Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 stycznia 2014

W oceanie przeciętności, czyli role zapamiętane

Oto jest pewna przykrość, kiedy w filmie nic nas nie poruszyło, może pozostało tylko wzruszenie ramion. Wiemy wszyscy, że filmów zupełnie przeciętnych jest zdecydowanie najwięcej.

Konflikt zaczyna się, kiedy film średni trzymamy w pamięci dla błahostki, szczegółu, drobnostki. Bo i nie ma jak o tym wspomnieć, bez wyciągania całości z wora różności (rym, rym jest, hura), ale że film taki sobie, wywlekanie przed publikę też nieco bezcelowe. A może to jedna scena, jedna naprawdę dobra scena, może to motyw muzyczny, który nie pozwala Wam zasnąć. Wreszcie, może to jedna rola z któregoś planu, jedna rola, która błyszczy i zostaje w pamięci.

Dzisiaj kilka ról, które pamiętam od lat (albo od wczoraj), z drugich planów filmów w mojej ocenie zupełnie przeciętnych. Ułożone chronologicznie i subiektywnie podsumowane.


"Wakacje", reż. George Cukor. 
Lew Ayres jako Ned Seton.
Katharine Hepburn, Cary Grant, 1938 rok.

Kilka dni temu obejrzałam całkiem uroczy, zwięzły film, jeden z czterech tytułów tandemu Hepburn - Grant. Nie był zły, absolutnie, ale też nic specjalnego. Jeśli mówić o komediach tamtych czasów, Liritio bardzo docenia prostotę, ale w "Wakacjach" owa prostota łączy się niestety z głupotą fabuły. Chociaż może nie tyle głupotą, co słabą wiarygodnością, czy to charakterów, czy głównego konfliktu. A szkoda, gdyby mniej sztampowo rozpisać role, wyszłoby z "Wakacji" coś znacznie lepszego. Nie można jednak odmówić im ogromnego uroku i bardzo pozytywnej chemii między Grantem a Hepburn.

A jednak, wybija się Lew Ayres w drugoplanowej roli uzależnionego od pieniędzy ojca pijaka, niespełnionego muzyka, młodszego brata Hepburn. Nie stanowi w "Wakacjach" roli napędzającej akcję, od niego jednego nic nie jest zależne, jego Ned jest raczej cichym, zamroczonym alkoholem obserwatorem. Ciche poparcie dla "czarnej owcy" Lindy (Hepburn), słabość charakteru, która wpędziła go w nałóg, zblazowanie i wdzięk. Scena noworocznego przyjęcia, życzenia dla siostry i krótki monolog o upijaniu się (z butelką w ręce). Niby niepokorny, a jednak posłuszny, niby ciągle pijany, a najbardziej wnikliwy z całej rodziny. Niezwykle podobał mi się Ayres w tej roli i jego chrapliwy, pijany szept "happy new year".

Na marginesie, czy Cary Grant to jedyny aktor, który zagrał zarówno z Katharine, jak i z Audrey? Chwila, dumam, dumam... Wiem, Humphrey Bogart. Inni?

"Kwiat kaktusa", reż. Gene Saks.
Goldie Hawn jako Toni Simmons.
Ingrid Bergman, Walter Matthau, 1969 rok.

Z tego filmu ponad czterdzieści lat później zrobiono "Just Go With It", które zaskakująco polubiłam. Aczkolwiek oryginałowi w reżyserii Saksa nie można odmówić większej inteligencji, subtelniejszego humoru i klasy, nie zmienia to faktu, że ani "Just Go With It", ani "Kwiat kaktusa" nie pozostają na dłużej w pamięci. Oryginał jest zupełnie sympatyczną komedią, ale szału nie ma, głównie dlatego, że Matthau i Bergman rozmijają się komediową charyzmą. To znaczy, Matthau ją posiada, a Bergman jakby mniej.
Jednak od pierwszej sceny Goldie Hawn kradnie film i nie odpuszcza do samego końca. Można by się zastanawiać czy tak błyszczy ze względu na własną grę, czy przez niedopasowanie Matthau i Bergman, które czyni ich relację nieco sztywną.

Ale, ale! "Kwiat kaktusa" był (chyba) debiutem Hawn na dużym ekranie, w każdym razie pojawiają się magiczne słowa "introducing Goldie Hawn". I jest to najbardziej udane introduction, jakie pamiętam.

Hawn jest świetna w roli emocjonalnej, nieco naiwnej kochanki starszego, w teorii żonatego mężczyzny. Urocza, trzpiotowata, ale ciągle stawiająca na swoim, prośbą lub groźbą. Jest optymistyczna, pozytywna, prędzej coś zrobi, niż pomyśli, ale w finiszu nadal ma dużo do powiedzenia. Przy sztywności pary głównych bohaterów, to Hawn (czasem z Matthau, czasem z Rickiem Lenzem, który również gra całkiem uroczą rolę) wprowadza naprawdę komediowy klimat, a idzie jej to genialnie.
Filmów z Goldie Hawn oglądałam... Chyba żadnego! A nie, przepraszam, "Wszyscy mówią: kocham Cię". I nigdy bym się nie spodziewała tak dobrej roli po tej aktorce, i jestem Goldie z "Kwiatu kaktusa" całkiem zachwycona.

"Matrix Reaktywacja", reż. Andy i Lana Wachowski.
Lambert Wilson jako Merowing. Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie - Anne Moss, 2003 rok.

