środa, 30 grudnia 2009

"Bękarty wojny", reż. Quentin Tarantino.

Oczekiwałam fajerwerków i dostałam fajerwerki. Z tym że zupełnie nie takie, jakich się spodziewałam. Było spokojniej, mało wojny, dużo śmiechu. Mniej dziwacznych historii, raczej jedna wielka groteska. I dialogi jak zwykle świetne.
Po recenzjach pełnych zachwytów wymagania rosną, a skoro "Bękarty wojny" mnie nie zawiodły, to już jest ich ogromny plus.

Tarantino uwielbiam za całokształt, ale jeszcze bardziej za drobny fakt, że najwyraźniej robiąc filmy, niczym się nie przejmuje. Kto inny mógłby nakręcić film o Aldo Apaczu, amerykańskim Żydzie, który dokooptował sobie grupę jemu podobnych żołnierzy i ruszył do Francji zbierać nazistowskie skalpy? Kto mógłby nakręcić taki film i przeistoczyć go w coś fajnego, a nie totalną porażkę klasy C?

Oczywiście "Bękarty wojny" mają swoje minusy. Oczywiście Tarantino ma na koncie lepsze filmy, ale nie w tym rzecz. Mnie rozkłada na łopatki sama idea tak absurdalnego scenariusza, z którego powstaje coś, co nawet trzyma się kupy. Już pomijam zabawy z historią.

Największy zachwyt wzbudził we mnie wcale nie wychwalany Christoph Waltz jako Hans Landa - Łowca Żydów. Chociaż nie przeczę, był niesamowity. Z jednej strony jak szeroko uśmiechnięty gospodarz teleturnieju, a z drugiej równie szeroko uśmiechnięty pułkownik SS, prawie szaleniec. Niewątpliwie Waltz sprawił się świetnie i chociaż nie znam jego filmografii, myślę, że można w ciemno uznać Hansa Landę za jedną z jego najlepszych ról.

Jednak Til Schweiger jako Hugo Stigliz był jeszcze lepszy. Może dlatego, że dotąd postrzegałam go jako takiego sobie aktora ze zdecydowanie cudownie przystojną aparycją typowego ss-mana. Co za zaskoczenie, ten człowiek potrafi grać, i to jak! Jest spokojny, opanowany, groźny, czasem zły - idealny jako zdrajca własnego kraju i morderca. Miła niespodzianka - Schweiger naprawdę jest dobrym aktorem.
Reszta się nie wybija, wszyscy na mniej więcej jednym, całkiem niezłym poziomie. Chociaż panie zdecydowanie gorsze, niż panowie. A to dziwne, bo normalnie Tarantino świetnie dopasowywał role żeńskie.

Film sam w sobie? Odjazdowy - to jest najwłaściwszy przymiotnik. Szalone pomysły, które w złych rękach zakończyłyby się klapą, w wersji Tarantino rozbrajały mnie całkowicie. Wszystkie smaczki związane z francusko - niemieckimi relacjami pełnymi uprzejmej, obopólnej nienawiści. Parodia Rzeszy i Furhera niektórych może drażnić. Prześladowania Żydów pokazana od strony dziwacznej i absurdalnej - nie ma w tym powagi, jest jedynie prześmiewcza banda, która szuka zemsty. Żydowski Niedźwiedź z kijem baseballowym i Aldo Apacz z przepięknym, amerykańskim akcentem, poszli na wojnę. (dobrze, przyznam, że Brad Pitt też dobrze zagrał - scena, w której parodiuje Marlona Brando - przepiękna)

Tarantino nie pokazuje rzeczywistości. Nie pokazuje wielkich bohaterów, wielkich uczuć czy czegokolwiek innego, poza wielką, głośną zabawą w świecie ironii i zgryźliwości. I ja to lubię.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

"Californication".

Dobrze, ja jestem serialowo opóźniona, zawsze byłam. Wszelkie ogólnie uwielbiane przez wszystkich cudeńka wpadają mi w ręce w swoim własnym czasie. Tak było z "House MD", który oglądałam na długo przedtem, nim zgryźliwy doktor podbił publiczność polską. Tak też było z "Lostami", których pierwszy sezon oglądałam, na długo po tym, jak świat oszalał, a ABC wyemitował sezon 5.
Cóż, taka karma, że nigdy na nic nie trafiam we właściwym czasie. Podobnie jest z "Californication", którego trzy sezony miałam wielką przyjemność obejrzeć przez Święta, i prawdopodobnie jestem ostatnią osobą na Ziemi, która stwierdziła, że Hank Moody jest cudowny i jedyny, podobnie jak reszta zgrai z L.A.
Dlatego nie będę się rozpisywała na temat serialu samego w sobie, poza może krótkim zaznaczeniem, że ja chcę już czwarty sezon. Brakowało mi czegoś takiego, jak "Californication", odkąd House się popsuł. Czegoś ironicznego, drapieżnego i zabawnego. Czegoś mało romantycznego i absolutnie nie rzewnego. Czegoś o Hanku Moodym po prostu.

Ja wspominam o "Californication" ze względu na muzykę. Po prostu nie mogę ścieżki dźwiękowej wyrzucić z głowy i tak od kilku dni słucham sobie "California Dreamin'", "Rocket Man", "My Shit's Fucked Up" i innych cudeniek. Soundtrack z serialu jest naprawdę świetny (oczywiście jak trafi w odpowiednie gusta muzyczne - patrzcie: moje). I tym właśnie jestem ostatnio muzycznie zachwycona i chciałam się podzielić ze światem w ramach zaspokajania swojego ekstrawertyzmu. O, rzekłam.

sobota, 26 grudnia 2009

"Kochający na marginesie", Johanna Nilsson.

Co jest takiego w skandynawskich książkach, że brak słońca aż trzeszczy z każdej strony?
Wiem, że literatura skandynawska ma bardzo wielu zwolenników, ja jednak pozostaję wierna południowym krańcom Europy, Skandynawia jeszcze mnie nie przekonała.
Nie przekonali mnie również „Kochający na marginesie”.
Nie zrozumcie mnie źle – w sumie jest to dobra książka, nie zaprzeczę. Ale rzadko kiedy spotykam się z tym, żeby lektura aż tak zniechęcała do życia. I nie to, że każdy wątek rozpoczęty w „Kochających na marginesie” źle się kończy, bo tak nie jest. Niby ostatnie strony ślą nadzieję na przyszłość, ale jakieś to takie wszystko mocno osłabiające. Mnie przynajmniej, może brak mi jakiegoś genu, który uodpornia na tę szwedzką mentalność. Wstępnych narzekań dość.

Na pewno „Kochający na marginesie” przedstawiają całkiem interesującą galerię postaci, od depresyjnej i samotnej Bei – złodziejki, po równie depresyjną i samotną Sofię/Stefana – transseksualistę. A po drodze piękna Mirja, która marzy o karierze modelki, jej rodzice Rosa i Victor – właściciele kawiarni „Na marginesie”. Lekko psychiczny Jack – niespełniona miłość Bei. Oraz mój prywatny faworyt, Mans, kaleki muzyk, któremu na drodze do kariery stoi własna ułomność – nogi jak odwrócone ekierki. Oczywiście te wszystkie postaci i te, które pominęłam w powyższej wyliczance – mieszają się odrobinkę, wpływają nawzajem na swoje losy, popychają się nawzajem w różnych kierunkach. Zabawne jest to, jak niewiele im tak naprawdę trzeba, żeby zmieniali swoje życia. Znaczy inaczej, „Kochający na marginesie” to krótka książka i krótkie są ich historie, a więc krótko czekamy na zmiany. I właśnie to mi jakoś nie do końca przypadło do gustu, że Nilsson jakby wrzuca czytelnika w środek, między swoich bohaterów, nie daje się mu za bardzo do któregokolwiek bardziej przywiązać i bliżej poznać, bo już musimy każdemu zrobić papa. Musimy pożegnać się z każdym z bohaterów i jego krótką, zniechęcającą do życia historyjką. A wnioski? Życie jest do kitu. Inne? Hmmm, brak tolerancji i problemy z komunikacją międzyludzką to niezwykle nieoryginalny problem, wszędzie się pojawia. I nawet to, że w „Kochających na marginesie” od czasu do czasu komuś odbija, nie czyni tej książki bardziej „jakąś” – że tak głupim słowem określę ogólny brak charakteru, nastroju i czegoś jeszcze.
Ale jak zaznaczyłam na początku, ja po prostu nie do końca umiem wczuć się w tę skandynawską literaturę, nie do końca rozumiem ich sposób patrzenia na świat, taki do znudzenia poważny i zniechęcony. Według mnie brak im ironii. Brak im czarnego humoru. I zapewne brak im czegoś jeszcze, co by mnie jakoś do Skandynawii i „Kochających na marginesie” przekonało.
Wiem, że w tym momencie trochę wrzucam wszystko do jednego worka i wiem również, że prawdopodobnie nie przeczytałam wystarczającej liczby skandynawskich książek, żeby o skandynawskiej literaturze pisać, dlatego wrócę do samych „Kochających na marginesie”.

Ponure to. Trochę smutne, ale nie wzruszające w żaden sposób, po prostu tępo przygnębiające. Coś się dzieje w życiach kilku osób, trochę się kotłuje i cóż, wiele się nie zmienia. Myślę, że komuś bardziej zadomowionemu w szwedzkich książkach „Kochający na marginesie” mogą się bardzo podobać. Albo i nie…
Mnie w sumie nawet się podobało. Albo i nie. Sama nie wiem, przeczytałam bezboleśnie, szybko i nawet byłam ciekawa zakończenia. Ale dla mnie to wszystko jest zbyt poważne. Lekkiego zmrużenia oka zabrakło.

Może wcześniejsze książki pani Nilsson oferują coś więcej?

środa, 23 grudnia 2009

smacznego i dobranoc

Jak w tytule - miałam nadzieję, że uda mi się nadgonić z recenzjami przed Świętami, ale najwyraźniej nic z tego.

zamiast tego życzę Wam więc radosnych, cieplutkich i niezapomnianych (w dobrym znaczeniu tego słowa) Świąt, oraz oczywiście wspaniałego Sylwestra i Nowego Roku;

nie wątpię jednak, że coś wrzucę jeszcze przed 2010 rokiem :)

a teraz zostawiam Was z Pink Martini "Veronique",
smacznego karpia i słodkich snów!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

"The Company", reż Robert Altman

Filmy o tańcu dzielą się w mojej opinii na dwie grupy: „The Company” i resztę.

Z tego typu produkcjami jest zawsze jeden problem – żadna nie pokazuje na czym polega bycie tancerzem, żadna nie mierzy się z ich rzeczywistą codziennością. Zamiast obrazu, który mógłby pokazać piękno i brutalność tego zawodu, zwykle dostajemy mydlane filmiki, poziomem technicznym dorównujące mniej więcej programowi „You Can Dance”, a fabularnym… Hmm, nie wiem, czy istnieją gorsze fabuły, nawet adaptacje książek Nory Roberts przedstawiają większy potencjał.

„The Company” jest wystylizowane na film dokumentalny, fabuła właściwie służy za tło dla tańca samego w sobie. I pięknie, ale o czym tak naprawdę jest „The Company”?

Joffrey Ballet, chicagowska grupa baletowa, jest najważniejszym bohaterem filmu. Nie jedna z tancerek, której losy niby śledzi kamera, ale cała grupa, do której należy. Altman wlazł z kamerą i butami w intymny świat tańca, bez skrupułów wszystko przelewając na ekran. Pokrętną wspólnotę tancerzy - grupę bardzo bliskich sobie ludzi, którzy codziennie męczą się na próbach, a jednocześnie bez rywalizują o role, o coraz lepsze miejsce w zespole, o karierę, o uwagę. Dyrektora Joffrey Ballet, który jest apodyktycznym tyranem, który wszystko wie najlepiej. Ale to właśnie siła jego charakteru pomaga godzić grupę tancerzy, reżyserów, choreografów i wszelkie artystyczne zapędy, które są ograniczone przez tak trywialne sprawy jak budżet czy czas.

Czytając kilka recenzji tego filmu spotkałam się ze stwierdzeniami, że Altman zabił magię tańca, że odarł balet z piękna, zostawiając tylko żmudną i ciężką pracę. Bzdura!

