poniedziałek, 4 listopada 2013

Cholerni buddyści

W poniedziałki jakoś zabawniej czyta się książki Loe. Jego zniechęcanie wyścigiem za niczym, w którym wszyscy uczestniczymy, staje się jeszcze sensowniejsze w ten najbardziej przykry dzień tygodnia.
Aczkolwiek dzisiaj świeciło słoneczko, to pociecha.

Kawa, kawa, papiery... Liritio żyje jeszcze na pudłach, których nie ma czasu (ani siły) rozpakować. Żyje tak już ponad dwa tygodnie, zaczyna się przyzwyczajać, może uznamy karton za nowoczesną formę dekoracji wnętrza.


W "Naiwny. Super" głowny bohater tworzy listy. Liczne.
Sporadycznie ja również staram się tworzyć jakieś listy, nie tylko zakupów. Niestety, wszystko co wkracza w rozważanie świata sprawia, że zapętlam się w galopujących skojarzeniach i dygresjach. Listy i Liritio nie idą w parze.
Niemniej jednak, gdybym miała ułożyć listę znienawidzonych czynności i ogólnego hejtu na świat, na pierwszym miejscu zdecydowanie pojawiłaby się "przeprowadzka". Minęło już trochę czasu, a ja nadal jestem tym zmęczona. Druga prawdziwa przeprowadzka w moim życiu, pierwsza była łatwiejsza...

I pomyśleć, że takie niby przeprowadzki lubię, wyjeżdżałam na pół roku, na dwa lata, było pięknie. Ale wtenczas nie musiałam pakować życia w kartony, wystarczyły ciuchy w torbach, buty w jednym pudle, laptop i hulaj dusza, piekła nie ma!

Najwyraźniej im dalej w kartonowe pudła, tym bardziej pakujemy tam też życiową energię.
"Jestem przekonany, że chodzi o ten zapał. Którego brak.
Muszę go znaleźć. Odnaleźć na powrót.
Gdzieś przecież istnieje.
Przypuszczalnie nie warto o tym mówić.
To trochę tak, jak z zen. 
Póki próbuję, nic mi nie wychodzi.
Dopiero kiedy przestaję, wszystko się udaje.
Cholerni buddyści. Myślą, że są tacy piekielnie chytrzy."
Erlend Loe, "Naiwny.Super", Wyd. Zyski i S-ka, Poznań, 2002 r., str. 33.
W "Naiwny. Super" jestem gdzieś w okolicach strony pięćdziesiątej, ale już lubię tę książkę i jej bohatera. Wyobraźcie sobie, kupił sobie czerwoną piłkę i teraz uderza nią w ścianę na podwórku, codziennie, najczęściej po wieczornych Wiadomościach.
A przy okazji, na stronie 34 dowiedziałam się, że z mojej osoby udałoby się uzyskać mniej więcej tyle wapnia, żeby pobielić dwie trzecie przeciętnego kurnika. Nawet podniosło mnie to na poniedziałkowym duchu.

Liritio poza kartonami (sztuk mrowie a mrowie), kotem (sztuk jeden), C. (sztuk jeden), obecnie posiada również kilka mebli, zasłonkę i dwa wielkie gęsie jaja w lodówce. Na czas transportu skrzętnie je upakowałam w papier toaletowy i tekturowe pudełko po herbacie. I w tym herbacianym kartoniku siedzą sobie z tyłu lodówki, a ja nie wiem co się robi z gęsim jajem. Może wysiaduje....

piątek, 1 listopada 2013

Blade światło

Czyli jesień nam późnieje, czternasta na Placu Konstytucji to blade promienie przeświecające przez kolumnadę.
Późniejąca jesień i późniejąca Liritio, obwieszcza nieśmiałą reaktywację. Nieobecność stara się tłumaczyć przeprowadzką (po co mi to było) i nawałem pracy (nic nowego). Ale wraca, Liritio zawsze będzie wracać, prędzej czy później.

Cały październik męczyłam "Wymyślanie wrogów" Umberto Eco, nie po raz pierwszy stwierdzając, że z Eco się rozmijam.Czasem czytam, "Zapiski na pudełku od zapałek" nawet lubię, ale ogółem nie ta wrażliwość, nie te tematy, nie do końca działamy. Rozdział poniekąd o Wiktorze Hugo - rewelacja. Resztę męczyłam pokartkowując. Nieładnie z mojej strony, ale czasem słabłam.

Eco, przerywany świetnymi kryminałami Nessera i "Hotelem św. Augustyna" Irwina Shaw (o którym niebawem będzie więcej, tymczasem więc zmilczę), zajął mi cały, długi miesiąc. Ach tak, początkowo kończyłam jeszcze Dehnela, na zmianę marszcząc się na jego przyczepianie się do drobnostek i radośnie pokwikując nad elegancką złośliwością, którą uprawia tak pięknie.
Lubić, nie lubić, czytanie Dehnela ma sens, nie dość że inteligentny, styl ma porządny i ładny. Dopracowany.

Obecnie podczytuję "W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe" Anne Fadiman, której "Ex libris" swego czasu czytałam z przyjemnością.
I w owych "Esejach poufałych", które już kocham za zmniejszanie mojej literackiej ignorancji, jest rozdział o skowronkach i sowach.
Dawno już nie napomykałam o moich nocnych upodobaniach, ale przynajmniej część z Was może wiedzieć, że Liritio nocami egzystuje najpiękniej.

Fadiman cytuje nieznanego mi bliżej pana:
"Kiedy piszę po zmroku - zauważył Cyril Connolly -  w moją prozę wsączają się purpurowe wieczorne cienie. Dlaczego zatem nie piszę o poranku? Ponieważ ja niestety jakoś nie miewam poranków, a do tego choć ja sam nie pogardzam ludźmi, którzy chodzą spać wcześniej ode mnie, to oni wszyscy dziwnie się denerwują, że ja nie wstaję."
Anne Fadiman, "W ogóle i w  szczególe. Eseje poufałe", Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, str.73
Historia mojego życia: nie miewanie poranków. To byłaby kwintesencja, "jakoś nie miewam poranków".
To znaczy, miewam, ubolewam nad tym, teraz już miewam. Były jednak takie czasy, kiedy Liritio o godzinie szóstej może się kładła, ale na pewno nie wstawała.  
A te bez mała odwieczne walki z moim dziadkiem, który mnie pokątnie acz skutecznie wychowywał, a odkąd pamiętam kładł się spać o godzinie 22 i wstawał w okolicach 6. W jego oczach byłam prawie że Antychrystem... Mimo to dogadywaliśmy się przednio, więc to tylko szybkie napomknięcie z prywaty.

Noce, noce!
Miasta nocą, światła i w końcu szum drzew, w ciągu dnia skutecznie zagłuszany łoskotem życia. I taka specyficzna, przyczajona cisza z pojedynczymi, jasnymi oknami w tle. Uwielbiam.
Pustkowia nocą? Gwiazdy, szmery, jesteśmy sami na świecie. Piękne i trochę straszne zarazem.

"Nighthawks at the Diner" Hoppera, sztandarowy przykład. A Liritio Hoppera lubi, natomiast "Nighthawks..." to nie jest ten ulubiony obraz. Czy kiedyś już mówiłam, że "New York Movie" Liritio chwyta za... Za coś chwyta. I nie każcie mi tłumaczyć, i tak nie wiem.

Jest też Spilliaert, który jakoś tak dobrze noce malował...

A od niedawna podglądam Jeremiego Manna, współczesny artysta. Turnerem zdecydowanie nie jest, ale coś w jego obrazach kazało mi zapamiętać nazwisko i tutaj wracać.
Kiedyś dawno przeglądając czyjś tumblr. zwróciłam uwagę na "Manhattan Nights".
Chwilę potem, nie wiedzieć czemu, zakochałam się w tym, "Bryant Street Bar".
Ale najbardziej "Lights in Midnight Rain"

Jeremy Mann, "Lights in Midnight Rain". Liritio trochę kocha.

wtorek, 1 października 2013

Zwycięzca został jeden, tzn. wróciły seriale.

Dwa okna na ulicę, w jednym zupełnie brązowe drzewo szybko pozbywające się liści, w drugim nadal prawie zielone, czupurne listki nie poddają się obezwładniająco zimnej jesieni. Wybieram to drugie.
Tyle zagajenia.

Przede wszystkim jesień, a jesień oznacza seriale. I Liritio wraca do korzeni, zakosami, ale wraca, bowiem kiedyś (prawie) w ogóle nie oglądałam seriali, i dzisiaj - po kilku latach zanurzania się coraz głębiej w rzadko uzasadnione hity i znacznie częstszą sieczkę - wychodzę z serialowego nawyku z kilkoma nokautami i kilkoma przyjemnostkami, ale bez wcześniejszego przeciążenia.

Najgorsze są zawody, a serialowe bywają częste. Co sezon nowa próba, z której ciężko wyjść obronną ręką, jest to zmęczenie zarówno moje, jak i materiału. Nadal odpadają proceduralne serie w stylu "Mentalisty", "White Collar" i "Castle", z sentymentu starałam się do nich wrócić po przerwie, ale nic z tego. Poniekąd wdaje się znudzenie niezmiennie dalekim finałem, przykładowo: przypadek Mentalisty, w którym temat Red Johna został wykorzystany w możliwie najgorszy sposób, bo ani to motyw przewodni, ani nie dająca spać intryga spajająca początek z końcem.


Moje małe guilty pleasure, "Covert Affairs", miało dobrą połowę sezonu trzeciego i mocny zwrot w jej końcu. Niestety, wszystko, co tak ładnie zbudowano i napinano w połowie pierwszej, w drugiej zostało zamiecione pod dywan (głównie w absurdalnie pominiętej części emocjonalnej, pomówmy o podkopywaniu wiarygodności głównych charakterów), równią pochyłą rozpoczynając sezon czwarty, w którym intryga polityczna wołała o pomstę do nieba. Dajcie spokój, to nie Simsy!
Szkoda mi tego marnego końca sezonu czwartego, pewnie napocznę piąty, ale mam obawy co do naszego happy endu. O "Covert Affairs" mogłabym napisać mały elaborat, jako że mocne i słabe strony tego serialu są tak silnie ze sobą splecione, że nie sposób podać jedno dobre remedium na poprawę poziomu kolejnych sezonów. Poza jednym pewniakiem: przywrócić postać graną przez Odeda Fehra, jego rola to świetny początek wszelkich konfliktów i wzruszeń. 

Zachwalane przeze mnie tutaj "Body of Proof" zupełnie straciło urok po zlikwidowaniu jednego z głównych charakterów, płaczę nad beznadziejnym czwartym sezonem "Cougar Town", nad skasowaniem "Happy Endings", ogółem: nie mam co oglądać. To niewątpliwie jest kolejny z powodów mojego wycofania z serialowej manii.

Są jednak i pozytywne odczucia. Niektóre zaskakujące, niektóre trwałe o początku, niektóre przebrzmiałe. Ach, wieść gminna niesie, że apogeum geniuszu BBC, czyli Sherlock, w końcu powróci. Ale wiecie jak jest... Nie uwierzę dopóki nie zobaczę.


Jakiś czas temu obejrzałam rewelacyjne "Broadchurch", nie dość że atmosfera ponurej sprawy w nadmorskiej miejscowości idealnie uzupełniała sprawnie napisany scenariusz,  jest to również przepięknie nakręcony serial. Przepięknie, a bez tanich sztuczek.
Na wielu blogach widziałam pochwalne piewy, również na różnych portalach "Boardchurch" zbiera bardzo pozytywne opinie, a nic nie dzieje się bez przyczyny.
Sezon drugi kiedyś ma być, chyba nieprędko, chociaż nie sprawdzałam. W każdym razie, oglądałabym kolejne odcinki z ponurym, zgryźliwym DI Hardym (David Tennant) i wcześniej nieznaną, ale tak genialną Olivią Coleman w roli DS Miller.
Dla mnie "Broadchurch" nie jest triumfem zręcznej intrygi, która zaskakuje nas non stop, o nie, rozwiązanie sprawy z pierwszego sezonu w pewnym momencie staje się dość oczywiste (chociaż może to zależy od sposobu przetwarzania kryminalnych intryg, Liritio niestety szybko poznaje się na mordercach, czy to w serialach, czy to w książkach, nie jest to przechwałka, raczej ubolewanie). Ale sposób, w jaki napisano i nakręcono osiem odcinków "Broadchurch"... Czapki z głów.