Ostatnia rola pochodzi z zupełnie innej bajki i funkcjonuje na zupełnie innej zasadzie. "Matrix Reaktywacja" to bardzo widowiskowy film, z którego wiele scen może pozostać w pamięci, niestety owa widowiskowość nie zmienia go w film dobry, tym na pewno nie jest. Nie jest również filmem złym, tego miana dostępuje dopiero "Matrix Rewolucje" (oj, trauma trwa do dziś, ile to już lat...).
Tutaj Lirito po części sama pozostaje dla siebie niewiadomą, dlaczego Lambert Wilson w krótkiej scenie Merowinga jest najczęściej przywoływanym przeze mnie przykładem bardzo dobrej roli w bardzo przeciętnym filmie. Nawet nie jestem taka pewna, czy jego rola rzeczywiście zwala z nóg, chyba nie zwala... A jednak, właśnie jego z "Matrixa Reaktywacji" pamiętam (i nie dlatego, że mi się podoba, już to kiedyś rozważałam). Pamiętam wino, które pije, pamiętam ton i akcent, z jakim mówi, pamiętam monolog dotyczący przyczyny i skutku, i pamiętam jego poirytowanie, kiedy żona robi mu psikusa.

Nie mogłam się powstrzymać, na pierwszy rzut oka widać, że Wilson zaraz zatrze łapki i powie "sesese".
Handlarz informacją, zdradzony mąż, filozof na wyrost, irytujący Merowing jest również ciekawym Merowingiem i jego monolog pozostaje w pamięci. A w takim nagromadzeniu postaci, wątków i efektów specjalnych wyjść na pierwszy plan pięciominutową sceną... Tak, Wilson zasługuje na mały aplauz, nawet jeśli tylko z mojej strony.

Cóż mogę dodać, pojawiłyby się nazwiska stałych mistrzów drugiego planu, ale jednak dzisiaj rozchodziło się o filmy raczej mdłe, więc stałych mistrzów zmilczę. Poza Woody Harrelsonem, który z każdej roli potrafi zrobić szał, zaraz obok Chrisa Coopera, Williama Fichtnera, Marisy Tomei i Lee Pace'a. Ale to inna kategoria filmów, innej kategorii wpis.

A Liritio co robi? Chyba wraca. Chyba tak.

wtorek, 3 września 2013

Sierpniowa Liritio, czyli już jakby miniona

Liritio miewa ostatnio szczęście do książek, możliwe, że trochę szczęściu pomaga, uparcie przekładając wszystko inne Światem Dysku, ostatnie nastroje Liritio nie pozwalają na filozofie i dramaty, poza tym czasu coraz mniej. Jeszcze na dodatek (prawie) nigdy nie jest tak, żebym czytała tylko jedną książkę, więc proces finiszowania się rozwleka.

Odkąd po cudnym "Łups!" Liritio złapała chrapkę na Pratchetta, pochłonęła "Bogowie, honor i Ankh-Morpork", jak zwykle radosna przy znanej pratchettowości.

Tym razem Ankh-Morpork było w stanie wojny z Klatchem, Vimes posiłkował się mądrością książki genialnego Tacticusa, Vetinari jak zwykle kradł moje serce swoją spokojną przebiegłością, a straszny pustynny lud D'Regów spotkał na swojej drodze (na mocno wojennej drodze) niezwykłego Kapitana Marchewę.
Cytat z Tacticusa, którego wojskowy geniusz nie ulega żadnej wątpliwości po skończeniu książki, jakbyście mieli w planach prowadzenie jakiejś inwazji, jest jak znalazł.
"Po pierwszej bitwie w Sto Lat sformułowałem zasadę, która dobrze mi służyła w innych bitwach. Brzmi ona: jeśli przeciwnik ma niezdobytą twierdzę, dopilnuj, żeby w niej został."
"Bogowie, honor i Ankh-Morpork", Terry Pratchett, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, str. 208.
Zrobiłam małą przerwę na świetną książkę Richarda Bradforda, "Tak daleko do nieba" (tak blisko do Teksasu), zdziwiona, że od razu zaczęłam ją uwielbiać, a jeszcze bardziej zdziwiona, że w żadnej (prawie) bibliotece nie można jej dostać. Ale jeśli macie możliwość, czytajcie Bradforda, warto.

Kończąc "Tak daleko do nieba" ze złośliwym uśmiechem na ustach, płynnie przeszłam do "Prawdy" (nadal Pratchett, nadal Ankh-Morpork) i jestem zachwycona chyba na równi z "Piekłem pocztowym". Wśród bardzo różnych książek Pratchetta, "Prawda" zdecydowanie należy do tych najlepszych, a jeszcze jej nawet nie skończyłam.

Obecnie podczytuję "Młodszego księgowego" Dehnela i coraz bardziej się cieszę. Pierwsze dwa felietony mnie nie porwały, ale potem... Złośliwość jest zacna, śmieję się miejscami do tych komentarzy niczym głupi do sera. Jest z czego się śmiać, Dehnel w złośliwości bywa elegancki, stąd moja sympatia, spostrzegawczy, nie nadyma się. Oczywiście, skoro Dehnel, wiadomo, trochę przeintelektualizowany, trochę snob, tu i tam na wyrost, tu i tam generalizuje aż nadto. Ale inteligencja i humor są najważniejsze, wszelakie ludzkie wady kłaniają się tym dwóm zaletom, więc "Młodszego księgowego" lubię coraz bardziej.

Jeśli mówić o Dehnelu, najlepiej pamiętam "Lalę", którą dawno temu bardzo bezczelnie zabrałam koleżance na wakacyjnym wyjeździe (kiedy ona była gdzieś w połowie książki, zbrodnia to niesłychana...), niby to zerknąć na kilka pierwszych stron. Tzn., miałam szczery zamiar zerknąć, przekartkować, ustalić czy warte czytania, po czym oddać i poczekać grzecznie na swą kolej. Plan upadł, oddać już nie chciałam.

