Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2015

Rzecz o przekombinowaniu.

Liritio zacznie od zmierzwienia i zmarszczenia, że Scott Lynch zaprezentował "Republiką Złodziei" dokładnie to samo, co George Verbinsky "Piratami z Karaibów: Na krańcu świata".
Niecnymi Dżentelmenami zachwyciłam się kilka lat temu, i kiedy tam stwierdzałam, że po części pierwszej (super świetnej i tęczowej), druga obniżyła poziom, mogę teraz dopisać, że przy trzeciej zasypiałam.

Jeden z bezsprzecznie ulubionych bohaterów Liritio w "Piratach z Karaibów" będzie nagłówkiem dzisiejszych rozważań. Komplikujesz? Udziwniasz? Jack mówi: Robisz to źle!
Verbinsky wydostając dla Disneya pirackie dusze z szafy, mógł nie wpaść na to, jak wielkim hitem stanie się jego Czarna Perła. Ten film od dawien dawna pozostaje w moim absolutnym wierzchołku zajebistości filmów przygodowych, filmów poprawiających humor... Filmów w ogóle.
I chociaż obejrzałam "Klątwę Czarnej Perły" co najmniej o raz za dużo, nadal uważam, że jest to film petarda. Skutecznie przygaszona ciężarem trylogii i powstających obecnie ogonów.

Chociaż "Kłamstwa Locke'a Lamory" nie są aż tak bliskie sercu Liritio, byłam wzruszona stopniem, w jakim swego czasu wciągnęłam się w tę książkę, a ostatnio zasmuciłam się nieudolnością trzeciej części cyklu, "Republiki Złodziei".

Liritio nigdy nie mogła pojąć tej pogoni za dobijaniem prostoty, którą to przypadłość sukces nadmiernie często rodzi w twórcach. Nie jest to może reguła, raczej dotykająca sporą część plaga. Plaga szarżowania komplikacją.

Zrobiliście świetny film o facetach w skórach, skakaniu w dal, tajemniczych agentach i cyfrowej Kobiecie w Czerwieni? Świetnym pomysłem jest przejście od zwartej koncepcji tragicznego świata, w którym ludzie funkcjonują jako uśpione bateryjki maszyn, do rozpołożonej historii ocalałych bohaterów, "ostatniego" miasta wydrążonego w skale, aż do przewrotnej koncepcji wirtualnego bóstwa i jego muzy, którzy stworzyli swoiste perpetuum mobile.

Zrobiłeś świetny film o piratach, małpach i East India Company, który poza byciem opowieścią adekwatną dla dzieci, jest cudownym filmem przygodowym, z głównym bohaterem, który staje się ikoną? Zablokuj jakikolwiek rozwój jego postaci, dołóż nagłe resurekcje, radę największych (a przepraszm, Największych) piratów i ostateczną, ale to Ostateczną walkę nie-wiadomo-o-co, będzie fajnie. 

Npisałeś świetną, nieco fantastyczną książkę o złodziejach i przekrętach, która kradnie ludziom noce i czyta się jednym tchem. Obejrzyj "Piratów z Karaibów 3" i napisz część drugą jakoś tak podobnie... Po czym gładko przejdź do wątku miłosnego, którego protagonistka jest nieznośna i ruda, ale jej osoba zmienia głownego bohatera z cwaniakującego szermierza podstępu w rozmemłanego trutnia, któremu tylko sztywno narzucona przez autora akcja pozwala ocalić twarz. Udało się!

Skąd takie inklinacje?

Już o serialach nie wspomnę (kłamię, wspomnę), ale dla przykładu, jak świetny był "House M.D." na początku i jak tragiczny po siedmiu sezonach. Kiedy skończyć, to też trzeba wiedzieć, była taka piosenka, żeby ze sceny zejść niepokonanym i jak z moich obserwacji wynika, niewielu się to udaje.

Co jest smutne? Że problem nadmiernego kombinowania dotyczy nawet moich ukochań, czyli teraz mocno skrótowo będę się pastwić nad wspaniałym "Sherlockiem" BBC. Trzy sezony po trzy odcinki według stałej reguły dwóch mocnych i jednego słabego... Chociaż sezon drugi trochę z tym schematem zawalczył, kiedy "Pies Baskerville'ów" w sumie słaby nie był, po prostu nie aż tak dobry. Ale trzeba pochlić głowę nad geniuszem i napięciem sezonu drugiego.

