Ujmując rzecz w skrócie, amerykańska jesień będzie naprawdę dobra. Nasza może też, jeśli dystrybutor pozwoli.
Poniżej brak chronologii czy innego ładu, jest za to moja nadzieja i entuzjazm (ekhm, powiedzmy), i ogólnie rozumiane zaczekanie. Cieszcie oczy. Dajcie znać czy coś mnie ominęło.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiastun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiastun. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 września 2015
czwartek, 25 października 2012
Jesienne oczekiwania w rozkwicie.
Jeszcze raz powrócę do zwiastunów, w końcu jesień to spadające liście, mgły i chłody, i obietnice filmów, które mają zamiar być dobrymi.
Kolejność raczej przypadkowa. Chociaż numer jeden oczekiwań jest rzeczywiście pierwszy.
Stoker.
Reżyseria: Chan-wook Park, premiera: 28.02.2013. Polska? Nie wiem.
To będzie coś. Musi być. Odpowiedni reżyser i Matthew Goode sparowany z Mią Wasikowską w przyprawiającym o ciarki duecie. Czekam zdecydowanie.
Jeszcze jedno, to jest w końcu dobry zwiastun, oddaje klimat, nie opowiada całej historii. A początkowa kwestia Nicole Kidman, oh lala...
Gambit.
Reżyseria: Michael Hoffman, premiera: 21.11.2012. Polska? Hmmm, zapewne nadejdzie.
Mam wrażenie, że to nie będzie aż tak zręcznie cudowny film jak by się chciało. Ale Colin Firth, Alan Rickman i Cameron Diaz w ciekawszej niż zwykle roli... I Stanley Tucci (oczywiście drugi plan, oczywiście będzie genialny). "Gambit" obejrzy się dla samej obsady, już mniejsza o treść, oni każdy scenariusz zamienią w coś wartego czasu.
A Late Quartet.
Reżyseria: Yaron Zilberman, premiera: 23.11.2012 w USA? Chyba tak. O polskiej nie wspomnę. Poza tym film był prezentowany na tegorocznym festiwalu w Toronto.
Obsada obiecująca, chociaż zapowiada się raczej dramat o ambicji niż rzeczywista opowieść o życiu zawodowych muzyków. Ale i tak, filmów innych niż historyczne o muzykach klasycznych nie ma i taki temat mnie cieszy, a zapowiadane wykonanie przyciąga.
Lay the Favorite.
Reżyseria: Stephen Frears. (yaaay!! Liritio wykazuje entuzjazm), premiera: 07.12.2012/polska chyba w styczniu.
Powtórzę: Frears zrobił nowy film, radość w narodzie.
Frears jest reżyserem, którego każdy film bym obejrzała.
"Tamara i mężczyźni" była moim zdaniem mocno niedoceniona, chyba zostało przeoczone, że to nie miała być romantyczna historia.
I Catherine Zeta-Jones, na nią zawsze mogę patrzeć.
Argo.
Reżyseria: Ben Affleck, premiera: 30.11.2012.
Nie można zaprzeczyć, że będąc przeciętnym aktorem, Affleck jest naprawdę dobrym reżyserem. I "Argo" będzie dobrym filmem.
A teraz, ze łzami w oczach bez mała, Liritio przyzna się na co w ogóle nie czeka:
Lone Ranger.
Reżyseria: Gore Verbinski, premiera, ho ho i jeszcze, 03.07.2013.
Nowy film Johnny'ego Deppa, którego praca z Verbinskim wywindowała na sam szczyt "Piratami z Karaibów". A "Lone Ranger" ma w pierwszym i drugim planie obsadę, przez którą powinny spadać nam skarpetki.
I co? Już w to nie wierzę. Nadszedł czas, żeby Depp pokazał się bez makijażu na twarzy w skromniejszym temacie i przypomniał mi, że on potrafi sam cały film unieść, naprawić, zdominować i dostać za to niechętną nominację do Oscara.
Inaczej odmawiam, nie oglądam, tupię nogą i wychodzę.
Kolejność raczej przypadkowa. Chociaż numer jeden oczekiwań jest rzeczywiście pierwszy.
Stoker.
Reżyseria: Chan-wook Park, premiera: 28.02.2013. Polska? Nie wiem.
To będzie coś. Musi być. Odpowiedni reżyser i Matthew Goode sparowany z Mią Wasikowską w przyprawiającym o ciarki duecie. Czekam zdecydowanie.
Jeszcze jedno, to jest w końcu dobry zwiastun, oddaje klimat, nie opowiada całej historii. A początkowa kwestia Nicole Kidman, oh lala...
Gambit.
Reżyseria: Michael Hoffman, premiera: 21.11.2012. Polska? Hmmm, zapewne nadejdzie.
Mam wrażenie, że to nie będzie aż tak zręcznie cudowny film jak by się chciało. Ale Colin Firth, Alan Rickman i Cameron Diaz w ciekawszej niż zwykle roli... I Stanley Tucci (oczywiście drugi plan, oczywiście będzie genialny). "Gambit" obejrzy się dla samej obsady, już mniejsza o treść, oni każdy scenariusz zamienią w coś wartego czasu.
A Late Quartet.
Reżyseria: Yaron Zilberman, premiera: 23.11.2012 w USA? Chyba tak. O polskiej nie wspomnę. Poza tym film był prezentowany na tegorocznym festiwalu w Toronto.
Obsada obiecująca, chociaż zapowiada się raczej dramat o ambicji niż rzeczywista opowieść o życiu zawodowych muzyków. Ale i tak, filmów innych niż historyczne o muzykach klasycznych nie ma i taki temat mnie cieszy, a zapowiadane wykonanie przyciąga.
Lay the Favorite.
Reżyseria: Stephen Frears. (yaaay!! Liritio wykazuje entuzjazm), premiera: 07.12.2012/polska chyba w styczniu.