A w tzw. międzyczasie przeczytałam (baaaaardzo powoli) "Daleko stąd. Podróż afrykańską" E. Waugh'a, utwierdzając się w przekonaniu, że nie ma kontynentu (poza Europą) fascynującego mnie na równi z Afryką. Waugh, jak "Powrót do Brideshead", angielski, trochę smutny, nostalgiczny, cierpki, czarujący.

Za to przed Dehnelem, Bradfordem i jeszcze przed falą chęci na Pratchetta sięgnęłam po książkę Rosy Montero, "Łzy w deszczu". Połknęłam ją w trzy dni i jestem niezmiennie zaskoczona, jak bardzo mi się podobała i jak mocno różni się od innych przetłumaczonych na polski książek tej autorki.

Futuryzm jest podstępnym tematem, zdaje się, że mimo nieograniczonego (względnie nieograniczonego) pola do popisu, nasze wizje mniej więcej pokrywają się z wizjami innych, a więc albo kryzys atomowy, albo degeneracja planety i różne wersje androidów.

Już samo to, że polubiłam upartą bohaterkę było pewnym zdziwieniem. Ale polubiłam, Bruna jest trochę komiksowa, aczkolwiek może tak właśnie powinno być, skoro jest androidem. Uwikłana w tajemnicze knowania stara się dojść do prawdy, w czym pomaga jej przyjaciel, archiwista historii świata (Montero bardzo ciekawie rozpisała naszą najbliższą przyszłość, mniej katastroficznie niż większość podobnych książek, choć nadal ponuro). Ważną rolę w wydarzeniach odgrywa też pewien pamięciopisarz (androidom pisze się pamięci) i policjant prowadzący dochodzenie w sprawie dziwnych i bardzo groźnych zachowań pozornie losowych androidów. Spiski, morderstwa, podejrzani, podejrzani...

Bardzo dobra, barwna książka, trochę wciągającej intrygi, trochę rozważań nad kondycją świata, Rosa Montero ponownie trafiła do mnie jak w dziesiątkę. I ostatnia biała niedźwiedzica, którą widać na okładkach hiszpańskich wydań, niedźwiedzica, która jest, ale już jej nie ma, serce mi prawie złamała.

I z takim sercem, przez niedźwiedzia prawie złamanym, mogę witać wrzesień, który po dwóch dniach szarych, mokrych i okropnych (jest rym, jest zabawa), wraca jednak do bycia ładnym wrześniem. Tak trzymać.

Skoro jesień, skoro niedźwiedź, to chyba Osiecka i Krajewski.
Uciekaj moje serce
W wersji live, żeby nie było. Piski fanek są.


środa, 8 maja 2013

"Pierścień", Larry Niven

Lirito ogółem unika science - fiction, chociaż są wyjątki (o ile Philip K. Dick to sci-fi...). To widać na blogu - "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" jest początkiem i końcem tagu, jeśli mówimy o książkach.
Więcej wyjątków się znajduje, kiedy rozważam czytanie fantastyki - dla mnie te dwie kategorie zawsze były bardzo sobie bliskie, chociaż zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę mają się do siebie jak piernik do wiatraka... Ale Lirito stawia fantastykę i sci - fi na jednej półce, a właściwie książki fantastyczne czy science - fiction, które czytuję, traktuję zwykle jak coś zupełnie innego, tyle że w świecie wymyślonym.
Rozprawiając o sci - fi jestem ignorantką, P.K. Dick, Lem... Jakieś rodzynki typu właśnie "Pierścień". Problem z książkami, których z założenia unikam, jest spory, daję im bardzo mało czasu na pokonanie mojej bardzo dużej niechęci. Jeden rozdział. Trzy strony. Spojrzę na okładkę i poślę w kąt, bywa różnie.
Ale "Pierścień" dał radę niczym prawdziwy pierwszoligowiec, z tego co przeczytałam, swego czasu była to bardzo znana i w każdą stronę nagradzana książka, która doczekała się kontynuacji, prequeli i fajerwerków wszelakich.
Czym Liritio została przekonana/pokonana? Dialogiem, to oczywiste.
"Mówiący-do-Zwierząt powiedział jeszcze jedną rzecz, zanim wrócił do swego stolika.
- Louisie Wu, twoje wyzwanie było trochę przegadane. Wystarczy zwykły wrzask wściekłości. Po prostu wrzeszczysz i skaczesz. 
- Wrzeszczysz i skaczesz - powtórzył Louis - Dla mnie bomba."
Larry Niven, "Pierścień", Wyd. Amber, Warszawa, 1991r., str. 17
Oto podsumowanie sceny z rozdziału pierwszego, w której Louis Wu wpada w towarzystwie lalecznika Nessusa do restauracji i przypadkowo musi wyzwać Kzina na pojedynek. Lalecznik, Kzin... Ale o co chodzi? Na początku w sumie nie wiadomo. Louis Wu obchodzi dwusetne urodziny teleportując się dookoła świata, impreza niby pierwszej klasy, ale Louis się nudzi. Mając dwieście lat, ma prawo się nudzić.
Nagłe pojawienie się lalecznika jest czymś zaskakującym, nowym, Louis najpierw niechętnie, potem coraz aktywniej angażuje się w tajemniczy plan Nessusa. Brzmi to wszystko enigmatycznie, ale Niven powoli odkrywa przed czytelnikiem swoją historię Pierścienia. Czym bowiem jest Pierścień? To tak do połowy książki w sumie nie wiemy. Potem wiemy aż nadto dokładnie - jedynym minusem "Pierścienia" według mnie jest właśnie aż nadmierna szczegółowość opisu tego cuda, niby pozwala to wizualizować sobie w szczegółach ów nieznany świat, ale mnie to męczyło i tak naprawdę omijałam coraz więcej akapitów obrazujących jakieś kolejne dziwo. Szczegóły nigdy nie były mocną stroną Liritio, dzisiaj również nie są.

