaczego ta książka ma taki tytuł) ściśle w formie kryminału czy thrillera. Sporo psychologii jest w tej historii, mały romansik, dręczenie w szkole, mobbing w pracy, przez pierwszą połowę po kryminale właściwie ani śladu.
Jednak "Zjazd szkolny" nie wytrzymuje porównania ze "Zdążyć przed zmrokiem" - nagle traci głębię, nagle okazuje się, że wszystkie postaci są szablonowe i z papieru, nagle akcja jest prosta jak budowa cepa, nagle, ciągle przyrównując, "Zjazd szkolny" staje się przeciętnym czytadłem. A dokładniej stałby się, gdyby nie jedno "ale" w postaci zakończenia.
Na koniec naprawdę się uśmiechnęłam, ponieważ takiego rozwiązania nie spodziewałam się zupełnie. Także zakończeniem Simone van der Vlugt zdobyła sporo dodatkowych punktów do treści. Właściwie to właśnie koniec jest powodem, dla którego naprawdę warto wspominać o tej książce, koniec zmienia całość w coś o stopień bardziej interesującego.

I Fitzek na zakończenie. "Ajajaj!", mogłabym zawołać, gdyby tylko istaniał szansa, że mnie usłyszycie. Nasłuchałam się pochwał, naczytałam recenzji pełnych dobrych słów, i jak mam teraz napisać, że panu F. mówię "raczej nie"?
Przede wszystkim, "Śmierć ma 143cm wzrostu" wydała mi się potwornie przekombinowana, akcja opiera się na temacie tak wydumanym, że można by przecierać oczy ze zdziwienia, że ktokolwiek coś takiego wymyślił. Nie zaprzeczę, że Sebastian Fitzek ma spory talent do swobodnego i bardzo sprawnego prowadzenia akcji, jako że "Śmierć ma 143cm wzrostu" to bardzo dobrze napisany kryminał. Ale mnie zabrakło głębi postaci, które były jak marionetki w skomplikowanej intrydze, przesuwane przez autora, nie żyły własnym życiem. Jak w "Incepcji" Nolana, podobnie w "Śmierć ma 143cm wzrostu" nagromadzenie treści zabiło miejsce na zbudowanie napięcia i rozpisanie postaci.
A szkoda, bo Sebastian Fitzek robi wrażenie pisarza, który mógłby dużo więcej, z taką wyobraźnią i warsztatem. Tylko według mnie nie do końca słusznie ukierunkowuje swoje zdolności, skupiając się na akcji i zapominając, że siła leży zwykle w prostocie.

niedziela, 11 października 2009

Nobel, czyli w końcu jestem naprawdę zadowolona.

Herta Muller została tegoroczną laureatką literackiej Nagrody Nobla, a ja nie mogłabym się ucieszyć bardziej czyimkolwiek innym zwycięstwem.
Chociaż odkąd przeniosłam się na bloggera wena jakoś mi osłabła, natłok codziennych spraw skutecznie zapełnia mój czas - oczywiście na czytanie zawsze wykroję kawałek, ale z pisaniem już mi tak dobrze nie idzie. Staram się oczywiście :)
Jednak na poprzednim blogu o książkach Herty Muller pisałam, o "Króla kłania się i zabija" oraz "Sercątku".
Chociaż świetnie zdaję sobie sprawę z faktu, że jej proza nie jest podziwiana i uwielbiana przez wszystkich, jednak Muller naprawdę zasłużyła.
Możliwe, że kiedy się zawezmę, zbiorę i siądę na dłużej, napiszę o innych jej książkach, które czytałam. Ale jak długo można powtarzać się w zachwytach? To chyba nudne jest...

PS. Już przekopiowałam te dwie recenzję na tego bloga, są w otagowane nazwiskiem autorki.

sobota, 18 kwietnia 2009

"Sercątko", Herta Müller.

Dobrym podsumowaniem tej książki jest fragment recenzji z „Frankfurter Allgemeine Zeitung" zamieszczony na tylnej okładce. „(...) „Sercątko" to podróż po komunistycznej Rumunii - duszna, opowiedziana mocnymi słowami wyprawa do piekieł."