Altman pięknie przetykał szarą, niełatwą codzienność, z którą boryka się grupa - ciągłe zmęczenie i ból, ciężar prób, znikome życie osobiste, zawiedzione ambicje - kolejnymi pokazami tanecznymi, które co chwila przypominają, że taniec jest piękny, magiczny i w jakiś pokrętny sposób wart tych wszystkich wyrzeczeń. Z „The Company” naprawdę wyziera istota tego zawodu – taniec jest piękny, ale bardzo boli.

Kulisy przygotowywania kolejnych przedstawień i następujące po nich występy w jakiś sposób zharmonizowały „The Company”. Z jednej strony nie jest to film o płaczu i zgrzytaniu zębów, ale również nie jest to film o tym, jak to fajnie wbić się w obcisłe getry i pokicać na scenie. A niektóre z pokazanych choreografii są przepiękne.

Fabuła nie dotycząca tańca? Jest, oczywiście, ale skromna. Młody kucharz (Franco) i Ry (Campbell) poznają się, są parą i… Tyle. Ale to tło jest niezwykle ciepłe, a pewna odrębność chłopaka Ry od grupy tancerzy jeszcze podkreśla, jak bardzo specyficzny jest to świat. Zresztą nie tylko ten malutki wątek miłosny stanowi fabułę. W typowo atlmanowskim stylu kilkanaście drobnych historyjek przeplata się ze sobą w miarę trwania filmu, ale są zepchnięte na daleki plan. I tu może tkwić jedyna wada „The Company”. Jeżeli ktoś nie ogląda tego filmu dla pewnego rodzaju wtopienia się w świat baletu, ale szuka konkretnej historii – nie znajdzie jej. Niektóre z pokazanych wątków są tak subtelne, tak krótkie i schowane, że trzeba się ich prawie że domyślać. Ale one tam są, uwierzcie mi na słowo, oglądałam ten film kilka razy.
Czy muszę na koniec dodawać, że zdjęcia są niesamowite i muzyka równie dobra? Nie sądzę, przecież to Altman.


PS. Nie cierpię pisać recenzji filmów, czy książek, które niezwykle mi się podobają, bo nigdy nie jestem w stanie opisać ich należycie. Ale z drugiej strony, jaki jest sens w pomijaniu tego, co cenimy najbardziej?

sobota, 19 grudnia 2009

"The Family Stone", reż. Thomas Bezucha. (za samo nazwisko ma u mnie plusa)

Czymże byłyby Święta, bez chociaż jednego ataku paniki, bez chociaż jednego ataku furii, bez chociaż jednego westchnienia „nienawidzę Świąt”? Cóż, nie może też zabraknąć chociaż jednego filmu o świętach. Najlepiej takiego klasy zdecydowanie średniej. (czy „Kevin sam w domu” nadal uświetnia świąteczne poranki?)
Ja trochę się pospieszyłam i z okazji lekkiej choroby zaległam w łóżku z pierwszym lepszym filmem na wieczór. „The Family Stone”. (wiem, że powinnam używać polskiego tytułu, ale „Rodzinny dom wariatów” tak nie pasuje do tego filmu, że odmawiam, nie ma takiej opcji)
Gdyby nie kilka detali, byłaby to faktycznie świąteczna komedia obyczajowa. Na Święta zjeżdża się cała rodzina Stone’ów, rodzice i dzieci z przyległościami. No właśnie, Everett – najstarszy syn – przywozi do domu kobietę, z którą ma zamiar się ożenić (Sarah Jessica Parker). A ona niekoniecznie przypada Stone’om do gustu.
Pomijam fakt, że Sarah nie jest dobrą aktorką (jakkolwiek mam do niej sentyment za „Seks w wielkim mieście”). Pomijam fakt, że w ogóle obsada tego filmu jest dziwna, jakby nierówna. Naprawdę całkiem utalentowani ludzie (Diane Keaton, Luke Wilson – chociaż jego nie lubię, nie odmówię mu pewnego talentu, czy Rachel McAdams), a obok nich aktorzy zdecydowanie mniejszego formatu. Ale nic to.

Pomijam też fakt, że fabuła niestety do najoryginalniejszych i najbardziej pozbieranych nie należy, liczne luki, tematy zaczynane i zostawiane, niestety to wszystko wpływa ujemnie na odbiór filmu. Pomijam też fakt, że ja ogólnie rzecz biorąc nie lubię świątecznych produkcji, które propagują wartości rodzinne itd.
Dlaczego pomijam? Bo mimo wszystko ten film całkiem mi się podobał. Ale może dlatego, że dotyka problemu, który aktualnie bardzo mnie zaprząta – jak wejść do cudzej rodziny i nie dostać pomieszania zmysłów? Związki jakie są, każdy widzi, a fakt, że kochamy drugą osobę nigdy nie będzie gwarancją takiej samej miłości do jej matki, kuzynki i psa. Zwykle przy rodzinach zaczynają się schody, kłopoty i niepewności. Oraz ataki paniki w stylu „co ja najlepszego wyprawiam”… Ale dobrze, wystarczy o mnie, wróćmy do filmu ;)
Nowa dziewczyna Evertta nie umie trafić do jego rodziny, a kolejne komplikacje urastają jak grzyby po deszczu.

I chociaż wątek miłosny jest w „The Family Stone” absolutnie nieciekawy, bardzo podobały mi się wszelkie poboczne historyjki. Córka w ciąży, której mąż jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Syn, który jeszcze się nie ustatkował (cholera, może gej?), drugi syn, głuchy gej, który chce adoptować ze swoim partnerem dziecko. Pierścionek rodowy, który nie powinien trafić w niepowołane ręce. Kolejna córka, która… itd., rodzina Stone’ów do najmniejszych nie należy. A w tym wszystkim Meredith, jak słoń w składzie porcelany – a nikt nie ma zamiaru jej czegokolwiek ułatwiać. I to jest nawet przyjemnie, obejrzenie problemów innej rodziny, które nie są ani większe, ani mniejsze od różnorakich urozmaiceń, jakie mamy we własnych.
Szkoda tylko, że w filmie skupiono się aż tak na miłosnych roszadach, tylko wspominając mimochodem o reszcie rodziny, która od wątku głównego była dużo ciekawsza. Jak również wejścia smoka w wykonaniu Meredith, która bardzo się stara zdobyć przychylność Stone’ów.
Przyjemnie, ale bez szaleństw. A kiedy reżyser zdecydował się na film obyczajowy, mógłby już sobie darować te kilka gagów, w których ktoś dostaje drzwiami od lodówki, a dwóch braci wywraca stół.

niedziela, 13 grudnia 2009

"Aniołowie dnia powszedniego", Michal Viewegh.

„Chcecie wreszcie się dowiedzieć jak wyglądają aniołowie? Jak dobrzy ludzie.”*
Michala Viewegha znałam dotychczas jedynie jako autora książek, na podstawie których nakręcono „Mężczyznę idealnego” i „Wycieczkowiczów”. Oba te filmy widziałam i umiarkowanie mi się podobały – nie wątpię, że książki też by mi się podobały. Umiarkowanie :)
„Aniołowie dnia powszedniego” to jeden dzień z życia kilku osób, nieświadomych tego, że niedługo zetkną się ze śmiercią.
Czterej aniołowie siedząc na przęsłach praskich mostów ustalają w jaki sposób uczynić czyjś ostatni dzień życia lepszym, jak zaopiekować się tymi, którzy będą opłakiwali umarłych. Historie kilku osób przeplatają się ze sobą i ich przeszłość pomiesza się z teraźniejszością, kiedy wszystkie poprzednie doświadczenia i wydarzenia z ich życia doprowadzą do jednego, wspólnego punktu. A kiedy tylko aniołowie wiedzą, że nic nie może być inaczej, ludzie nie mają nawet najmniejszego przeczucia nadchodzącej katastrofy.

Rozmowy czterech aniołów to dyskusje o sensie życia, o zamysłach Boga (o ile Bóg jest), o ich własnych złudnych wyobrażeniach o świecie, które rozwiały się z czasem, w miarę jak opiekując się umierającymi poznali ludzką naturę lepiej.
Zabawne w tej książeczce jest to, że z jednej strony napisana została jak najlżejsza opowiastka, jak romansik niuansik, czy inna wakacyjna lektura. Anioł przebierający się za anioła, albo za dostawcę pizzy. Żarciki, docinki, historyjki z życia – trochę smutne, trochę śmieszne.
A z drugiej strony porusza tyle istotnych i ciężkich zagadnień. Tak jakby Viewegh muskał każdy z tych tematów i nie zagłębiał się w ich roztrząsanie, ale zostawiał czytelnikowi pole do namysłu. Nawet nie tyle śmierć, co sposób, w jaki ludzie przeżywają swoje dni. Jak tracą najlepsze lata na bzdury, jak przypadkowe zdarzenia determinują ich przyszłość, jak wszystko się im w życiu kotłuje i wywraca, i wszystko jest inaczej, niż miało być.

Zadziwiające, że na niecałych 150 stronach Viewegh zawarł historię wielkich miłości, śmierci, godzenia się ze stratą, zaprzepaszczonych marzeń, zamykania się w sobie, początków obłędu, konfliktów rodzinnych, tragedii życiowych, a na dokładkę jeszcze ogólnej znieczulicy ludzkiej. A „Aniołowie dnia powszedniego” wydają się książką lekką.
„- Widzisz tę dziewczynę w żółtej bluzce, Ilmuth? – wskazuję na ładną, zgrabną dziewczynę, która wybiera jakiś kosmetyk do demakijażu. – Za czterdzieści lat umrze w cukierni w Luhaczowicach na udar mózgu.”**
Mnie „Aniołowie dnia powszedniego” przypadli do gustu, nawet pomimo lekkiej goryczy bijącej z każdej strony. A może właśnie z powodu tego ponurego humoru, którym podszyta jest ta historia.
Niektóre spostrzeżenia Viewegha wplecione w słowa czterech aniołów, z których każdy ma swój indywidualny charakter, są… Cóż, są po prostu mądre. Jakkolwiek niemądrze takie podsumowanie brzmi.

*"Aniołowie dnia powszedniego", Michal Viewegh, przełożył Jacek Illg, wyd. Prószyński i S-ka, 2009r., str.114
**str.56

piątek, 4 grudnia 2009

"Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny", Kamila Sławińska.

Przez ostatni tydzień miałam lekkiego pecha do książek. No dobrze, może trochę dłużej, niż tydzień. Najpierw to nieszczęsne „Jedz, módl się i kochaj”, którego nawet wolę nie komentować. A zaraz potem w rączki wpadł mi „Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” pani Sławińskiej. W sumie już chyba wolałam Elizabeth Gilbert, która nie pasowała mi absolutnie, ale przynajmniej trochę mnie bawiła. Podczas gdy pani Sławińska po prostu wykręciła mnie na drugą stronę swoim… Wszystkim.
Oczywiście ma ta książka jedną zaletę. A nawet dwie. Rzeczywiście tytuł nie kłamie, jest to przewodnik niepraktyczny, ale z założenia bardzo interesujący – taki zbiór prywatnych odczuć i wspomnień. Ulubione miejsca, ciekawostki z życia miasta, wtrącenia z architektury i mnóstwo ludzkich charakterystyk. Z założenia fantastyczna sprawa, jakby informacje Sławińskiej przekazał ktoś inny, na pewno wyszłoby cudeńko, część z jej obserwacji jest naprawdę ciekawa.
Tylko niestety styl autorki jest nie do zniesienia. Podejrzewam w skrytości ducha, że sama autorka również może być nie do zniesienia. Jak również nie wątpię, że jeżeli komuś jej osobowość pasuje – książką też się zachwyci. Ale ja nie cierpię zarówno przeintelektualizowania, sztucznej oryginalności – jak ja kocham ludzi „alternatywnych”, w większości są koszmarem – pretensjonalności i tego całego… Nie wiem jak to określić. Jakby z jednej strony potwornego zadufania w sobie, ale z drugiej strony niskiej samooceny, którą trzeba podbudowywać przynależnością do jakiegoś rodzaju „elity”, kliki, nie wiem czego. W każdym razie według Kamili Sławińskiej taką elitą są Nowojorczycy. I pięknie, ja się nie znam, w Nowym Jorku nigdy nie byłam, chociaż już od dłuższego czasu moim marzeniem jest tam pojechać. Ale Nowy Jork według „Przewodnika niepraktycznego” wcale nie jest miastem, które chciałabym odwiedzić. Sztuczna egzaltacja i puch marny. Po prostu Sławińska jest definiowana przez jakieś ambitne kawiarnie, w których przesiaduje, a jest to absolutnie bez sensu. Charakter powinien mieć człowiek sam z siebie, nie nabierze go niezależnie do jak fantastycznej kawiarni wejdzie, jak niezwykle zwykłej ulicy nie opisze i jak bardzo niepraktyczny przewodnik po Nowym Jorku wyda.
Dobra, starczy, wspomniałam przecież o jeszcze jednej zalecie.
Jedną z ciekawszych części tej książki jest fragment nie tyle o Nowym Jorku, co o zmianach społecznych wśród emigrantów. Tak, to mnie naprawdę zainteresowało, jak ci ludzie sobie radzili kiedyś, jak to robą teraz, przed i po wejściu do Polski kapitalizmu. W skrócie: „stara” i „nowa” emigracja, wskaż podobieństwa i różnice. Acha, ta część była niezła. Niestety szybko się skończyła.

niedziela, 29 listopada 2009

Mam dwie wiadomości - tylko jedną nową :)

Przede wszystkim chciałam się podzielić tym: (chociaż niewątpliwie wiadomości24 mają większą frekwencję niż moja mała stronka :) ale nie zaszkodzi)
Cmentarzysko Zapomnianych Książek

a poza tym nadal Sinatra króluje w moim świecie - a C. jakby rzadziej musi mnie ściągać siłą z kanapy. Czyżby ocieplenie, czy to ja przestawiłam się na tryb zimowy?