Kzin jest taką dużą, pomarańczową, mięsożerną bestią, wojny między Kzinami a ludźmi są często wspominane w czasie wyprawy nienaturalnie dobranej czwórki. Przy okazji wspominane są wojny, a dokałdniej nie-wojny między lalecznikami a resztą świata. Mianowicie laleczniki to potwornie inteligentne, dwugłowe stworzenia, śmiertelnie groźne z kilku względów, ale przy okazji są najbardziej tchórzliwymi istotami Poznanego Wszechświata. Kiedy czują się zagrożone, zwijają się w kulę i stuprocentowo odcinają od rzeczywistości.
Taka oto wesoła gromada: krwiożerczy Kzin, śmiertelnie (nie)groźny lalecznik, znudzony Louis i Teela wyrusza na szaloną wyprawę do Pierścienia.
Teela? O właśnie, irytująca młoda kobieta, która ma szczęście. A lalecznik pragnie jej szczęścia na pokładzie, żeby zrównoważyć swoje tchórzostwo i nawet się nie spodziewa, jak owe szczęście Teeli wykręci mu kota ogonem.

Mimo średniego zainteresowania nurtem science - fiction, "Pierścień" mnie bawił, sporo jest tam rozważań o ludzkiej (oraz inszej) naturze, a co najciekawsze, o zmierzchu cywilizacji Pierścienia i jej przykurzonych pozostałościach.
Nie wątpię, że dla kogoś bardziej skłonnego do zachwytów gatunkiem, "Pierścień" zawiera sporo innych ciekawostek, ale dla Liritio to przede wszystkim socjologia niefortunnie dobranego stada w obcym miejscu, a każde z owej czwórki jest niezłym manipulatorem z własnym interesem.
I ta stara, tak rozwinięta cywilizacja, której już nie ma, to najlepsza zabawa, tym bardziej, że przecież wymyślona. Gdybym miała więcej cierpliwości byłabym archeologiem. Może. Albo rybakiem, to tak pół na pół.

niedziela, 8 stycznia 2012

"Łowca androidów", reż. Ridley Scott.

Część druga, mocno spóźniona. Pierwsza tutaj.

"Blade Runner" to jeden z tych sławnych filmów, z którymi mamy bezbłędne skojarzenia. Deszczowy, gęsty klimat futurystycznego miasta, powolna (w dzisiejszych czasach) akcja i piękne zdjęcia. Vangelis w tle... W porównaniu z książką, film Ridleya Scotta jest raczej senny i zakurzony, niż smutny. Rick Deckard (Harrison Ford) według Scotta jest trochę przyjemniejszy, nieżonaty, a postać Rachael (Sean Young) ma zupełnie inne znaczenie, niż w książce. A tak naprawdę całą uwagę Scott skupił na androidach.

I jest to największa, najpiękniejsza różnica między filmem a książką. P.K. Dick stworzył przytłaczająco depresyjną wizję gnicia świata, a Scott zaadaptował ją na opowieść o przywiązaniu do życia.
Ostatecznie w wersji Scotta maszyny się nie poddają, a przynajmniej nie te, które zdołały zbiec z kolonii i trafić na Ziemię. Najwyraźniej w równym stopniu kochają swoje sztuczne życie, co go nienawidzą, a są równie ludzcy, co sami ludzie.

Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Jako dziecko w czepku urodzone (powiedzmy...), nigdy nie widziałam żadnej innej wersji "Blade Runnera", niż reżyserska. Nigdy nie widziałam przesłodzonego zakończenia wersji kinowej z 1982 roku, nigdy nie widziałam wersji z komentarzem Forda zza kadru... I dobrze, dla tak zżytej z "Blade Runnerem" osóbki, jak ja, byłby to strzał w stopę (co najmniej) i przeżycie prawie traumatyczne.

Siłą "Łowcy androidów" jest enigmatyczna atmosfera, nie ma prostych rozwiązań i szybkich odpowiedzi. Kim na przykład jest Gaff? Milczący policjant, który zdaje się jedynie ze znudzeniem obserwować działania Deckarda i ma w zwyczaju składanie maleńkich origami. Co dokładnie o czekającym Deckarda zadaniu wie jego szef, Bryant? I ile dokładnie wie o samym sobie Deckard?

I ta jedyna w swoim rodzaju dwójka, Rutger Hauer i Daryl Hannah.
Pris (Hannah), model maszyny zaprojektowany "dla rozrywki". Twór obrazujący marzenia mężczyzn o istocie doskonale pięknej, będącej trochę dziewczyną i trochę kobietą, która zaspokoi ich pragnienia. Ale Pris jest androidem szukającym przetrwania. Jest więc również okrutna, bezwzględna i podstępna. Śmiercionośna kobieta-dziecko, kilkuletni robot przerażony zbliżającą się "datą ważności".

Najpiękniejszy z nich wszystkich, Roy Batty (Rutger Hauer), samiec alfa, agresywny przywódca, przebiegły, złośliwy, szuka nadziei dla siebie i kilkorga replikantów, którzy uciekli razem z nim. Szuka swojego stwórcy i ojca, szuka sposobu na przedłużenie swojej egzystencji. Oczywiście jego raczej znane ostatnie słowa "All those moments will be lost in time, like tears in rain." są jedną z tych rzeczy, nad którymi w "Łowcy androidów" można płakać, ale tak naprawdę wszystkie dialogi Roya Batty są jednym wielkim podsumowaniem gatunku ludzkiego. A nie wychodzimy w tych zdaniach najpiękniej.