Powtórzę: Frears zrobił nowy film, radość w narodzie.
Frears jest reżyserem, którego każdy film bym obejrzała.
"Tamara i mężczyźni" była moim zdaniem mocno niedoceniona, chyba zostało przeoczone, że to nie miała być romantyczna historia.
I Catherine Zeta-Jones, na nią zawsze mogę patrzeć.
Argo.
Reżyseria: Ben Affleck, premiera: 30.11.2012.
Nie można zaprzeczyć, że będąc przeciętnym aktorem, Affleck jest naprawdę dobrym reżyserem. I "Argo" będzie dobrym filmem.
A teraz, ze łzami w oczach bez mała, Liritio przyzna się na co w ogóle nie czeka:
Lone Ranger.
Reżyseria: Gore Verbinski, premiera, ho ho i jeszcze, 03.07.2013.
Nowy film Johnny'ego Deppa, którego praca z Verbinskim wywindowała na sam szczyt "Piratami z Karaibów". A "Lone Ranger" ma w pierwszym i drugim planie obsadę, przez którą powinny spadać nam skarpetki.
I co? Już w to nie wierzę. Nadszedł czas, żeby Depp pokazał się bez makijażu na twarzy w skromniejszym temacie i przypomniał mi, że on potrafi sam cały film unieść, naprawić, zdominować i dostać za to niechętną nominację do Oscara.
Inaczej odmawiam, nie oglądam, tupię nogą i wychodzę.
Etykiety:
zwiastun
poniedziałek, 24 września 2012
W czekaniu bywam dobra, czyli zwiastuny.
Koniec wakacji to powrót do kinowych premier, które latem raczej omijam (chociaż są wyjątki). Nadal nie widziałam Batmana, nadal nie widziałam Bourne'a bez Bourne'a, w kinie już raczej nie zamierzam. Batmana mi szkoda trochę bardziej, opinie oscylują od "dobre" po "rewelacja!!!!!!!" (wykrzykniki są ważne :).
Problemem polskich premier jest sprawa raczej podstawowa: wielu brak.
Szczególnie brak tych, na które bym czekała, gdybym tylko mogła. Ale dat nie ma, informacje są sprzeczne, Liritio może szlifować cierpliwość w tym biernym oczekiwaniu na filmy, których nasze kina mogą wcale nie ujrzeć.
Tak czy inaczej, zwiastuny się pojawiają i oto czekamy.
Najpierw sławne oczywistości.
"Django Unchained", reżyseria: Quentin Tarantino, premiera: 25.12.2012/Polska: 01.02.2013.
Czyli jeszcze trochę.
Wiecie, można mieć obawy, że znowu Waltz, że partneruje mu Foxx (chociaż to raczej nadzieja na początek pięknej przyjaźni), że zwiastun niespecjalny...
Ale jak pokazało "True Grit", nie zawodzą filmy z piosenkami Johnny'ego Casha w zwiastunie. I Leonardo w roli złego zbója z Dzikiego Zachodu... I Tarantino, którego filmów zawsze mi mało.
"Anna Karenina", reżyseria: Joe Wright, premiera: już była/Polska: 23.11.2012.
Chociaż z Zachodu zachwytów ponadprzeciętnych nie odnotowałam... Ale historia, której nie znoszę - naprawdę, kiedyś o tym wspominałam, kobiety Tołstoja są nieznośne, a Karenina najgorsza. Może ja jestem zbyt pragmatyczna i porywy namiętności mnie nie wzruszają, ale to nie do końca tak, Tołstojowe porywy mnie nie wzruszają.
Ale to wygląda interesująco na tyle, żebym nielubianą historię zobaczyła na ekranie. Joe Wright jest znany z wizualnie pięknych filmów, ale jego "Anna Karenina" zapowiada się wręcz dziwacznie, teatralnie.
I Jude Law w roli odpychającego Karenina, tego jestem najbardziej ciekawa. Rzeczywiście, słoneczny chłopak filmu zamieniony został w kogoś zupełnie do siebie niepodobnego. To chcę zobaczyć.
Reszta obsady też zachęca: Matthew McFadyen, Kelly MacDonald, Olivia Williams... I ta Keira, którą czasem lubię, a czasem nie.
Tylko ten młody człowiek w roli Wrońskiego mnie zastanawia... Ale może coś w tym jest?
"Skyfall", reż. Sam Mendes, premiera: 25/26.10.2012.
Dwa słowa: blond Bardem. Javier Bardem z włosami niczym jajecznica! W teaserze tego nie ma, ale pełen zwiastun jest długi i nudny.
Ben Whishaw (jako Q) też zachęca. I Ralph Fiennes, jego zawsze mogę oglądać.
Ale ja chętnie oglądam każdego Bonda od czasów "Casino Royale" - jestem w drużynie zwolenników Bonda po oszpeceniu kanciastością Craiga. Mnie to odpowiada, chociaż 007 już nie ma czarującego uśmiechu Rogera Moore'a, zyskał jakąś głębię.
Dalej już skromniej.
"The Master", reż. Paul Thomas Anderson, premiera: już była, w Wenecji. O polskiej nic nie wiem.
Joaguin Phoenix. Phillip Seymour Hoffman. Amy Adams. Ten film można chociażby dla nazwisk obsady i reżysera wrzucić do "must see". A Liritio ogląda filmy również tylko dla obsady.
I wielki powrót Phoenixa, który jest jednym z moich ulubionych aktorów, chociaż rzadko gra w moich ulubionych filmach. Ale cieszę się na wzrost formy i nominacje, które na pewno będą. Chyba.
"Killing Them Softly", reż. Andrew Dominik, premiera: już była/Polska: 16.11.2012.
Ray Liotta :)
A Brad Pitt ostatnimi czasy nie gra w złych filmach. "Killing Them Softly" zapowiada się jak dobry film o wdzięcznych twardzielach z szarej strefy, jest na co czekać.