Kocham tę piosenkę bardzo, bardzo. I tak pięknie mi się kojarzy (oczywiście C. zarzuca mi banalny sentymentalizm, ale to tylko jego zdanie ;) a poza tym, cóż jest złego w odrobinie sentymentalizmu?)
Więc jak już wszyscy warczą na Stinga, niech się teraz odstingowują Sinatrą. A ja mogę bezkarnie pląsać po mieszkanku podśpiewując sobie "tararara, love was just a glance away, a warm embracing dance away...". Zakład, że za jakieś dwa dni C. będzie błagał o powrót do Stinga?
Albo podstępnie zawładnie odtwarzaczem i włączy jakiegoś mruka, on takich lubi, Tomem Waitsem mnie zakatuje (nie, żebym ja Waitsa nie lubiła, ja lubię, ale tylko czasem i tylko niektóre płyty - np "The Heart of Saturday Night" jest piękna. To chyba nie jest zaskakujące, że jednocześnie z akceptacją drugiego człowieka w naszym mieszkaniu musimy też polubić jego płyty? :))

A recenzja "Najdłuższej podróży do domu" stanęła w martwym punkcie. Ale nic to, czuję, że niedługo będę miała używane na pani Sławińskiej i jej niewątpliwie... hmmm, wartej wspomnienia książce.

piątek, 27 listopada 2009

"Dziewczyna o szklanych stopach", Ali Shaw.

Ponieważ niechciej mnie trzyma twardo, a ja boję się, że zapomnę, co sobie myślałam, jak to czytałam (tak, wiem, składnia poraża), recenzja będzie zwięzła (ha, ha, Liritio i zwięzła).
Na moim blogu brak pruskiego porządku, trzeba wprowadzić odrobinę subordynacji! Tak… Albo raczej Howgh.

Podobało mi się (co to w ogóle za zagajenie jest, "podobało mi się"?! jak z zeszytu przedszkolaka, cofam się, nie ma wątpliwości):
Język przepiękny, zdania, metafory, różne różniste składnie, cudawianki i generalnie z zachwytu można się schować pod stół. O tutaj mam takie pod ręką zdanko (tak, wiem, że zdanka nie można mieć pod ręką – ja nic nie poradzę, że tak piszę, chociaż mnie też irytuje, kiedy ludzie np. robią błędy ortograficzne i wzruszają ramionami mówiąc, że tak już mają. Zwykle staram się poprawiać takie kwiatki, ale dzisiaj mi się nie chce)
„Pomyślał o Evaline, o białych ważkach szybujących nad rzeką, o łupinach, które zostawiły na trzcinach i zielonych łodygach, i o tych odległych czasach, kiedy sądził, że to miłość się wykluwa.”*
Pomysł, temat i fabuła w ogóle. Fascynująca w „Dziewczynie o szklanych stopach” jest pozorna prostota. A kiedy po przetrawieniu ostatniej strony zamyśliłam się na momencik, dotarła do mnie mnogość wątków, które splotły się w tak spokojną i myląco uporządkowaną historię. Każdy wątek jest wyjaśniony i doprowadzony do końca, każdy jest wąską ścieżką, która prowadzi do tylko jednego celu. Ogólne relacje międzyludzkie, siła miłości i nienawiści, obsesje, marzenia, strachy i koszmary. Wszystko tak naturalne i codzienne, a w „Dziewczynie o szklanych stopach” jakby uwypuklone odrobiną magii. Książka pomiędzy obyczajową opowiastką a baśnią o pradawnych dziwach i najgłębszych mrokach i przebłyskach światła w ludzkiej duszy. A może „Dziewczyna o szklanych stopach” jest książką o dorastaniu i zapominaniu? A może o ostatecznym rachunku sumienia? A może o wszystkim po trochu.
Charaktery przedstawione. Nie były irytujące – to jest moja zmora, że tak wiele książkowych postaci denerwuje mnie nieprzytomnie i wtedy rzucam książkę w kąt (zwykle oczywiście trafiając w niewinnego kota). Ida o szklanych stopach jest cudowna, Midas ma swoje problemy, ale jest jak z bajki (to trochę jest bajeczka dla tych dojrzalszych dzieci), a bohaterowie drugiego i trzeciego planu zajmowali miejsca w moich myślach kolejno i na długo.

Nie podobało mi się…
Przede wszystkim porównanie do Murakamiego – ja oczywiście wiem, że to wymysł genialnego wydawcy, bzdura kompletna. Ali Shaw jest z innej galaktyki, niż Murakami i niech obaj w swoich przestrzeniach międzygwiezdnych pozostaną.
Zakończenie? Hmmm, też troszkę. Ale w sumie było dobre, tylko… Sami wiecie (jak kto czytał to wie, jest jesień, ja się nie mogę tak denerwować).
A taki malutki przytyk mogę mieć jedynie do faktu, że im bardziej książka się rozkręcała, tym bardziej Shaw porzucał tę baśniową formę. Jakby stylistycznie ciągnął jednolitą opowieść, ale jednak treść się zmieniała. Tak, niezwykle jasno to wyraziłam.

Dobra, tyle o „Dziewczynie o szklanych stopach”, jestem bardzo na tak i kolejne książki Shaw z chęcią przeczytam.
A zwięzłość oczywiście mi nie wyszła.

*"Dziewczyna o szklanych stopach" Ali Shaw, Wyd. Amber, 2009 str. 128, przekład: Radosław Januszewski.

środa, 25 listopada 2009

Smuteczki, ploteczki i czcze obietnice :)

W ramach postanowienia przednoworocznego na pewno w końcu napiszę coś o "Dziewczynie o szklanych stopach" i panu Groganie, i tych wszystkich przeczytanych ostatnio kryminałach... i może w końcu o "Gdzie krokodyl zjada słońce" (tak, czytałam tę książkę we wrześniu), skoro już wyzwanie na peryferiach mi umyka, chociaż na własnym blogu się wykażę. Ale jakoś jesień mnie obezwładnia totalnie, nic mi się nie chce, sprzątać (dobra, wiosną też mi się nie chce), gotować, studiować, czytać też nie. Nawet ładnie ubrać, umalować i wyjść codziennie z domu mi się nie chcę, ale to muszę... Chociażby dlatego, że C. stanowczo odmówił mieszkania z kobietą zamieniającą się w warzywo na kanapie :) oczywiście tak naprawdę chodzi mu o to, że nie chce mu się robić zakupów...
Najchętniej zamarłabym tępo przed komputerem i obejrzała jakiś wciągający serial - tak żeby się ładnie odciąć od rzeczywistości, która swoją drogą jakoś mało przyjemna się ostatnio zrobiła.
Niech lato wróci!
Także zamiast recenzji filmowo-książkowych, niezastąpiony Sinatra. On jest przecież wieczny i dużo fajniejszy ode mnie. :)

piątek, 20 listopada 2009

"Zła krew", Grzegorz Gortat.

Bardzo podobała mi się ta książka i nie tylko dlatego, że była pierwszą naprawdę dobrą rzeczą, jaka wpadła mi w ręce w ciągu ostatnich tygodni.
Mały Michał ma problem w postaci tatusia, który zawiódł wszelkie pokładane w nim oczekiwania. Rodziców, żony, syna i całej reszty socjalistycznego społeczeństwa również. A że jaki ojciec, taki syn, Michał za każde podwinięcie nogi otrzymuje wykład: jak mógł wdać się w ojca. Przekleństwo, nie ojciec.
Mały Michał chodzi do socjalistycznej szkoły, a jego kolega jest Żydem. A on jest synem przestępcy. Oczywiście ma to wpływ na każdą jego ocenę.
Mały Michał rozumie otaczający go świat mądrością dorosłych – co zapewne wynika z faktu, że autor jest dorosły – ale Michał czuje się zagubiony. Zdeptany tą prześladującą go złą krwią, której wyjaśnienie dostrzega w końcu w „Braciach Karamazow”.
Mały Michał, w miarę jak robi się coraz starszy, podsumowuje nie tylko swoją matkę, którą z niewiadomej przyczyny określa nie mamą, ale Zofią Bodler, również sąsiadów, szkołę, kolegów i koleżanki, rzeczywistość socjalizmu. Ale nie odnosi się do tej RP, w której talerze są na łańcuchu. Odnosi się do RP, w której ludzie są zamknięci w klatce ustroju oraz własnego ograniczenia umysłowego. Odnosi się nie do RP w której czołgi wyjechały na ulicę, a księdza Popiełuszko znaleziono z poderżniętym gardłem, ale do tej RP, w której dyskryminacja i podział na lepszych i gorszych zaczynał się już w szkolnej ławce, kultywowany przez zaślepionych, zaplutych socjalizmem nauczycieli.

Stary Jochanan u schyłku życia znajduje Michała – a dokładniej Michał znajduje jego – któremu może opowiedzieć swoją historię, będącą jednocześnie historią wszystkich Żydów którzy przeżyli holocaust jak i opowieścią jednego poety, Jochanana Fajnera.

„Zła krew” to kilka różnych strumyczków połączonych w jedną, wciągającą całość. Antysemityzm, socjalizm, bezmyślne i okrutne szufladkowanie – to są pojęcia mające część wspólną. A do tego wszystkiego piękny język i proszę – książka, którą połknęłam w całości. Teraz oblizuję się u szukam „Szczurów i wilków”.

poniedziałek, 16 listopada 2009

I jeszcze...



Nie mogę przestać słuchać tej piosenki, chociaż w odrobinkę innej wersji. Już C. ma dość, koty mają dość, a ja nie. Czy kiedykolwiek zwierzałam się Wam z mojej miłości do Stinga? Teraz może jest doby moment.

"Bez krwi", czyli krótko i... I tyle.

Przede wszystkim, "Jedz, módl się i kochaj" - czy tylko ja nie jestem w stanie przebrnąć przez pierwsze 50 stron? A może tajemnicą tej książki jest właśnie to, że na 51 stronie zaczyna być fascynująca? Tyle się dobrego nasłuchałam i naczytałam o Elizabeth Gilbert, że poczekałam grzecznie w bibliotecznej kolejce i pożyczyłam. I co? Wielkie nic! Jakoś magia "Jedz, módl się i kochaj" do mnie na razie nie dotarła i chyba już nie dotrze.