Czyli co pozostało? Niewiele, bardzo niewiele.
Liritio wierna jest jednemu tytułowi, o dziwo (i nieco przecząc sobie) serial jest proceduralny, ale solidny i wdzięczny. A przy tym nieco inny.


Tak, do mety dobiega jedynie "Person of Interest", które w zeszłym tygodniu rozpoczęło swój trzeci sezon, a dwa poprzednie przebiegały intrygująco i, o dziwo, bez pudła.

Poza tym, że "Person of Interest" oczywiście miewa lepsze i gorsze odcinki, a przy tym można wyrazić liczne wątpliwości co do zupełnego prawdopodobieństwa akcji, Lirito dostrzega bardzo silne pozytywy, które w sumie sprowadzają się do jednego mianownika: odwagi we wprowadzaniu nowego przy jednoczesnym rozwijaniu starego. W "Person of Interest" mocno docenia się zdecydowanie w sprawnym finalizowaniu licznych wątków oplatających główną nitkę fabuły, która powoli staje się coraz bardziej skomplikowana. Ale o Person of Interest Liritio oddzielnie napisze więcej, akurat ten serial jest wart owego "więcej".

A na marginesie charakterów, z pewnym zaskoczeniem dostrzegłam, że gdy rozważamy pisanie kobiecych postaci, "Person of Interest" jest pięknym i rzadkim przykładem traktowania płci żeńskiej jak pełnowymiarowych, równych mężczyznom postaci. Innym takim serialem obecnie wydaje mi się jedynie "Hannibal" Fullera. Wcześniej mogłabym jeszcze dorzucić do tego "Układy", ale ten genialny serial prawniczy niestety się skończył, jeszcze dawno skasowane cudo Sorkina "Studio 60 on the Sunset Strip". Nieznanego nie biorę pod uwagę, więc z chęcią dowiem się, że są liczniejsze przykłady.

Patrząc w niedaleką przyszłość, widzę dwa znaki zapytania. Nowy serial, "Masters of Sex", przyciąga obsadą, bardzo lubię Lizzy Caplan, a wszyscy wiemy, że Martin Sheen jest super.
I w końcu muszę zobaczyć hicior Finchera, a więc "House of Cards".
Brak mi dobrej komedii.

PS. Liritio od niechcenia rzuca okiem na "Homeland", ale finał drugiego sezonu mnie zniesmaczył i przyznaję się, że dla mnie tylko Damian Lewis, Morgan Saylor i Rupert Friend mają w tym serialu sens. Ale nie da się ukryć, "Homeland" wciąga, nawet jeśli potem właściwie nie wiemy dlaczego.

wtorek, 10 września 2013

"Księżniczka z lodu", Camilla Läckberg, czyli agresja winą poniedziałku

"Mankell przynajmniej jest solidny", było jedynym, co powiedział C., kiedy krzywiłam się nad kolejnym szwedzkim kryminałem, tym razem "Księżniczką z lodu" Camilli Läckberg. I miał rację, rzeczywiście, Mankell przynajmniej jest solidny.

Liritio jest na bakier ze szwedzkim kryminałem od zawsze - o tym możecie wiedzieć, nie pierwszy raz marudzę - ale od kiedy zyskały na popularności, często zastanawia się, czy jest z nią coś nie tak. Zwykle dochodzi do wniosku, że to naturalna kwestia preferencji, oczywistość, że powinna dać sobie spokój i tyle.
Gorzej jest, gdy owe rozważania rozpoczną się w poniedziałek, jak rozpoczęły się tym razem (czyli wczoraj). W poniedziałki Liritio dochodzi do jak najgorszych wniosków, a jej codzienna, względnie pozytywna obojętność wobec świata zmienia się w zdecydowaną wrogość. Ot, życie.

Jestem prawie pewna, że pierwszym szwedzkim kryminałem, jaki kiedykolwiek przeczytałam, musiał być całkiem dobry "Śmiejący się policjant" Sjöwall i Wahlöö, który stał na regale mojej matki zaraz obok "Jak kamień w wodę", seria z jamnikiem i te sprawy. Sjöwall i Wahlöö są wyjątkiem w mojej niechęci do skandynawskich kryminałów, chociaż nikogo nie próbowałabym nawet przekonywać, że "Roseanna" jest dobrą książką.
Kolejny był na pewno Ekström, cztery książki stały na tym samym regale, Liritio czytała, co było. Ale Ekströma wyjątkiem już nazwać nie mogę, poza może "Węgorz ryba pożądana" nie wciągnęłam się w żaden jego kryminał, a i węgorz szału nie robił.

Duży przeskok w czasie i mamy Larssona. Widzicie, Liritio się irytuje, bo Larsson jest już mało znany. Tzn, jest bardzo znany, bo przecież filmy, ale jeśli ktoś nie przeczytał Millennium przed kilkoma laty, jestem prawie pewna że już albo nie przeczyta, albo w nieustannej zalewie szwedzkiej literatury, przeoczy, zapomni, odłoży w połowie.
Dlaczego? Bo ten cały badziew tak chętnie wypluwany obecnie przez wydawnictwa jest łatwiejszy, ach, o ile łatwiejszy, a przecież i Larsson nie "Ulissesa" napisał, ale kryminał trochę przygodowy, trochę polityczny.
Skąd taki niemiły wniosek? Proste, z biblioteki. Kiedy podejść do szwedzkiej półki, stoi Mankell, stoi trylogia Millennium. Wszyscy korzystający z bibliotek już przeczytali? Możliwe. Ale dla mnie jest to też wyznacznik braku zainteresowania.

A Mankell przynajmniej jest solidny, co przyznam bez bicia, mimo że ze wszystkich jego wydanych po polsku książek (a Liritio przeczytała prawie wszystkie) podobała mi się tylko jedna i już nawet nie pamiętam która. Chyba "Mężczyzna, który się uśmiechał" (zbieżność z policjantem z regału matki przypadkowa). Dzisiaj już nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego jedna mi się podobała, pewnie intryga bardziej w moim stylu, a może o co innego chodziło...
Larsson też był solidny, nie jest to literatura wielkiej klasy, ale w swoim gatunku mierzy wysoko, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" są bardzo dopracowaną książką, skomplikowaną i dopracowaną. Kolejne części Millennium to trochę inna bajka, mnie drażniła Lisbeth i zmiana tematyki, znacznie mniej tajemniczo - kryminalna, znacznie bardziej sensacyjno - spiskowa. Nadal jednak były to bardzo długie, bardzo dopieszczone książki.

I tą drogą docieramy do wrześniowego poniedziałku, kiedy Liritio do końca przekartkowała, inaczej nie da się tego nazwać, "Księżniczkę z lodu" Läckberg, po czym trzasnęła się dłonią w czoło.
Mogę uwierzyć, że fafnasta książka tej kobiety jest lepsza niż pierwsza, mogła się wyrobić, lubiany przeze mnie Beckett się wyrobił, jej nie zabronię.
Ale sama "Księżniczka z lodu" to tandetna fabuła, sztampowo napisana (serio, jakby według samouczka), nudno, prosto, w negatywnie niefinezyjnym tego słowa znaczeniu.
Erika, piękna i mądra pisarka, jest postacią pozbawioną charakteru, ale wiadomo, że piękna, cudownie, jej amant jest jeszcze gorszy, charaktery drugoplanowe to parodia i stereotypy. Jeśli najciekawszym bohaterem książki jest emeryt planujący ucieczkę od żony, który w całkiem długiej fabule pojawia się dokładnie trzy razy, to ja nie mam pytań.
Zdenerwowałam się.

Tyle że taka jest prawda, wśród kryminalnej pulpy importowanej ze Skandynawii o perełki trudno. Co tam perełki, po prostu o dobre kryminały jakoś trudno. A tyle już tego towaru przeczytałam... Z jednej strony, nie moje gusta, do tego wracam, o tym cały czas pamiętam. Ale jednak po "Księżniczce z lodu" uświadomiłam sobie, że każdy kolejny kryminał z Północy, który trafia w moje ciągle nienasycone łapki, to równia pochyła.

Są dobre przykłady, fińska Lehtolainen, na upartego norweski Nesbø, islandzka Sigurðardóttir, co drugą jej książkę czyta mi się bardzo dobrze, szwedzki Håkan Nesser, ale to naprawdę rodzynki w tłumie pisarzy kwalifikujących się na półkę pod hasłem "bardzo, bardzo średnie". Ciągle pamiętam o mojej rozbieżności upodobań, tak, generalizuję, tak.

Tylko dlaczego idąc do księgarni widzę zalew "następców" Larssona, "lepszych niż Mankell", itd, itp, a z około trzydziestu książek Marthy Grimes na polski przetłumaczono mniej więcej osiem? Reklama dźwignią handlu, to rozumiem bardzo dobrze, co nie zmienia faktu, że protestuję.
Ale skoro Liritio nie została zasypana przez wydawnictwa mrowiem a mrowiem książek (w tym kryminałów) hiszpańskich czy angielskich, czyta, co jest, po latach ciągle czyta, co jest, kiedyś Ekströma, dzisiaj Läckberg. I zdecydowanie woli się zanudzać Ekströmem, niż kaleczyć kolejnymi tomami sagi, tak jest serio napisane na okładce, "saga kryminalna". Że też nie zwróciłam na to uwagi w bibliotece i cichutko nie odłożyłam "Księżniczki..." na półkę. Mnie by to oszczędziło nerwów, a Wam marudzenia.

wtorek, 3 września 2013

Sierpniowa Liritio, czyli już jakby miniona

Liritio miewa ostatnio szczęście do książek, możliwe, że trochę szczęściu pomaga, uparcie przekładając wszystko inne Światem Dysku, ostatnie nastroje Liritio nie pozwalają na filozofie i dramaty, poza tym czasu coraz mniej. Jeszcze na dodatek (prawie) nigdy nie jest tak, żebym czytała tylko jedną książkę, więc proces finiszowania się rozwleka.

Odkąd po cudnym "Łups!" Liritio złapała chrapkę na Pratchetta, pochłonęła "Bogowie, honor i Ankh-Morpork", jak zwykle radosna przy znanej pratchettowości.

Tym razem Ankh-Morpork było w stanie wojny z Klatchem, Vimes posiłkował się mądrością książki genialnego Tacticusa, Vetinari jak zwykle kradł moje serce swoją spokojną przebiegłością, a straszny pustynny lud D'Regów spotkał na swojej drodze (na mocno wojennej drodze) niezwykłego Kapitana Marchewę.
Cytat z Tacticusa, którego wojskowy geniusz nie ulega żadnej wątpliwości po skończeniu książki, jakbyście mieli w planach prowadzenie jakiejś inwazji, jest jak znalazł.
"Po pierwszej bitwie w Sto Lat sformułowałem zasadę, która dobrze mi służyła w innych bitwach. Brzmi ona: jeśli przeciwnik ma niezdobytą twierdzę, dopilnuj, żeby w niej został."
"Bogowie, honor i Ankh-Morpork", Terry Pratchett, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, str. 208.
Zrobiłam małą przerwę na świetną książkę Richarda Bradforda, "Tak daleko do nieba" (tak blisko do Teksasu), zdziwiona, że od razu zaczęłam ją uwielbiać, a jeszcze bardziej zdziwiona, że w żadnej (prawie) bibliotece nie można jej dostać. Ale jeśli macie możliwość, czytajcie Bradforda, warto.

Kończąc "Tak daleko do nieba" ze złośliwym uśmiechem na ustach, płynnie przeszłam do "Prawdy" (nadal Pratchett, nadal Ankh-Morpork) i jestem zachwycona chyba na równi z "Piekłem pocztowym". Wśród bardzo różnych książek Pratchetta, "Prawda" zdecydowanie należy do tych najlepszych, a jeszcze jej nawet nie skończyłam.