Niewiele filmów ma taką siłę oddziaływania na mnie, co "Łowca androidów". Tragizm sztucznych istnień, skazanych z góry na względnie szybkie unicestwienie. Replikanci są bezwzględni, są smutni, tylko czasem dobrze się bawią, ale w deszczowym, sennym mieście są kwintesencją życia równie dobrą, co prawdziwi ludzie. A mnie to strasznie smuci. Może to nawet banalne, że ostatnia scena z Royem Batty rozkłada mnie niezmiennie na łopatki, trudno, mogę być taka banalna. Zresztą nie tylko ta scena, ale przykład jest sztandarowy.

Jakby urwane zakończenie "Łowcy androidów" jest dopełnieniem powściągliwości całego filmu, a do tego mocnym zamknięciem długich, idealnie dopracowanych scen, z których składa się polowanie na androidy w zanieczyszczonym mieście przyszłości.
I kto mi powie, że w filmie o sztucznych tworach i ich łowcy czegoś brak? Jest miłość, jest piękno życia, jest zachód słońca, jest sztuczna sowa... Właściwie więc, co zabawne, "Łowca androidów" jest peanem na cześć życia, nawet w tym smutniejszym ze światów.

środa, 4 stycznia 2012

Niekoniecznie noworocznie.

Nowy Rok, pocałunki o północy, podsumowania i postanowienia... To już za nami. Tegoroczne przemiany skromnie ograniczyłam do stwierdzenia "nowy rok, nowy lakier do paznokci". Oczywiście żartuję. Chyba.

Ostatnią książką, którą przeczytałam w 2011tym roku była "Śpiąca laleczka" Deavera.
Kathryn Dance, możliwe, że części z Was znana z innych jego książek agentka CBI, mnie nie, przewodzi obławą na zbiegłego Daniela Pella, który kilka(naście?) lat temu zamordował rodzinę Craytonów, pozostawiając przy życiu jedynie małą Theresę.
Pell, złodziej, założyciel Rodziny (taka prawie sekta, ale nie do końca, czyli on, jeden młody chłopak i trzy kobiety, Rebecka, Linda i Samantha... bez głupich skojarzeń, proszę). Pell, okrutny manipulator i morderca na wolności. Dzielna i wnikliwa Kathryn, w towarzystwie przysłanego z Waszyngtonu Winstona Kellogga stara się wyprzedzić jego zamiary chociaż o pół kroku.
"Śpiąca laleczka" trzymała mnie w napięciu, naprawdę. Do strony którejśtam... Pell ponownie się wymknął, pojawia się mały romans, Kathryn stara się przekonać byłe członkinie Rodziny Pella do współpracy... A ja orientuję się poniewczasie, że czytałam już tę książkę. I co teraz? (bębnienie w stół i toczenie wkoło spojrzeniem zagubionej owcy)
Lincoln Rhyme i Amelia Sachs to świetne zestawienie, dobry pomysł sam w sobie, "Kolekcjoner kości" czy "Tańczący trumniarz" na pewno zasługują na przeczytanie. Dalsze książki Deavera? Cóż, o tych najwyraźniej zapominam, oto jak wielkie wrażenie robią.

Natomiast filmem, którym pożegnałam Stary Rok zrobię jeszcze większą furorę.
Przerażający "Coś", prequel do przerażającego "Cosia" sprzed prawie trzydziestu lat - mam nadzieję, że tamten stary Coś był straszniejszy od Cosia nowego. Albo przynajmniej mądrzejszy.
Antarktyda, tajemnicze znalezisko, pierwszy ginie pies - już w tym miejscu pomyślałam, że film będzie równią pochyłą. I co? Miałam rację.
W filmie Johna Carpentera z 1982ego roku główną rolę grał Kurt Russell (kochamy go, nawet kiedy gra stereotypowych i wnerwiających tatuśków z "Posejdona", nie ma innej opcji). Dzisiaj możemy jedynie westchnąć nad śliczną (dość) kobietką, która wyrusza na mroźne pustkowie, i na podbój świata zapewne również, gdyby tylko dać jej szansę. Oj, proszę państwa, co tam twardy mężczyzna, mamy równouprawnienie.
Akcja "Cosia" toczy się naprzód błyskawicznie, Norwegowie mają brody (szkoda, że rogatych hełmów zabrakło), jedyny czarnoskóry trzyma się dzielnie, trup ściele się gęsto, a Coś cosiuje po kątach. I dużo śniegu pokazują.
Witamy w dwudziestym pierwszym wieku: panna do obrony przed Cosiem dostała miotacz ognia, jej dzielny i męski towarzysz latarkę oraz kijek. Powodzenia i miłego seansu życzy Universal.
Nawytrząsałam się, ale może fanom gatunku (ewentualnie fanom oryginału Carpentera?) spodoba się wznowienie tematu Cosia. Ja byłam pod wrażeniem, ale chyba nie do końca trafiłam w oczekiwania twórców. Niemniej jednak tego filmu raczej nie zapomnę, ogromna mrówka(?) na Antarktydzie robi niezatarte wrażenie.

Ewentualne postanowienia, porady, po...cokolwiek? Pocokolwiek. Jakieś są, każdy ma swoje. Niekoniecznie noworoczne.

piątek, 16 września 2011

"Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?", Philip K. Dick.

Wynurzeń na temat część pierwsza.
Druga pojawiła się znacznie później.

"Tak łatwo się poddajecie!", tak krzyczy książkowy Deckard, kiedy piękna kobieta prawie bez walki godzi się pochylić głowę i przyjąć kulkę z pistoletu. On jest łowcą, ona maszyną. On jeszcze nie wie, że jest to test, którego wynik ona już zna.

Czytam od czasu do czasu kolejną książkę P.K. Dicka i chociaż nie jestem jego wielką zwolenniczką, nie zaprzeczę, że miał zadziwiające pomysły, dobrze pisał i warto cokolwiek jego przeczytać. Na zasadzie spróbowania, poznania czegoś innego i może zadziwiającego.

"Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" będąca podstawą sławnego "Blade Runnera" w reżyserii Ridleya Scotta, ma z nim mały związek. Zaskakujące.
Zawiera w sobie znacznie więcej wątków, niż film, powiedziałabym również, że jest znacznie bardziej przytłaczająca, bez szczęśliwego zakończenia, bez czegokolwiek szczęśliwego. Świat, w którym Rick Deckard poluje na androidy i pragnie prawdziwego, żywego zwierzątka, wpędza w depresję najtwardszych.
Najpierw, w wyniku powojennych zanieczyszczeń radioaktywnych i wszechobecnego pyłu, wyginęły zwierzęta. Teraz ofiarami radioaktywnego pyłu padają ludzie, kiedy degradują się ich mózgi i kolejne osoby otrzymują kategorię "specjala". Jest ich coraz więcej, a świat nieubłaganie zamienia się w wielki, zakurzony i zgniły śmietnik, w którym ludzie walczą o przetrwanie kolonizując Marsa. I, z tego co opowiadają androidy, są na tym Marsie bardzo samotni.

Androidy służą Dickowi do pobudzenia rozmyślań łowcy - Deckarda nad jego życiowymi celami, nad sensem dalszego działania. Jest opętany marzeniem o prawdziwych zwierzętach, może pomogłyby mu być człowiekiem?
Dla kontrastu Isidore - Specjal - również zestawiony z androidami odczuwa podobieństwo w odrzuceniu przez społeczeństwo "normalne", ale nie rozumie ich nieludzkiej postaci. Nie rozumie, czym jest robot, który prawie jest człowiekiem.

"Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" jest przerażająco smutna. Tak, wszystkie książki Dicka są smutne, zapewne smutny był sam autor. Ale w "Czy androidy..." smutek dominuje, nie jest zagłuszany poplątanymi wyobrażeniami świata, tutaj nasz świat jest prosty i znacznie spokojniej przedstawiony.
Filozofia istnienia na każdej stronie. Smutek elektrycznych zwierząt, smutek kolonizacji Marsa, smutek androidów, smutek skrzynek empatycznych, smutek Przyjacielskiego Bustera, smutek, smutek, smutek. I chłam.
Jesteśmy skazani na samotność i stopniowe obrócenie się w niebyt, tak widzi to Dick.

I cóż, czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Raczej nie.
Ale marzą o wolności, przetrwaniu, aczkolwiek głównie jednostkowym, jako że nie potrafią wykrzesać z siebie uczucia empatii. Kilku innych uczuć również. Androidy w wersji P.K. Dicka nadal są maszynami, mimo, że granica między nami, a naszymi skonstruowanymi replikami jest coraz cieńsza. A prace trwają i rodzą się obietnice, że w przyszłości powstanie model androida niemożliwy do odróżnienia od człowieka. Czy to faktycznie możliwe, żeby maszyna posiadła nasze wszystkie, te tragiczne i te piękne uczucia?
Na to pytanie, jak i na kilka innych, Dick nie daje odpowiedzi. Zostawia Deckarda w kurzu i ciszy zniszczonej planety Ziemi, żeby marząc o prawdziwej owcy, ropusze czy innej kozie zrozumiał, z czego wynika jego człowieczeństwo. I jak blisko tej cienkiej granicy człowieczeństwa są androidy.

Dobrze. "Blade Runner" to jeden z filmów, które niezmiennie umieszczam w czołówce ruchomej i czysto hipotetycznej listy "naj". A porównując film i książkę zaczęłam się porażająco rozpisywać, po czym uznałam, że na jeden raz to za dużo.
Będzie część druga.

czwartek, 2 września 2010

Wampiry, ciasta i pieniądze, czyli dobrze się bawiłam.

Mam dla Was trzech kandydatów na zimne, wrześniowe popołudnia i wieczory. Mnie umilili odrobinę depresyjną niedzielę, może i Wam się kiedyś przydadzą.
Męską część z góry proszę o wybaczenie, że nie kandydatki, ale słowo "film" jest z natury swojej rzeczownikiem rodzaju męskiego. Nie poradzę.
Także, coby nie urządzać tutaj randek w ciemno, nie tylko sypnęłam z rękawa trzema tytułami, ale zapraszam także dalej.

Kandydat numer jeden, "The Bank Job" (reż. Roger Donaldson - "Bunt na Bounty", "Prawdziwa historia", "Rekrut").
Brytyjskie kino sensacyjne z gwiazdą Guya Ritchiego, Jasonem Stathamem w roli głównej. Ja chciałam obejrzeć ten film głównie ze względu na Saffron Burrows, która co prawda talentem z nóg nie zwala, ale gra wystarczająco dobrze, żebym ją doceniła. Poza tym, zważywszy na moje uwielbienie dla Lauren Bacall, nie ma takiej możliwości, żebym nie czuła chociaż małego sentymentu do Burrows. A już własne sympatie na bok, w "Troi" była naprawdę dobra.
Oczywiście zboczyłam z tematu. "Angielska robota" to film oparty na faktach bliżej mi nieznanego napadu na londyński bank z 1971r. Zaczyna się jak typowy film o złodziejach, średnio wykwalifikowana grupa, obowiązkowo jedna kobieta, mają cel, sposób i nie wahają się wykonać roboty. Pierwsze wrażenie jest mylne, ponieważ po początku rodem z brytyjskiej wersji "Ocean's Eleven" pojawia się powaga, wręcz dramat, kiedy okazuje się, że cała akcja rabunkowa jest jedynie przykrywką dla znacznie poważniejszej sprawy, a Terry, Dave i Kevin są wrabiani przez Martine w całkiem eleganckie bagno.