Natomiast "Bez krwi" Baricco połknęłam szybko - to jest cieniutka książka - i oczywiście jestem zachwycona stylem, tak samo delikatnym i plastycznym, jak w "Jedwabiu". Tylko niestety nie do końca zrozumiałam treść. Znaczy nie, każde słowo z osobna i ogólny sens jest całkowicie dla mnie jasny. Zabójstwo ojca i jego syna na farmie, ocalała córka - Nina, oszczędzona przez młodego chłopaka, który nigdy nie zapomniał widoku tej małej dziewczynki pod klapą w podłodze. Po latach ta dwójka spotyka się ponownie, i... Właśnie, i co? Przeczytałam "Bez krwi", zamknęłam i zadumałam się nad faktem, że po tej lekturze nie mam absolutnie nic, nad czym mogę dumać. Masło maślane, ale tak właśnie było. "Bez krwi" nie wywołało we mnie ani jednego wzruszenia, ani jednego znaku zapytania, ani jednego wniosku z przeczytanej książki. Zero emocji i ciągu dalszego, jakbym przeczytała kilkadziesiąt pustych stron.
A przecież "Jedwab", także krótki, wywołał we mnie mnóstwo różnych uczuć, nie tylko zachwyt ogólny, więc nie w długości (a dokładniej jej braku) leży problem. Tylko w czym?

środa, 4 listopada 2009

Ja wiem, że zwykle muzyki tutaj nie ma, ale...

Jest zimno, to znaczy mnie jest zimno, nie wiem jak innym. Zaczynam z pewnym zdziwieniem dostrzegać, że C., który pochodzi z drobinę cieplejszego kraju, po dwóch latach lepiej się dostosowuje do polskich warunków zimowych, niż ja. Tak, według mnie to już zima.
A jak jest tak przytulnie i słodko pod kocykiem, z herbatką i... notatkami z wykładu (mnie też to boli). Czytania więc na razie nie ma, znaczy jest ograniczone (jakoś ani Saramago, ani Rudnicki nie wciągnęli mnie zbytnio, a przecież nie przyznam się tak od razu, że zamiast tego czytam kryminały P.D. James i zastanawiam się, co właściwie mnie w jej książkach wciąga).
Zostają więc przyjemności muzyczne.

niedziela, 1 listopada 2009

"Fame", czyli remake, a i tak kocham profesjonalizm.

Sama idea odświeżania starych hitów kinowych jest przeze mnie co prawda rozumiana, ale raczej nie pochwalana. Dlatego na remake "Sławy" z 1980 roku został przeze mnie skwitowany jedynie zmęczonym westchnieniem, że oto kolejny całkiem niezły film zostanie przemaglowany przez hollywoodzką cukierkowatość, a o starszej wersji dzisiejsza młodzież już nie usłyszy.

Ale nie mogę im odmówić jednego, czasem zwiastun się naprawdę idealnie uda. Widziałam ten teaser w kinie i naprawdę mnie zatchnęło - co za energia!
Żebym ja kiedyś w Polsce zobaczyła taki profesjonalizm, wiem, że budżety nie te same, ale jednak na coś dobrego miło popatrzeć. Nawet jeśli "Fame" będzie głupawe (pewnie będzie), przez moment miałam takie drgnienie, że oczywiście, że chcę zobaczyć ten film.

piątek, 30 października 2009

"Wzgórze Rzeźnika", czyli kryminał mało kryminalny, ale nadal fajny (rym przypadkowy, niezamierzony)

Tess jest panią detektyw z przydatnymi znajomymi w światku Baltimore, z pokręconą rodziną (okropna babcia) i przeszłością, w którą Lippman nie za bardzo się wgłębia. Zapewne przeszłość Tess znajduje się w innych tomach cyklu. Pewnego dnia przychodzi do niej Luther Beale, który od lat już ma przydomek "Rzeźnika" za zamordowanie małego chłopca. Beale zleca Tess odnalezienie świadków tamtego zdarzenia, ponieważ chce im wynagrodzić traumę, która na pewno wpłynęła ujemnie na ich życie. A zaraz po nim pojawia się kobieta z zadaniem odszukania swojej siostry...
Początek "Wzgórza Rzeźnika" był bardzo dobry, ciekawa postać pani detektyw, mroczna tajemnica - jedna z tych, w których wszystko jest inne, niż się wydaje - trochę emocji, trochę sympatii dla bohaterów i przede wszystkim genialnie wykreowana przez Lippman atmosfera Baltimore.
Tylko potem wszystko się rozbija na niezłą książkę obyczajową, a kryminał staje się jakby wątkiem pobocznym. I nie jest to złe, tylko inne, niż oczekiwałam. Kwestia adopcji, oddawania dzieci, ogólnych traum dziecięcych jest przez Lippman rozstrząsana na tle zróżnicowania kulturowego Baltimore i naprawdę, obyczajowo "Wzgórze Rzeźnika" jest dobrą książką.
Natomiast część kryminalna, cóż, trochę mnie rozczarowała. Na początku atmosfera naprawdę mi przypasowała, trochę mroczna, skojarzyła mi się odrobinę z książkami Lehana. A potem było jej coraz mniej i coraz mniej, a na końcu wszyscy okazali się dobrzy i niewinni, oczywiście poza kilkoma osobami złymi i winnymi. Brakowało tylko, żeby wzięli się za ręce i zaśpiewali w kręgu. Jakby nagle na koniec autorka zapragnęła, żeby to świetnie opisane, cieniowane bielą i czernią Baltimore stało się jakąś oazą Tęczowych Misiów.
Ale poza tym odrobinę zepsutym zakończeniem, "Wzgórze Rzeźnika" generalnie polecam.

sobota, 24 października 2009

"Gosford Park", czyli ściany mają uszy. Służba również.

Zawsze lubiłam historie, w których jest mnóstwo bohaterów, a ich losy jakoś się splatają, mijają i ogólnie rzecz biorąc mieszają. A w Gosford Park – ogromnej posiadłości angielskiej, w której korytarzach można się pogubić – wszyscy bohaterowie mijają się i zderzają również dosłownie.
Morderstwo na angielskiej prowincji nie burzy niczyjej krwi, szczególnie, jeśli zamordowany nie wzbudzał cieplejszych uczuć ani w żonie, ani w córkach, ani w reszcie krewnych, którzy zjechali się do Gosford Park. Co myśli służba? A kogo z państwa ma to obchodzić! Jednak dzięki temu, że Altman pokazał wspólnotę dwóch światów – arystokracji i służby, jako przeciwieństw, które żyją wspólnie w symbiozie, polegającej głównie na przełykaniu wzajemnej niechęci – niemożliwej do rozerwania w przedwojennym społeczeństwie, my wiemy.

„Gosford Park” jest jakby kotłem, do którego wrzucono szczyptę kryminału, garść czarnej komedii, sporo dramatu i zamieszano, a z tego wyszło piękne studium wielu charakterów i relacji międzyludzkich, tak w oficjalnej hierarchii domowej, jak i tych ukradkowych, prywatnych uczuć za zamkniętymi drzwiami, które w domu pełnym ludzi zwykle nie pozostają zamknięte.

I chociaż wiele drobnych elementów w filmach często łączy się z niedopracowaniem, powiedziałabym, że w „Gosford Park” wszystko dopięte jest na ostatni guzik.
A te kreacje aktorskie! Niesamowite jest dla mnie, kiedy do niektórych filmów zostaje zaangażowanych tylu fantastycznych aktorów, którzy grają obok siebie role większe i mniejsze z taką klasą i profesjonalizmem. Piękne. Przecież jakby zacząć wymieniać te nazwiska: Maggie Smith, Clive Owen, Kristin Scott Thomas, Stephen Fry, Rayan Phillippe, Alan Bates, Helen Mirren, Michael Gambon… już się zmęczyłam, a przecież nie doleciałam nawet do połowy bardzo dobrych ról, które plączą się po korytarzach Gosford Park.

A od siebie chciałam dodać szczególnie jedno nazwisko, Richard E. Grant, aktor mało znany, zapewne doceniany głownie przez brytyjski przemysł filmowy, a przecież mający na koncie tyle świetnych, charakterystycznych ról! W „Gosford Park” jako jeden ze służących – George, lokaj może? Ciężko się połapać - moim zdaniem, mimo małej roli, wybił się na pierwszy plan, ze swoim ironicznym uśmieszkiem, do przesady wyprostowaną sylwetką i tak przepięknie angielską miną, z którą snuł się korytarzami wtrącając złośliwość to tu to tam.

Film może jest skomplikowany, ja oglądałam go trzy razy i nadal nie jestem pewna, czy wyłapałam wszystkie te romanse, niuanse. Niektórym wyda się na pewno nużący – zdecydowanie brak w nim czegoś takiego jak „szybki zwrot akcji” – mnie bardzo przypadł go gustu. Za genialne poprowadzenie zamotanego scenariusza, za ciekawe charaktery, które są dobre, złe albo brzydkie, ale wszystkie ludzkie ze swoimi sekretami i słabościami oraz tymi drobnymi, uroczymi cechami, które każdy z nas posiada. Również za naprawdę interesujące ukazanie angielskiej arystokracji i służby, za przesianie tego społeczeństwa i wywrócenie podszewką do góry. A na marginesie, za piękne zdjęcia i delikatną muzykę w tle – nie da się ukryć, że Altman był dobrym reżyserem. Bez wątpienia polecam, chociaż nie wszystkim.

poniedziałek, 19 października 2009

Mistrzowie jednego opowiadania.

Ileż to razy sięgałam po krótkie formy wszelkiego rodzaju, żeby przekonać się o ich beznadziei! Ciężko o dobre opowiadania i nie mogę stwierdzić, żebym znała tom opowiadań, który podobał mi się w stu procentach. Podejrzewam też, że tak naprawdę z pewnym trudem znalazłabym więcej niż kilka zbiorów z opowiadaniami, które podobały mi się chociaż w połowie. Jednak z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że czasem warto przedzierać się przez różnego rodzaju rozpaczliwe teksty, żeby natrafić na jedno opowiadanie genialne.

Stepen King, według wielu geniusz horroru, według mnie grafoman, który kiedyś miał spory talent, a teraz został mu już jedynie dobry warsztat, zbiorem opowiadań "Marzenia i koszmary" poraził mnie już od pierwszych stron, kiedy z pewnym niedowierzaniem czytałam opowiadanie o deszczu ludobójczych żab. Potem było już tylko gorzej, kiedy jakaś szalona zabawka dla dzieci pogryzła psychicznego autostopowicza, kilkoro dzieci uwięziło swojego ojczyma w domu, który okazał się czymś w stylu statku kosmicznego, a mąż jakiejś kobiety zapadł się pod ziemię i nic z tego nie wynikło. Ale wśród tej potwornej sieczki King stworzył cudo zatytułowane "Cadillac Dolana". Opowiadanie skonstruowane genialnie, tak misterne, szczegółowe i rzeczywiste, że czytając je aż mi się zimno zrobiło na myśl o takiej zemście. O człowieku, który przecież nie był postacią nierealną, który tak potworną zemstę wymyślił i opracował. W skrócie: całe opowiadanie poświęcone jest nauczycielowi, który zaplanował straszną śmierć dla mordercy swojej ukochanej żony. I ja, która fanką czegoś pomiędzy kryminałem a horrorem nie jestem, "Cadillaciem Dolana" byłam zachwycona. Atmosferą tego opowiadania, która sprawiła, że przez jeden straszny moment czułam się głównym bohaterem, który z takim chłodem knuje rzecz okropną. Poczułam, że to ja siedzę na tej pustyni i czekam na swoją ofiarę.

Ponownie taka sytuacja zdarzyła mi się w zupełnie innej bajce. Chciałam przeczytać kryminalne opowiadania Łysiaka ze zbioru "Perfidia" (o Łysiaku w ogóle to kiedy indziej, bo o tym panu mam trochę do napisania), ale łatwo nie było. Te opowiadania nie były jakieś bardzo złe, ale tak potwornie nudne! W stylu odrobinę podobnym do radosnej twórczości J. Archera, tylko gorsze. Nic to, twardo i z zacięciem przedzierałam się przez część pierwszą i drugą (każda zawiera cztery opowiadania), żeby nagle oniemieć z zachwytu na początku trzeciej - "Był sobie strach" - przy opowiadaniu, "Śmierć motyla", o napadzie na bank opisanym z punktu widzenia jednego z zakładników. Z ręką na sercu stwierdzam, że nauczyłabym się zawodu reżysera, żeby tylko móc to nakręcić. Opowiadanie napisane pięknym językiem, jakby nagle do książki Łysiaka dorwał się jakiś inny Łysiak.