Chociaż może trochę na wyrost użyto tego piekła, bo proza Muller nie może być wyprawą gdziekolwiek indziej, niż w twardą, prawdziwą i bezwzględną rzeczywistość. Co jeszcze mogłabym napisać o absolutnie mnie urzekającym stylu Herty Muller, czego nie wspomniałam za pierwszym razem? Jej kolejna książka „Sercątko" w żadnym razie nie była zawodem, a miałam wobec niej wysokie oczekiwania.
Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie dodać „Sercątka" do wyzwania historycznego XX wieku, ale zarzuciłam pomysł. Chociaż ta książka nawet bardziej niż „Król kłania się i zabija" oddaje rzeczywistość dyktatury Ceausescu.

Czwórka ludzi, Herta i trzech panów, Edgar, Kurt i Georg zaprzyjaźnia się po samobójstwie dziewczyny z pokoju Herty w akademiku. Budują relacje oparte na wspólnych obawach, wspólnym strachu i wspólnej rzeczywistości terroru, który nie spuszcza z nich oka. Jako przeciwnicy partii są obserwowani, śledzeni, przeszukiwani, przesłuchiwani i zastraszani. Szara i tragiczna codzienność rumuńskiego komunizmu jest niegłupim startem dla przyjaźni, która trwa przez kolejne lata, kiedy kończą studia i zaczynają pracę w różnych placówkach. Jednak partia o nich nie zapomina, zamieniając monotonię pracy na strach. Historia spisana przez Muller w „Sercątku" tak dobrze oddaje ich emocje dla ustroju, który zamieniał ludzi w antypatyczne skorupy, że ja także przejęłam spokojną i zimną nienawiść do partii i do Ceausescu. Bo podobnie jak w „Król kłania się i zabija", również „Sercątko" nie jest pisane pod wpływem gwałtownych uczuć, ale jest relacją opowiadaną na spokojnie. Gdyby nie smutek i koszmar, który oddaje, można by stwierdzić, że „Sercątko" to próba zemsty na zimno. Ale nie, książka jest napisana dla pamięci, nie zemsty, bo i jak na nieżyjących już potworach się mścić?
„Jedna z książek z letniego domku nosiła tytuł: Targnąć się na swoje życie. Było w niej napisane, że w jednej głowie mieści się tylko jeden rodzaj śmierci. Ja tymczasem biegałam tam i z powrotem w zimnym kręgu między oknem a rzeką. Śmierć gwizdała na mnie z oddali, potrzebny był mi do niej rozbieg. Miałam się prawie w ręku, jeszcze tylko maleńka cząstka opierała się. Może to było sercątko."*
Historia nakreślona brutalnymi sformułowaniami, które oszukują czytelnika przenośnią, ale ryją się głęboko w naszych emocjach, wsysa się jak jad. Obrazy skakały mi przed oczami podczas lektury i jestem pewna, że książki Muller należą do tych nielicznych wyjątków, których akcję każdy „widzi" tak samo. Jej zdania są tak precyzyjnym oddaniem jej rzeczywistości, że nie można ich różnie zinterpretować. Ta rzeczywistość należy tylko do Muller, ona się tylko trochę tymi obrazami dzieli. Krzesło pod drzewem morwy, pies kapitana Pjele, listy z bólami w krzyżu, pani Margit podjadająca resztki z hostii, guz Teresy, te wszystkie detale przelatują przez mózg, żeby trwale osiąść gdzieś w jego tle i przypominać się od czasu do czasu. Jak pocztówki z dalekiego i duszącego miejsca, do którego już nie musimy wracać.

Mocne słowa, to co mnie w Muller zachwyca, niezwykle precyzyjna poetyka jej przenośni i spostrzeżeń ponownie wywarły na mnie ogromne wrażenie. To tak, jakby jej zdania zostały w mojej głowie wytłoczone. Słów nie da się ot tak przelecieć wzrokiem, przekartkować. A przynajmniej ja nie potrafię.
„Wiele rzeczy widzieliśmy równie ciasno stłoczonych obok siebie jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze studentami. Nieszczęście jednak dotykało każdego z nas inaczej, od kiedy zostaliśmy rozrzuceni po kraju. Pozostaliśmy zdani na siebie nawzajem. Listy z włosami służyły jedynie do tego, żeby z pisma nadawcy wyczytać strach tkwiący we własnej głowie. Z rzepami, srokoszami, krwiopijcami i maszynami hydraulicznymi każde z nas musiało się uporać samo, jednocześnie otwierać i zamykać oczy."**

*"Sercątko", Herta Muller, przekład Alicji Buras, Wyd. Czarne, 2009r.(?)
**ten sam

sobota, 21 marca 2009

"Król kłania się i zabija", Herta Müller.