Można zarzucić "Angielskiej robocie", że jest nierówna. Ponieważ film jest krótki, rozbicie akcji na kilka istotnych wątków obok głównego - kradzieży - powoduje, że wszystko bardzo szybko się kończy. Z jednej strony daje to wrażenie sprawności, gładkości, nic się nie dłuży i nie nuży. Ale jednocześnie lecimy przez akcję jakby po łebkach, bo chociaż pojawiają się w niej spore problemy, sceny dalekie od zabawnych i naprawdę mam wrażenie, że reżyser chciał sięgnąć głębiej, niż rozrywkowy film o złodziejach, przeskoki akcji i nastroju są zbyt szybkie, żeby widz miał szansę wczuć się w dramatyczny klimat.
Ale mimo tego "Angielska robota" to film dobry i nawet mydłkowate zakończenie nie zmieniło mojego zdania. Ten pożądany przez reżysera dramatyzm dodał pewnego ciężaru niby zabawnej historii.
Co prawda charakterystyczny klimat brytyjskich komedii sensacyjnych w stylu "Porachunków" wyjątkowo trafia w moje gusta, więc ocena "Angielskiej roboty" może w moim przypadku skakać oczko w górę chociażby za akcent. A jednak polecam, nawet odejmując to jedno oczko.

Kandydat numer dwa, film - zaskoczenie, "Kelnerka" (reż. Adrienne Shelly). Spodziewałam się głupot, cukierkowej fabuły i mdłej obsady, a dostałam porządnie zrobiony film obyczajowy, który ma swój urok i nawet jest odrobinę inny, niż inne.
Także niech i Was nie zwiedzie tragiczny plakat (co jeden, to słodszy, okropne), i przy najbliższej okazji skuście się na słodko-gorzki film o nienawiści do męża, niechcianej ciąży, niebezpiecznym romansie i drobnych radościach życia, które układa się w całkowicie złą stronę. A, tak, miłość również jest.

Jenna, grana przez niezwykle naturalną i pełną ciepłego uroku Keri Russel - jakoś lubię takie aktorki - ma talent do pieczenia ciast. Wymyśla je w swojej głowie, nadając im jakże oryginalne nazwy, np. "I Hate My Husband Pie" czy "Earl Murders Me Beacuse I'm Havinng an Affair Pie".
Razem z dwoma przyjaciółkami pracuje jako kelnerka w przydrożnym barze, gdzie życie umila im właściciel, Joe oraz zwięzły w, nieprzyjemnych głównie, słowach szef, Cal (który, tak na marginesie, bardzo szybko stał się moim ulubionym bohaterem tego filmu).

Jenny mąż, Earl, jest spełnieniem wszelkich koszmarów o żałosnym palancie, który zamienia życie swojej żony w zdecydowanie smutną egzystencję.
Jenny kochanek, doktor Pomatter (w tej roli znany ostatnimi czasy z serialu "Castle" Nathan Fillon), jest uroczym, lekko nerwowym mężczyzną, jednak w ostatecznym rozrachunku równie słabym, co Jenny mąż.
Jenny niechciane dziecko jest chwilowo nieznane, ale Jenna pisze do niego listy pełne zaskakująco trafnych stwierdzeń. Właściwie cały ten film jest pełen zaskakująco trafnych komentarzy, które padają z ust większości skromnej liczby bohaterów.

I tu nadchodzi moment problematyczny, gdyż tak bardzo chciałabym zachęcić do obejrzenia tego filmu, że trudno mi sklecić jakiekolwiek zdanie, w obawie, że wyjdzie sztuczne i puste. Na tym więc zakończę, stwierdzając, że wśród zalewu słodziutkich historyjek o zmienianiu swojego życia, "Kelnerka" wyróżnia się chociażby jednym zdaniem Jenny: "ok, back to reality".

I finiszując, kandydat numer trzy, "Daybreakers" (reż. Michael i Peter Spierig). Modzie na wampiry poddaję się w małym stopniu, jako że moim ideałem pozostanie na zawsze Tom Cruise jako Lestat z "Wywiadu z wampirem", a aktualny fenomen Stephanie Meyer jest śmieszny. Wampir powinien być potworem, krwiożerczym stworzeniem, które żyło zbyt długo, żeby zachować jakiekolwiek resztki ludzkich odruchów. Dracula w wersji Oldmana, (z "Draculi" w reżyserii F.F. Coppoli) to był wampir! Jeszcze "Underworld" zaliczam do udanych produkcji o krwiopijcach, jeżeli mówimy o ostatnich latach. Dobrego podobno "Pozwól mi wejść" nie miałam okazji zobaczyć, ale jeszcze nie można się nie uśmiechnąć na wspomnienie "Od zmierzchu do świtu" Tarantino.

I "Daybreakers" jest niezłą wariacją na temat wampirów, w sumie wystarczająco oryginalną, żeby warto było ten film zobaczyć, mimo pewnych wad.
Przede wszystkim "Daybreakers" przedstawia wampiry jako społeczeństwo, któremu grozi głód. Jakaś zaraza pozamieniała ludzi w wampiry i tylko nieliczni ocalali od obdarowania nieśmiertelnością. Człowiek jest postrzegany przez wampiry jako niezbędne pożywienie, ale prowadzone są prace nad stworzeniem sztucznej krwi - wynalazek staje się kwestią palącą, kiedy okazuje się, że krwi ludzkiej wystarczy na jakiś miesiąc.
Naprawdę zauroczył mnie sposób w jaki panowie Spierig pokazali wampirzy świat, który jest po prostu naszym światem, tyle że przestawionym na tryb nocny. Wampiry jeżdżą metrem, łapią szybką, krwawą kawkę w drodze do pracy, oglądają wampirze wiadomości i mieszkają w domkach na przedmieściu.