"O wysoką szybę banku obijał się tęczoskrzydły motyl. Przecinał chybotliwą sinusoidą przestrzeń pod sufitem, a potem zawracał ku słońcu i nurkował w swój zagadkowy ból. Odrzucony, powtarzał manewr. Zmęczy się albo rozwali łeb - pomyślał Robert - ma mniejsze szanse niż ja." *

Ponownie genialna konstrukcja i ta atmosfera niepokoju, wyczekiwania, które zdaje się nie mieć końca, aż wreszcie naprawdę piękne zakończenie. Gdybym płakała nad książkami, niewątpliwie "Śmierć motyla" zasłużyłaby na moje łzy. Jest to niesamowite opowiadanie o ogromnym strachu i sile charakteru, które zawiera w sobie całe piękno i koszmar ludzkiej natury. Natury z jednej strony zdolnej do wielkich i małych bohaterstw, a z drugiej tak bezmyślnej i tępej.
Możliwe, że "Śmierć motyla" jest jedną z najładniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek przeczytałam.

*"Perfidia" - "Śmierć motyla" Valdemar Baldhead, Krajowa Agencja Wydawnicza 1980r., str. 175

"Wspomnienia przychdzą z deszczem", czyli duchy z dzieciństwa nad stawem.

Kanadyjska książka, którą niezwykle szybko się czyta, była wystarczająco ciekawa, żeby zmusić mnie do ciągania jej ze sobą do wszystkich środków komunikacji miejskiej.
Kate Morrison - zdolna pani biolog - pracuje na uniwersytecie, ma kochającego mężczyznę przy swoim boku i mnóstwo wspomnień o rodzinie zostawionej w Crow Lake, malutkiej miejscowości w Krainie Jezior. Jej obecna, nie do końca idealna relacja z chłopakiem, Danielem, jest przeplatana ze wspomnieniami z dzieciństwa w Crow Lake. Wspomnieniami, które stopniowo odsłaniają powody Kate, do tej dziwnej ucieczki przed rodziną i obawie przed przyjęciem urodzinowym syna jej ukochanego brata, Matta. Ach te duchy przeszłości, przed którymi nijak nie można uciec - o tym Kate wie najlepiej. A snując swoją historię o dorastaniu bez rodziców w Crow Lake wciągnęła mnie w malutki świat osady pośrodku kanadyjskiego pustkowia, w którym losy mieszkańców przelatają się ze sobą, prowadząc do tragedii, miłości i tajemnic.
"Wspomnienia przychodzą z deszczem" przeczytałam w mgnieniu oka, trochę dlatego, że jest to świetnie napisana książka, a trochę dlatego, że zawsze interesują mnie historie o takich małych, hermetycznych społecznościach, jak również o rodzinnych tajemnicach. Tak też, nawet jeśli Kate staje się na kilkadziesiąt stron niezwykle irytującym, egoistycznym i bezrozumnym bachorem, jej rodzeństwo utrzymało moje zainteresowanie, usuwając samą Kate w cień. Właściwie jest to jej opowieść o braciach, Luku i Mattcie, więc charakter głównej bohaterki można puścić w zapomnienie. Jedynie kiedy już doczytałam do końca poczułam niezrozumiałą irytację i to właśnie jest jedyną ciemną chmurką, która zakłóca mój umiarkowany zachwyt.
Możliwe, że zdenerwowało mnie jakby zbyt szybkie zakończenie. Ponieważ akcja powieści toczy się sprawnie, ale powoli, ostatnia puenta, to wielkie olśnienie głównej bohaterki upchnięte na czterech ostatnich stronach jest jakby... Hmmm, za krótkie. Kate, która całe życie odcina się od swojego starszego brata Matta, chociaż tak naprawdę ogromnie go kocha, na tych ostatnich stronach w ciągu mniej więcej godziny rewiduje wszystkie swoje poglądy na Matta i co? Właśnie nie wiadomo, Lawson postanowiła postawić w tym miejscu ostatnią kropkę.
A sama Kanada, która obok stawów i biologii zajmuje w książce swoje miejsce, rozbudziła moje zainteresowanie i na pewno po kolejne kanadyjskie książki sięgnę, zapewne zaczynając od kolejnych powieści Lawson.

piątek, 16 października 2009

"Kobieta z wagą", czyli Vermeer ukochany.


Vermeer jest jednym z tych malarzy, których znałam od dziecka, od kiedy jeszcze w podstawówce kazali mi napisać o jakimś malarzu wypracowanko. Mimo to nie powiedziałabym, że jest moim ulubionym.

Ale ten obraz, "Kobieta z wagą" niewątpliwie jest moim ukochaniem. Jest przepiękny, aż nie umiem napisać dlaczego tak oszalałam już wieku mocno nieletnim na widok tego cuda. Vermeer uchwycił moment, który jest trochę intymny, spokojny i według niektórych coś tam symbolizuje - ale do mnie niezwykle rzadko trafia symbolika obrazów, ja odbieram emocje, nastroje, nie symbole - chociaż scena umieszczona jest w siedemnastowiecznej Holandii, jest w niej coś ponadczasowego. Jakaś pewność i spokój, który przetrwa wieki. Oczywiście musi to być kwestia nie tylko genialnej techniki i kolorystyki, ale również nastroju. A nastrój każdy odczyta taki, jaki mu wyjdzie. Tak czy inaczej obraz jest niesamowity i gdybym mogła, zabrałabym go z bodajże Waszyngtonu, żeby mieć ten skarb na własnej ścianie. A na palcach jednej ręki mogę policzyć obrazy, które chciałabym posiadać i uwielbiać w domowym zaciszu. "Kobieta z wagą" jest na szczycie tej listy.

"Prawie doskonała", czyli kobieta, która musi pisać.

Czy możliwe jest wymyślenie historii, które już istnieją? Albo takiej, która dopiero zaistnieje? A jeżeli nie, to jak wytłumaczyć wszystkim naokoło, że naprawdę nie wzorowało się na rzeczywistości? Niewątpliwie tekst o "przypadkowym podobieństwie do osób żywych lub martwych" nie wystarcza. Bohaterka powieści "Prawie doskonała", jako powieściopisarka z zawodu, musi się zmierzyć nie tylko z tym problemem. Ale o sztuce pisania często wspomina, o radościach i trudach, czasem istnej drodze przez mękę, którą jest zawód pisarza, i śmiem twierdzić, że może to być osobiste "wyznanie" autorki i co ona o tym całym pisarstwie sądzi.
Marina Mayoral ponownie ucieszyła mnie swoją książką i ponownie stwierdzam, że na bank polubiłabym tę kobietę. Siła, chłodny, analityczny umysł, duża świadomość własnego charakteru i realne podejście do życia, czyli cechy, które przenikają większość jej bohaterek, są poniekąd cechami samej autorki, czyż nie?
„Prawie doskonała” jest listem matki do syna, który oskarżył ją o rozmyślne, zaplanowane sprowadzenie śmierci na jego ojca/jej męża i odciął od niej się całkowicie. Listem, który częściowo jest historią jej życia, a częściowo dialogiem z synem, Peque.
Kilka portali internetowych określa „Prawie doskonałą” jako intrygę kryminalną, w której czytelnik będzie musiał sam zadecydować, kto też spośród przedstawionych osób mógł być mordercą. Bzdura. „Prawie doskonała” jest prawie spowiedzią i jednocześnie prawie radą matki dla syna. A wątek niejasnych okoliczności śmierci jego ojca jest poboczny, jest pretekstem. Chociaż postać ojca jako takiego ma ogromne znaczenie dla tej historii. Życie matki Peque do najnormalniejszych nie należy. Niewątpliwie jest kobietą niezwykłą, skoro będąc kuternogą z jednym okiem szklanym, musiała postrzegać świat inaczej i nie mogło być łatwo, a stała się osobą pełną życia. Opowiada je synowi, starając się wyjaśniać swoją naturę, swój charakter. Ona nie tyle się przed nim usprawiedliwia, co stara pokazać samą siebie od strony, którą dzieci dostrzegają rzadko – że poza byciem matką jest również kobietą, żoną, kochanką, córką, osobą zakochaną, złą, szczęśliwą albo skrzywdzoną. Ramy, w które dzieci wkładają rodziców są wąskie.
Prawie spowiedzią, ponieważ ta kobieta trochę żałuje a trochę nie, ale na pewno nie pisze o swoich grzechach. A przynajmniej nie jedynie. Prawie radą, gdyż ona stara się przede wszystkim odzyskać syna, więc wszelkie większe sugestie zmian w jego życiu przedstawia bardzo nieśmiało, żeby go nie spłoszyć, nie rozgniewać i tym samym utracić.

Ale czy tak chłodna analiza (po raz kolejny się z tym u Mayoral spotykam) może poruszyć serce jej syna? Czy gdyby moja matka napisała do mnie, ogarniętej myślą o jej winie, taki list, czy chociaż przeczytałabym go do końca? Nie wiem, możliwe, że nie. Możliwe, że spodziewałabym się błagań albo gorączkowych tłumaczeń. Ale to także czyni tę książkę interesującą – matka, która przede wszystkim pozostaje sobą, chociaż jest dwóm synom bardzo oddana, ale na pewno w stereotyp kochającej i troskliwej rodzicielki się z pełną premedytacją nie wpisuje.
Naprawdę dobra książka o rolach, jakie narzuca nam otoczenie, o szukaniu rozwiązań w sytuacjach patowych i o życiu w rodzinie – a każda rodzina to skomplikowana układanka, w której niezwykle ciężko osiągnąć perfekcję.

poniedziałek, 12 października 2009

James Nachtwey, czyli dobry świadek.

Fotografia reportażowa jest czymś niesamowitym. Wymaga od niektórych odwagi, a od niektórych rozsądku. Wymaga też talentu do dostrzegania interesującej, wartej pokazania strony różnorakich wydarzeń. Tragedię każdy potrafi uchwycić na zdjęciu, ale kiedy takie zdjęcie posiada duszę, kiedy jest głębsze niż tylko kawałek kartonika z obrazkiem czy cyfrowy zapis, kiedy porusza jakieś struny w odbiorcy - wtedy taki reportaż ma sens. Wzruszyć się wygłodzonym dzieckiem można zawsze. Ale ile z tych wygłodzonych dzieci pozostaje w naszej pamięci?
I właśnie dlatego Nachtwey jest dobrym fotoreporterem - zrobił zdjęcie, które zapadło mi w pamięć i już się z niej nie rusza.
Strona internetowa Nachtweya jest małą galerią jego fotografii, oczywiście wartą zobaczenia. Ten facet był wszędzie, Afganistan, Kosowo, Czechosłowacja, Somalia, Niemcy, zniszczenie WTC (fartowny? naoczny świadek)- to tylko mała część. A ze wszystkich jego zdjęć, które przybliżają wszelkie tragedie świata, pokazując je czasem niezwykle spokojnie, a czasem wyjątkowo drastycznie, najbardziej zawsze ściska mnie poniższe. Jest idealne, piękne, smutne i ciche, i... I nie wiem jakie jeszcze.


Afganistan, 1996r.

"Jabłka Adama", czyli czarna, duńska prostota.

Powinnam zacząć tak: kocham Madsa Mikkelsena i gdyby nie C., już zbierałabym na bilet do Danii, żeby przekonać wyżej wymienionego, że powinien porzucić swoje dotychczasowe życie i uciec ze mną w siną dal.
Ale zacznę inaczej.
Nie spodziewałam się po tym filmie, że w ogóle przypadnie mi do gustu. C., który duński zna, a do Kopenhagi ma zdecydowanie niezdrowy sentyment, zmusił mnie do obejrzenia duńskiego filmu. Teraz ja również duński mogłabym znać, a kinematografię z chęcią poznam lepiej. Z Mikkelsenem ucieknę innym razem.