I ponownie casus piosenki Johnny'ego Casha w zwiastunie.
Jeszcze wisienka na torcie.
Czuję, że ten film będzie moim nowym "RED".
"Seven Psychopaths", reż. Martin McDonagh, premiera: 12.10.2012/Polska: 30.11.2012.
Obsada! Historia! Shih Tzu... I Tom Waits z króliczkiem. Proszę, jak na ekranie pojawia się Tom Waits z króliczkiem, to już wszystko jest piękne.
Problemem polskich premier jest sprawa raczej podstawowa: wielu brak.
Szczególnie brak tych, na które bym czekała, gdybym tylko mogła. Ale dat nie ma, informacje są sprzeczne, Liritio może szlifować cierpliwość w tym biernym oczekiwaniu na filmy, których nasze kina mogą wcale nie ujrzeć.
Tak czy inaczej, zwiastuny się pojawiają i oto czekamy.
Najpierw sławne oczywistości.
"Django Unchained", reżyseria: Quentin Tarantino, premiera: 25.12.2012/Polska: 01.02.2013.
Czyli jeszcze trochę.
Wiecie, można mieć obawy, że znowu Waltz, że partneruje mu Foxx (chociaż to raczej nadzieja na początek pięknej przyjaźni), że zwiastun niespecjalny...
Ale jak pokazało "True Grit", nie zawodzą filmy z piosenkami Johnny'ego Casha w zwiastunie. I Leonardo w roli złego zbója z Dzikiego Zachodu... I Tarantino, którego filmów zawsze mi mało.
"Anna Karenina", reżyseria: Joe Wright, premiera: już była/Polska: 23.11.2012.
Chociaż z Zachodu zachwytów ponadprzeciętnych nie odnotowałam... Ale historia, której nie znoszę - naprawdę, kiedyś o tym wspominałam, kobiety Tołstoja są nieznośne, a Karenina najgorsza. Może ja jestem zbyt pragmatyczna i porywy namiętności mnie nie wzruszają, ale to nie do końca tak, Tołstojowe porywy mnie nie wzruszają.
Ale to wygląda interesująco na tyle, żebym nielubianą historię zobaczyła na ekranie. Joe Wright jest znany z wizualnie pięknych filmów, ale jego "Anna Karenina" zapowiada się wręcz dziwacznie, teatralnie.
I Jude Law w roli odpychającego Karenina, tego jestem najbardziej ciekawa. Rzeczywiście, słoneczny chłopak filmu zamieniony został w kogoś zupełnie do siebie niepodobnego. To chcę zobaczyć.
Reszta obsady też zachęca: Matthew McFadyen, Kelly MacDonald, Olivia Williams... I ta Keira, którą czasem lubię, a czasem nie.
Tylko ten młody człowiek w roli Wrońskiego mnie zastanawia... Ale może coś w tym jest?
"Skyfall", reż. Sam Mendes, premiera: 25/26.10.2012.
Dwa słowa: blond Bardem. Javier Bardem z włosami niczym jajecznica! W teaserze tego nie ma, ale pełen zwiastun jest długi i nudny.
Ben Whishaw (jako Q) też zachęca. I Ralph Fiennes, jego zawsze mogę oglądać.
Ale ja chętnie oglądam każdego Bonda od czasów "Casino Royale" - jestem w drużynie zwolenników Bonda po oszpeceniu kanciastością Craiga. Mnie to odpowiada, chociaż 007 już nie ma czarującego uśmiechu Rogera Moore'a, zyskał jakąś głębię.
Dalej już skromniej.
"The Master", reż. Paul Thomas Anderson, premiera: już była, w Wenecji. O polskiej nic nie wiem.
Joaguin Phoenix. Phillip Seymour Hoffman. Amy Adams. Ten film można chociażby dla nazwisk obsady i reżysera wrzucić do "must see". A Liritio ogląda filmy również tylko dla obsady.
I wielki powrót Phoenixa, który jest jednym z moich ulubionych aktorów, chociaż rzadko gra w moich ulubionych filmach. Ale cieszę się na wzrost formy i nominacje, które na pewno będą. Chyba.
"Killing Them Softly", reż. Andrew Dominik, premiera: już była/Polska: 16.11.2012.
Ray Liotta :)
A Brad Pitt ostatnimi czasy nie gra w złych filmach. "Killing Them Softly" zapowiada się jak dobry film o wdzięcznych twardzielach z szarej strefy, jest na co czekać.
I ponownie casus piosenki Johnny'ego Casha w zwiastunie.
Jeszcze wisienka na torcie.
Czuję, że ten film będzie moim nowym "RED".
"Seven Psychopaths", reż. Martin McDonagh, premiera: 12.10.2012/Polska: 30.11.2012.
Obsada! Historia! Shih Tzu... I Tom Waits z króliczkiem. Proszę, jak na ekranie pojawia się Tom Waits z króliczkiem, to już wszystko jest piękne.
Etykiety:
zwiastun
niedziela, 4 września 2011
Czekam, niezmiennie, pokątnie czekam.
Koniec wakacji = powrót do kina. I pięknie, zwiastuny nęcą, obiecują, co się z nich wykluje?
Na początek niezmienny Depp. Przytył. Powtórka z "Las Vegas Parano"? Możliwe. Ale i tak czekam.
Na Deppa zawsze czekam, chociaż może wcześniej przeczytam książkę? Premiera światowa w październiku.
A zwiastun za długi.
"The Rum Diary".
Kolejny, na którego zawsze czekam (od czasów "Michaela Clytona"), George Clooney oczywiście. Ryan Gosling, Marisa Tomei, Phillip Seymour Hoffman, piękna obsada.
Sierpień minął, świat się ucieszył, a polskiej daty premiery brak. Na razie.
"Idy marcowe" (i jak, będą nominacje?)