Obecnie podczytuję "Młodszego księgowego" Dehnela i coraz bardziej się cieszę. Pierwsze dwa felietony mnie nie porwały, ale potem... Złośliwość jest zacna, śmieję się miejscami do tych komentarzy niczym głupi do sera. Jest z czego się śmiać, Dehnel w złośliwości bywa elegancki, stąd moja sympatia, spostrzegawczy, nie nadyma się. Oczywiście, skoro Dehnel, wiadomo, trochę przeintelektualizowany, trochę snob, tu i tam na wyrost, tu i tam generalizuje aż nadto. Ale inteligencja i humor są najważniejsze, wszelakie ludzkie wady kłaniają się tym dwóm zaletom, więc "Młodszego księgowego" lubię coraz bardziej.

Jeśli mówić o Dehnelu, najlepiej pamiętam "Lalę", którą dawno temu bardzo bezczelnie zabrałam koleżance na wakacyjnym wyjeździe (kiedy ona była gdzieś w połowie książki, zbrodnia to niesłychana...), niby to zerknąć na kilka pierwszych stron. Tzn., miałam szczery zamiar zerknąć, przekartkować, ustalić czy warte czytania, po czym oddać i poczekać grzecznie na swą kolej. Plan upadł, oddać już nie chciałam.

A w tzw. międzyczasie przeczytałam (baaaaardzo powoli) "Daleko stąd. Podróż afrykańską" E. Waugh'a, utwierdzając się w przekonaniu, że nie ma kontynentu (poza Europą) fascynującego mnie na równi z Afryką. Waugh, jak "Powrót do Brideshead", angielski, trochę smutny, nostalgiczny, cierpki, czarujący.

Za to przed Dehnelem, Bradfordem i jeszcze przed falą chęci na Pratchetta sięgnęłam po książkę Rosy Montero, "Łzy w deszczu". Połknęłam ją w trzy dni i jestem niezmiennie zaskoczona, jak bardzo mi się podobała i jak mocno różni się od innych przetłumaczonych na polski książek tej autorki.

Futuryzm jest podstępnym tematem, zdaje się, że mimo nieograniczonego (względnie nieograniczonego) pola do popisu, nasze wizje mniej więcej pokrywają się z wizjami innych, a więc albo kryzys atomowy, albo degeneracja planety i różne wersje androidów.

Już samo to, że polubiłam upartą bohaterkę było pewnym zdziwieniem. Ale polubiłam, Bruna jest trochę komiksowa, aczkolwiek może tak właśnie powinno być, skoro jest androidem. Uwikłana w tajemnicze knowania stara się dojść do prawdy, w czym pomaga jej przyjaciel, archiwista historii świata (Montero bardzo ciekawie rozpisała naszą najbliższą przyszłość, mniej katastroficznie niż większość podobnych książek, choć nadal ponuro). Ważną rolę w wydarzeniach odgrywa też pewien pamięciopisarz (androidom pisze się pamięci) i policjant prowadzący dochodzenie w sprawie dziwnych i bardzo groźnych zachowań pozornie losowych androidów. Spiski, morderstwa, podejrzani, podejrzani...

Bardzo dobra, barwna książka, trochę wciągającej intrygi, trochę rozważań nad kondycją świata, Rosa Montero ponownie trafiła do mnie jak w dziesiątkę. I ostatnia biała niedźwiedzica, którą widać na okładkach hiszpańskich wydań, niedźwiedzica, która jest, ale już jej nie ma, serce mi prawie złamała.

I z takim sercem, przez niedźwiedzia prawie złamanym, mogę witać wrzesień, który po dwóch dniach szarych, mokrych i okropnych (jest rym, jest zabawa), wraca jednak do bycia ładnym wrześniem. Tak trzymać.

Skoro jesień, skoro niedźwiedź, to chyba Osiecka i Krajewski.
Uciekaj moje serce
W wersji live, żeby nie było. Piski fanek są.


wtorek, 27 sierpnia 2013

"Wypełnić pustkę", reż. Rama Burshtein

O losie, żeby dramat obyczajowy osadzony w chasydzkich realiach stał się moim w sumie ulubionym filmem lata?
Co prawda może dzielić ów zaszczytny tytuł z niefrasobliwie komiksowym "RED 2", ale wątpię, żeby stawianie tych dwóch filmów w jednym rzędzie miało najmniejszy nawet sens.

Jeśli mówimy o "Wypełnić pustkę", ważne okazują się dwie sprawy: jak wiele wiemy o chasydach i jak bardzo doceniamy subtelność scenariusza.
Ja na przykład lubię stwierdzać, że to co subtelne jest tym, co ulubione, ale niekoniecznie bywa to stuprocentową prawdą, a niedopowiedzenia w "Wypełnić pustkę" nieco mnie przerosły. I tutaj dochodzi to pierwsze, przerosły, bo Liritio naprawdę niewiele wie o chasydach i liczyła na nieco większy zastrzyk informacji. Czyli Liritio tyleż zachwycona, co niedoinformowana, wiadomo, ignorancja jest super.

Z jednej strony "Wypełnić pustkę" mogłoby mieć miejsce w każdym świecie, z drugiej strony jedynie w obyczajowości chasydów (chyba jedynie) znajduje się wytłumaczenie wielu scen. Do czego zmierzam? Swoiste didaskalia by mnie ratowały, bo o ile nazwy poszczególnych ceremonii mogę sobie w wyszukiwarce znaleźć, cieńsze tematy pozostaną dla mnie niewiadomą. Że Shira poszła sama do Rabina, to dobrze, źle, dziwnie, normalnie, no jak? Że tutaj biegają, a tam śpiewają, ja nie wiem, co jest naturalne, co na wyrost, co źle widziane, co z dnia powszedniego. Mogę się jedynie domyślać, a choć domyślna bywam, nie mogę powiedzieć, żebym "Wypełnić pustkę" w każdym calu rozeznała i pojęła.

Dzieje się tak: starsza siostra Shiry umiera przy porodzie. Właściwie akcja tym się zaczyna i kończy, chociaż tak naprawdę kłamię, bo kończy się zupełnie gdzie indziej. Rzecz w tym, że Shirę mieli wydać za mąż, ale teraz żałoba i mały synek, a jeszcze ojciec... A ojciec zrozpaczony, chociaż w sobie, emocjonalnym być nie przystoi.
Mój ulubiony był mądry dziadek (tzn. ojciec Shiry), człowiek małomówny. I Rabin! Scena z piekarnikiem jest kwintesencją rozsądnej dobroci. Zobaczcie i zapamiętajcie.
Tyle obok spraw, że matka nie potrafi ruszyć dalej, a przecież codzienność puka, a okaleczona ciotka (stara panna, to określenie jeszcze służy?) ma swoje zdanie na każdy temat dotyczący zamążpójścia (ale nie jest to akcent komediowy, absolutnie), a koleżanka się zaręczyła, ale siostra koleżanki nie. I niby wszystko wokół ślubów się kręci? I tak, i nie, z naciskiem na nie, bo to śpiewy przy stole kradły serce Lirito, a nie swaty i miłostki zza regału.

Dużo codzienności, ale bardzo uniwersalnej, mimo specyficznego środowiska ortodoksyjnych Żydów, plus to i minus. Szkoda trochę, że tak mało się wniknęło w nieznane, ale z drugiej strony, to nie zoo a chasydzi nie małpy. I wniknęło się może mało, za to delikatnie, naturalnie, nic na siłę.

Co się pamięta? Muzykę, ale o tym na końcu. Zdjęcia, kamera nie bała się zbliżeń, może to taka kamerowa wnikliwość? Gra światłocieniem mistrzowska, ktokolwiek by operatorem nie był, może mieć na czole napis, że artysta, że subtelny, że zmyślny, że bez głupot. Zdjęcia rzeczywiście robią wrażenie, tutaj nie będę na wyrost w poetykę obrazu wnikać, na "Wypełnić pustkę" się po prostu przyjemnie patrzy.

Istotna pozostaje delikatność i złożoność. Niby mało, ale długo by opowiadać, niby niedopowiedziane, ale bez brawury. Shira to i młodość w miarę mądra, i wnikliwość miejscami nieco bezczelna. Ale potrzebna. Druga strona barykady, znaczy Yochay (na marginesie, jeśli nie wierzycie w atrakcyjność panów z pejsami w futrzanych czapach na głowie, oto znaczący wyjątek od reguły), tak obcy, chociaż mąż siostry, tak kontrastujący z chłopcami, których Shira poznaje. Nic dziwnego, tu mężczyzna, tam chłopcy.

Czyli że jednak romans? Nic bardziej mylnego, żaden romans. Gra na akordeonie (to Shira), żałoba długa i pełna następstw niespecjalnie pozytywnych, życie rodzinne i delikatność wszechobecna. Emocje tłumione, które z rzadka wychodzą na wierzch i różne drogi do odpowiedzi na pytanie "co dalej?". Czyli trauma i rozwiązanie optymalne, w tej optymalności brzmiącej tak obrzydliwie technicznie kryje się bardzo wiele. A "Wypełnić pustkę" to tyleż rodzina, co międzyludzkie relacje, te z knowaniami, i te z miłością. Jak to w rodzinie, tutaj coś zamiecione pod dywan, tam coś dla dobra innych, tu bunt, tam pogodzenie, tu się poddajemy, tam działamy.

I ta muzyka, już wspomniana. Śpiewy przy stole pozostaną długo w mojej pamięci, było w nich coś bardzo pięknego.
A poniżej coś chyba najpiękniejszego.


środa, 21 sierpnia 2013

Zacznę prosto, kim jest Keyser Soze?

Wszystko w tyle, znowu, a jakiś czas temu z inicjatywy Mariusza wyszło na to, że mam opowiedzieć o śledztwie w kinie. Tzn, o śledztwie w filmie, tzn w kontekście motywu filmowego... O, wysłowiłam się, motyw śledztwa w filmach, rozprawka na tysiąc słów. A tak naprawdę wszystko jest winą tego Pana., inicjatora pomysłu.

Temat jest szeroki, aczkolwiek fakt, że mogę wybrać swoje ulubione nawiązania nieco upraszcza zawiłą materię wyboru. A czy ja Wam kiedykolwiek mówiłam, jak kiepska jestem w wybieraniu? Największy dramat Lirito: gdzie zjeść obiad. Ale już, koniec, bez dygresji.


Tak naprawdę, dla Lirito jest to świetna okazja żeby wymienić kilka zupełnie ulubionych filmów, o których nie napisałam dotychczas, bo... (wstawcie pierwszy bezsensowny powód, który przemknie Wam przez myśl).

1. Podejrzani, reż. Bryan Singer, 1995 rok.
Kiedy Wy mówicie "śledztwo', ja od razu krzyknę "Podejrzani", to się błyskawicznie kojarzy i jest pierwsze na liście. Film Singera jest znany (chyba) wszem i wobec, od przebiegłego pytania "kim jest Keyser Soze?" po doborową obsadę, mam wrażenie że nie ma osoby, która przynajmniej raz nie usłyszała o "Podejrzanych".

Skracając akcję, pewien policjant przesłuchuje świadka pewnych wydarzeń, a jego historia powoli wyjaśnia koleje pewnej kradzieży i morderstwa. Tylko czy rzeczywiście? Bo właściwie, kim jest ten przeklęty Soze?

"Podejrzani" są czymś pomiędzy genialnie nakręconą łamigłówką, historią wielkiego przekrętu i mrocznym, mocnym kryminałem ze świetną rolą Byrne'a. Samo śledztwo jest niejako odwrotne, wydaje się, że oglądamy jego finał, a prawda leży gdzie indziej.

Niezmiennie mnie zadziwia, jak obłędnie dobry jest ten film.

2. Tajemnice Los Angeles, reż. Curtis Hanson, 1997 rok.
A jeśli mówić o śledztwie, momentalnie nasuwa się film noir. A jeśli mówić o w miarę współczesnym kinie noir, będą to rewelacyjne "Tajemnice Los Angeles" z pamiętną rolą Kim Basinger.

Dlaczego tak bardzo (ale naprawdę bardzo, bardzo) lubię "L.A. Confidential"? Możliwe, że trochę uwodzi mnie charakterystyczny klimat, ponurzy policjanci, piękne kobiety, nocne Los Angeles tak mało kojarzące się ze słońcem Hollywood, styl lat 50tych i wszechobecna, wątpliwa moralność bohaterów.