Początek filmu jest mocnym strzałem, kolejny kwadrans, w którym przybliżany jest nam świat opanowany przez wampiry, to istne cacko. Te pierwsze kilkanaście minut można by oglądać w kółko od nowa, jako że wizja wampirzego świata jest równie fascynująca, co zaskakująco zwyczajna i prawdopodobna.
Potem niestety zostajemy wrzuceni w klasyczną sytuację, garstka ludzi walczy o życie, tworzy tajną organizację i mamy nawet wampira-naukowca, który przechodzi na ludzką stronę. Takie "Equilibrium" z pierwiastkiem "Ludzkich dzieci" w wersji dostosowanej do wampirzego trendu i Ethan Hawke w roli głównej. O, Hawke był niezły, czarujący z niego wampir.

Nawet ta niczym niezaskakująca część (znaczy jakieś 3/4 filmu) ma swoje zalety. Przede wszystkim brutalne, krwawe potwory, jak przedstawiono wampiry. Pokazanie zamieszek w tej nocnej cywilizacji, które spowodowane są dokładnie tym samym, co w naszych czasach - pogonią za pieniędzmi i głodem. A najciekawszy był motyw rodziny, dwaj bracia stojący po przeciwnych stronach barykady oraz relacja ojciec-córka, którego pociecha nie chciała zostać wampirem.
Także "Daybreakers" zaliczam do filmów doskonale przewidywalnych, ale mimo to udanych dzięki temu, że przedstawia nowe spojrzenie na tak ośmieszony ostatnio motyw wampira.

środa, 4 sierpnia 2010

"Incepcja", reż. Christopher Nolan.

Istnieją co najmniej trzy podstawowe powody, dla których zdecydowanie można, żeby nie napisać trzeba obejrzeć ten film.
Po pierwsze, żeby wiedzieć, o czym ludzie tyle gadają.
Po drugie, szkoda przeoczyć taką obsadę.
I po trzecie, ponieważ "Incepcja" to naprawdę dobry film z dość oryginalnym scenariuszem i niezwykłym pomysłem.
Wykonanie to inna kwestia, ja się oczywiście przyczepię, że mogłoby być lepiej, a stwierdzenia, że po 10 latach w końcu coś przebiło "Matrixa" skwituję głośnym śmiechem. Ale to i tak film wart obejrzenia, na pewno najlepszy wybór na wyprawę w sierpniu do kina.

To może zacznę od dwóch małych minusów, zanim przejdę do radosnych zachwytów. "Incepcja" jest filmem skomplikowanym i potwornie długim, a przez to męczącym. Może to tylko ja, ale nie dałam rady spędzić całego seansu skupiona na filmie - przez co kilku fragmentów nie zrozumiałam - i chociaż niektóre sceny faktycznie wbijają w fotel, pod koniec miałam dość, chciałam żeby to się już naprawdę jakkolwiek skończyło, ale żeby wreszcie się skończyło.
Drugim problemem w odbiorze "Incepcji" był całkowity brak emocji w związku z bohaterami. Może to znowu tylko ja, ale chociaż fabuła mnie wciągnęła, ktoś tam podobał mi się bardziej, ktoś tam mniej, nie byłam w stanie się przejąć. W żadną stronę. Nie zrozumcie mnie źle, napięcie było spore, umiarkowane emocje również, ale los bohaterów był mi właściwie całkowicie obojętny. To akcja mnie interesowała, nie ludzie, co mnie zadziwia, bo zwykle interesują mnie wyłącznie ludzie.

Obsadę naprawdę szkoda przegapić, w "Incepcji" nie ma złych aktorów. Jak zwykle bardzo dobry DiCaprio (ciągnie się za nim ten "Titanic" - który wcale nie był zły - i wiele osób zapomina, że DiCaprio naprawdę ma talent i prawie co film to udowadnia). Marion Cotillard, której co prawda nie lubię, ale również nie odmówię jej aktorskich zdolności. Joseph Gordon - Levitt, z filmu na film coraz ciekawszy. Ken Watanabe, którego urok i tak na mnie działa, chociaż z azjatyckich aktorów wolę raczej Kojiego Yakusho (np. Nobu z "Wyznań Gejszy") czy Ji-tae Yu, którego roli w "Oldboyu" do dzisiaj nie zapomniałam. Wracając do "Incepcji", gra w niej również Cillian Murphy, który jest jednym z tych zdecydowanie za mało docenianych, a przecież świetnych aktorów. I Michael Caine jako wisienka na torcie.

I najważniejsze, temat. Nie spodziewałam się czegoś aż tak dobrego. Innowacyjnego, przemyślanego i interesującego. Jednak fabuła "Incepcji" jest jedną z tych, których się nie wyjaśnia - jest zbyt pogmatwana, a poza tym popsułoby to odbiór filmu. Ja szłam do kina nie mając bladego pojęcia, co tam zobaczę i było pięknie.

Najbardziej uroczy moment seansu - zbiorowe "no jak to!" na koniec. Za zakończenie Nolan powinien dostać Oscara i kopa w tyłek. Najlepiej naraz.
Oczywiście na innym zakończeniu film by ogromnie stracił, ostatnie ujęcie to taki elegancki smaczek. Ale jęk wyrywa się i tak.

Także proponuję wycieczkę do kina, szybko, jak najszybciej. I jestem ciekawa, czy w ogóle jest szansa dla innego scenariusza oryginalnego na Oscara. I myślę, że nie.

I jeszcze tylko drobniutkimi literkami dopiszę, że chociaż "Incepcja" dostałaby ode mnie 8,5/10, gdybym kiedykolwiek prowadziła takie oceny, "Mroczny rycerz" i tak podobał mi się bardziej. Chociaż zapewne w jakimś dziwnym, teoretycznym zestawieniu wad i zalet oceniłabym go tak naprawdę gorzej. A w praktyce to właśnie te emocje odnośnie bohaterów, których w "Incepcji" mi zabrakło, sprawiają, że film całkowicie pochłania.