Raczej ciekawostka, niż wyczekiwany tytuł. Daniel Radcliffe w pogoni za zerwaniem z Chłopcem z Blizną. Zwiastun ładny, Radcliffe zupełnie do Pottera niepodobny, premiera w 2012 roku. Jestem ciekawa, co z tego filmu wyjdzie.
"Kobieta w czerni", remake angielskiego filmu z 1989roku.
I wisienka na torcie, faworyt zestawienia, naprawdę nie mogę się doczekać.
Obsada - zaśliniłam się. Świetny zwiastun (jedyny nie za długi, co to za nowa nieudolność? "w trzy minuty opowiemy Wam film", po co?).
"Tinker, Tailor, Soldier, Spy", 25 listopada w Polsce, oficjalna premiera we wrześniu.
Ja chcę już! ...a może wcześniej przeczytam książkę? :)
Na początek niezmienny Depp. Przytył. Powtórka z "Las Vegas Parano"? Możliwe. Ale i tak czekam.
Na Deppa zawsze czekam, chociaż może wcześniej przeczytam książkę? Premiera światowa w październiku.
A zwiastun za długi.
"The Rum Diary".
Kolejny, na którego zawsze czekam (od czasów "Michaela Clytona"), George Clooney oczywiście. Ryan Gosling, Marisa Tomei, Phillip Seymour Hoffman, piękna obsada.
Sierpień minął, świat się ucieszył, a polskiej daty premiery brak. Na razie.
"Idy marcowe" (i jak, będą nominacje?)
Raczej ciekawostka, niż wyczekiwany tytuł. Daniel Radcliffe w pogoni za zerwaniem z Chłopcem z Blizną. Zwiastun ładny, Radcliffe zupełnie do Pottera niepodobny, premiera w 2012 roku. Jestem ciekawa, co z tego filmu wyjdzie.
"Kobieta w czerni", remake angielskiego filmu z 1989roku.
I wisienka na torcie, faworyt zestawienia, naprawdę nie mogę się doczekać.
Obsada - zaśliniłam się. Świetny zwiastun (jedyny nie za długi, co to za nowa nieudolność? "w trzy minuty opowiemy Wam film", po co?).
"Tinker, Tailor, Soldier, Spy", 25 listopada w Polsce, oficjalna premiera we wrześniu.
Ja chcę już! ...a może wcześniej przeczytam książkę? :)
Etykiety:
George Clooney,
Johnny Depp,
zwiastun
wtorek, 16 sierpnia 2011
Muł, dno, kolejny remake...
Fabryka Snów kiedyś mnie zabije. Litości, co to niby jest?
Czy to żart? Dzieci pójdą na to coś do kina i będą uważały, że tak właśnie "Footloose" w prawdziwym świecie wygląda. Pora umierać.
I jakim cudem Dennis Quaid znalazł się w tym filmie?
"Footloose" z roku 1984... To było coś pięknego. Długonoga Lori Singer, młody Kevin Bacon, może mało piękny, ale za to z jaką energią! I jak on wyglądał w dżinsach! Ekhm, tak... Nieżyjący już Chris Penn, Sarah Jessica Parker, jeszcze bez swojej klasycznej miny nabytej w "Seksie w wielkim mieście", za to chwilami w kowbojskim kapeluszu. A z pokolenia wyżej Dianne Wiest do pary z Johnem Lithgow.
Czerwone kowbojki Ariel, scena z traktorami i Bonnie Tyler w tle, taniec Rena w magazynie, drewniany Willard uczący się kocich ruchów...
I to był film, a nie jakieś marne popłuczyny przekalkowanego scenariusza, pomieszanego z kadrami słabego tańca w rytmie R&B. Wszyscy synchronicznie kręcimy biodrami! Bo kto w Hollywood jeszcze pamięta, czym jest rock'n'roll.
Załamałam się, pewnie da się to zauważyć. Złoszczą mnie bardzo tego typu produkcje, zamiast przypominać stare, genialne filmy, to nie. Wezmą i przerobią, a widzowie nabiorą się na tandetną wersję po liftingu...
Nie mam przecież nic przeciwko R&B czy hip hopowi, w sumie niekoniecznie mam też coś przeciwko wznowieniom, ale czy nie mogliby tego zrobić porządnie, albo chociaż z pomysłem? Żeby zęby nie zgrzytały na wspomnienie cudownego oryginału. Przecież to boli.
Nie wiem, może kogoś zmotywuje ten nowy "Footloose" do zobaczenia oryginału, ale nie jestem taka pewna.
Czekam na równie żenujący remake "Grease" i świat stanie się smutny.
A tymczasem, zanim na ekrany kin wejdzie ten koszmarek, małe przypomnienie lepszych czasów.
Sammy Hagar, "The Girl Gets Around".
sobota, 18 czerwca 2011
Fincher vs. Oplev nadejdzie zimą.
"Kozak zwiastun", tak uroczo podsumował zapowiedź najnowszego filmu Finchera mój znajomy. I jak się z nim nie zgodzić, skoro zwiastun faktycznie... jest kozak.
Odkładając na bok chwilową wątpliwość odnośnie zastosowania słowa "kozak" w tym kontekście, wyrażam obawę, uwaga:
Czy Fincher stworzył kolejny film, po którym można szczęki podnosić z poziomu kolan, czy zaserwuje nam kopię wersji pierwszej - do której przejdę za moment - zatrudniając znanych aktorów z Fabryki Snów i odrobinę przyspieszając tempo akcji, a nam pozostanie pokiwać smutno głową nad nieudolnością wszelakich remake'ów? Wzdychając "czas pokaże" krzyżuję palce, żeby wersja Finchera mnie poraziła i zostawiła oniemiałą.