"Tajemnice Los Angeles" są świetnie zmontowaną historią wielotorowego śledztwa, w którym ciężko określić, kto jest kim, klasyczny motyw. A ja uwielbiam tak dobrze uzasadnianą i tak subtelnie wprowadzaną w czasie ewolucję charakterów.
I obsada... Russel Crowe w roli porywczego gliny, Kevin Spacey sprzedający policyjny talent w telewizyjnym programie i Guy Pearce w najlepszej chyba roli tego filmu, jako młody, nieugięty policjant w pogoni za karierą.

Nie ma dobrego powodu, żeby nie obejrzeć "Tajemnic Los Angeles", po prostu nie ma.

3. Mroczne przejście, reż. Delmer Daves, 1947 rok.
Skoro klimat kina noir w jakimś stopniu przywołuje "L.A. Confidential", cofnę się do oryginałów. I wybaczcie, ale kino noir i Humphrey Bogart idą w parze, a kiedy Liritio mówi o Bogarcie, Lauren Bacall musi wystąpić.

Wiele razy nadmieniałam o czterech filmach tej pary, sztandarowy (w kontekście śledztwa) byłby "Wielki sen", ale nie będę się powtarzać, szczególnie że Bogart i Bacall nakręcili też znacznie mniej znane "Mroczne przejście".

Ciekawa jest struktura filmu będącego historią człowieka bez twarzy, któremu zabrano przyszłość fałszywym oskarżeniem o morderstwo żony. Wszystko widzimy oczami głównego bohatera, właściwie jesteśmy głównym bohaterem, kiedy ucieka z więzienia, przechodzi operację plastyczną i z pomocą pięknej nieznajomej prowadzi swoje prywatne śledztwo. Czyni to z "Mrocznego przejścia" film raczej Bacall niż Bogarta, ale można go oglądać z sentymentu dla obojga (jak czynię to ja) albo z uznania dla dobrego kina noir, nawet jeśli "Mroczne przejście" niekoniecznie trafia do pierwszej ligi gatunku.

4. Rzeka tajemnic, reż. Clint Eastwood, 2003 rok.
Kolejnym filmem, o którym nigdy dotąd nie pisałam, jest jeden z najlepszych filmów Eastwooda (wedle preferencji Liritio, a miejcie na uwadze, że nie oglądam westernów). Film jest wierną ekranizacją książki Denisa Lehane'a, przy okazji jednego z moich ulubionych pisarzy.

Akcję rozpoczyna śmierć córki Jimmy'ego Markuma (Sean Penn) trudniącego się nie do końca legalną działalnością, który bez wytchnienia, wręcz opętańczo rozpędza się w dążeniach do odnalezienia jej mordercy. Laura Linney w roli jego żony gra jedną z najlepszych i najbardziej przewrotnych (albo niedopowiedzianych) ról kobiecych, jakie pamiętam.
Jednocześnie śledztwo w sprawie tego morderstwa prowadzi policyjny detektyw Devine (uwielbiany i niedoceniany Kevin Bacon), a na drugim planie dużą rolę odgrywa niezrównoważony Dave Boyle (Tim Robbins). Trzej bohaterowie znają się od dziecka, ich przyjaźń została przed laty brutalnie odmieniona porwaniem małego Dave'a, retrospektywna historia tych wydarzeń stanowi drugi wątek częściowo wyjaśniający mocno niejednoznaczne relacje między tą trójką.

"Rzekę tajemnic" szkoda przegapić, fabuła jest trudna, ale nich mnie małe kaczątko kopnie, jeśli Eastwood nie wykonał genialnej roboty.
"Rzeka tajemnic" przyniosła Oscara Seanowi Pennowi i Timowi Robbinsowi, a tytuł najlepszego filmu roku przegrała z ostatnią częścią Trylogii Pierścienia, co pozostawia mnie w niemym oburzeniu po dziś dzień.

5. Michael Clayton, reż. Tony Gilroy, 2007 rok.
Mój faworyt dzisiejszej szczęśliwej siódemki, właściwie jeden z tych najlepszych filmów, o których często myślę i rzadko piszę. Życie.

"Michael Clayton" jest przykładem pozornie skromnego filmu, którego doborowa obsada i skomplikowany, ale dopracowany w każdym calu scenariusz, tworzą coś wyjątkowego. Świetna rola Clooneya, którego Michael Clayton jest nie tyle prawnikiem, co tzw. fixerem, że zapożyczę obcy termin. Załatwia delikatny problem i sowicie wynagrodzony znika. Już jego monolog z początku filmu uświadomił mi, że nie jest to tytuł, który łatwo zapomnę. I rzeczywiście, nie zapomniałam.

Samochód Claytona wysadzony jest w powietrze, kiedy on ogląda konie,  po czym akcja cofa się o cztery dni. Arthur Edenes, współpracownik i kolega Claytona, przeżywa rzekome załamanie nerwowe broniąc korporacji zanieczyszczającej środowisko. Korporacja, reprezentowana przez chłodną Karen Crowder (Tilda Swinton niezmiennie genialna), wydaje się tyleż winna zanieczyszczeń, co niezaangażowana w późniejsze wydarzenia i właściwie nie wiadomo o co chodzi, a Clayton niechętnie zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo, szukając dobrych odpowiedzi na niewygodne pytania.

6. Zodiak, reż. David Fincher, 2007 rok.
W motywie śledztwa musiał przewinąć się Fincher, wiele osób może wskazałoby raczej poruszające (straszne) "Siedem", bez wątpienia jeden z najlepszych filmów Finchera, ale Liritio zrobi psikusa i zwróci oczy w stronę "Zodiaka".

Film, który na pewno zawiódł oczekiwania na powtórkę z koszmarnej atmosfery "Siedem", jest rozciągającą się na przestrzeni wielu lat opowieścia, nakręconą na podstawie książki Roberta Graysmitha (w filmie Jake Gyllenhaal). "Zodiak" przedstawia wielotorowe śledztwo policji i dziennikarzy, a na pierwszym planie rosnącą obsesję pewnego rysownika imieniem Graysmith, który nie potrafi odpuścić myśli o ustaleniu tożsamości sławnego seryjnego mordercy.

Fincher nakręcił film mający warstwy (jak ogry), pokazujący jak jedna sprawa bezpowrotnie zmienia życia wielu osób, przedstawiający sprawę słynnego mordercy z wielu stron. Robert Downey Jr ma sporą rolę w "Zodiaku", podobnie jak Mark Ruffalo i razem z Gyllenhaalem dodają charakteru nieco może suchemu scenariuszowi. Ale w końcu o to chodzi, porządna historia długiego śledztwa, pewna ręka reżysera i charyzmatyczna obsada, wiele elementów składa się na bardzo dobry film, niezależnie od tego, jak daleki może być od rzeczywistości.

7. Hot Fuzz, reż. Edgar Wright, 2007 rok.
Powaga, powaga, brakowało mi komedii, a jednym z moich zaskoczeń ostatnich tygodni jest "Hot Fuzz". Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłam, że takie cudo może mi się spodobać, ale teraz odszczekuję.

Simon Pegg gra Nicholasa Angela, policjanta najlepszego z najlepszych itp, itd, zesłanego na banicję w wiejskim otoczeniu. Spójrzcie na plakat, mówi wszystko.

Sprawa zaczyna się dekapitacją pary aktorów, giną kolejne osoby a mieszkańcy dotychczas spokojnej wsi wydają się zadziwiająco nieporuszeni, uparcie wmawiając Angelowi, że wszystko jest dziełem przypadku. On ma na ten temat zupełnie inne zdanie i przy pomocy swojego młodego partnera Buttermana prowadzi śledztwo. Poważne śledztwo!

Podczas gdy twory z serii "Kac Vegas" czy "Druhny" zostawiają mnie raczej zniesmaczoną, "Hot Fuzz", mimo ewidentnego wydurniania się w niekoniecznie najlepszym stylu, kończyłam oglądać z szerokim uśmiechem na twarzy. Absurdalny humor, ale dobry humor, ot, te drobne różnice między Europą a USA ponownie dały o sobie znać. 

Kończąc listę siedmiu, ze względu na wcześniejsze wzmianki na blogu nie trafiło na nią kilka tytułów, które w sumie chciałam tam umieścić. Gdybym tylko tworzyła dwa razy dłuższą listę...

Rewelacyjny "Szpieg" Alfredsona, jeden z najlepszych filmów zeszłego roku.
Mistrzostwo dusznego kryminału, "Okno na podwórze".
Hit ostatnich lat, ekranizacja dobrej literatury, zupełnie obok tego świetny film, czyli "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
Rozkosznie nieudolny Stephen Fry prowadzi śledztwo na bardzo drugim planie "Gosford Parku". Śledztwa prowadzą również inni w tym jednym z najlepszych filmów Altmana i jednym z moich ulubionych kryminałów, dzisiaj jakby zapomnianym.
Kolejny faworyt Liritio, "Blade Runner".

A jeszcze do jednego się przyznam, nigdy nie widziałam "Chinatown" Polańskiego. Czy to grzech?

niedziela, 11 sierpnia 2013

Polityka i łups, a gdzie jest moja krówka?

"Na bogów, było o wiele lepiej, kiedy stawaliśmy tylko we czterech przeciwko temu wściekle wielkiemu smokowi, myślał Vimes, kiedy szli dalej ulicą. Pewnie, parę razy niewiele brakowało, żeby nas spalił żywcem, ale przynajmniej nic się nie komplikowało. To był naprawdę ogromny smok. Widzieliśmy, że się zbliża. Nie wyskakiwał nagle z polityką."
Terry Pratchett, "Łups!", Wyd. Prószyński i S-ka, 2009r., str.141
Nie da się ukryć, Sam Vimes jest na bakier z polityką, którą tak cudownie praktykuje Lord Vetinari.
Jest wiele powodów, dla których Liritio kocha "pratchetty", o czym już raz czy dwa napisała, Lord Vetinari jest jednym z nich. A odkąd w "Straż! Straż!" (pierwszej i chyba Liritio ulubionej części o Straży Miejskiej Ankh Morpork) przeczytałam, że Lord Vetinari zadbał o lochy, w których można zamknąć się od środka, jestem porażona jego makiawelicznym geniuszem i zakochana po uszy.
Właśnie "Straż! Straż" Vimes przywołuje w sentymentalnym wspomnieniu sytuacji konkretnego smoka, polityka przyszła nieco później.

Terry Pratchett jest autorem, o którym od czasu do czasu pamiętam i czytam. A potem chwilę nie, i znowu coś mi przypomina, i znowu czytam. Właściwie, Pratchett sam mi w ręce wpada, kiedy tylko o nim sobie przypominam (cieszy mnie to niezmiennie) i tak pomału pewnie już połowę jego książek przeczytałam.
Pierwsze były "Trzy wiedźmy", to świetnie pamiętam, najgorzej wspominam "Piramidy", a poza Patrycjuszem Vetinarim jestem wielką fanką Śmierci, Bibliotekarza, Sama Vimesa i Marchewy (właściwie to całej Straży) oraz całkiem oddzielnie Moista von Lipwiga, do którego zaraz wrócę.

"Łups!" to bardzo udana część osadzona Świecie Dysku (a różnie bywa, vide: "Piramidy"). Sam Vimes jest zmuszony coraz częściej parać się polityką, Patrycjusz, niezmiennie nieprzenikniony, dokleja w Straży wampira Sally, różne nacje grają w tytułowego Łupsa, a rocznica walk w Dolinie Koom wzburza tak czy inaczej średnio spokojną codzienność Ankh Morpork. Ach, najważniejsze pytanie? Gdzie jest moja krówka?! Od pierwszej strony po ostatnią Liritio pozostała zauroczona i zachwycona, że tym razem Prowincjonalna Nauczycielka o Pratchett'cie przypomniała i dwa dni później w łapki Lirito trafił "Łups!" (jak zwykle z Pratchettem i Lirito bywa, trafił niejako samodzielnie, od delikwentki niezależnie).