Kiedy piszę o książce, która bardzo mi się podobała, czuję się równie niezręcznie, co w przypadku pisania o bardzo znanej wszem i wobec literaturze. A nawet gorzej, bo nigdy nie mogę pozbyć się niepewności, że nie umiem naprawdę przekazać jej wartości i niesamowitego wrażenia, jakie na mnie zrobiła. Dlatego zbiór autobiograficznych esejów Herty Muller miałam na początku w ogóle na blogu przemilczeć. Jednak potem uznałam, ze może kogokolwiek zachęcę do poznania tej autorki, a jest tego niezaprzeczalnie warta.

Herta Muller, urodzona w Rumunii pisarka pochodzenia niemieckiego, została z kraju wypędzona, tak samo jak za komuny wiele innych osób opuszczało granice swojej ojczyzny w obawie o własne życie i zdrowie psychiczne. Kolejne jej eseje wprowadzają nas w życie autorki, głównie jeszcze zanim opuściła Rumunię. Dzieciństwo spędziła w małej wsi, rodzina, w której każdy dźwigał swój bagaż nieszczęścia. Dziadek bankructwo, które przyszło z socjalizmem, babcia śmierć syna na wojnie, matka obóz pracy, ojciec przeszłość ss-mana. Potem przeniosła się do miasta, do szkoły, gdzie zaczęła pisać i tym samym stała się groźna dla systemu. Jej krąg przyjaciół był oporny, Herta także była oporna i system ich niszczył, oczywiście całkiem skutecznie . Ale myśl tej recenzji nie miała się skupiać na treści, treść jest mniej istotna od formy przekazu w książce. A przekaz autorka stworzyła niezwykle silny.

Nie spotkałam się jeszcze nigdy z pisarką, która w tak precyzyjny sposób używałaby słów, dla przekazania emocji towarzyszących jej w życiu. A w przypadku Hery Muller były to silne, skomplikowane emocje. Ponieważ książka była pisana po latach, a więc z dystansem, jeszcze bardziej spotęgowane jest wrażenie tego chłodu emocjonalnego, który wynika ze strasznej precyzji, z jaką opisała strach, zaszczucie, rozpacz, żal i pogoń za chwilami spokoju, nieodmiennie związane z prześladowaniami i terrorem. „Król kłania się i zabija” nie przekaże czytelnikowi ani jednego zbędnego słówka, które zepsułoby moc zdania, które rozmiękczyłoby wyrazistość tekstu. Język Muller jest prawie że zakodowany, używa słów, których siły większość czytelników zapewne nie jest w stanie pojąć, w tym ja. Częściowo zapewne z powodu tłumaczenia, ale głównie dlatego, że ma zupełnie inny sposób myślenia i nie wniknie całkowicie w każdą przenośnię. Jednak częste gry słowami, układnie wierszy z wycinanych z gazety wyrazów, pocztówki zaszyfrowane jednym zdaniem, analizowanie języka, to wszystko trzeba postarać się pojąć, odczytać prawidłowo. Dla autorki, jak zresztą napisała w jednym z rozdziałów, słowa były jedyną bronią, tym co pozwalało jej walczyć z terrorem. Ale z drugiej strony za słowa tak łatwo było stracić głowę, także używa ich oszczędnie i w określonym celu. Jej teksty są prawie „najeżone” zdaniami z silnym przekazem, ogromnym, często wielowymiarowym znaczeniem i ja musiałam się skupić za każdym razem kiedy wracałam do książki po przerwie, żeby czytać i rozumieć każde słowo, każde zdanie. Bo rozumieć jej książkę naprawdę warto i zostawia po sobie ogromne wrażenie.