Książka Larssona, a przynajmniej pierwsza część trylogii Millennium, jest rewelacyjna. Ekranizacji Opleva z 2009 roku też niewiele można zarzucić. W tempie ekspresowym nakręcili trzy części, co prawda do kolejnych dwóch zatrudniono innego reżysera, ale nie wiem jak wpłynęło to na poziom ekranizacji Millennium, jako że widziałam jedynie tę pierwszą.Oplev zrobił bardzo dobrą robotę, jakby chirurgicznie precyzyjny, o ile można tak określać filmy. Wszystko spokojnie zapięte na ostatni guzik, bez wpadek. Żadnych. Gdybym miała skrótowo (ha ha, żarcik, Liritio taka dowcipna po przerwie) opisać wrażenia, przyrównałabym całość do odtwórcy głównej roli Michaela Blomkvista, Michaela Nyqvista - że im się nie poplątały te nazwiska.
Nyqvist jest na pierwszy rzut oka brzydki i toporny, obcy (mnie, nie widziałam go nigdy w innych filmach), wywołuje grymas zniechęcenia. Ale! Dajcie mu trzy minuty, a już jest charyzmatycznym, interesującym aktorem w dobrej roli, który bezbłędnie udźwignął ciężar rozsławionej na wszystkie strony świata książki. I tyle, film jest taki sam jak jego pierwszoplanowa rola.
Niedługo - grudzień? styczeń? - nadejdzie premiera wersji Finchera, "Girl with the Dragon Tattoo". Polskim tytułem roboczym jest "Dziewczyna z tatuażem", miejcie litość, zmieńcie... W każdym razie, obsada pierwszej klasy, aczkolwiek podobna do tej szwedzkiej sprzed dwóch lat. Z wyglądu, tak, jak zinterpretują postaci dopiero się okaże. Może wyjdzie z tego cudo równe zwiastunowi, plakat też jest interesujący, też nazwisko Finchera coś znaczy.
A chociaż mam nadzieję na najlepsze, traktuję ten nadchodzący film odrobinę podejrzliwie. Stwierdzenia, że to nie remake, ale całkiem nowa wersja według "wielkiego" Finchera, jakoś mnie nie przekonują, patrząc chociażby na przekalkowany image aktorów. Może to zbieg okoliczności. Może inaczej się nie da, jak by nie patrzeć oni są w książce bardzo dokładnie opisani i wyglądają właśnie jakoś tak...
Jakby co, kolejnym projektem Finchera jest (między innymi) ekranizacja "20.000 mil podmorskiej żeglugi". Tego bym się rzeczywiście nie mogła doczekać. Tylko mimochodem zobaczyłam, że chodzą słuchy jakoby Kapitana Nemo miał grać Sam Worthington. Proszę, nie.
poniedziałek, 30 maja 2011
Trzej bohaterowie płaszcza i szpady nadchodzą jesienią.
Mads Mikkelsen, nazwisko klucz. Śledzę jego filmografię dość uważnie, chociaż nie znam jej na wyrywki. O trzech muszkieterach z nim w roli Rocheofrta usłyszałam już dawno temu, ale dopiero ostatnio zobaczyłam zwiastun.
I jestem w kropce.
Czy facet, którego sztandarowym osiągnięciem jest "Resident Evil" - film w swoim gatunku całkiem dobry, nawet więcej, niż całkiem, ale hm... drugiego dna raczej nie posiada - jest dobrym kandydatem na stworzenie adaptacji "Trzech muszkieterów" Dumasa?
Zwiastun wyraźnie zapowiada wielkie widowisko, raczej luźno oparte na pierwowzorze, raczej luźno utrzymane w rzeczywistym świecie (latający statek?), raczej zapowiada się interesująco, ale cienkiego humoru i przewrotnej akcji bym się nie spodziewała.
Z drugiej strony obsada jest zacna, Mikkelsen akurat ma chyba małą rolę, zapowiedź wyraźnie wysuwa na pierwszy plan Atosa (Mtthew Macfadyen, ciekawe czy fanki pana Darcy przełkną taką odmianę). Do Atosa książkowego zawsze miałam sentyment, jako że "Trzej muszkieterowie" to opowieść, która sama w sobie mnie mocno denerwuje i jej fanką bym się nie nazwała, ale Atos, Milady oraz Rochefort zdobywali moją sympatię. Prawdopodobnie dlatego, że jako nieliczne postaci z całego tłumu wykreowanego przez Dumasa, mieli naturę choć trochę bardziej złożoną niż budowa cepa.
Poza Atosem, w roli Aramisa Luke Evans, Milady de Winter zagra Milla Jovovich (ją lubię, może aktorka z niej średnia, ale przynajmniej nie irytuje na ekranie, a poza tym wdzięczna jest bardzo).
W kardynała Richelieu wciela się Christoph Waltz, mam nadzieję, że powtórzy fenomenalny poziom z "Bękartów wojny", jednocześnie unikając kalki Hansa Landy przebranego w kardynalską czerwień.
I Orlando Bloom w roli księcia Buckingham z zaczesanymi włoskami i kolczykami w uszach.
Może więc mimo pewnych zaskoczeń, efekt końcowy będzie zaskakująco dobry? Jak np. zaskakująco dobra jest czwarta część "Piratów z Karaibów" - byłam, wrażenia innym razem. Albo "X-men: Pierwsza klasa"... Więc jak sądzicie, będzie to jeden z tych widowiskowych filmów, które wbijają w fotel i są rozrywką w czystej postaci, ale na wysokim poziomie? Czy jednak chała?
I jestem w kropce.
Czy facet, którego sztandarowym osiągnięciem jest "Resident Evil" - film w swoim gatunku całkiem dobry, nawet więcej, niż całkiem, ale hm... drugiego dna raczej nie posiada - jest dobrym kandydatem na stworzenie adaptacji "Trzech muszkieterów" Dumasa?
Zwiastun wyraźnie zapowiada wielkie widowisko, raczej luźno oparte na pierwowzorze, raczej luźno utrzymane w rzeczywistym świecie (latający statek?), raczej zapowiada się interesująco, ale cienkiego humoru i przewrotnej akcji bym się nie spodziewała.
