czwartek, 14 października 2010

"Howards End", E. M. Forster.

Zadziwiająca to książka, która miała być w moim przekonaniu męską wersją Jane Austen i guzik z pętelką z tego planu wyszedł.

Małgorzata Schlegel, chwilowo stara panna i jej siostra, Helena poznały Wilcoxów przypadkiem, a te dwie rodziny miały na swoje życie wpływ niemały.
Dwie młode damy, mieszanka brytyjskich i niemieckich przodków, życie spędzały na szeroko rozumianym ukulturalnianiu się. Pieniądze, bodajże ze spadku, zapewniały im dostatnie życie i pozwalały unikać pracy. Bardzo pięknie. Młodsza, Helena, irytowała mnie swoim dziecinnym spojrzeniem na świat, w którym upierała się dostrzegać wyłącznie białe lub czarne. Wydawała mi się jakby odrobinę nawiedzoną istotą, która z nudów dorabia ideologie na wyrost do każdego zdarzenia. I ta upiorna egzaltacja...
Małgorzata natomiast zbyt mało miała w sobie charakteru, żebym zakochała się w tej bohaterce, jak kilka razy już mi się zdarzyło wcześniej, przy innych lekturach. O ile filmowi bohaterowie zdobywają moje serce aż nazbyt często, gubię się potem w tych miłościach, książkowe postaci mają ze mną ciężką przeprawę, zanim przegryzą się przez grubą warstwę obojętności.
Wracając do Małgorzaty, ostrych rysów brakowało postaci starszej panny Schlegel, chociaż jakby w czasie książki stawała się coraz bardziej "jakaś".

A jednak, mimo, że żaden z bohaterów "Howards End" nie trafił w moje gusta, wszyscy pozostali mi raczej obojętni, czytałam książkę Forstera z dużym zainteresowaniem. Po kilku pierwszych stronach wprowadzających czytelnika w akcję, autor skupia się na dłuższy czas na kwestii społeczeństwa brytyjskiego. Na przykładach kolejnych bohaterów przedstawia różnorakie podejścia do kwestii kultury, pieniędzy, obcokrajowców, polityki i wreszcie domu. Bowiem tytuł "Howards End" jest nazwą ukochanego domu pani Wilcox, której testament stanie się niemałą zagwozdką dla reszty rodziny.
Powiedziałabym, że "Howards End" to zapis ścierania się dwóch światów, dorobkiewiczów i tych eleganckich, "starych" pieniędzy klasy wyższej. Jest to także rzut oka na moment przedwojennych zmian w Anglii, na końcówkę wielkiego imperium. Ach, i co najciekawsze, liczne nawiązania do Niemiec, do opinii o tym kraju bez pryzmatu wojen, tak, ta część była czymś wcześniej przeze mnie niespotykanym.

Poleciłabym książkę Forstera w ciemno każdemu choć trochę zainteresowanemu historią, zagadnieniami społecznymi, ale także wielbicielkom Austen, od której zaczęłam dzisiejszy wpis. Bowiem "Howards End" jest także opowieścią o miłości, siostrzanej i małżeńskiej. O miłości niekoniecznie romantycznej, ale na pewno mądrej.

A ja znalazłam kolejnego pisarza, którego styl pisania pięknie trafia w moje gusta, oszczędny, elegancki, bez jakichkolwiek artystycznych zapędów. Pasujący do brytyjskiego pisarza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, tak właśnie. E. M. Forster pisze książkę, jakby rozmawiał z czytelnikiem, wtrąca swoje uwagi pod adresem zachowań swoich własnych postaci. Jego komentarze są zawsze trafne, żaden nie wydaje się niepotrzebny.
I na kolejne książki Forstera mam ogromną ochotę.

Ach tak, jeszcze film. No właśnie, o panu Ivorym i tak miałam niedługo pisać, może wcześniej zahaczę jeszcze o "Howards End" w jego reżyserii. Anthony Hopkins, Emma Thompson, Helena Bohnam-Carter i Vanessa Redgrave - obsada co najmniej zachęcająca.

10 komentarze:

Pemberley pisze...