Robisz to źle!
Zatem przejdźmy do trzeciego, którego pierwsze dwa odcinki były jak najbardziej zacne, a trzeci sam sobie strzelał w kolano. Żeby serial tej klasy zboczył w kierunku, który przyprawia Liritio o nadmierne użycie brzydkich słów i ogólny stan "what the fuck?". Nieładnie.
T był w ogóle nieciekawy koncept, tak rewelacji z żoną Watsona (przekombinowane, ot co! Mafijny mąż pani Hudson - to zabawne, Mary jako była agentka CIA... To bezsensowne i nudne), jak i wątku Magnussena. Niestety, o ile Magnussena można łatwo pozostawić w tyle, Mary musi być pisana konsekwentnie.
A przede wszystkim, jeśli zatrudnia się któregokolwiek Mikkelsena w tak dobrym serialu, jakim jest "Scherlock", trzeba jeszcze mieć jaja, żeby go odpowiednio wykorzystać.
Jak widzicie, Liritio jest bardzo trzecim odcinkiem trzeciego sezonu zniesmaczona, bo temat rozwlekła, a miał być w sumie dygresją.

Podsumowując: twórco drogi, nie kombinuj! Szczególnie, kiedy odcinasz kupony.

wtorek, 1 października 2013

Zwycięzca został jeden, tzn. wróciły seriale.

Dwa okna na ulicę, w jednym zupełnie brązowe drzewo szybko pozbywające się liści, w drugim nadal prawie zielone, czupurne listki nie poddają się obezwładniająco zimnej jesieni. Wybieram to drugie.
Tyle zagajenia.

Przede wszystkim jesień, a jesień oznacza seriale. I Liritio wraca do korzeni, zakosami, ale wraca, bowiem kiedyś (prawie) w ogóle nie oglądałam seriali, i dzisiaj - po kilku latach zanurzania się coraz głębiej w rzadko uzasadnione hity i znacznie częstszą sieczkę - wychodzę z serialowego nawyku z kilkoma nokautami i kilkoma przyjemnostkami, ale bez wcześniejszego przeciążenia.

Najgorsze są zawody, a serialowe bywają częste. Co sezon nowa próba, z której ciężko wyjść obronną ręką, jest to zmęczenie zarówno moje, jak i materiału. Nadal odpadają proceduralne serie w stylu "Mentalisty", "White Collar" i "Castle", z sentymentu starałam się do nich wrócić po przerwie, ale nic z tego. Poniekąd wdaje się znudzenie niezmiennie dalekim finałem, przykładowo: przypadek Mentalisty, w którym temat Red Johna został wykorzystany w możliwie najgorszy sposób, bo ani to motyw przewodni, ani nie dająca spać intryga spajająca początek z końcem.


Moje małe guilty pleasure, "Covert Affairs", miało dobrą połowę sezonu trzeciego i mocny zwrot w jej końcu. Niestety, wszystko, co tak ładnie zbudowano i napinano w połowie pierwszej, w drugiej zostało zamiecione pod dywan (głównie w absurdalnie pominiętej części emocjonalnej, pomówmy o podkopywaniu wiarygodności głównych charakterów), równią pochyłą rozpoczynając sezon czwarty, w którym intryga polityczna wołała o pomstę do nieba. Dajcie spokój, to nie Simsy!
Szkoda mi tego marnego końca sezonu czwartego, pewnie napocznę piąty, ale mam obawy co do naszego happy endu. O "Covert Affairs" mogłabym napisać mały elaborat, jako że mocne i słabe strony tego serialu są tak silnie ze sobą splecione, że nie sposób podać jedno dobre remedium na poprawę poziomu kolejnych sezonów. Poza jednym pewniakiem: przywrócić postać graną przez Odeda Fehra, jego rola to świetny początek wszelkich konfliktów i wzruszeń. 

Zachwalane przeze mnie tutaj "Body of Proof" zupełnie straciło urok po zlikwidowaniu jednego z głównych charakterów, płaczę nad beznadziejnym czwartym sezonem "Cougar Town", nad skasowaniem "Happy Endings", ogółem: nie mam co oglądać. To niewątpliwie jest kolejny z powodów mojego wycofania z serialowej manii.

Są jednak i pozytywne odczucia. Niektóre zaskakujące, niektóre trwałe o początku, niektóre przebrzmiałe. Ach, wieść gminna niesie, że apogeum geniuszu BBC, czyli Sherlock, w końcu powróci. Ale wiecie jak jest... Nie uwierzę dopóki nie zobaczę.