Z drugiej strony obsada jest zacna, Mikkelsen akurat ma chyba małą rolę, zapowiedź wyraźnie wysuwa na pierwszy plan Atosa (Mtthew Macfadyen, ciekawe czy fanki pana Darcy przełkną taką odmianę). Do Atosa książkowego zawsze miałam sentyment, jako że "Trzej muszkieterowie" to opowieść, która sama w sobie mnie mocno denerwuje i jej fanką bym się nie nazwała, ale Atos, Milady oraz Rochefort zdobywali moją sympatię. Prawdopodobnie dlatego, że jako nieliczne postaci z całego tłumu wykreowanego przez Dumasa, mieli naturę choć trochę bardziej złożoną niż budowa cepa.
Poza Atosem, w roli Aramisa Luke Evans, Milady de Winter zagra Milla Jovovich (ją lubię, może aktorka z niej średnia, ale przynajmniej nie irytuje na ekranie, a poza tym wdzięczna jest bardzo).
W kardynała Richelieu wciela się Christoph Waltz, mam nadzieję, że powtórzy fenomenalny poziom z "Bękartów wojny", jednocześnie unikając kalki Hansa Landy przebranego w kardynalską czerwień.
I Orlando Bloom w roli księcia Buckingham z zaczesanymi włoskami i kolczykami w uszach.
Może więc mimo pewnych zaskoczeń, efekt końcowy będzie zaskakująco dobry? Jak np. zaskakująco dobra jest czwarta część "Piratów z Karaibów" - byłam, wrażenia innym razem. Albo "X-men: Pierwsza klasa"... Więc jak sądzicie, będzie to jeden z tych widowiskowych filmów, które wbijają w fotel i są rozrywką w czystej postaci, ale na wysokim poziomie? Czy jednak chała?
Etykiety:
Mads Mikkelsen,
przygodowy,
sensacja,
zwiastun
wtorek, 1 marca 2011
Mewy krzyczą.
W nocy darły się mewy. Ale jak wytrwale :) Rano kontynuowały.
Musiałam wyjść z domu o porze tak wczesnej, że nadal nie wierzę, że to się stało naprawdę. Kocham rozkłady lotów. A wrzaski mew mi towarzyszyły.Czy mewy w krzyczącym stadzie mogą być uznane za zwiastun wiosny? Proszę?
I słońce jest nadal piękne, a że nastrój mam muzykalny, Sunny Day in Hell, Argyle Johansen, adekwatnie do dnia.
Czasem żałuję, że na gitarze umiem zagrać jedynie trzy akordy na krzyż.
I nabieram niezdrowej ochoty do zobaczenia w takim cudownie głośnym kinie "Drive Angry 3D" - czy to objaw choroby umysłowej? Ale zwiastun powalił mnie na łopatki inwencją twórców: uciekinier z piekła, wysłannik Diabła, jakiś dziwny kult, a do tego szybkie samochody, blond laska i tleniony Nicholas Cage, będzie ogień, już to czuję.
No dobra, przyznam się, po prostu uwielbiam Williama Fichtnera.
Etykiety:
muzyka,
prywatny cyrk,
zwiastun
niedziela, 23 stycznia 2011
Czekam...
Bracia Coen są moją zagwozdką, nie przepadam za ich filmami tak naprawdę, ale kiedy staram się wskazać ten jeden, którego nie lubiłam, okazuje się, że wszystkie tak naprawdę były dobre i moja antypatia do nich istnieje jakoś obok całkiem oddzielnego uznania dla ich filmografii.
A od kiedy zobaczyłam zwiastun "True Grit", znalazłam się w miejscu, w którym mnie prawie skręca z przedłużanego oczekiwania - premiera w lutym, oczywiście... Ale cóż, lepiej późno, niż wcale.
Żebym ja tak czekała na film Coenów! Niespotykane, świat się zmienia. Co zabawniejsze, film z Jeffem Bridgesem, którego średnio znoszę na ekranie (ale ma tyle dobrych ról na koncie, że nie mogę omijać jego filmów, podstępny :), a przecież westerny to niekoniecznie "mój" gatunek filmowy.
Ale premiery nie mogę się już doczekać.
Co do mojej skandalicznej nieaktywności blogowej, hmm, nie mam nic sensownego na swoje wytłumaczenie.
W kolejce przytupują nerwowo niewątpliwie światłe przemyślenia z "Turysty", z ciężkiej do opisania książki Amosa Oza, z drobnych przyjemnostek P. Delerma, z... Oh la la, ta kolejka staje się coraz dłuższa, a we mnie pustka. Może to przejdzie.
Ha, ale dzisiaj jest takie słońce, że się uśmiecham szeroko.
Etykiety:
prywatny cyrk,
USA,
zwiastun
wtorek, 21 września 2010
Zapowiedzi po raz trzeci (jak ja kocham takie durne rymy).
Byłam wczoraj w kinie (brawa dla mnie) i już prawie napisałam o filmie, ale ciągle coś mi wchodzi w drogę. Zamiast recenzji będą więc zapowiedzi, bo lato się skończyło i jakby więcej interesujących filmów ma pojawić się w kinach.
Co prawda ostatnio wyrzucam sobie, że bardzo rozrasta się lista filmów, które muszę (przez duże "M") zobaczyć - co gorsza, zaczynam o nich wspominać tutaj. Ale z taką do połowy napisaną recenzją już dzisiaj nic nie zrobię, a ten zwiastun i tak chciałam tutaj wstawić, bo prawie zapiszczałam na jego widok.
Johnny Depp plus Angelina Jolie - już jest szał - i jeszcze Paul Bettany na dokładkę - aż nie wiem, które z nich podnieca mnie najbardziej. Czyli oczywiście "The Tourist". Wiem, że to remake, wiem, że będzie gorszy, niż się spodziewam (bo spodziewam się po prostu rewelacji), ale co tam. Do premiery (podobno w styczniu) mogę sobie jeszcze pomarzyć.