"Jabłka Adama" opierają się na odwiecznej walce dobra ze złem, ale podają to w formie czarnej komedii, którą oglądałam z permanentnym wyrazem zdziwienia na twarzy, przerywanym śmiechem. Historia dotyczy pieczenia szarlotki, resocjalizacji więźniów, księdza Ivana, który ma nieszczęście być współczesną wersją Hioba i Adama, który w tej rzeczywistości najpierw nie wierzy własnym oczom, a potem stara się uskutecznić w niej swoją złą naturę.
Ivan jest człowiekiem ciężko doświadczonym przez los (w tej roli rewelacyjny Mikkelsen), który nie przyjmuje do wiadomości otaczającej go rzeczywistości. Adam, neonazista i przestępca, pojawia się na parafii z portretem Hitlera w rzeczach osobistych i dokłada wszelkich starań, żeby Ivanowi oczy na ową rzeczywistość otworzyć.


Nie należy akcji tego filmu ogarniać logicznym umysłem, bo nie o realizm sytuacyjny w "Jabłkach Adama" chodzi. Duńska groteska - to brzmi dziwacznie - ale tym właśnie jest ów film. A niesamowita obsada robi z niego istne cacko, bo naprawdę siłą "Jabłek Adama" są aktorzy. Mikkelsen, nad którym mogę zachwycać się bez końca (więc nawet nie zacznę), ale i cała reszta, szczególnie Ole Thestrup w roli chyba najbardziej dziwacznej postaci tego filmu, dr Kolberga, który jest naprawdę szczególnym przedstawicielem swojego zawodu.

Oryginalność tego filmu i jego w sumie pozytywna wymowa sprawiają, że zapada w pamięć. Sceny są zabawne, są też straszne, ale huśtawka nastrojów nie irytuje tylko przykuwa widza. Na tym przecież polega groteska, tak? A jeżeli miałabym wymienić poza Mikkelsenem mój ulubiony element tego filmu, byłyby nim bez wątpienia dialogi. Krótkie, proste, oddające myśli i uczucia postaci, ale także wrażenia widza. A "Jabłka Adama" okazują się w sumie filmem niezwykle prostym, chociaż dziwacznym. Przez to robiącym jeszcze większe wrażenie.

niedziela, 11 października 2009

"Shutter Island", czyli sama nie wiem czy mam na ten film czekać.

"Wyspa skazańców" Denisa Lehane'a była drugą jego książką, która wpadła mi w ręce, zaraz po "Wypijmy, nim zacznie się wojna". Ale jednocześnie pierwszą, po której Lehane wskoczył na półkę z cenionymi przeze mnie autorami. "Wyspa skazańców", chociaż pamiętam ją jak przez mgłę - kilka lat już minęło - jest książką, która wciąga tajemnicą, którą się w niej czuje. Ale tajemnicą bardziej w stylu - może trochę na wyrost to porównanie - Kinga, niż Cobena. Czytałam kolejne strony i byłam coraz bliżej uchwycenia rozwiązania, którego jednak nie odgadłam sama. Spokojne napięcie towarzyszyło tej lekturze, nie takie, które nie pozwala się oderwać, ale napięcie, które przyciąga czytelnika za cienkie sznureczki z powrotem. Dobry kawałek amerykańskiej prozy.

A teraz nakręcili film, którego zwiastun zupełnie nie odpowiada moim odczuciom. Leonardo DiCaprio jest dobrym aktorem, ale jednocześnie jest typem człowieka, który powinien grać bohaterów żywiołowych, emocjonalnych. A w "Wyspie skazańców" bardziej pasowałby mi ktoś... No nie wiem, introwertyczny. Ja książki zapamiętuję wrażeniami i "Wyspa skazańców" kojarzy mi się tak z nieprzyjemnym pokojem szpitalnym, jak i z moknącym na deszczu facetem, który drżącą ręką stara się zapalić papierosa. Chociaż zabijcie mnie, nie mam pojęcia, czy główny bohater faktycznie palił.
Oczywiście na film trochę czekam, chociaż jest to dość ponure oczekiwanie. Obawiam się hollywoodzkiego produkcyjniaka, boję się sensacyjnego thrillera, boję się, że Scorsese nie nakręci już nigdy tak dobrego filmu, jakie kręcił kiedyś - i nie mam tu na myśli "Infiltracji". No boję się, że zepsuje cały klimat tej książki, którą pamiętam słabo, ale zawsze przecież mogę przeczytać jeszcze raz. A po filmie, wybaczcie dramatyzm, już nic nie będzie takie samo. Ileż razy to przerabiałam, ekranizacje, które obejrzałam z ciekawością, ale również z odrobiną zawodu. Czy istnieją jakieś inne?



Nie lubię ekranizacji książek, które rzeczywiście polubiłam (cóż za koszmarne powtórzenie!) - zawsze mnie rozczarują. Nic dziwnego, jakiś tam reżyser ma swoją wizję, a ja swoją. Ale i tak nie lubię. Albo inaczej, lubię oglądać filmy na podstawie książek, które przypadły mi do gustu, bo gwarantują chociaż w miarę inteligentną fabułę. Tylko że potem moja wizja blednie, wypierana przez tą filmową i już zawsze tak się ze sobą gryzą. Nigdy nie mieszają. I jak tu znaleźć złoty środek?

Nobel, czyli w końcu jestem naprawdę zadowolona.

Herta Muller została tegoroczną laureatką literackiej Nagrody Nobla, a ja nie mogłabym się ucieszyć bardziej czyimkolwiek innym zwycięstwem.
Chociaż odkąd przeniosłam się na bloggera wena jakoś mi osłabła, natłok codziennych spraw skutecznie zapełnia mój czas - oczywiście na czytanie zawsze wykroję kawałek, ale z pisaniem już mi tak dobrze nie idzie. Staram się oczywiście :)
Jednak na poprzednim blogu o książkach Herty Muller pisałam, o "Króla kłania się i zabija" oraz "Sercątku".
Chociaż świetnie zdaję sobie sprawę z faktu, że jej proza nie jest podziwiana i uwielbiana przez wszystkich, jednak Muller naprawdę zasłużyła.
Możliwe, że kiedy się zawezmę, zbiorę i siądę na dłużej, napiszę o innych jej książkach, które czytałam. Ale jak długo można powtarzać się w zachwytach? To chyba nudne jest...

PS. Już przekopiowałam te dwie recenzję na tego bloga, są w otagowane nazwiskiem autorki.

sobota, 3 października 2009

Michał Exner, czyli marzenie sojalistycznej pensjonarki.

Kryminały można by podzielić na dwie kategorie: te, które polubiłam ze względu na akcję oraz te, które oczarowały mnie głównym bohaterem. Oczywiście najlepiej, kiedy książka podpada pod obie kategorie, niestety mnie jakoś rzadko się to zdarza. A dobra postać detektywa jest niezwykle istotna, kiedy przychodzi do czytania kryminałów. Niedawny wybuch fascynacji kryminałami Mankella na pewno był w dużej mierze związany z osobą Kurta Wallandera, a rzucanie takimi nazwiskami jak Bosch, Rhyme czy Maigret wywołuje dzisiaj taki sam uśmiech, co nieśmiertelny Poirot. Oczywiście preferencje są różne, ale nie wątpię, że niezwykle uroczy kapitan Michał Exner, również zyskałby wielu zwolenników, nawet jeśli obecny świat wygląda zupełnie inaczej, niż socjalistyczna Czechosłowacja.
Teraz już wszyscy mamy prawo do fantazji, ukochany bohater nie wystarcza, żeby był kolorowo ubrany. A kapitan Exner trochę na tym polega. Jest oczywiście na swój sposób idealny, bo i elegancko ubrany, i przystojny, i doktor (historii sztuki bodajże), i sypie dowcipem, i alfa i omega. Ale poza ową idealnością, która jest dość zabawna obecnie, gdy już przyzwyczajono nas do detektywów z problemami, najlepiej brzydkich detektywów z problemami, Exner jest rzeczywiście dowcipny i kojarzy mi się z niezwykłą indywidualnością. Jedną z takich osób, która pojawia się trochę znikąd i odchodzi w siną dal, a w międzyczasie z niemałym wdziękiem rozwiązuje zbrodnie.
Właśnie, morderstwa w Czechosłowacji… Intryga polityczna to raczej nie jest, prędzej interesujące elementy socjologiczne można być w książkach Erbena odnaleźć. Ale także nie jest to prosta historyjka z przystojnym policjantem w roli głównej, raczej czeska wersja „Morderstw w Midsomer”. Tyle, że Exner pomiata swoimi podwładnymi w dużo zabawniejszy sposób, niż inspektor Barnaby. Wręcz z polotem pomiata (cóż za składnia!).
Vaclav Erben i jego sztandarowy główny bohater umilali mi kilka wieczorów. Najpierw „Tajemnicą złotego księcia”, a potem „Śmiercią utalentowanego szewca”. Chociaż może „Tajemnica złotego księcia” przedstawia bardziej skomplikowaną intrygę, z bardziej złożonym rozwiązaniem, „Śmierć utalentowanego szewca” również wciąga, szczególnie, że w tle Erben opisał czeską prowincję.
Nie widziałam, nie słyszałam i nic nie wiem o jakichkolwiek innych jego książkach przetłumaczonych na język polski. Dla tych szczęśliwców, którzy dadzą radę po czesku, mam dobrą wiadomość, że książek z kapitanem Exnerem jest czternaście. Cała reszta, ze mną na czele, może jedynie ronić krokodyle łzy nad czeskim samouczkiem.

czwartek, 1 października 2009

"Bóg pali cygara", czyli romans, któremu nawet ciągłe zapalanie papierosa nie dodało charakteru.

Agnieszkę Bojarską znam tylko z jednej książki, de facto o Wildzie i Bosiem. Nie podobała mi się, ale nie o tym dzisiaj. „Bóg pali cygara” został przeze mnie przeczytany jakby z konieczności, gdy w odległym kraju, w którym mówią po żabiemu, znalazłam się nagle i tylko z jedną książką w torebce. Dzięki Bogu była tam inna panienka z Polski, która czytała właśnie „Bóg pali cygara” – czytałam więc i ja. Szczerze przyznam, że trzeba było lepiej nauczyć się francuskiego… Wtedy mogłaby chociaż kartkować ogromny zbiór książek C.
Ja rozumiem, że temat osamotnienia w tłumie i różnych bólów egzystencjalnych, szczególnie na tle historii miłosnej, sprawia wrażenie idealnego materiału na książkę. Ale źle mi się robi, kiedy czytam kolejną z rzędu historyjkę, która jest dokładnie taka sama, jak milion innych. Kiedy popularne stało się wydawanie książek o niczym, które nie przybliżają nawet najmniejszej myśli twórcy na temat? Mój główny zarzut do wielu książek jest taki, że ich autorzy właściwie nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. A jak się nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to z zasady należałoby się zamknąć. Szczególnie, kiedy w dobie Internetu można założyć bloga.
„Bóg pali cygara” przedstawia nam rosyjską emigrantkę w Paryżu i faceta, który już – odkąd mieszka we Francji – nie czuje się Rumunem. I tak… Ona jest poszkodowana przez los, on również. Ale najwyraźniej żadne z nich większych wniosków z tego nie wysuwa, natomiast oboje plotą trzy po trzy w swoich monologach, głównie o bólu egzystencji. Z założenia miało być chyba cynicznie, wyszło zdecydowanie histerycznie i mętnie. Jakby historię swojego życia opowiadała para recydywistów na prochach. Oczywiście jest i miłość, a jakże. Nie można pisać książki o neurotycznych singlach w Paryżu bez odrobiny miłości – to jasne. Tyle że i ta miłość taka, że się brzydko wyrażę, z dupy strony. Chyba dosłownie miejscami. Bo oni i chcą, i boją się, a wszystko oczywiście z powodu traumy z przeszłości.
Poza tym ten Paryż nieszczęsny… Nijaki, poza tym, że oczywiście każdy w nim pali. Kiedy ustawia się książkę na trzech bohaterach – on, ona i miasto, wypadałoby, żeby chociaż jedno z tej trójki miało charakter. A o charakterze Paryża można zapisać mnóstwo stron, tego akurat Francji nigdy nie brakowało. Jak to się więc stało, że pani Bojarska, która w Paryżu mieszka, pokazała swoje miasto jako takie nic? Rozumiem, gdyby napisała romans w Nicei, tak, Nicea zbyt wiele charakteru nie posiada. Ale Paryż?
A kiedy czytam z tyłu książki takie zdanie „(…) drapieżna proza Anny Bojarskiej doskonale oddaje gorączkową atmosferę Paryża, (…) klimat frenetycznej radości, podszytej nieuleczalnym smutkiem i samotnością”, dochodzę do dwóch wniosków. Przede wszystkim, że najwyraźniej czytałam inną książkę, bo gorączkowej atmosfery Paryża to u pani Bojarskiej jak na lekarstwo. A zaraz po nim następuje drugi: dzięki Bogu, że najwyraźniej czytałam inną książkę, bo takie trochę nudne paplanie dwójki ludzi o niczym, przerywane odrobiną teoretycznie bolesnych wspomnień i seksu, w wakacje można nawet tylko z minimalnym grymasem niezadowolenia przeczytać. A „frenetycznej radości, podszytej nieuleczalnym smutkiem i samotnością” mogłabym na trzeźwo w obcym kraju nie zdzierżyć.

poniedziałek, 21 września 2009

"Król życia", czyli lekkie rozminięcie się tekstu z tytułem.

