czwartek, 21 października 2010

"RED", reż. Robert Schwentke.

Chciałam, to poszłam. I dobrze wyszło.

Film jest cacy, a w nastroju przypomina mi wszelkiego rodzaju benefisy i tego typu szmery-bajery. Jakby czwórka gigantów kina, każdy w sumie z innej bajki, spotkała się na jednym planie i dobrze zabawiła. Jakby zrobili to poza swoją codzienną pracą, jakby właśnie z jakiejś okazji tak ich naszło na radosne "RED". I po tym epizodzie każdy wraca znowu do swojej bajeczki.

Bruce Willis po roli ckliwego agenta CIA na emeryturze, Franka Mosesa, może już pójść na plan "Szklanej pułapki, część n-ta". Dowiódł (nie po raz pierwszy), że ma do siebie dystans, do swojego wieku i dotychczasowego dorobku filmowego - czekam na powrót do roli poważnego twardziela.
I po raz kolejny przypomniał, za co się go kocha. Za wdzięk, uśmiech i ogólną zajebistość. Rzadko korzystam z tego słowa, ale myśląc o Willisie właśnie to bardzo kolokwialne określenie nasuwa się samo - facet jest zajebisty.

Helen Mirren pokazała się w białej kiecy i z Morganem Freemanem do pary tworzyli grupę NAJ - najmądrzejszych, najlepszych, najpoważniejszych... Nie ocierali się o śmieszność w swoich rolach (jak to się zdarza czasem chociażby Douglasowi), przeciwnie, zagrali dystyngowanie, lekko i pięknie, z cieniem uśmiechu w najdramatyczniejszych scenach.

I John Malkovich, którego doceniłam i momentalnie pokochałam co prawda niedawno, ale na zawsze. Z fryzurą a la mnich, z pluszową świnią pod pachą - przy okazji, świnia była przecudna - był fantastyczny (jak zwykle), przezabawny (jak czasem) i bardzo elegancko nie przyćmiewał reszty obsady (to tylko komentarz do mojej prywatnej teorii o aktorach, którzy kradną filmy, jak np. James McAvoy).

A na dokładkę dwójka "młodych", Mary-Louise Parker - miała świetną rolę Ruth w "Smażonych zielonych pomidorach", a potem chyba długo, długo nic - i Karl Urban, którego kojarzę jedynie jako Eomera. Oboje poważni, skupieni i całkiem nieźli na tle takich czterech talentów, a to już spory sukces. Dzięki ich rolom "RED" nie zamieniło się w całkowicie pusty i jedynie zabawny przerywnik od innych filmów, nie otarło się o granicę parodii na wysokim poziomie, a pozostało filmem akcji z kilkoma scenami prawie że dramatycznymi.

A, tak, zapomniałam napisać o czym jest ten wychwalany przeze mnie film. Już nadrabiam.
O agentach CIA na emeryturze. O agentach CIA przed emeryturą. O nerwicach, wspomnieniach, romansach... O bliżej niesprecyzowanym facecie z Rosji i o zamachu na wiceprezydenta. Tak właściwie powinnam zacząć od informacji, że jest nakręcony na podstawie komiksu... No, to już wszystko wiecie :)

Oczywiście "RED" ma wady, zapewne ma nawet mnóstwo wad, ale co z tego? Nie jestem pewna czy w filmach tak lekkich, tak śmiesznych i pełnych uroku warto czepiać się niedociągnięć w efektach specjalnych czy logice fabuły. W każdym razie ja nie mam zamiaru, "RED" uważam za bardzo wdzięczną komedię sensacyjną, na której prawie popłakałam się ze śmiechu (nie raz, nie dwa). I mogę zgodnym (cóż... jednoosobowym) chórem zakrzyknąć, że chciałabym więcej takich!

10 komentarze:

Amicus pisze...

Skoro tak piszesz, to się wybiorę.
Zresztą, czeka także "Stone" (na który w końcu nie dotarłem, choć miałem bilety ;) )
(Kto to powiedział, że tego, iż oglądamy filmy łatwe, lekkie, przyjemne, pełne uroku i śmieszne, należy się wstydzić? :) )
Jak najbardziej jestem za kinem rozrywkowym!

PS. To co piszę nabiera pewnie (dla mnie) większego znaczenia (;) bo właśnie wczoraj zakończyłem swój prywatny maraton filmowy, a to z racji odbywającego się w moim mieście Międzynarodowego Festiwalu Filmowego (obejrzeć gw dwa tygodnie grubo ponad 20 filmów - i to z całego świata - to chyba nie przelewki... A muszę przy tym dodać, że nie zawsze było rozrywkowo - o czym być może wspomnę na swoim blogu ;)
Pozdrawiam

liritio pisze...