Jeszcze na moment do Lipwiga wracając, Liritio obejrzała ekranizację "Piekła pocztowego", czyli "Going Postal", obyło się bez zachwytów, chociaż nie mogę uznać, żeby film był kiepski. Raczej nieco obok książki, czy to mówiąc o klimacie charakterystycznym dla Pratchetta, czy to o charakterach.
Do "Piekła pocztowego" Lirito ma duży sentyment ze względu na trzy sprawy, z czego pierwszymi dwoma jest cudowny duet Lipwig - Vetinari. Niezmącony Patrycjusz i brawurowy oszust Lipwig, który jako jeden z nielicznych niemal dorównuje patrycjuszowskiej przebiegłości.
Trzecia, najważniejsza przyczyna sentymentu? Liritio była nieco zawiedziona Pratchettem i po trafieniu na kilka słabszych jego książek robiła sobie przerwę dłuższą niż zwykle, kiedy "Piekło pocztowe" ponownie wywindowało na sam szczyt radość z czytania o Świecie Dysku. Poza tym wszystkim, "Piekło pocztowe" to bez wątpienia jedna z najlepszych książek Pratchetta (kropka, zdania nie zmieniam).

Fabuła w dużym skrócie: złapany, powieszony oszust może uwierzyć w anioły, a dokładniej w jednego o imieniu Vetinari. Dostaje szansę odkupienia: rewitalizację urzędu pocztowego Ankh Morpork i pokonanie śmiertelnej konkurencji w osobie pana Gilta. Książka jest cudowna, film nie do końca.

Chociaż Richard Coyle idealnie gra Lipwiga (Lirito już podwójnie zakochana, Coyle'a zna z roli angielskiego szpiega w serialu "Covert Affairs". Zostałam fanką aktora od pierwszej chwili, a mimo to w "Going Postal" dopiero w ostatnich scenach uświadomiłam sobie, skąd go znam), z głównego bohatera zrobiono bardziej szczęściarza ledwo nadążającego za akcją niż główny młyn na pocztowy chaos, którym był w książce. Podobnie Charles Dance jest genialnym Vetinarim, tyle że z mojego ukochanego Patrycjusza zrobiono kogoś znacznie mniej zaczytanego Machiavellim, a znacznie bardziej dobrodusznego. Duży błąd. Również Gilta przemianowano na raczej pospolity czarny charakter, podczas gdy w książce był niezłym alter ego Lipwiga w mroczniejszej wersji.

Vetinari z gazetą, Lipwig w czerwonej kamizelce, w tle mroczny Gilt, czyli trzy strony dramatu.
Charaktery poboczne też uproszczono, i chociaż po części rozumiem, że zaplątany świat Pratchetta ciężko bez podobnych uproszczeń przenieść na ekran, nie mam wiele serca dla efektów końcowych, których największą siłą jest ogromna charyzma obsady.
W pewnym ujęciu problemu, do oglądania "Piekła pocztowego" potrzebny wydaje się odpowiedni humor, bowiem złożoność książki znacznie okrojono, pozostawiając nam film przygodowy w stylu kina familijnego. Wiąże się z tym kilka tanich chwytów, kilka naiwnych dialogów i mniej przewrotna fabuła. Ale jednocześnie "Piekło pocztowe" to film optymistyczny, dobrze zagrany, ładny... Czyli w ocenach bym się wahała, bo ani dobrze, ani źle, trochę na opak, ale w sumie całkiem miło.

wtorek, 23 lipca 2013

"World War Z", reż. Marc Forster.


Sama nie spodziewałam się, że wyląduję na tym filmie. Właściwie, gdyby ktoś mnie spytał, na co wybieram się do kina, byłby to jeden z ostatnich tytułów. A jednak, jak to miło, że sama siebie jeszcze zaskakuję, na dodatek nadal zaskakuje mnie świat (i przy okazji świat może zaskakuję również ja?), o dziwo na filmie o zombie apokalipsie i dzielnym Bradzie Pittcie bawiłam się całkiem dobrze.

"Iluzja" fuj.
To teraz strzelimy elegancką dygresję, chciałabym się wyżalić. W oczekiwaniu na "RED 2" - którego pierwszą część w któreś poprzednie wakacje pokochałam szczerze i dozgonnie - Liritio udała się na "Iluzję". Miała swoje oczekiwania, zwiastuny robiły dobre wrażenie, obsada jeszcze lepsze... Błąd.
"Iluzja" fuj, fuj, "World War Z" jest filmem o niebo lepszym, mimo apokaliptycznego zadęcia i fabuły zasadniczo bardziej podatnej na idiotyzmy oraz dziury w całym. A jednak, temat nieumarłych bestyjek usypujących się w słupy średnio żywych potworków, które pokonują mury Izraela (serio, serio), wyszedł lepiej niż to rozciągnięte nie-wiadomo-co o czterech magikach i pewnym policjancie. Jakoś się zawiodłam i kwestię oczekiwań można by w tym kontekście rozważać - tych zawiedzionych "Iluzją" i tych nieobecnych w odniesieniu do "World War Z". Ale nie, szmira to szmira i brak oczekiwań nie robi ze szmiry czegoś lepszego. A w odniesieniu do "Iluzji" zarzutów mam wiele.
Primo, czy ktoś przeczytał scenariusz i pomyślał nad ewentualną redakcją? Ten film ma silny początek, ale po kilku minutach zaczyna się dramat (widza) i dylemat moralny (czy wyjść już czy za sekundę). Drewniane dialogi, dłużyzny, papierowe charaktery...
Secundo, zmarnowano ciekawy pomysł i świetną obsadę, a to nie przystoi produkcjom tej rangi.
Tertio, zakończenie to facepalm, a potem kolejny facepalm ostateczny.
Dramatyzuję? Czy ja wiem... "Iluzja" jest słaba, ponieważ jest nudna, niepozbierana i marnotrawi swój potencjał, a to przykrość.  

Odchodząc od wytrząsania się nad "Iluzją" i kontynuując skromne pochwały apokaliptycznych przygód Pitta, "World War Z" okazało się filmem dobrym.

Powód podstawowy, najważniejszy: zmagania Pitta z zombie oglądamy w napięciu. Nie tylko ja, wszyscy, siedziałam w mocno zapełnionej sali i słyszałam, jak momentami kino (Liritio wliczona) oddychało z ulgą, nie każdy film potrafi utrzymać publikę w takim stanie.
Moim zdaniem w przypadku tworów z gatunku "World War Z" przykucie uwagi to sprawa najistotniejsza - zagłada ludzkości, wirusy, zombie, one man show Brada Pitta, to wszystko krzyczy akcją, rozrywką, musi trzymać w napięciu, inaczej odpada w przedbiegach. Tutaj "World War Z" odnosi piękne zwycięstwo, seans minął bez niechętnego czekania na koniec i czytania smsów.

Inną kwestią jest (ekhm, jak by to...) "wiarygodność". Widzicie, Lirito bardzo lubi trzy pierwsze części "Resident Evil", kiedyś może Wam opowiem dlaczego (o kolejnych częściach Lirito opinii nie ma, nie widziała). Ale nie da się ukryć, "Resident Evil" to gra, to mała Milla Jovovich kopiąca tyłki, to konspiracja Umbrelli, to właściwie nie bardzo się trzyma kupy, jakby zacząć wnikać w szczegóły.

"World War Z" luk nie uniknęło, są obecne, dziurawią fabułę i słabo się maskują, ale raczej nie przeszkadzają. Dlaczego? Bo "World War Z" stara się być filmem prawdziwym (o tyle, o ile), a więc fajnie choć raz zobaczyć, że zombie apokalipsa (czy inni kosmici) to nie tylko USA i prezydent. W "World War Z" prezydent nie żyje. Dobrze jest dla odmiany zerknąć na zasięg globalny i równie globalne działania, a fakt, że świat jak zwykle musi uratować jeden dzielny Amerykanin zostawimy już na inny dzień. Liritio w sumie nie ma zastrzeżeń, ujęła mnie młoda dziewczyna z izraelskiego wojska, ponury pan z brodą (i łomem), bezwzględna służbistość wśród wojskowych. O właśnie, ujęli mnie wojskowi - choć jeden film z konkretnym podejściem do tematu, ze służb specjalnych i wojska nie zrobiono bandy bezimiennych idiotów, w tym przypadku są to normalnie przeszkoleni ludzie z doświadczeniem i głową jako tako na karku. Rzeczywiście robią, co do nich należy, są niezbędni tak Pittowi, jak i funkcjonowaniu atakowanej ludzkości. I na szczęście nie wszyscy są idealnie bohaterscy, z flagą za plecami (kolejny plus, żadnej łopoczącej flagi! cieszymy się...), są po prostu zwykli.

Czyli dużo plusów, jeszcze za nienachalnie dzielną żonę Pitta, za całkiem fajne dzieci, za to, że film się nie patyczkuje, nie rozmienia na drobne, ale też nie jest obrzydliwą jatką. I gdy pozwolić na przymrużenie oka na nieścisłości, głupotki i uchybienia godne gatunku, "World War Z" wychodzi obronną ręką.
Strasznie się zdziwiłam, ale to całkiem przyjemne.


PS. Dopisując tagi uświadomiłam sobie, że "World War Z" to pierwszy film z Bradem Pittem, który wspominam na blogu. Straszny smutek, przecież ja tak lubię Brada Pitta!

wtorek, 2 lipca 2013

"Hands Across the Table", reż. Mitchell Leisen

Idąc za głosem wewnętrznej krytyki Liritio przyznaje się do pewnej niekonsekwencji. Mianowicie, jak na osobę, która uparcie twierdzi, że odczuwa znużenie tym "starym kinem", oglądam owego kina całkiem sporo. Nuży mnie, prawda, też irytuje mnie uparta obyczajowa poprawność tamtych lat i czasem tracę cierpliwość do dawnej maniery aktorów.

Ostatnio świat był wobec Liritio brutalny, napatoczył twór przykry, nudny i paskudny (bez głupiego rymu nie ma prawdziwego wpisu), "Listy do Julii", które przyprawiły mnie o ból zębów i rwanie włosów z głowy. O rany, cóż to jest za beznadziejny, sztampowy i przesłodzony film! Co w obsadzie robią Gael Garcia Bernal i Vanessa Redgrave, naprawdę nie wiem. Chałturzą? "Listy do Julii" starałam się wymazać z pamięci, strząsnąć z siebie niczym pies wodę. Potrzebowałam szybkiej odtrutki.

I teraz tak, powolne tempo to jedno, poprawność drugie, ale bezpudłowa możliwość cieszenia oczu delikatnością prowadzonej fabuły i wdzięcznymi aktorami, to jest zupełnie inne trzecie.
W tym czarno białe komedie nie zawodzą, chociaż charakterystyczny styl kina pierwszej połowy XX wieku nie jest mi bliski tak, jak bliski mi jest klimat chociażby "Czterech wesel i pogrzebu". Natomiast uspokaja mnie natychmiastowo, lubię patrzeć na te powolne, urocze filmy, które w moim rozrachunku są bardzo bliskie bajkom. Stare kino to takie bajki dla Liritio.

Ona planuje wygodną przyszłość, on gra w klasy, czyli romantyzm
"Hands Across the Table" rozpoczyna się od młodej manikiurzystki, Regi, której celem w życiu jest znalezienie bogatego męża.
Właśnie coraz lepiej poznaje swojego nowego klienta, czarującego milionera na wózku inwalidzkim, który traktuje ją jak bliską przyjaciółkę, trochę urzeczony urodą, trochę czupurną bezpośredniością. Nie krzywcie się, Regi nie jest harpią, która z całkowitym wyrachowaniem goni za pieniędzmi. Pana milionera traktuje z sympatią, rzeczywiście z czasem staje się on jej przyjacielem, a uparta Regi nie budzi irytacji czy niechęci, raczej rozbawienie, bo przecież świetnie wiemy jak to się wszystko skończy. Szybko bowiem poznajemy drugą stronę historii, grającego w klasy Teda, inaczej Theodora Drew III. Brzmi dumnie, co nie zmienia faktu, że Ted jest pełnym uroku bankrutem i obibokiem zaręczonym z pewną bogatą panną.

Lirito lubi minimalizm w treści, a małe mieszkanko Regi, w którym Ted bąbluje przez kilka dni (które rzekomo spędza na Bermudach, ale przez pijany wieczór spóźnia się na statek) idealnie odpowiada równie mało skomplikowanej historii. Kwestie są dwie, jedną jest podobieństwo, drugą jest upór w planie poślubiania pieniędzy. A Ted i Regi to dwie strony tej samej monety: nie do końca poważni, nie od końca głupawi, niby lekkoduszni, ale z oczami utkwionymi w pewnym horyzoncie ze złotą górą małżeństwa dla pieniędzy. Dogadują się więc nieco zbyt dobrze, żeby nie wynikły z tego kłopoty.

