niedziela, 23 stycznia 2011

Czekam...



Bracia Coen są moją zagwozdką, nie przepadam za ich filmami tak naprawdę, ale kiedy staram się wskazać ten jeden, którego nie lubiłam, okazuje się, że wszystkie tak naprawdę były dobre i moja antypatia do nich istnieje jakoś obok całkiem oddzielnego uznania dla ich filmografii.

A od kiedy zobaczyłam zwiastun "True Grit", znalazłam się w miejscu, w którym mnie prawie skręca z przedłużanego oczekiwania - premiera w lutym, oczywiście... Ale cóż, lepiej późno, niż wcale.
Żebym ja tak czekała na film Coenów! Niespotykane, świat się zmienia. Co zabawniejsze, film z Jeffem Bridgesem, którego średnio znoszę na ekranie (ale ma tyle dobrych ról na koncie, że nie mogę omijać jego filmów, podstępny :), a przecież westerny to niekoniecznie "mój" gatunek filmowy.
Ale premiery nie mogę się już doczekać.

Co do mojej skandalicznej nieaktywności blogowej, hmm, nie mam nic sensownego na swoje wytłumaczenie.

W kolejce przytupują nerwowo niewątpliwie światłe przemyślenia z "Turysty", z ciężkiej do opisania książki Amosa Oza, z drobnych przyjemnostek P. Delerma, z... Oh la la, ta kolejka staje się coraz dłuższa, a we mnie pustka. Może to przejdzie.

Ha, ale dzisiaj jest takie słońce, że się uśmiecham szeroko.

8 komentarze:

tamaryszek pisze...

Pustka? Może potrzeba odcięcia od głównej arterii działań. To nie jest stan statyczny - albo wpadniesz głębiej (kra, kra) albo minie bez śladu. Ja mam właśnie zapotrzebowanie na taką pustkę w działaniu. Chwilowo nie mogę sobie pozwolić, ale jeśli tylko... to zapadnę w sen zimowy. Tak planuję. Mam nadzieję, że zdążę przed wiosną.

A propos czekania. Czekam na:
- Twoją notkę o "Opowieściach o miłości i mroku";
- filmowo - na "King`s Speech" z Firthem i Bonham-Carter; literacko - na nieśpieszną lekturę biografii Tołstoja (ale książkowe chudzinki pewnie znów wyprzedzą to tomiszcze);
- nieustannie, całe życie, z niepokalaną nadzieją: na wiosnę i kolejny (szczęśliwy!) zawrót głowy.

Tymczasem!
ren

Logos Amicus pisze...

Czas spoważnieć, a więc do rzeczy: wróciłem ostatnimi dniami do kina. Przedwczoraj obejrzałem "The King's Speach", wczoraj "The Way Back" (najnowszy film Weira... tak, tak, tego od "Pikniku pod wiszącą skałą" i "Stowarzyszenia Umarłych Poetów" - tym razem wziął się za ucieczkę Polaków i innych więźniów z gułagu, którzy przez Syberię, pustynię Gobi, Tybet i Himalaje dotarli PIESZO do Indii) i dwreszcie zdisiaj... właśnie "True Grit" braci Cohen.
Wrażenia przeróżne - trudno to w kilku zdaniach ująć.
W kolejce czekają: "Blue Velvet", "The Fighter" no i "The Social Network", który gdzieś ciągle mi ucieka.
Mam nadzieję, że zdarzy się kiedyś jakaś okazja, by o tych filmach sobie pogadać.

Pozdrawiam

liritio pisze...

Tamaryszku, zapewne minie, chociaż Twoje "kra kra" mnie urzekło :) aktualnie najchętniej leżałabym i patrzyła w sufit, ale niestety, to będę mogła robić dopiero za dwa tygodnie, i to też w dość ograniczonym wymiarze czasu.
A Twój sen zimowy na pewno wydarzy się jeszcze przed wiosną, na razie wróciła zima i końca nie widzę (niestety), więc tamaryszkowe niedźwiadki zdążą się wyspać :)

Na "King's Speech" czekam i ja, również na "The Fighter". Na wrażenia z biografii Tołstoja też zaczekam.
I zawrót głowy na pewno po śnie zimowym się znajdzie :)


Logosie, dlaczegóż to musimy poważnieć? Wiosna przyjdzie z czasem, więc stan odwrotny powinien zaistnieć :) taka przedwiosenna wprawka.