Oscar Wilde! Moja miłość w świecie literatury, trochę nieszczęśliwa, zważywszy na jego preferencje, w "Królu życia" została przedstawiona dokładnie acz blado. Niby mi się podobało, bo i o Wildzie, i ładnym językiem napisane, ale w jakichś dwóch trzecich ogarnęło mnie takie zniechęcenie do tej nieszczęsnej poprawności Parandowskiego, że prawie rzuciłam "Króla życia" w kąt. Ale po kolei.
„Król życia”, przeczytany bardzo szybko i z uśmiechem, zrodził we mnie jedno pytanie: dlaczego ktoś tak idealistyczny i, nie bójmy się tego słowa, po prostu sympatyczny, jak Parandowski, napisał książkę biograficzną o Wildzie? Bo chociaż ja bym z perspektywy czasu Wilde'a "królem życia" nie określiła, coś musiało w nim być, skoro dziewiętnastowieczny Londyn taki przydomek utworzył. A Wilde według Parandowskiego nie tylko królem życia wcale się nie wydaje, ale co więcej, został przedstawiony jako ofiara własnej próżności i słabości, oraz oczywiście Alfreda. Wilde jako jednostka raczej krzywdzona przez otoczenie i pechowy los, niż własny charakter, to dość przykry i chyba mało prawdziwy obraz.
Bardzo podobała mi się część o dzieciństwie Wilde’a i studiach w Oxfordzie, a potem podróży do Ameryki. Nie wiem na ile to jest prawdą, ale Parandowski przedstawił go jako prawie cudowne dziecko. Może i nim był? O rodzinie Oscara również ładnie napisał, o interesującej matce i porządnym ojcu, da się wyczuć atmosferę tamtych czasów, standardy epoki.
Niestety dalej przyszło i na Wilde’a prawdziwe życie, i Parandowski też musiał do tego w „Królu życia” dojść. Taaa, wszystko fajnie, ale o ile Wilde'a lubię naprawdę, człowieka, który wnurza się z kart książki Parandowskiego nie darzyłabym większą ilością uczuć, niż odrobina współczucia. Może trochę za bardzo rozbił się w dalszej części na pisanie nie tyle o Wildzie, co o nim i Bosiem? Oczywiście, że Alfred jest nieodłączną częścią życia Oscara, ale Parandowski jakby zapomniał, że taka indywidualność, taka siła charakteru, jak Oscara, nie mogła być zmieciona w sposób przedstawiony w „Królu życia”. Nie ulega wątpliwości, że Alfred do upadku Oscara się przyczynił w znacznej mierze, ale Oscar to był człowiek silny. Parandowski zdaje się o tym zapominać.
Z jednej strony niby genialny pisarz, niby charakter, który nie mógł być traktowany obojętnie, niby człowiek z wizją, ale w wersji Parandowskiego traci całą moc. Zostaje próżność, gnuśność i ogólny marazm, a poza tym odrobina nieprzystosowania, co z tego, że z fantazją. A cała jego złośliwość? Dystans do siebie, ironia, egoizm, tchnienie nowości i to wszystko, co zamienia Wilde’a w człowieka wartego zainteresowania i sympatii, pomimo całej jego fircykowatości, zostało przez Parandowskiego jakoś wyciszone, pominięte. Został biedny Oscar, który wcale nie był królem życia, a raczej egzotycznym wybrykiem natury, marnie oceniającym rzeczywistość.

niedziela, 20 września 2009

"Żółty pies", czyli nic specjalnego.

Chociaż deklarowałam trochę inne książki, przez „Czarny szal” nie byłam w stanie się przedrzeć, a przeczytanie jedynie tytułowego opowiadania to chyba nie do końca to, o co chodzi. Szukając szybkiego zastępstwa trafiłam w bibliotece na „Żółtego psa” i niestety, przy całej mojej miłości do kryminałów i różnorakich postaci detektywów, książka Simenona nie zachwyciła mnie. Możliwe, że akurat na taką trafiłam, bo jak przeczytał „Żółtego psa” również C., stwierdził, że jemu wygląda to na wczesną książkę o Maigrecie. I faktycznie, jest jedną z pierwszych napisanych o tym komisarzu, nie wykluczam więc możliwości, że kolejne są lepsze.
Akcja toczy się w małej wsi portowej, gdzie zostaje zamordowany, najwyraźniej przypadkowo, pan Mostaguen. Wkrótce okazuje się, że cała tajemnica zdaje się skupiać wokół trzech mężczyzn, którzy mają w zwyczaju spędzanie wieczorów w kawiarni hotelu „Amiral”. Maigret, człowiek raczej milczący, spokojny i chyba raczej pochmurny oraz młody inspektor Leroy starają się rozwiązać tę zagadkę, w której tle plącze się ogromny, żółty pies.
To ja może krótko podsumuję moje wrażenia. Przede wszystkim „Żółty pies” nie byłby przeze mnie nazwany klasycznym kryminałem, chociaż oczywiście morderstwa są. Bardziej czymś jak mała łamigłówka do rozwiązania, de facto prosta. Tutaj leży moja pierwsza bolączka – historia jest tak banalna, że rozwikłanie jej nie przedstawia najmniejszej trudności, nawet nie znając dokładnych przyczyn zachowań bohaterów.
Drugą bolączką jest sam Maigret, a dokładniej jego brak. Snuje się jakiś facet tam i z powrotem, zbyt wiele z tego nie wynika, a na koniec rozwiązuje tę zastraszająco skomplikowaną tajemnicę, ale w sumie wielu podejrzanych mu nie zostało. Komisarz jakoś tak chyłkiem pojawia się w tej opowieści, chociaż w praktyce znajdziemy go na prawie każdej stronie, ja jakoś nie widziałam tej postaci, w ogóle nie wyczułam jego charakteru. Ot, jest sobie Maigret. Fajnie.
Tak też „Żółtego psa” raczej bym nie polecała, ale jak już zaznaczyłam na początku, możliwe, że sięgnę jeszcze po inne kryminały z Maigretem, bo naprawdę podobał mi się styl Simenona, a skoro napisał o facecie całą kopę książek, musi w nim być coś więcej.

sobota, 19 września 2009

Marina Mayoral, czyli trzy spotkania.

Książek Mariny Mayoral przeczytałam trzy i zapewne na tym nie poprzestanę. Miałam napisać o każdej z osobna, ale że z recenzowaniem ostatnio u mnie ciężko, bo jakoś czasu brak, (a jeszcze mam wakacje, jak do pracy dojdą studia, to już w ogóle przestanę spać, jeść i czytać – dokładnie w tej kolejności) niestety tekst o pani Mayoral jakoś się odwlekł w czasie.

Pierwszą było „Jedno drzewo, jedno pożegnanie”, której tytuł niezwykle mi się podobał. Jak się okazało, zawartość dopasowała się do tytułu i teraz stwierdzam bez chwili wahania, że jest to naprawdę dobra książeczka – słowo „książka” trochę przeczy objętości. Króciutka opowieść Laury, która wraca na chwilę do swojego rodzinnego miasta i oczywiście dopadają ją wspomnienia. Wraca, żeby posadzić drzewko magnolii, co jest trzecim z symbolicznych osiągnięć, po urodzeniu dziecka i napisaniu książki, jakie planowała w życiu.
Sadząc magnolię przypomina sobie kilka chwil ze swojego życia w tym miejscu, kilka postaci, które miały na nią taki, a nie inny wpływ. I chociaż jej historia jest taka, jak miliony innych, coś w języku jakim posługuje się Mayoral, coś w jej komentarzach, które są jakby spokojnymi westchnieniami rezygnacji, przykuło moją uwagę na dłużej. Chciałabym mając pięćdziesiąt lat tak się godzić z własną przeszłością, jak robi to Laura, chociaż wcale nie dochodzi do wniosku, że jej decyzje z młodości były słuszne.

Następna, „Życie oddać i duszę” zaskoczyła mnie zgoła odmienną formą. Mayoral analizowała dziwny związek Amelii i Carlosa, jakby przeprowadzała analizę dzieła literackiego. W tle dodała trochę własnych historii, będących jakby komentarzem do omawianego tematu. Ale czytając nie mogłam się pozbyć ciągłego wrażenia tego chłodnego umysłu, który rozkładał Amelię i Carlosa na części pierwsze. Absolutnie to książce nie zaszkodziło, tylko czyta się to nie jak historię o miłości, a bardziej wnikliwy profil psychologiczny. Jednak „Życie oddać i duszę” nasunęło mi myśl, że chyba polubiłabym autorkę, gdybym kiedykolwiek poznała ją bliżej. Że chciałabym ją poznać i porozmawiać.

„Utajona harmonia” to typowa powieść. Blanca i Helena poznały się w szkole zakonnej, przyjaciółkami stały się z czasem i już do końca nimi pozostały. Książka napisana z punktu widzenia Blanki jest opowieścią o nich dwóch i życiu pełnym pomieszanych uczuć, które najprościej można by określić mianem „błędnego koła”. Jakby tę historię opowiedzieć, wyjdzie niezła telenowela, a jest wręcz przeciwnie. Blanka kocha ojca Heleny, a wszyscy mężczyźni, których Helena tak naprawdę pokochała, wolą Blankę. Uroczo. Gdyby wziąć pod uwagę punkt widzenia Heleny, może i by się miało wrażenie powtórki z „Mody na sukces”, ale spokojny racjonalizm Blanki sprawia, że cała ta historia staje się prosta. Ot, tak wyszło.

Chociaż „Utajoną harmonię” uważam za najgorszą z tych trzech przeczytanych przeze mnie książek, a od tamtych jest dwa razy grubsza, czytałam ją jednym tchem. Z dwoma poprzednimi nie poszło tak łatwo, mimo mojego zafascynowania jej sposobem pisania. Ot, taka śmiesznostka na zakończenie. Marina Mayoral na pewno jest warta zainteresowania, gdyż pisze książki inteligentne. Naprawdę, autorka wychodzi swoją prozą na kobietę niegłupią, błyskotliwą i ogólnie rozgarniętą. A to już niemało.

poniedziałek, 7 września 2009

"Moje życie z Mozartem", czyli rozkład na części pierwsze.

„Gdy Mozart pisze mszę, nie myśli, że Bóg jest głuchy. (…) Poza tym gdy Mozart pisze mszę, nie myśli, że i człowiek jest głuchy.”*
Nie lubię Mozarta i książka E. E. Schmitta tego nie zmieniła. Ale za to jestem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki autor „zaprzyjaźnił się” z nim oraz rozłożył na czynniki pierwsze, a także tego, że chociaż mozartowska muzyka mnie nie wzrusza, samego Mozarta, tego istniejącego w życiu Schmitta jako mentor i kompozytor, zaczęłam uważać za człowieka wartego uwagi.
Po książkach Schmitta można, a nawet należy spodziewać się głębi i ta krótka, odrobinę autobiograficzna książeczka na pierwszy rzut oka może wydawać się napisana inaczej, jakby po łebkach, niby o życiu autora, ale jakoś tak mało tego Schmitta w „Moim życiu z Mozartem”. To wrażenie jest całkowicie mylne.
„Moje życie z Mozartem” jest chyba bardzo osobistą książką, zbiorem listów pisanych do kompozytora, które dla czytelnika czasem nie przedstawiają większej treści, ale dla Schmitta musiały być kluczem do całej galerii wspomnień. Jest to zbiór fascynacji Schmitta, nie tylko muzycznych, oraz zapis swoistej przemiany autora, od piętnastoletniego chłopaczka, który cierpiał przez duże „C” - banalnie i młodzieńczo, do człowieka dojrzałego i co istotniejsze, naprawdę interesującego. Z „Mojego życia z Mozartem” wyłania się obraz Schmitta, który ładnie o nim świadczy, a nie wydaje mi się żeby autor specjalnie stawiał się w tym świetle. Takie naginanie rzeczywistości jakoś mi do niego nie pasuje.