Film gorąco polecam. Teamu Marchant/Ivory + Forster "wyprodukował" jeszcze dwa inne filmy, chyba najbardziej symboliczny z nich był "Maurycy". Przyjemnego oglądania i dalszego odkrywania Forstera życzę :)

Chihiro pisze...

Film jest swietny, absolutnie swietny! A mowiac o "Howards End" to tak samo jak Pemberley polecam inne produkcje Merchant+Ivory+Jhabvala. Te angielskie i te indyjskie, ja je uwielbiam.

liritio pisze...

Pemberley, Chihiro, na razie Jamesa Ivory widziałam jedynie "Białą hrabinę", całkiem dobry film, o którym chciałam trochę napisać. Ale potem weszłam w jego filmografię (dzisiaj zdobyłam "Howards End" i jutro zapewne zobaczę) - a tam same klasyki, "Okruchy dnia", "Pokój z widokiem" itd. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to wszystko jeden człowiek nakręcił.

peek-a-boo pisze...

Ksiązki nie znam -narazie ;). A film to kolejny majstersztyk duetu Thompson Hopkins. Jesli lubisz te parke film na pewno przypadnie Ci do gustu.

Zosik pisze...

I jak wrażenia z seansu? Film widziałam wielokrotnie i z pewnością jeszcze wielokrotnie obejrzę. Zgadzam się z mymi przedmówczyniami - to majstersztyk. Ja w ogóle bardzo lubię to akademickie kino Ivory;ego. "Howard End" natomiast nie czytałam jeszcze. Ta jedna z przetłumaczonych na język polski książek Forstera mi została, ale nie spieszno mi do jej poznania

liritio pisze...

Peek-a-boo, właściwie to nie znam za bardzo filmów tego duetu. Znaczy tak, "Okruchy życia" i... więcej nie pamiętam. Ale osobno ich bardzo cenię, więc w parze również :)

Zosik, dzisiaj dopiero się zabieram do filmu, co prawda widziałam kawałek i na razie Helena filmowa irytuje mnie tak samo jak ta z książki.
A co do przetłumaczonych na polski powieści Forstera, słyszałam jeszcze o "Maurycym", tę przeczytam kolejną, jako że temat trafia w moje upodobania, i "Długiej drodze do Indii". Właśnie, jakie masz wrażenia z "Długiej drogi..."?

Peckinpah pisze...

Podobne tytuły i łatwo się pomylić;)
"Okruchy życia" to film Claude'a Sauteta z duetem Romy Schneider - Michel Piccoli i ze świetną muzyką Philippe'a Sarde'a. A Tobie pewnie chodziło o "Okruchy dnia". Filmu nie widziałem jak również nie widziałem żadnego innego filmu Jamesa Ivory'ego. Nie mówiąc już o książce Forstera.

liritio pisze...

Jasne, że "Okruchy dnia". Ale "Okruchy życia" też widziałam i chyba wolę te drugie od tych pierwszych :)
A filmy Ivory'ego nie są złe, ale ponownie sprowadza się to do upodobań. Ja nie oglądam westernów, Ty nie oglądasz ekranizacji Forstera :)

Peckinpah pisze...

Ja niestety "Okruchy życia" oglądałem na niemieckiej telewizji i niewiele zrozumiałem. Ale podobał mi się, bo każdy film z Romy Schneider mi się podoba:)

Przeglądając filmografię Ivory'ego przypomniałem sobie, że widziałem film "Pokój z widokiem". Pamiętam, że była w tym filmie scena, jak kilku facetów kąpało się na golasa w rzece - moja matka wówczas przełączyła na inny program, uznając że to jakiś straszny badziew:)

Z filmów Ivory'ego najbardziej chciałbym obejrzeć "The Wild Party" (1975) ze względu na ciekawą tematykę, nawiązującą do autentycznych wydarzeń z Hollywood lat 20. (słynny skandal z udziałem Roscoe 'Fatty' Arbuckle'a).

ultramaryna pisze...

Czytałam "Pokój z widokiem". Bardzo przyjemna i urocza książka. A Ivory'ego oglądałam też tylko "Pokój z widokiem" i wprost uwielbiam ten film. Trzeba się zabrać za "Howards End", zarówno za powieść, jak i za ekranizację.

Prześlij komentarz