Narzeczona Teda otrzymuje telefon z wczasów ukochanego, scena, w której Lombard udaje telefonistkę jest jedną z wielu całkiem czarujących żartów tego filmu. Od grania w klasy czy przeganiania niechcianych absztyfikantów, po lampę z solarium (jak Bermudy, to opalenizna przecież) i rzucanie monetą, czy Ted szuka pracy, czy idą jeść gulasz. Lirito lubi i drobnostki, skromne cuda i codzienność przenoszoną na ekran. Jak pisałam tutaj, brak luksusowych statków i diamentów, mnie w to graj, Regie i Ted mają swój dach, uciułaną kolację i randkę spędzaną na leczeniu czkawki.

Romans. Tak, romans oczywiście jest. Taki przyczajony, skoro oboje trzymają się planu... Niezliczone papierosy wypalone w ciemnym oknie, pytania zadawane pół żartem, pół serio, krótkotrwałe, radosne dzielenie mieszkania i niezliczone wątpliwości co do ciągu dalszego.

Czyli wyśmienicie zagrana prosta historia, bardzo skromny film, o tym pamiętajcie. Carole Lombard widziałam na ekranie już wcześniej, ale Fred MacMurray nawinął mi się po raz pierwszy i jestem trochę zakochana. Głownie przez błyskotliwość dialogu, a dialogi są rzeczywiście cudne. "Hands Across the Table" to film gadany, całość tworzy chemia między Lombard i MacMurrayem, ta dwójka ładnie iskrzy na ekranie, są wdzięczni i radośni, pasują razem. Duet pierwszej klasy plus dobry scenariusz i mnie więcej nie potrzeba.

sobota, 29 czerwca 2013

Zezowata sobota, czyli może bonus do Czerwcowej Lirito

Sobotnio Lirito zdziałała cuda dwa: spaliła sobie nos (trochę, ale jednak jest osiągnięcie) i tak fajnie oparzyła się żelazkiem na obu przedramionach, że teraz wygląda jak po nieudanej próbie samobójczej, w dodatku dość zezowatej.
Serio, zakleiłam plastrami dwa oparzenia, żeby spaloną skórą ludzi nie straszyć, i już nie wiem co gorsze...

Florence and the Machine w większej masie chyba się zlewa, nie? Przykładowo ja słabo rozróżniam między sobą większość jej piosenek. Ale jest kilka, które znacznie wyraźniej wpadły mi w ucho, od "Never Let Me Go" się zaczęło i na "Shake it Out" skończyło. Florence jest świetna, ale w sumie to nie moja para kaloszy.

Ha! Poza raz pierwszy użyłam stwierdzenia "nie moja para kaloszy", rewelacja, tyle lat czekałam na sposobność i jeszcze żeby mi się w dobrym momencie przypomniało.

Drugim, co zawsze chciałam powiedzieć, to cytat z "Szóstej klepki" Musierowicz: "ze wszystkich łakoci najbardziej lubię boczek". Ale to, obawiam się, może się nie udać, ze wszystkich łakoci zdecydowanie nie wybrałabym boczku.

Kończąc absurdalne dygresje, Florence and the Machine i piosenka, która od kilku dni nie chce mnie opuścić. Prawdopodobnie ją znacie i może Was też nie chce opuścić? Bo do mnie przyczepiła się skutecznie, no light no light in your bright blue eyes...


środa, 26 czerwca 2013

Czerwcowa Lirito

Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, co jest o tyle nieprzyjemne, że obejrzałam jakiś czas temu zupełnie fantastyczny film, "Medianeras", i nie mam kiedy Wam o nim napisać. Jest to, przy okazji bycia fantastycznym, film odrobinę ciężko opisywalny (jak się okazuje podczas każdego kolejnego podejścia Liritio do klawiatury).

O tym argentyńskim filmie piszę, piszę, i już nie mogę... Ale napiszę!
Obejrzałam również kilka starych filmów, w których niezmiennie znajduję ukojenie od codzienności. "Hands Across the Table" był jednym z nich i nawet zaczęłam coś wyklikiwać na temat, w czasie niedługim powinnam skończyć. Owe "Hands Across the Table" mocniej do mnie trafiło niż dwa pozostałe ("Lady Eve" i "Bringing Up Baby"). Ale to prywatne odchylenie Liritio, nie przepadam za tzw. "screwball comedy". Może określenie "nie przepadam" jest nietrafione, niewątpliwie mnie irytują, ale też dostrzegam ich urok. Stąd słynne "Bringing Up Baby" z Carym Grantem i Katharine Hepburn bardziej mnie rozdrażniło niż zachwyciło. Ma swoje momenty, nie przeczę, ma przede wszystkim świetną obsadę i dużego kotka na planie...

Henry Fonda ilustracją pobocznej tezy.
Ale jednak nie, znacznie skromniejsze i mniej okraszone absurdem "Hands Across the Table" (Carole Lombard i Fred MacMurray) jest zdecydowanie bardziej w stylu Liritio. Prawdopodobnie dlatego, że para głównych bohaterów to manikiurzystka i bankrut - obibok, cała akcja toczy się w sporej części w jej małym mieszkanku, nie na luksusowych statkach i nikt nie udaje angielskiej księżnej (to akurat "Lady Eve").

A porpos jeszcze "Lady Eve", poniekąd pamiętałam ten fakt z "Jezebel", ale film Sturgesa mi przypomniał, że Henry Fonda był skandalicznie przystojnym mężczyzną, chociaż zdjęcia nie oddają tego w wystarczającym stopniu. O ile ogółem widzę, że Cary Grant czy Gregory Peck nie mają trzeciego oka i również prezentują się nad wyraz dobrze, Henry Fonda jest jednak nokautem. To oczywiście kwestia gustu, a Liritio jest niezmienna fanką wyglądu Johnny'ego Deppa (chociaż gdybym miała wybierać, przykułabym się jednak do Paula Newmana).

Czerwcowa Liritio ma trochę za dużo na głowie, przez co nie czyta. Inaczej, czyta, ale mało nowego i z niecierpliwością. "Potęga huraganu" z paska bocznego okazała się tragedią całkowitą, więc Lirito uciekła do Rosy Montero i po raz trzeci przeczytała "Stąd do Tartaru". Rosa Montero i Marina Mayoral, dwie hiszpańskie pisarki, które Lirito czyta chętnie. Rzekłabym, ulubione hiszpańskie pisarki, ale nie bardzo kojarzę inne. Mężczyzn owszem, wielu hiszpańskich autorów mam zaznaczonych w pamięci, ale kobiety... No nie, tylko te dwie.
Rosa Montero... O Mayoral kilka razy napisałam, o Montero najwyżej wspominałam, co jest o tyle przykre, że sposób w jaki pisze i układa historie idealnie mi pasuje. "Córka Kanibala" to chyba jej książka, którą bym najbardziej polecała, ale zdaje się, że opinie innych skłaniają się bardziej do chwalenia "Instrukcji, jak ocalić świat". Kłóciłabym się, ale nie muszę, wystarczy mi, że bardzo długo tylko dwie książki Montero były przetłumaczone na język polski, a obecnie jest ich cztery, radosny postęp.

Kolejnym do czego Liritio ucieka, są kryminały Dorothy L. Sayers, która stworzyła postać uroczego, rudego lorda Petera Wimseya. Prawdę mówiąc wcale nie ma tak wielu książkowych detektywów czy policjantów, których Liritio naprawdę lubi. Chętnie czytam kryminały, przykładowo Leeny Lehtolainen, ale nie znaczy to, że rzeczywiście bardzo podoba mi się postać Marii Kallio. Akurat do Kallio mam stosunek obojętny, podobnie jak do znacznej większości wiodących akcję bohaterów kryminalnych opowieści. Chociaż inspektora Maigreta nie trawię, podobnie jak komisarza Montalbano. A sztandarowym przykładem niechęci Lirito do sławnego charakteru jest panna Marple, której nie znoszę absolutnie. Może kiedyś zbiorę się w sobie i dojdę do podstaw negatywnego nastawienia do słynnej starszej pani, nie dzisiaj jednak.

Wróć, wróć, lord Peter i kryminały Sayers. Angielskie kryminały z pierwszej połowy XX wieku, więc już pewnie wiecie o czym mowa. Bohaterowie z "towarzystwa", delikatny snobizm i subtelny humor, nieśpieszna i niezbyt skomplikowana akcja. Lirito to lubi, aczkolwiek rozumie, że nie każdy musi znajdować przyjemność w obcowaniu z sielsko angielską arystokracją.
Aktualnie cieszę się "Nieprzyjemnością w klubie Bellona", piątą książką z serii o Wimseyu. Akcja zaczyna się kiedy stary generał Fentiman zostaje znaleziony martwy w fotelu klubu Bellona, a do Wimseya należy ustalenie, czy starszy pan zmarł wcześniej czy później niż jego równie leciwa siostra. Rzecz dotyczy oczywiście pieniędzy, na które czekają nerwowi spadkobiercy. Czasy ledwo powojenne, dialogi pierwszej klasy i spokojne nawarstwianie kolejnych zagadek, Lirito jest zachwycona.
"Znałem kiedyś gościa, który spaskudził porto cygarem indyjskim. Nikt go więcej nie zapraszał. Osiem miesięcy później odebrał sobie życie. Nie twierdzę, że dlatego. Ale musiał źle skończyć, co?"
Dorothy L. Sayers, "Nieprzyjemność w klubie Bellona", Państwowe Wyd.."Iskry",1986r., str. 14
Jaki dokładnie jest lord Peter, Liritio napisze w kolejnej odsłonie popołudnia detektywów, zestawiając go z równie przeze mnie uwielbianym Merlosem Plantem. Ale już samo sparowanie dużo mówi, uprzywilejowany angielski dżentelmen, nieco ekscentryczny, złośliwy, zdystansowany, jakby nerwowy. Lirito lubi te klimaty i takich bohaterów. Bo mówiąc o Plancie (książki Marthy Grimes) mogę jeszcze dodać, że Jury mojej wielkiej sympatii nie budzi. Za dużo w nim bohaterskiego rysu i szlachetnej postawy. A na dodatek, wracając już do Wimseya i stylu Sayers, Liritio uwielbia Oscara Wilde'a, więc o nieco przeintelektualizowanych dialogach wiele możecie dopowiedzieć sobie sami.
I odniesienia, w kryminałach Sayres podobają mi się nawiązania (głównie ustami Wimseya) do klasyki literatury, poezji, również do klasyki kryminału, komentarz przywołujący Sherlocka spotkacie chyba w każdej jej książce.

Czerwcowa Lirito ma trochę za dużo na głowie, więc towarzyszy mi głównie muzyka, kiedy brak czasu na coś innego. I cieszę się, że w radiu pojawia się Rodriguez, już nie tylko "Sugar Man", dzisiaj usłyszałam "Crucify Your Mind". Nigdy w końcu nie napisałam o "Sugar Manie", chociaż film pozostawił mnie radośnie zachwyconą. Ale inni napisali, inni też docenili, nie przepadło to w eterze, Sixto Rodriguez na stałe pojawił się w szufladce z napisem "znane". Lepiej późno niż później, wiadomo.
Pobocznie do radia, Liritio przypomniała sobie po raz kolejny, jak świetna jest muzyka z "Once". Oscarowe "Falling Slowly", wstawianie kiedyś na blogu "If You Want Me" to tylko fragmenty genialnej ścieżki dźwiękowej.
Kończąc więc przydługie czerwcowe wyliczanki, będzie ponownie Glen Hansard i Marketa Irglova.



The little cracks they escalated and before we knew it was too late for making circles and telling lies...
Bardzo piękne słowa mają te ich piosenki, co jedna do lepsza.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

W pięć filmów bawię się i ja.

Łańcuszek czy nie, myśl mi się podoba, chociaż chwalenie się wiekiem to inna para butów. Ale też, co ma wiek do wiatraka (tzn. piernik, ale zachciało mi się sparafrazować, nigdy nie obiecywałam, że będę poważną osobą), czyli do blogowania. Wiek jaki jest, każdy widzi (chociaż akurat Liritio zawsze wyglądała na młodszą, co doceniła dopiero niedawno).

