
Początek "Wzgórza Rzeźnika" był bardzo dobry, ciekawa postać pani detektyw, mroczna tajemnica - jedna z tych, w których wszystko jest inne, niż się wydaje - trochę emocji, trochę sympatii dla bohaterów i przede wszystkim genialnie wykreowana przez Lippman atmosfera Baltimore.
Tylko potem wszystko się rozbija na niezłą książkę obyczajową, a kryminał staje się jakby wątkiem pobocznym. I nie jest to złe, tylko inne, niż oczekiwałam. Kwestia adopcji, oddawania dzieci, ogólnych traum dziecięcych jest przez Lippman rozstrząsana na tle zróżnicowania kulturowego Baltimore i naprawdę, obyczajowo "Wzgórze Rzeźnika" jest dobrą książką.
Natomiast część kryminalna, cóż, trochę mnie rozczarowała. Na początku atmosfera naprawdę mi przypasowała, trochę mroczna, skojarzyła mi się odrobinę z książkami Lehana. A potem było jej coraz mniej i coraz mniej, a na końcu wszyscy okazali się dobrzy i niewinni, oczywiście poza kilkoma osobami złymi i winnymi. Brakowało tylko, żeby wzięli się za ręce i zaśpiewali w kręgu. Jakby nagle na koniec autorka zapragnęła, żeby to świetnie opisane, cieniowane bielą i czernią Baltimore stało się jakąś oazą Tęczowych Misiów.
Ale poza tym odrobinę zepsutym zakończeniem, "Wzgórze Rzeźnika" generalnie polecam.
2 komentarze:
Zgadzam się mało kryminału w tym kryminale....Mnie ksiażka Lippam nie podeszła, niedawno pisałam u siebie.
Szamanka30, przeczytałam Twoją recenzję i najwyraźniej mamy bardzo podobne wrażenia. Ale ja chyba Lippman dam jeszcze jedną szansę :) Tylko może postaram się znaleźć książkę spoza cyklu o Tess.
Prześlij komentarz