Tym, co mnie najbardziej podobało się w „Moim życiu z Mozartem” były właśnie fragmenty dotyczące austriackiego kompozytora. Tak dokładnej analizy czyjegoś charakteru i twórczości nie przypominam sobie z żadnej przeczytanej wcześniej książki.
„Głos mozartowski to głos dźwięczny, giętki i plastyczny, który trzyma się równie daleko od krzyku, jak i mowy, głos klarnetowy, taki, który umie się powstrzymać i gdy trzeba – dopasować do innych. W interpretacji Twej muzyki nie mam miejsca na ekscesy, przesadną kolorystykę, na szlochy czy na muzyczny ekspresjonizm: emocje pojawiają się na łuku frazy, ot tak, znienacka, jakby z niczego. ”
„Nauczyciel złożoności – oto kim jesteś.”
„Chciałbym sięgnąć wraz z Tobą po ideał sztuki prostej, zrozumiałej, która najpierw uwodzi, a potem porusza.”
Mozart teoretycznie uczył Schmitta żyć, wiadomości przekazując muzyką. I faktycznie, muzyka została przez pisarza odebrana w sposób, który chociaż niewątpliwie może być określony nadinterpretacją, jednak sprawił, że Schmitt się zmieniał. Że doznawał olśnień, a coś w jego myślach „zaskakiwało” na właściwe miejsce. Fascynujący, a przy tym jakże naturalny i codzienny przykład przemian, które tak naprawdę są samodoskonaleniem się, gdyż Schmitt sam z siebie odczytywał Mozarta w sposób taki, a nie inny.
„Później zrozumiałem bezużyteczność tego rodzaju zarzutów. (…) Z punktu widzenia Boga śmierć dana jest nam w momencie narodzin: dola jest równa dla każdego.”
Tak się zastanawiam, czy każdy z nas ma kogoś takiego? Wirtualnego mentora, z którym nie możemy rozmawiać w tradycyjny sposób, który jest pretekstem do analizowania i poprawiania samych siebie?

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Moje życie z Mozartem” E.E. Schmitta w przekładzie J. M. Kłoczowskiego, Wyd. Znak, 2008.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

"Flammen & Citronen", czyli poluję na duński film - dziwi to nawet mnie.

"Oparta na faktach opowieść o bohaterach duńskiego ruchu oporu, którzy w czasie II Wojny Światowej likwidowali kolaborantów. Pewnego dnia dostają rozkaz by zabić ukochaną jednego z nich."


Podejrzewam, że ten opis jest nie do końca zgodny z prawdą i zwiastun zdaje się to potwierdzać. Zapowiada całkiem niezły film, mam nadzieję, że znacznie przewyższający "Życie na podsłuchu". I gra w nim Mads Mikkelsen, a jest on bardzo dobrym aktorem, ktorego w złym filmie jeszcze nie widziałam (ale fakt faktem, oglądałam z nim w sumie chyba tylko trzy filmy, więc może to nie jest najtrafniejsza rekomendacja).
Światowa premiera miała miejsce już dawno, polskiej zapewne nie będzie, ale ja się nie poddaję, kiedyś "Falmmen og Citronen" mi w ręce wpadnie :)

Kino duńskie i niemieckie jest mi raczej obce, ale czasem mam ochotę nadrabiać :) O ile bowiem skandynawskiego z zasady nie trawię (oczywiście są wyjątki), to niemieckie filmy mnie kilka razy pozytywnie zaskoczyły.
Jeszcze tylko dwa plakaty, bardzo mi się podobają. Bardzo. Głównie z ich powodu zainteresowałam się tym fillmem.


niedziela, 30 sierpnia 2009

"Grobowiec świetlików" ("Hotaru no haka"), czyli wojenne dzieci.


"Wstrząsający film, którego scenariusz powstał na podstawie biograficznej powieści Akiyuki Nosaka. Rozgrywająca się w czasach II Wojny Światowej w Japonii historia 14-letniego chłopca i jego młodszej siostry, których matka zginęła podczas nalotu na Kobe. Od tej pory rodzeństwo jest zdane tylko na siebie..."
To jest opis dystrybutora, z którego ja wykreśliłabym słowa „wstrząsający” i „zdane tylko na siebie”. Akcja miejscami nie trzyma się kupy, ale możliwe, że zbytnio się czepiam, bo jednak psychika dziecka (o której nie ma pojęcia) jest odmienna od tej dorosłego i coś oczywistego dla mnie, dla Seiko (główny bohater) wcale nie musiało takim być.
Nie rozumiem dlaczego historia Seiko i Setsuko potoczyła się tak, a nie inaczej. Ale żeby nie zdradzać akcji powstrzymam się przed wyciąganiem poszczególnych momentów, tylko stwierdzę, że Seiko zachowywał się niezwykle dziwnie i według mnie trochę wbrew naturalnym odruchom – szukania pomocy i przeżycia gdzie się da i jak się da.
„Grobowiec świetlików” nie wstrząsnął mną dlatego, że jest bajką, animacją, na której nie potrafię (i nigdy nie potrafiłam) się wzruszyć. Wiem, że powstał na podstawie tej powieści również film fabularny i myślę, że może być naprawdę poruszający. Rysunki chyba nie przemawiają do mnie na tyle, żebym naprawdę potraktowała animację tak samo, jak film fabularny. Jedynie „Walc z Bashirem” był bliski „wstrząśnięcia” mną, ale każda reguła ma wyjątek, moja też.

Jednak faktem niezbitym jest, że ten krótki film jest niezwykle czarowny i prosty. Prostota jest zawsze najpiękniejsza. Mnóstwo drobniutkich elementów, które stworzyły półtoragodzinny skarb nadal stoi mi w oczach, tak jak przywołuje się z pamięci obraz już po opuszczeniu galerii. I mam teraz na myśli tak część wizualną, jak i fragmenty akcji, wszystko co otacza główny nurt historii wojennych sierot, jest doskonale dopracowane i interesujące.
A wymowa filmu? „Grobowiec dla świetlików” nie nawiązuje do polityki, ale do samego faktu wojny, już nieważne jakiej. Dwójka dzieci pozbawiona rodziców, czyli podstawowego bezpieczeństwa, musi radzić sobie sama – antywojenne przesłanie jest aż nazbyt czytelne. Ale mnie wcale w „Grobowcu świetlików” główna akcja nie wydawała się najważniejsza, podobnie jak myśl przewodnia. Mnie rozbroiła opiekuńczość Seiko, który przecież do dojrzałości ma jeszcze daleko, nad młodszą siostrzyczką. A zachwyciła ta piękna i złożona otoczka drobnych zdarzeń, codziennych smutków i radości, które towarzyszą nam niezależnie od wielkich, ważnych wydarzeń w życiu.

I teraz się zastanawiam, czy to jest cecha japońskiego kina w ogóle? To dopracowanie szczegółów codzienności, które były tak pięknie pokazane i w „Grobowcu świetlików”, i w „Pożegnaniach”, a także w dwóch innych japońskich bajkach, które oglądałam „Ruchomy zamek Hauru” i „Spirited Away”. Jeśli tak, kino japońskie wskakuje na półkę do dokładnego przefiltrowania.

piątek, 28 sierpnia 2009

Gangsterzy i koronki, czyli (mocno) spóźnione refleksje.

„Coco avant Chanel” – polski tytuł jak zwykle trochę popsuł – to film, który był gorszy, niż się spodziewałam (a nie nastawiałam się na coś specjalnego), a Coco Chanel zapewne przewraca się w grobie.
Niby obsada idealna, niby zdjęcia ładne, muzyka delikatna i piękna – technicznie film jest zrobiony dobrze, gra aktorska na poziomie, chociaż nie przesadzałabym z zachwytami – ale jak można było zrobić z Coco coś takiego? Przede wszystkim, film kończy się w momencie, w którym powinien mieć mniej więcej środek.
Chanel była wielka dlatego, że jako kobieta utorowała sobie drogę do sukcesu w świecie mężczyzn, musiało ją to kosztować wiele, wymagało ogromnego samozaparcia, talentu i energii. I to jest w niej interesujące, a nie fakt, że z piosenkarki w klubie stała się utrzymanką, której los wcale nie był ciężki. Z filmu wynika, że żyła sobie mała Coco, pewnego dnia nie miała pracy, więc zwróciła się o pomoc do poznanego wcześniej bogatego pana. Na początku nie pasowała do towarzystwa, ale owo towarzystwo z czasem doceniło jej oryginalność, bogaty pan pokochał, a miłość jej życia (inny bogaty pan, nie zepsuty przez majątek rodzinny) zdradzał z nią żonę na potęgę. Acha, a jakoś tak przy okazji Coco zaczęła robić kapelusze i uszyła sobie kilka kiecek.

W sumie to wynika z tego wszystkiego tyle, że gdyby nie tamten facet, z którym stało się to, co się stało, genialna Coco nigdy by nie zaistniała. Koszmarnym dowcipem jest ten film i nie widzę w nim tego wielkiego zmagania się z wrogim społeczeństwem i odrzuceniem. To nie jest film o Coco, tylko o wkurzającej panience, która miała w życiu spory fart.

Z innej beczki, „Public Enemies”. Dobry film sensacyjny, chociaż faktycznie Michael Mann mógłby więcej. Podobnie jego obsada, szczególnie na tak obiecujący temat. Ale po kolei. Jeżeli idę do kina na film reżysera o pewnej renomie, na plakacie widzę nazwiska Depp, Bale i Cotillard, a historia Johna Dillingera naprawdę jest świetnym materiałem do wykorzystania, spodziewam się fajerwerków.
Dostałam kino na poziomie, warsztatowo świetne, nawet ta charakterystyczna kamera miała pewien urok. Kino rozrywkowe, ale bez nawet najmniejszego przejawu wzbicia się powyżej pułapu dobrego kina sensacyjnego. Jedynie zdjęciami byłam naprawdę zachwycona, bo niektóre ujęcia są świetne, pomysłowe i piękne. Nigdy wcześniej zdjęcia Dante Spinottiego nie zwróciły mojej uwagi, ani w „Czerwonym smoku”, ani w „L.A. Confidential”, a teraz mam ochotę obejrzeć te filmy tylko po to, żeby uważniej przyjrzeć się zdjęciom.
Wracając do tematu, cały seans nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „Public enemies” to trochę taka chałtura dla aktorów pierwszoplanowych, bo żadne z nich nie pokazało niczego nowego. Grali wręcz z łatwością równą kiwaniu palcem w bucie. I nikt mi nie wmówi, że Depp nad tą rolą wylał siódme poty, tylko mu nie wyszło. Już prędzej Bale, który nie wiem dlaczego był aż tak krytykowany. Mnie postać bezlitosnego detektywa przypadła do gustu, szczególnie, że Christian Bale przedstawił go jako zawziętego myśliwego, ‘eyes on the prize’ i nic poza tym nie istnieje. To całkiem odświeżające po rzeszy twardych policjantów z drugim dnem, którzy mają problemy z alkoholem, ale i tak są fajni.

Ach, jeszcze zakończenie. Generalnie wszystko fajnie, ale dlaczego idealny moment na ucięcie filmu został zlekceważony?
(dla wtajemniczonych, chodzi mi o scenę w kinie, kiedy kamera robi bardzo bliski najazd na uśmiech Dillingera, który ogląda „Wielkiego gracza” z Clarkiem Gable, a przed kinem Christian Bale sprawdza czy ma zapałki – byłam tak przekonana, że to już koniec, że kolejne, całkowicie niepotrzebne filmowi, piętnaście minut przesiedziałam z grymasem absolutnego zaskoczenia na twarzy)