Będzie wstęp, nie ma przebacz, do konkretnych pięciu filmów zjedźcie sobie niżej.  

Zabawne, że film żadnego z moich ulubionych reżyserów czy scenarzystów nie miał premiery w 1987 roku, a na pewno żaden znaczący film. Po części ze względu na ich wiek, nie każdy z moich ulubieńców był reżyserem czegokolwiek w 1987 roku. Fincher jeszcze robił reklamy i dopiero miał kręcić teledyski z Madonną, Guy Ritchie nie mam pojęcia co też wtedy wyczyniał, ale zapewne jeszcze nie sądził, że i w jego życiu Madonna okaże się istotna. Soderbergh dopiero nakręcił krótkometrażowego "Winstona", który przerodził się potem w jego znany debiut "Seks, kłamstwa i kasety wideo", a Wes Anderson istniał, ale również nie mam pojęcia czym się w 1987 zajmował. Richard Curtis pisał do "Czarnej żmii", Grant Heslov grywał w serialach telewizyjnych i nie wiem czy już znał Clooneya, czy jeszcze nie, a Tony Gilroy... Cóż, Gilroy robił coś jeszcze innego, może pisał skrypty do reklamówek proszku do prania.

Jednak są również ci znacznie (albo nieznacznie) starsi, doświadczeni tytani (albo niekoniecznie tytani) kina, których bardzo cenię, śledzę twórczość i staram się coraz lepiej poznawać. Najwyraźniej 1987 rok nie był ich rokiem. Ani Kusturica, ani Polański, ani Altman nic ciekawego, ani Frears, ani...
Za to rok kolejny, 1988, był dla tych panów owocny, premiery miały "Czas cyganów" Kusturicy, klejnot filmografii Frearsa, czyli "Niebezpieczne związki", "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Scorsese, "Frantic" Polańskiego...
Tylko Altman wypuszczał jakieś nie najlepsze filmy w tym 1987 roku i kolejnych, żeby dopiero w latach 90tych wrócić z czymś ciekawszym.
Nic to, życie, najwyraźniej rok mojego urodzenia to również rok kręcenia dobrych filmów, które premiery miały nieco później.

Kończąc rozwlekłe szastanie nazwiskami i tytułami, pięć filmów w moim wieku. Wybrane subiektywnie, z powodów bliżej niedefiniowalnych skojarzeniami i sentymentami obciążone.

Zaczniemy filmem - ikoną, tanecznie sprawnym, fabularnie nieco mniej, kłania się Dirty Dancing.
Antypatia do Patricka Swayze to jedno, niejakie znudzenie przesadnie poważną historią to drugie, totalny brak zainteresowania schematem "buntownik i stłamszona królewna" to trzecie.
Co nie zmienia faktu, że ów boleśnie przetłumaczony "Wirujący seks" wrył się w historię kina i odniesienia do filmu pojawiają się wszem i wobec od lat.

Jeśli chodzi o sentymentalne skojarzenia z "Dirty Dancing" to wolę radosne "Grease", ale i "Dirty Dancing" moją sympatię budzi. Jest takie niewinne, nieporadne, naturalne i naiwne, zupełnie jak główna bohaterka. Kojarzy mi się z czasami, kiedy ta cała historyjka wydawała mi się urocza, a zdanie "nikt nie stawia Baby w kącie" (czy jakoś tak) prawie mnie ekscytowało. Jak widzicie, Liritio tęskni za czasami, w których nieco więcej ją ekscytowało. Zblazowanie to choroba.
Oczywiście jeśli "Dirty Dancing", to przecież ścieżka dźwiękowa i "Time of My Life". Niezapomniany oscarowy hit (a na pewno nie dają nam o nim zapomnieć), podobnie nie trzeba chyba nikogo zapoznawać z "Hungry Eyes", "Stay" czy "Be My Baby". A "She's Like the Wind" to piosenka z tego filmu najlepsiejsza i zdania nie zmienię.

Kontynuując, The Living Daylights.
Przedostatni Bond w reżyserii Johna Glena, odpowiedzialnego za późniejszą "Licencję na zabijanie", straszną "Ośmiorniczkę", brawurowo przesadzony "Zabójczy widok", do którego mam trwałą słabość, oraz nijaki romansik z "Tylko dla Twoich oczu".

Jednocześnie pierwszy Bond Timothy'ego Daltona, a lubię go w roli Bonda, chociaż moim faworytem pozostanie na zawsze czarujący Roger Moore i czeka mnie zbiorowy lincz za niechęć do Seana Connery'ego.
Dalton był czymś nowym i całkiem nieźle wykombinowanym, nie bardzo rozumiem dlaczego jego nieco mroczny Bond ze znacznie mniej frywolnym podejściem do życia nie obudził większego entuzjazmu.
Niemniej, "The Living Daylights" to jeden z pierwszych filmów o 007, który wydobywam z pamięci. Teraz trzy sprawy są istotne: rola Daltona, całkiem niezła piosenka A-Ha (chociaż na tle otwierających Bonda piosenek akurat ta szału nie robi) i scena zjeżdżania na wiolonczeli z ośnieżonej góry, pod ostrzałem tych złych. O tak, odstawiony Bond, piękna wiolonczelistka, zjazd na wiolonczeli... Kwintesencja.

Idąc dalej, The Witches of Eastwick.
Jaki to jest cudowny film! Kicz, brawura, zabawa, obsada pierwszej klasy, dziwna fabuła kojarząca się z horrorem klasy C, ale też z czymś fantastycznym, wyobraźnia Updike'a zadziałała.
I oczywiście "Nessun Dorma" Pucciniego. Aria operowa będąca jedną z tych najbardziej znanych, ale jest przyczyna. Mocne wykonania i mocny tekst, "all'alba vincerò! Vincerò! Vincerò!" ("o świcie wygram! Wygram! Wygram!"). Znana melodia, znane wykonania, ale jeśli Pavarotti coś zaśpiewał, nie może być nieznane. Chociaż osobiście bym się kłóciła nad sławnym wykonaniem Pavarottiego, mnie Franco Corelli bardziej pasuje, mimo że brak mu pewnej lekkości.
Ale wracając do filmu. Trzy piękne, opętane niewiasty (Cher, Pfeiffer, Sarandon), ich Diabeł, Nicholson, i jego zastanawiający lokaj, Fidel. Oczywiście, jak mógłby Nicholson nie grać Diabła? Jest równie dobrym Diabłem, jak był Jokerem, Jackiem Torrancem i Jessupem z "Ludzi honoru". Jest straszny, jest groteskowy, jest zabawny, ale niezmiennie przerażający. I pięknie.

Trochę oszukując filmem czwartym, skieruję Was do wpisu na temat Moonstruck w reżyserii Normana Jewisona, też z 1987 roku. Młody, niekarykaturalny Nicolas Cage i świetny drugi plan. Urocza, prosta historia romansu i dopracowanie szczegółów, dopracowanie kolejnych planów, a przy tym wdzięk. Dlaczego tak mało ludzi zna ten film?

Kończąc wywód, Der Himmel über Berlin Wima Wendersa. Film, który znacie w zgwałconej wersji melodramatu z Hollywood jako "Miasto Aniołów".
Film Wendersa nie przypomina Hollywood, jest charakterystycznym kinem europejskim, które nie do końca wygodnie się ogląda. Może się dłuży, może szarżuje poetyckimi monologami, może wymaga koncentracji.
"Niebo nad Berlinem" to piękny film, tylko trudno go bez zniecierpliwienia obejrzeć. Upadłe anioły, nieupadłe anioły, życie powojennego Berlina i akrobatka z cyrku. Mnie zawsze urzekał ten cyrk i owa akrobatka.
A wisienką na torcie może być Peter Falk, którego znacie jako komisarza Columbo, też dostaje swój monolog i idzie mu pięknie. Monolog akrobatki jest cięższy do przełknięcia, jednak trzeba uzbrajać się w cierpliwość.

Dwa smętnie szare anioły z nieba nad Berlinem. Liritio potrafi wymienić wiele powodów, które zniechęcą Was do tego filmu, mnie też zniechęcają. Ale i tak oglądam czasem kolejny raz, jakaś magia nadal w "Niebie nad Berlinem" tkwi.

Mariusz wymyślił sobie, że pięć filmów w moim wieku chce poznać, ma za swoje.
A teraz Liritio chce poznać pięć filmów Judith, Tamaryszka i Marigolden. Życzenie Liritio można zignorować (nieładnie), ewentualnie na temat wieku dowolnie kłamać dla własnej wygody wyboru i wedle uznania (niekoniecznie).

sobota, 25 maja 2013

Stulecie... Ściągam, źle. Ekhm, popołudnie detektywów (I)

Gwoli wyjaśnienia: pierwszy z zapewne dwóch, ew. trzech wpisów o tym, co Liritio lubi najbardziej, panach detektywach i ich wspaniałych historiach. Liritio, jeśli chodzi o kryminały, czuje się co najmniej "oblatana" i wiele czarujących postaci uwielbia sporadycznie, niedzielnie albo częściej. A pierwsze miejsce zajmuje niepodzielnie pewien hiszpański korsarz.

Nie jest tajemnicą dla nikogo, kto uważnie śledzi każde moje słowo (głupia przygrywka, jest tajemnicą dla Was wszystkich, nawet ja nie śledzę uważnie własnych słów i niech tak pozostanie), że bohaterem będącym największą miłością Liritio jest i (zapewne) pozostanie Lucas Corso, napoleonista w którymś pokoleniu, tropiciel książek i bibliofil, dymiący nikotynowym nałogiem "królik" w metalowych okularkach, który uświetnia swoją szemraną osobą jedną i niestety jedyną książkę,"Klub Dumas" Arturo Péreza-Reverte.
Posiadam takie nieco już porozklejane tu i tam wydanie "Klubu Dumas" w serii Galeria. Zaczytane, chciałabym powiedzieć, ale bardziej prawdopodobnie słabej jakości klejowej. Znaczy tak, czytałam tę książkę na okrągło, każdy ma jednak limity, obecnie czytam ją sporadycznie i na wyrywki. Właściwie w formie wewnętrznej deklamacji, nie oszukujmy się, po kilku(nastu!) latach wszystkiego uczymy się na pamięć.
"Obserwowałem dyskretnie reakcję przybysza i dostrzegłem, że siadając lekko się uśmiechnął: po chłopięcemu, niczym królik u wylotu ulicy. Uśmiechem, który z miejsca zaskarbia bezwarunkową przychylność widowni każdego filmu animowanego. Z czasem miałem się zorientować, że jest też w stanie uśmiechać się jak bezlitosny, wychudły wilk(...)"
Arturo Pérez-Reverte, "Klub Dumas", Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998r., str.11
Corso nie jest stricte detektywem, ale różne czynniki zmuszają go do przyjęcia tej roli, co czyni z niezmiennie wymiętym fasonem i grymasem ni to niedowierzania, ni to niechęci.
Liritio lubi dwoistości, lubi szare strefy i nade wszystko lubi niespecjalnie miłe osoby. A Corso trafia w środek tarczy dla każdej z kategorii.
Oczywiście jest w jego postaci również pewien romantyzm samotnego żołnierzyka, w którym luźno zarysowana moralność tęskni za czasem napoleońskich bitew, w których mógłby być szlachetnym bohaterem. Niestety, zostają mu zakurzone poszukiwania białych kruków oraz nieudolne śledztwo w sprawie rękopisu "Wina andegaweńskiego" (czterdziesty drugi rozdział "Trzech Muszkieterów") i tajemniczej "Księgi Dziewięciorga Wrót do Królestwa Cieni".

Jeśli ktoś zna jedynie nie do końca udaną adaptację Polańskiego, "Dziewiąte Wrota", nie ma pojęcia o czym jest ta książka. Depp był całkiem niezłym Corso, ale poza tym akcja została zgwałcona i zmieniona w satanistyczną historyjkę dla niegrzecznych dziewczynek, podczas gdy "Klub Dumas" jest niezłym podręcznikiem dla wszystkich zainteresowanych powieściami przygodowymi, oczywiście z naciskiem na Dumasa, ojca. Jest również sam w sobie powieścią detektywistyczną, trochę przygodową, jakby Reverte wracał do klasyki gatunku nie tylko powieści płaszcza i szpady, ale również do zacnych opowieści o zamkach, duchach i trupach w szafach. Z tym że w wersji z "Klubu Dumas" Corso pełni rolę niewinnej (hm, powiedzmy) dziewicy w niebezpieczeństwie, a jego szpadą i rycerzem jest tajemnicza dziewczyna poznana w pociągu, która przedstawia się jako Irene Adler.