Amicusie, jeśli "RED" naruszy Twoje poczucie dobrego smaku (w co wątpię, ale lepiej dmuchać na zimne ;) - ostrzegałam, że Malkovichowi towarzyszy świnka! Jak najbardziej idź na "RED" i baw się równie dobrze, co ja. Filmy łatwe są wytchnieniem, relaksem i zabawą - na to też powinno się przeznaczać kilka jednostek godzinowych :)
Co do "Stone", czekałam na recenzję po festiwalu, ale się nie pojawiała... Teraz już wiem dlaczego. W każdym razie kolejne Twoje "filmowisko" przykuje moją uwagę na dłużej, szczególnie, że na pewno napiszesz coś, na co ja bym w życiu nie zwróciła uwagi (zawsze to robisz :)

A Międzynarodowe Festiwale Filmowe potrafią być bardzo podstępne - chociaż to też zależy od sposobu, w jaki są przedstawiane te filmy w Twoim mieście. (chodzi mi o opisy, nie seanse) Ja się już tyle razy nacięłam na coś wręcz kuriozalnego podczas takich festiwali...
Ale czekam z niecierpliwością na opinie i wrażenia z 20 filmów! Nie wiem, jakim cudem dałeś radę zobaczyć 20 filmów w dwa tygodnie. Starałam się to jakoś przeliczyć na godziny i rozłożyć na dni, ale jest późno i na palcach ciężko idzie, ręce kończą mi się na dziesięciu :)
Pozdrawiam.

Ysabell pisze...

Nie lubię ekranizacji komiksów i Bruce'a Willisa, nie znoszę Johna Malkovicha ale za to bardzo lubię Helen Mirren i uwielbiam Morgana Freemana...

Szkoda, że to jesień nie wiosna, bo bym sobie mogła ze stokrotki albo liścia akcji powróżyć czy pójść czy nie pójść. Bo sama to chyba nie zdecyduję. :)

liritio pisze...

Powiedziałabym każdemu "idź!", ale skoro nie lubisz komiksów, Bruca Willisa i Malkovicha... Rola Freemana jest stosunkowo mniejsza, a film momentami bardzo przypomina komiks. Więc może jednak odradzę akurat Tobie jednej seans :)

Amicus pisze...

Rzuciłem okiem na to, co grają teraz w kinach i zobaczyłem kilka tytułów, które chciałbym obejrzeć. Oprócz tego "Twojego" rozrywkowego "Red" ( :) ) m.in. film, na który chciałem zwrócić także i Twoją uwagę. Chodzi mianowicie o "The Social Network". Podobno rewelacyjny jest (bez mała) ale to trzeba, jak zwykle zresztą, sprawdzić samemu.

Pytasz się jak w ciągu dwóch tygodni udało mi się obejrzeć ponad 20 filmów?
Jeszcze większe byłoby pewnie Twoje zdziwienie, gdybyś wiedziała, że Festiwal odbywał się w downtown Chicago (a tam zaparkowanie samochodu graniczy z cudem) oraz, że - w tym samym czasie - musiałem jeszcze zajmować się pracą zawodową (bo w Ameryce pracować jednak trzeba :) )
Ale ja mam w tym zaprawę(swego czasu byłem na tym Festiwalu akredytowany - wtedy, kiedy pisałem o nim dla prasy) i nie jest dla mnie jakąś wielką męką i akrobatycznym wyczynem obejrzeć w ciągu dnia... dajmy na to 3 filmy :)

Także i tym razem, po obejrzeniu każdego (niemal) filmu, robiłem sobie o nim notkę, co pewnie niedługo wypłynie na moim blogu.
I kto będzie chciał, to sobie przeczyta :)

beatrix73 pisze...

Chętnie obejrzę, przyda się coś dla rozrywki w jesienny wieczór.

marpil pisze...

Malkovich ze świnką...!!! MUSZĘ zobaczyć!!!

liritio pisze...

Amicusie, zastanawiałam się czy właśnie dzisiaj nie pójść na "Social Network", ale zobaczymy co wyjdzie z tych zamiarów - odkąd tylko w niedzielę mam czas, żeby pójść do kina, nagle zaczynam mieć wielki problem z obejrzeniem czegokolwiek.

Beatrix73, polecam bardzo :)

Marpil, owszem, musisz ;) ale naprawdę, Malkovich był przecudny w roli Marvina z nerwicą.

tamaryszek pisze...

"czy w filmach tak lekkich, tak śmiesznych i pełnych uroku warto czepiać się niedociągnięć"
- nie, nie warto! W ogóle: czasem mi się zdaje, że presja obiektywnej oceny całości jest manieryczna. Skoro zachwyca (nawet jeśli zachwyt po trosze stymulowany jest naszym osobistym dobrym humorem czy pysznym obiadkiem) to zachwyca. Lub bawi lub rozbraja (!) lub odpręża.
Wierzę, że nacieszyłaś oko.
Z ww. ekipy mnie by korciła białopowiewna Mirren i Freeman.
czuwaj!
ren

liritio pisze...

Ren, jak to dobrze, że zgadzamy się, że się zgadzamy :)
Wszechogarniająca moich "ambitniejszych" znajomych potrzeba głębi wynika chyba z ich naturalnego pustostanu i nie potrafią się po prostu cieszyć z drobnych radości, jak np. właśnie świnka Malkovicha.

A "białopowiewna Mirren" dała czadu z przymrużeniem oka, była więc idealna :)

Prześlij komentarz