Ale dobrze, skoro konkret, to konkret. Peter Weir miał długą przerwę od czasu "Pana i władcy na krańcu świata", wiesz może dlaczego? Zwiastun "The Way Back" robi wrażenie, ale poczekam na Twoją recenzję (o ile takowa się zdarzy).
Na "The Fighter" mnie intryguje (Christian Bale!), a Twoje wrażenia z "The King's Speech" zapewne będą miały wpływ na to, jak bardzo niecierpliwie będę oczekiwała premiery.
Również mam nadzieję, że okazja do rozmowy o tych filmach się zdarzy :)
Słonecznego dnia! U mnie niestety słońce się skończyło.

Logos Amicus pisze...

Droga Liritio,
skoro piszesz, że moje wrażenia z "The King's Speech" będą miały wpływ na to, jak bardzo niecierpliwie będziesz oczekiwała premiery, to mogę Ci już napisać, że... tak, tak ostrz już swą (nie)cierpliwość bo szykuje Ci się coś - być może - niezwykłego.
Widzę, że "The King's Speech" zbiera recenzje pozytywne, a często nawet i entuzjastyczne jak żaden wyświetlany obecnie w kinach film. Ta jednomyślność wszystkich jest nieco przytłaczająca.
Ale to, co o nim napisałem... hm... sam się teraz temu dziwię ;)
Mam też już notki o "The Black Swan", "The Way Back" i "True Grit"... ale muszą one poczekać (z publikacją na blogu) na swoją kolej - może Oscary będą taka okazją?

PS. U mnie też słońce jakby lekko wykończone ;)

liritio pisze...

Jednomyślność nie istnieje :) może niektórzy po prostu się boją przyznać.
O, "Czarnego łabędzia" też ciekawa jestem, boję się, że ten film to taka pusta bańka z mydła, pełna kolorów, ale psyt, pęka łatwo.
Oscary do okazja niezła, na pewno. Zawsze możesz też szukać innej okazji, najbliżej są chyba Walentynki ;)

Zimno! Niedobrze, niech jakaś czarownica przygna wiosnę.

Peckinpah pisze...

Ja najbardziej czekam właśnie na "True Grit", nie tylko dlatego że lubię Coenów, ale także dlatego, że lubię westerny. Jeśli film okaże się bardzo dobry to i tak mam nadzieję, że Oscara nie dostanie, bo to by było niesprawiedliwe wobec starej, całkiem niezłej, wersji. A Jeff Bridges, mimo że do westernów pasuje idealnie (dowód na to - rola "Dzikiego Billa Hickoka" w filmie Waltera Hilla), to i tak nie dorówna oscarowej kreacji Johna Wayne'a, który do roli szeryfa Cogburna był po prostu stworzony.
Pozdrawiam.

PS. Co do mojej nieaktywności blogowej, to miałem ostatnio zepsuty komputer.

liritio pisze...

Peckinpah, a wiesz, że nawet pomyślałam o Tobie, kiedy pisałam o zwiastunie "True Grit", upodobanie do westernów jest wyraźne w Twoich blogowych recenzjach.
I widziałam, że sporo naraz opublikowałeś, czytam po kawałku i cieszę się, że wróciłeś :)
Nie wiedziałam, że Wayne dostał Oscara za "Prawdziwe męstwo", to nagle wzbudziło wątpliwości, skoro oryginał był aż tak dobry, po co powtarzać film w "odświeżonej" wersji? Nic to, i tak zobaczę.

A co do statuetki filmu roku jednak mam wielkie nadzieje na "Social Network", chociaż coraz więcej osób się ze mną nie zgadza :)

Peckinpah pisze...

Wielu krytyków uważało, że to była nagroda pocieszenia dla Wayne'a za jego 40 lat pracy dla kina i duży wpływ na rozwój westernu. Ale moim zdaniem rola w "True Grit" to najlepsza kreacja Wayne'a i aktor bez wątpienia zasłużył na tą nagrodę. Film Hathawaya jest dobry, ale nie rewelacyjny, pod koniec lat 60. był uważany za nieco staroświecki, a jeśli za remake odpowiedzialni są bracia Coen to domyślam się, że nowa wersja jest bardziej nową ekranizacją powieści Charlesa Portisa, a nie remakiem.
Film wchodzi do kin dzisiaj, więc wkrótce się przekonam, co z tego wyszło.

Prześlij komentarz