Jakiś czas temu obejrzałam rewelacyjne "Broadchurch", nie dość że atmosfera ponurej sprawy w nadmorskiej miejscowości idealnie uzupełniała sprawnie napisany scenariusz,  jest to również przepięknie nakręcony serial. Przepięknie, a bez tanich sztuczek.
Na wielu blogach widziałam pochwalne piewy, również na różnych portalach "Boardchurch" zbiera bardzo pozytywne opinie, a nic nie dzieje się bez przyczyny.
Sezon drugi kiedyś ma być, chyba nieprędko, chociaż nie sprawdzałam. W każdym razie, oglądałabym kolejne odcinki z ponurym, zgryźliwym DI Hardym (David Tennant) i wcześniej nieznaną, ale tak genialną Olivią Coleman w roli DS Miller.
Dla mnie "Broadchurch" nie jest triumfem zręcznej intrygi, która zaskakuje nas non stop, o nie, rozwiązanie sprawy z pierwszego sezonu w pewnym momencie staje się dość oczywiste (chociaż może to zależy od sposobu przetwarzania kryminalnych intryg, Liritio niestety szybko poznaje się na mordercach, czy to w serialach, czy to w książkach, nie jest to przechwałka, raczej ubolewanie). Ale sposób, w jaki napisano i nakręcono osiem odcinków "Broadchurch"... Czapki z głów.

Czyli co pozostało? Niewiele, bardzo niewiele.
Liritio wierna jest jednemu tytułowi, o dziwo (i nieco przecząc sobie) serial jest proceduralny, ale solidny i wdzięczny. A przy tym nieco inny.


Tak, do mety dobiega jedynie "Person of Interest", które w zeszłym tygodniu rozpoczęło swój trzeci sezon, a dwa poprzednie przebiegały intrygująco i, o dziwo, bez pudła.

Poza tym, że "Person of Interest" oczywiście miewa lepsze i gorsze odcinki, a przy tym można wyrazić liczne wątpliwości co do zupełnego prawdopodobieństwa akcji, Lirito dostrzega bardzo silne pozytywy, które w sumie sprowadzają się do jednego mianownika: odwagi we wprowadzaniu nowego przy jednoczesnym rozwijaniu starego. W "Person of Interest" mocno docenia się zdecydowanie w sprawnym finalizowaniu licznych wątków oplatających główną nitkę fabuły, która powoli staje się coraz bardziej skomplikowana. Ale o Person of Interest Liritio oddzielnie napisze więcej, akurat ten serial jest wart owego "więcej".

A na marginesie charakterów, z pewnym zaskoczeniem dostrzegłam, że gdy rozważamy pisanie kobiecych postaci, "Person of Interest" jest pięknym i rzadkim przykładem traktowania płci żeńskiej jak pełnowymiarowych, równych mężczyznom postaci. Innym takim serialem obecnie wydaje mi się jedynie "Hannibal" Fullera. Wcześniej mogłabym jeszcze dorzucić do tego "Układy", ale ten genialny serial prawniczy niestety się skończył, jeszcze dawno skasowane cudo Sorkina "Studio 60 on the Sunset Strip". Nieznanego nie biorę pod uwagę, więc z chęcią dowiem się, że są liczniejsze przykłady.

Patrząc w niedaleką przyszłość, widzę dwa znaki zapytania. Nowy serial, "Masters of Sex", przyciąga obsadą, bardzo lubię Lizzy Caplan, a wszyscy wiemy, że Martin Sheen jest super.
I w końcu muszę zobaczyć hicior Finchera, a więc "House of Cards".
Brak mi dobrej komedii.

PS. Liritio od niechcenia rzuca okiem na "Homeland", ale finał drugiego sezonu mnie zniesmaczył i przyznaję się, że dla mnie tylko Damian Lewis, Morgan Saylor i Rupert Friend mają w tym serialu sens. Ale nie da się ukryć, "Homeland" wciąga, nawet jeśli potem właściwie nie wiemy dlaczego.

poniedziałek, 25 marca 2013

Powracam z małym tasiemcem, czyli teraz "Cougar Town".

Część pierwsza polecanki cacanki.

Ustalmy jedno: patrząc na ten plakat ja również bym "Cougar Town" nie obejrzała.
Znając tytuł... Nadal bym nawet kijem nie tknęła.
Courtney Cox? Przyjaciele - serial mistrz. Ale ona jedna... No nie, jednak nie.
Czyli zostałam zmuszona.
I bardzo dobrze, bo widzicie, show, które w trzecim (albo drugim, nie pamiętam do końca) sezonie zaczyna dopisywać złośliwe komentarze do własnej czołówki (głównie pod adresem całkowicie nietrafnego tytułu), to show tylko prawie poważne. Na tle innych tym "Cougar Town" się wyróżnia, większość sitcomów jest oczywiście śmieszna (przynajmniej stara się być), co nie musi wcale iść w parze z radosnym prześmiewaniem samej struktury serialu.

