
Ale zacznę inaczej.
Nie spodziewałam się po tym filmie, że w ogóle przypadnie mi do gustu. C., który duński zna, a do Kopenhagi ma zdecydowanie niezdrowy sentyment, zmusił mnie do obejrzenia duńskiego filmu. Teraz ja również duński mogłabym znać, a kinematografię z chęcią poznam lepiej. Z Mikkelsenem ucieknę innym razem.
"Jabłka Adama" opierają się na odwiecznej walce dobra ze złem, ale podają to w formie czarnej komedii, którą oglądałam z permanentnym wyrazem zdziwienia na twarzy, przerywanym śmiechem. Historia dotyczy pieczenia szarlotki, resocjalizacji więźniów, księdza Ivana, który ma nieszczęście być współczesną wersją Hioba i Adama, który w tej rzeczywistości najpierw nie wierzy własnym oczom, a potem stara się uskutecznić w niej swoją złą naturę.
Ivan jest człowiekiem ciężko doświadczonym przez los (w tej roli rewelacyjny Mikkelsen), który nie przyjmuje do wiadomości otaczającej go rzeczywistości. Adam, neonazista i przestępca, pojawia się na parafii z portretem Hitlera w rzeczach osobistych i dokłada wszelkich starań, żeby Ivanowi oczy na ową rzeczywistość otworzyć.

Nie należy akcji tego filmu ogarniać logicznym umysłem, bo nie o realizm sytuacyjny w "Jabłkach Adama" chodzi. Duńska groteska - to brzmi dziwacznie - ale tym właśnie jest ów film. A niesamowita obsada robi z niego istne cacko, bo naprawdę siłą "Jabłek Adama" są aktorzy. Mikkelsen, nad którym mogę zachwycać się bez końca (więc nawet nie zacznę), ale i cała reszta, szczególnie Ole Thestrup w roli chyba najbardziej dziwacznej postaci tego filmu, dr Kolberga, który jest naprawdę szczególnym przedstawicielem swojego zawodu.


0 komentarze:
Prześlij komentarz