Nawiązań do literatury jest w "Klubie Dumas" pod dostatkiem dla każdego zapalonego czytacza "książek o książkach". A skrupulatne i przyziemne śledztwo w sprawie autentyczności rękopisu jednego z rozdziałów słynnej książki jest wzbogacane dreszczem niepokoju, który budzi drugi wątek. Te osławione przez Polańskiego dziewięcioro wrót do Królestwa Cieni.

Johnny Depp dawał radę w roli zamerykanizowanego Corso.
Bowiem drugim wątkiem jest bogaty kolekcjoner satanistycznych dzieł, Varo Borja, życzący sobie sprawdzenia autentyczności jego egzemplarza "Dziewięciorga wrót" i ewentualnego zdobycia oryginału, którym powinien być jeden z trzech istniejących egzemplarzy. I to jest atmosfera!
Tragiczna historia wenecjanina Torchii, wydawcy i satanisty, reprodukcje dziewięciu rycin z innej czarnej księgi, "Delomelanikonu", która w założeniu miała pozwalać na przyzywanie diabłów, wyścig z czasem, kiedy za Corsem podąża tajemnicza postać uciekająca się do zdecydowanie mniej cywilizowanych zagrań.
Galeria postaci nie nudzi, piękna wdowa Liana Taillefer, rudy przyjaciel Corsa i chytry bawidamek, Flavio La Ponte, zakochana w Diable baronowa Ungern, oszalały w samotności Fargas, ostatni ze znamienitego rodu, dla którego sprzedawanie rzadkich egzemplarzy książek równa się posyłaniu dzieci na śmierć. I moi ulubieni bracia Ceniza.
"Byli kawalerami i pijakami, byli gderliwi i nierozłączni.
Ujrzał ich dziesięć minut później, jak szli obok siebie ubrani w prochowce przypominające całuny zawieszone na chudych szkieletach. Całe życie zgarbieni nad prasą albo sztancami, zajęci zszywaniem arkuszy albo złoceniem safianu. Żaden z nich nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat, ale z powodzeniem można im było dać po dziesięć lat więcej, widząc ich zapadłe policzki, ich dłonie i oczy, zniszczone od wymagającej precyzji roboty rzemieślniczej, i skórę tak bezbarwną, jakby pergamin, przy którym pracowali, użyczył im swojej chłodnej bladości."
Arturo Pérez-Reverte, "Klub Dumas", Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998r., str. 141
Siłą "Klubu Dumas" jest niewiadoma, kiedy wokół Corsa zaczynają dziać się dziwne rzeczy, miota się w plątaninie faktów i domysłów z milczącą ochroną "Irene" u boku. "Drzewa zasłaniają ci las" stwierdza jego towarzyszka w pewnym momencie i tak samo drzewa zasłaniają las nam. Reverte stworzył labirynt połączony z gabinetem luster, Corso goni sam siebie, gubi się i odnajduje, żeby znowu się zgubić, a niepokojąca obecność nowej znajomej jest bodźcem do rozważań, których nasz króliczy księgarz wolałby nie prowadzić.
 
Literatura, Diabeł, tajemnice, tajemnice... "Klub Dumas" jest świetną lekturą, przy której można poczuć dreszcz na plecach, ale można też całkowicie zaginąć w podróży z Corsem i jego prywatną Irene. 

piątek, 24 maja 2013

"Stoker", reż. Chan-wook Park.

Oczekiwałam mniej Hitchcocka, ale oczekiwałam też więcej Hitchcocka. O ile ma to jakikolwiek sens.
Na "Stokera" czekałam od października, szmat czasu, przez chwilę już nie wierzyłam, że w końcu uda mi się pójść na to do kina, bez kombinowania, ot tak.
W październiku pisałam:
"To będzie coś. Musi być. Odpowiedni reżyser i Matthew Goode sparowany z Mią Wasikowską w przyprawiającym o ciarki duecie."
I niech mnie licho porwie, coby wypowiedzi dodać dramatyzmu, jeśli "Stoker" rzeczywiście nie jest czymś, może nawet Czymś.
Jedynym z owej październikowej listy, który dorównał oczekiwaniom Liritio, chociaż się z nimi rozminął. Ale rozminął się stylowo (dosłownie stylowo i w przenośni również "stylowo").

Nie miałam złudzeń, że robiony za amerykańskie pieniądze film w reżyserii Chan-wook Parka będzie równie, ujmijmy to kolokwialnie, "odjechany" co od lat przeze mnie faworyzowana Trylogia Zemsty. Nie było opcji na tę samą skalę przemocy i makabry, niestety nie było też opcji na tę samą dozę absurdalnego, czarnego humoru. USA ma swoje zasady, a Chan-wook Park w "Stokerze" był jedynie reżyserem, pieniądze dali panowie Scott (Ridley i Tony), Steven Rales i M. Roybal (jak ktoś produkuje filmy Wesa Andersona ma u mnie od razu 10/10 punktów), a scenariusz napisał gwiazdorek "Prison Break'a" (napisał całkiem nieźle, więc to taka raczej zwyczajowa złośliwość niż przytyk). Ile więc Chan-wook Parka, którego znamy (nie znamy? biegusiem poznawać!) w krótkim filmie o tym, że rodzina nie musi się lubić? Rzekłabym, że sto procent o kilka tonów ściszonego Parka. I właściwie tak musiało być, nie ma co się czarować.

India i jej buty, buty są istotne od pierwszej sceny.
Czegokolwiek by w "Stokerze" się nie czepnąć (czegokolwiek zapewne można), obsada wybrana została fantastycznie. Czytałam, że wujka Charliego miał początkowo grać Colin Firth, Indię Carey Mulligan, a jej matkę Jodie Foster. Dobrze, że tak się nie stało, aktualna obsada "Stokera" jest wyśmienita, innej nie trzeba. Przede wszystkim nastrojowo bardziej pasuje, szczególnie Nicole Kidman w roli Evie - jej otępiona operacjami plastycznymi twarz, nieco sztuczny uśmiech, wielka uroda przytępiona latami i nieco nieudolnie odzyskiwana, trafia w środek tarczy kiedy mówić o Evie Stoker. Foster byłaby zbyt naturalna do roli otępionej lekami i alkoholem bogatej wdowy, która nie tyle jest niepocieszona, co znudzona. Nieszczęśliwa. Nieco chyba zagubiona we własnym świecie, z którego nijak nie umie przejść od równie "własnego" świata skrytej córki.

Podobnie Mia Wasikowska jest w stanie przekazać na ekranie płynące z wnętrza jej postaci rozszczepienie, wyciszone przyczajenie, które tak obrazowo oddają sceny z jej polowań z ojcem. India Wasikowskiej na coś czeka, sama siebie do końca nie rozumie, jest obserwatorką i widz nie ma pojęcia, w którą stronę kręci się każde kółko w jej głowie. India ani razu nie sprawia, że czujemy się komfortowo, miła twarz Carey Mulligan nie spełniałaby tak dobrze tego zadania. Wasikowska nie jest miła ani przez sekundę.

Skąd więc mniej i więcej Hitchcocka w jednym zdaniu na wstępie? Z jednej strony Lirito spodziewała się dłuższego oczekiwania na wyjaśnienie. Napięcia w "Stokerze" nie buduje tajemnica "o co chodzi?", to jest oczywiste od pierwszych scen, Matthew Goode jest najlepszy z głównego tria i jego Wujek Charlie to bezbłędna kreacja, ale film jest skonstruowany w sposób, który nie pozostawia nam przestrzeni na domysły. Tutaj owe "mniej Hitchcocka" daje o sobie znać, nie mamy dylematu czy postać ma taką czy śmaką rolę, to jest pokazane wystarczająco dobitnie od pierwszych scen. Nie ma tego kryzysu woli, który budzi w nas np. Gregory Peck w "Urzeczonej" - jest szalonym mordercą czy niewinnie wrabianym bohaterem? I najważniejsze, które byśmy woleli, czy nasza sympatia zgasłaby w finale obejmującym wyjście z szaleńcem?

Matthew Goode nie budzi w "Stokerze" sympatii, tutaj może Frith miałby łatwiejsze zadanie, jak dalece nie odchodziłby od wizerunku kojarzącym się z jego sztandarowymi rolami, nie da się ukryć, Colin Firth kojarzy nam się z miłym człowiekiem. Ale Goode w "Stokerze" jest genialny, wyważony, ani razu nie przesadził, nawet jego uparty brak mrugania nie wydaje się karykaturalny.
A więc pytaniem głównym "Stokera" nie jest to o wujka Charliego, tutaj możemy się wszystkiego szybko domyślić i brawa dla Goode'a, że stworzył z postaci oczywistej kogoś fascynującego.
Zagadką jest India - jakie decyzje podejmie, co zrozumie, czego się domyśli i jak skończy się ta opowieść dla wszystkich zainteresowanych. Siłą wiodącą jest India, to nie ulega wątpliwości, jej postać staje na rozdrożach i podejmuje jakieś działania. W tym tkwi suspens i niepewność "Stokera".

Ale "Stoker" tak naprawdę jest nieco uwspółcześnioną, elegancką opowieścią prawie gotycką. Wystylizowany równie mocno, co inny film z Goodem, "A Single Man" - tam też każdy szczegół planu miał znaczenie, każdy element był dokładnie ustawiony, dorównany lub właśnie poruszony, nic nie pozostawiono przypadkowi. Ale też wszystkie filmy Parka są wystylizowane, tylko w "Stokerze" uciekano od współczesnego świata, uciekano od świata jakiegokolwiek - trochę jak w tej grze "Clue", mamy jeden dom, burzową noc i grono podejrzanych. W "Stokerze" oglądamy kilka letnich dni w jednym domu. Kilka letnich dni po pogrzebie ojca Indii, kiedy wszystko się zmienia, ale leniwie, płynnie, krok po kroku. I to jest owe "więcej Hitchcocka", powolny rozwój akcji, siła szczegółów, odrobinę gotycko - powieściowy klimat, thriller budowany na napięciu związanym z nieprzeniknioną postacią, nie duchach wyskakującymi z szafy. Żaden inny film Chan-wook Parka z Hitchcockiem się nie kojarzy, żaden.

Nie ma więc w "Stokerze" nic brzydkiego, ale też niewiele jest naturalnego i może owej naturalności trochę brak. Jak dokładnie wysmakowany jest ten film! Każde ujęcie, dosłownie każde, jest gratką, dobrą kompozycją, czymś ładnym. A łamią w "Stokerze" karki, więc nie sposób nie docenić.

Na koniec trzy sprawy:
Matthew Goode po raz kolejny. W tak dobrej roli go jeszcze nie widziałam, kiedy na zmianę był pociągającym wujkiem Charliem (jakie to perwersyjne w "Stokerze", całe to tytułowanie "wujkiem Charliem", ładny smaczek) i przerażającym, chłodnym wujkiem Charliem. Nieruchome, okropnie niebieskie oczy, niezmiennie opanowany uśmiech, ładna rola.
Muzyka Clinta Mansella, oj perełka. Atmosferę buduje pierwszorzędnie, duży dom, piwnice, ogrody, ujęcia porażające subtelnym wyczuciem a w tle ta muzyka. "Stoker" jest na swój sposób bardzo wyrafinowany i Mansell tylko to podkreśla.

Clint Mansell, Becoming...


Wreszcie zwieńczenie prostego geniuszu i subtelności reżysera, obsady, całego pomysłu, scena duetu przy fortepianie. Jedna z najbardziej niekomfortowych, ale hipnotyzujących scen, jakie zdarzyło mi się obejrzeć w kinie. I żadna erotyka łóżkowej konwencji tego jednego duetu nie przebije.

Czym więc finalnie okazuje się "Stoker"? Przesadnie wystylizowaną bajką na straszne sny? Raczej historią dwoistości, uśpienia i pewnej powściągliwej rodziny, a jak wiadomo, każda rodzina ma swoje tajemnice.