czwartek, 27 stycznia 2011

"Podchody miłosne", Alain de Botton.

Co prawda zamierzałam się na "Sztukę podróżowania", ale jak się nie ma, co się lubi...

Zadziwiającym dla mnie tworem jest ta książka, rozłożenie emocji i uczuć na wagi, na procesy elementarne. Rozłożenie skrupulatne na małe kawałeczki, każdy ładnie zatytułowany, powiązane ze sobą parą głównych bohaterów.
Bohaterów określonych w szczegółach, Eryka i Alicję, każde z nich posiada pewną aparycję i własny charakter, ale nie mogłam się podczas lektury oprzeć wrażeniu, że tylko cienka linia dzieli Alicję i Eryka od prostego stwierdzenia w stylu "na potrzeby badania losujemy respondentkę X i respondenta Y".
Czytałam więc studium miłości, ale w rozumieniu emocji, procesu chemicznego, który często prowadzi do powstania kolejnej badanej zmiennej, "związku".
Z "Podchodów miłosnych" można by wypisać zmienne, stworzyć model, przepuścić przez program i otrzymać elegancką ewaluację w liczbach.

Że autor nie napisał książki złożonej z analizy kolejnych wyników liczbowych należy się tylko cieszyć, ponieważ "Podchody miłosne" są lekturą na pewno interesującą. Po prostu musiałam pokonać pierwszy szok i dostosować się do konwencji.
Przede wszystkim ogromna wiedza A. de Bottona wyłazi z tej książki na każdej stronie. Mrowie a mrowie odniesień do filozofii, teorii znanych i mniej znanych, odniesień absolutnie słusznych i pożądanych, z gatunku tych, które naprawdę wnoszą coś do treści, nie mają roli jedynie manifestacyjnej.

Spojrzenie na coś dla mnie tak niedefiniowalnego jak miłość w sposób całkowicie definicyjny było najpierw zaskakujące, następnie irytująco dziwaczne, żeby na koniec dotrzeć do mojego przekonania. Oczywiście de Botton nie koncentruje się jedynie na miłości, raczej rozważa ogólne prawidłowości rządzące związkiem, akurat w tym przypadku, Alicji i Eryka.
Zamiast rozważań ogólnych, raczej niekonkretnych, może odrobinę poetyckich, dostałam porządną, prawie że psychologiczną analizę czynników, które sama w codziennym życiu odbieram jedynie intuicyjnie.

Pozwólcie, że zacytuję całkowicie przypadkowy fragment:

"Każdy mężczyzna, zanim zdobędzie kochankę, ma matkę - i z tego punktu widzenia każdy mężczyzna doświadcza matczynej wszechmocy wobec bezradnego dziecka, zanim zaangażuje się w bardziej zrównoważony (albo wręcz przeciwnie) związek z kobietą. Matka Eryka była silną kobietą(...) Takie właśnie obrazy leżały u korzeni mizoginii Eryka: obawa przed wszechpotężną matką."
A. de Botton, "Podchody miłosne", Prószyński i S-ka, Warszawa 2003, str. 180-181.
Ileż w tych zdaniach trafności, precyzji i zabawnej rzetelności! Takimi właśnie analizami przetykane są "z życia wzięte" zdarzenia, rozmowy między Alicją a Erykiem, z których każda ilustruje twierdzenia autora. Coś pięknego, aczkolwiek momentami ciężkiego do przeżucia. Bowiem kiedy, dla przykładu, na stronie 221 widzę zdanie "(...)krzywda zyskała miano raczej administracyjnej niż wstydliwie emocjonalnej.", najpierw chwilę zajmuje mi zrozumienie takiego tworu, a dopiero potem mogę ruszyć dalej z odniesieniem go do treści.
Pomijam już głupi fakt, że powyższego zdania akurat nie rozumiem. Znaczy indywidualny sens owszem, ale w kontekście już nie. Mniejsza o większość.

Alain de Botton mnie zaintrygował "Podchodami miłosnymi", następnym razem jednak postaram się dopaść "Sztukę podróżowania" albo "Jak Proust może zmienić Twoje życie", mam wrażenie, że płodozmian tematu w przypadku książek de Bottona będzie wskazany dla uniknięcia niestrawności.

I odradzam czytanie tej książki w pośpiechu, nieuważnie, wtedy zapewne wyda się nudna.

3 komentarze:

Zosik pisze...

A ja czatuję na "Architekturę szczęścia", bo póki co poprzednie dzieła Alain de Bottona zbytnio mnie nie pociągają. No może jeszcze ewentualnie "Jak Proust może zmienić Twoje życie", ale poczekam aż Ty coś o tym napiszesz :-)

liritio pisze...

Jak Proust może zmienić moje życie, chętnie się dowiem, bo po przeczytaniu części "W poszukiwaniu straconego czasu" jakoś nie odczułam różnicy :)
"Architektura szczęścia" też mnie ciągnie, w ogóle mam wrażenie, że temat nie będący miłością sprawdzi się w przypadku de Bottona lepiej.

Chihiro pisze...

Och, znów ten de Botton! Gdzie nie spojrzę, wszędzie on. Występuje na festiwalu lit. żydowskiej, potem na jeszcze innym, dziś przeczytałam o spotkaniu z nim gdzieś w Londynie... "How Proust can change your life" za to stoi na półce, razem z "The Art of Travel" - przyjdzie na nie pora.

Prześlij komentarz