I drugi, bliższy (premiera w listopadzie?), "The American". Tak bardzo przypomina mi "Michaela Claytona" i "Up in the Air", że nie powstrzymam się przed wycieczką do kina. Poza tym, to jest bardzo dobry zwiastun.
Kiedyś sobie dumałam nad wpisem o najlepszych zwiastunach, jakie kiedykolwiek widziałam (które wcale niekoniecznie reklamują dobre filmy). Tylko że zapętliłam się w chronologii i ilości, więc nie wiem, czy ten projekt kiedykolwiek powstanie.
A najgorszą wiadomością tygodnia jest to, że uciekł mi sprzed nosa przedpremierowy pokaz "Jestem miłością". Bezczelny.
Co prawda ostatnio wyrzucam sobie, że bardzo rozrasta się lista filmów, które muszę (przez duże "M") zobaczyć - co gorsza, zaczynam o nich wspominać tutaj. Ale z taką do połowy napisaną recenzją już dzisiaj nic nie zrobię, a ten zwiastun i tak chciałam tutaj wstawić, bo prawie zapiszczałam na jego widok.
Johnny Depp plus Angelina Jolie - już jest szał - i jeszcze Paul Bettany na dokładkę - aż nie wiem, które z nich podnieca mnie najbardziej. Czyli oczywiście "The Tourist". Wiem, że to remake, wiem, że będzie gorszy, niż się spodziewam (bo spodziewam się po prostu rewelacji), ale co tam. Do premiery (podobno w styczniu) mogę sobie jeszcze pomarzyć.
I drugi, bliższy (premiera w listopadzie?), "The American". Tak bardzo przypomina mi "Michaela Claytona" i "Up in the Air", że nie powstrzymam się przed wycieczką do kina. Poza tym, to jest bardzo dobry zwiastun.
Kiedyś sobie dumałam nad wpisem o najlepszych zwiastunach, jakie kiedykolwiek widziałam (które wcale niekoniecznie reklamują dobre filmy). Tylko że zapętliłam się w chronologii i ilości, więc nie wiem, czy ten projekt kiedykolwiek powstanie.
A najgorszą wiadomością tygodnia jest to, że uciekł mi sprzed nosa przedpremierowy pokaz "Jestem miłością". Bezczelny.
wtorek, 7 września 2010
I znowu...
Kolejny film, na który czekam niecierpliwie, ale przynajmniej premiera tego jest już wyznaczona, podobno na 12 listopada. Znaczy całkiem niedługo.
"RED", w rolach głównych prawie że fantastyczna czwórka :) znaczy Willis, Freeman, Mirren i Malkovich. Nawet nie wiedziałam, że da się ich obsadzić w jednym filmie, a tu proszę:
Jestem ciekawa, jakie jeszcze niesamowite obsady przyjdzie nam obejrzeć? W sumie niedawna "Incepcja" nie pozostawała w tyle za "RED", zapewne była w ogóle filmem znacznie lepszym, ale jednak tamte nazwiska nie robią w kupie aż takiego wrażenia.
Prawdziwa radość jest wtedy, gdy na jednym plakacie znajdzie się szereg nazwisk, które w pojedynkę sprzedają filmy. O tak, wtedy ja się cieszę - mam małą słabość do tego typu obsady. Nawet, jeżeli poziom filmu jest raczej relaksujący, niż wbijający w fotel, pokaz aktorskich umiejętności wystarcza mi na dwugodzinny seans.
A Malkovich, Willis, Mirren i Freeman mnie nie zawiodą.
"Love Actually", to było niesamowite nagromadzenie talentu na metrze kwadratowym. Podobnie jak trylogia "Ocean's...", chociaż tutaj różnie z efektem było.
Albo, z tego co widziałam, bo film jest mi nieznany, "Prywatne życie Pippy Lee" raziło w oczy nazwiskami, Wright Penn, Moore, Reeves, Bellucci, Bello, Ryder... Chociaż to również styl bardziej "Incepcji", znaczy nazwiska solidne, ale nie aż tak "wielkie" ("wielkie" bardziej w znaczeniu "głośne").
I nie, filmy takie jak "Valentine's Day" nie wzruszają mnie nawet obsadą.
"RED", w rolach głównych prawie że fantastyczna czwórka :) znaczy Willis, Freeman, Mirren i Malkovich. Nawet nie wiedziałam, że da się ich obsadzić w jednym filmie, a tu proszę:
Jestem ciekawa, jakie jeszcze niesamowite obsady przyjdzie nam obejrzeć? W sumie niedawna "Incepcja" nie pozostawała w tyle za "RED", zapewne była w ogóle filmem znacznie lepszym, ale jednak tamte nazwiska nie robią w kupie aż takiego wrażenia.
Prawdziwa radość jest wtedy, gdy na jednym plakacie znajdzie się szereg nazwisk, które w pojedynkę sprzedają filmy. O tak, wtedy ja się cieszę - mam małą słabość do tego typu obsady. Nawet, jeżeli poziom filmu jest raczej relaksujący, niż wbijający w fotel, pokaz aktorskich umiejętności wystarcza mi na dwugodzinny seans.
A Malkovich, Willis, Mirren i Freeman mnie nie zawiodą.
"Love Actually", to było niesamowite nagromadzenie talentu na metrze kwadratowym. Podobnie jak trylogia "Ocean's...", chociaż tutaj różnie z efektem było.
Albo, z tego co widziałam, bo film jest mi nieznany, "Prywatne życie Pippy Lee" raziło w oczy nazwiskami, Wright Penn, Moore, Reeves, Bellucci, Bello, Ryder... Chociaż to również styl bardziej "Incepcji", znaczy nazwiska solidne, ale nie aż tak "wielkie" ("wielkie" bardziej w znaczeniu "głośne").
I nie, filmy takie jak "Valentine's Day" nie wzruszają mnie nawet obsadą.
wtorek, 17 sierpnia 2010
Chcę i muszę, a premiery brak.
John Cusack, Li Gong, Yun-Fat Chow, Ken Watanabe i Rinko Kikuchi - niedawno dostrzegłam ją w "Map of the Sounds of Tokyo", filmie, o którym ciągle nie mogę napisać, chociaż zbieram się już miesiąc.
Znaczy się obsada jak ta lala, Szanghaj roku 1941, amerykański rozmach i temat umożliwiający stworzenie filmu wbijającego w fotel. Zresztą, jak wydaje się potwierdzać zwiastun, "Shanghai" będzie filmem widowiskowym.
I bardzo chciałabym się dowiedzieć, kiedy to mają zamiar wyświetlać go w polskich kinach.
Zawsze istnieje niemiła możliwość, że jedynie zwiastun robi dobre wrażenie, a film będzie powtórką z rozrywki wątpliwej, typu "Pearl Harbor".
Ale krzyżuję palce na szczęście i czekam z niecierpliwością.
niedziela, 1 listopada 2009
"Fame", czyli remake, a i tak kocham profesjonalizm.
Sama idea odświeżania starych hitów kinowych jest przeze mnie co prawda rozumiana, ale raczej nie pochwalana. Dlatego na remake "Sławy" z 1980 roku został przeze mnie skwitowany jedynie zmęczonym westchnieniem, że oto kolejny całkiem niezły film zostanie przemaglowany przez hollywoodzką cukierkowatość, a o starszej wersji dzisiejsza młodzież już nie usłyszy.
Ale nie mogę im odmówić jednego, czasem zwiastun się naprawdę idealnie uda. Widziałam ten teaser w kinie i naprawdę mnie zatchnęło - co za energia!
Żebym ja kiedyś w Polsce zobaczyła taki profesjonalizm, wiem, że budżety nie te same, ale jednak na coś dobrego miło popatrzeć. Nawet jeśli "Fame" będzie głupawe (pewnie będzie), przez moment miałam takie drgnienie, że oczywiście, że chcę zobaczyć ten film.
Ale nie mogę im odmówić jednego, czasem zwiastun się naprawdę idealnie uda. Widziałam ten teaser w kinie i naprawdę mnie zatchnęło - co za energia!
Żebym ja kiedyś w Polsce zobaczyła taki profesjonalizm, wiem, że budżety nie te same, ale jednak na coś dobrego miło popatrzeć. Nawet jeśli "Fame" będzie głupawe (pewnie będzie), przez moment miałam takie drgnienie, że oczywiście, że chcę zobaczyć ten film.
niedziela, 11 października 2009
"Shutter Island", czyli sama nie wiem czy mam na ten film czekać.
"Wyspa skazańców" Denisa Lehane'a była drugą jego książką, która wpadła mi w ręce, zaraz po "Wypijmy, nim zacznie się wojna". Ale jednocześnie pierwszą, po której Lehane wskoczył na półkę z cenionymi przeze mnie autorami. "Wyspa skazańców", chociaż pamiętam ją jak przez mgłę - kilka lat już minęło - jest książką, która wciąga tajemnicą, którą się w niej czuje. Ale tajemnicą bardziej w stylu - może trochę na wyrost to porównanie - Kinga, niż Cobena. Czytałam kolejne strony i byłam coraz bliżej uchwycenia rozwiązania, którego jednak nie odgadłam sama. Spokojne napięcie towarzyszyło tej lekturze, nie takie, które nie pozwala się oderwać, ale napięcie, które przyciąga czytelnika za cienkie sznureczki z powrotem. Dobry kawałek amerykańskiej prozy. A teraz nakręcili film, którego zwiastun zupełnie nie odpowiada moim odczuciom. Leonardo DiCaprio jest dobrym aktorem, ale jednocześnie jest typem człowieka, który powinien grać bohaterów żywiołowych, emocjonalnych. A w "Wyspie skazańców" bardziej pasowałby mi ktoś... No nie wiem, introwertyczny. Ja książki zapamiętuję wrażeniami i "Wyspa skazańców" kojarzy mi się tak z nieprzyjemnym pokojem szpitalnym, jak i z moknącym na deszczu facetem, który drżącą ręką stara się zapalić papierosa. Chociaż zabijcie mnie, nie mam pojęcia, czy główny bohater faktycznie palił.
Oczywiście na film trochę czekam, chociaż jest to dość ponure oczekiwanie. Obawiam się hollywoodzkiego produkcyjniaka, boję się sensacyjnego thrillera, boję się, że Scorsese nie nakręci już nigdy tak dobrego filmu, jakie kręcił kiedyś - i nie mam tu na myśli "Infiltracji". No boję się, że zepsuje cały klimat tej książki, którą pamiętam słabo, ale zawsze przecież mogę przeczytać jeszcze raz. A po filmie, wybaczcie dramatyzm, już nic nie będzie takie samo. Ileż razy to przerabiałam, ekranizacje, które obejrzałam z ciekawością, ale również z odrobiną zawodu. Czy istnieją jakieś inne?
Nie lubię ekranizacji książek, które rzeczywiście polubiłam (cóż za koszmarne powtórzenie!) - zawsze mnie rozczarują. Nic dziwnego, jakiś tam reżyser ma swoją wizję, a ja swoją. Ale i tak nie lubię. Albo inaczej, lubię oglądać filmy na podstawie książek, które przypadły mi do gustu, bo gwarantują chociaż w miarę inteligentną fabułę. Tylko że potem moja wizja blednie, wypierana przez tą filmową i już zawsze tak się ze sobą gryzą. Nigdy nie mieszają. I jak tu znaleźć złoty środek?
Etykiety:
film,
książka,
porównania,
USA,
zwiastun