Ale nie powiem, że od razu byłam na tak, zadziałało raczej długoletnie zaufanie do pewnego pana, który kiedyś dawno temu zainteresował mnie "Californication", dłuższy czas potem "Suits'ami", potem wieloma innymi... Kiedy wpychał mi "Cougar Town" broniłam się dzielnie, nim pewnego dnia nie pomyślałam, że może coś w tym jest. Skoro bad title, good comedy... 

"Yeah, it's still called Cougar Town. We're not happy about it either". I tym podobne dopiski przez cały trzeci sezon.



Ciężko tutaj zawiązać opis wątku głównego, jako że serial o grupie sąsiadów z Cougar Town na Florydzie nie ma bardzo konkretnej myśli przewodniej. W "2 Broke Girls" laski teoretycznie rozwijają cukierniczy biznes. W "How I Met Your Mother" może kiedyś w końcu poznamy Matkę. W "Happy Endings" co by nie mówić, główną osią są próby znalezienia/utrzymania/pielęgnowania miłości i związku.
A w Cougar Town? Cóż, w Cougar Town życie idzie dalej.
Jednocześnie nie sposób dobrze zarysować atmosfery tego serialu kolejno opisując bohaterów. Po części dlatego, że owi bohaterowie są bardzo codzienni, ale przede wszystkim dlatego, że Cougar Town to taki skomplikowany, zabawny mikro świat, który na dodatek mruży oko sam do siebie i świetnie funkcjonuje jako plątanina tekstów, charakterystyk i znaczeń, a niekoniecznie jako osobne elementy.
Spróbujemy więc zaplątać Was w małą sieć.

Cul-de-Sac Crew, czyli nasi bohaterowie/sąsiedzi/przyjaciele/... Nazwę wymyślił ten zgryźliwy, niechętny loevelas z naprzeciwka, Grayson. Cul-de-sac znaczy "ślepa uliczka", co dosłownie odpowiada topografii domów naszego Cul-de-Sac, a pochodnie odpowiada zdecydowanie zbiorowej świadomości grupki, która wszystko robi razem, bo musi. Bo chce. Bo musi. Różnie to bywa.
Czyli jedna nitka, Cul-de-Sac Crew razem głownie pije. Zawsze pije, zawsze wino, nad dywanem ostrożnie siorbiemy... Alkohol to istotny element każdego odcinka, a na specjalnie emocjonujące okazje Jules (Courtney Cox) sięga po swoje kieliszki w wersji max, nazywane np Big Joe czy Big Carl, Big... Pojawia się również Little Richard. Kieliszkom wyprawiane są nawet pogrzeby. Tak, serio.

Jules, Ellie oraz Big Carl, czyli szczęście niepojęte.
Cul-de-Sac grywa w Penny Can. Niezwykle(!) skomplikowaną grę wymyśloną przez Bobby'ego Cobba, byłego męża Jules/niedojrzałego golfistę/platoniczną miłość Andy'ego... Bobby miesza w zaparkowanej na parkingu łodzi ochrzczonej "Jealous Much?" (owszem, nie ma tam nawet łazienki), odwiedza go bezdomny Shark a towarzystwa dotrzymuje od sezonu bodajże drugiego Dog Travis. Syn Jules i Bobby'ego również nazywa się Travis. Taaaak, to jest właśnie Cul-de-Sac Crew.
Penny Can (długie eeeee, długie aaaa), które, jak łatwo się domyślić, polega na celowaniu jednopensówką do puszki po farbie, rozwija się, rozrasta razem z kolejnymi odcinkami do gry mającej tyle reguł, ile gwiazd na niebie. Tak, aż tyle. Tyyyyle. Czasem domalują komuś wąsy. To jedna z reguł.

Czyli "Cougar Town" to przede wszystkim przyjaciele i wino. Śpiew? Nie brakuje. Grayson, najwyraźniej jedyny facet na planecie Ziemia, który nie staje się atrakcyjniejszy biorąc do rąk gitarę (jego gitara jest w różyczki), komponuje piosenki pod wpływem chwili. Piosenki występują często gęsto, również w zapowiedzi czwartego sezonu "Cougar Town", którego miało nie być, ale jest (hura!). W pewnym momencie w serialu pojawia się również Ted, który potrafi każdy hit zamienić w najbardziej depresyjny kawałek, a potem pojawia się nawet w śpiewającym kwartecie.
La guitarra w różyczki...
W "Cougar Town" istotne są również dzieci. Ellie i Andy mają syna, który może być wysłannikiem diabła, a przy okazji inscenizują mordercze marzenia Ellie, kiedy Andy nie podłoży podstawki pod kubek.
Travis, porażający inteligentnymi ripostami syn Jules może i wydaje się być w nieco toksycznej relacji z matką (ale żaden sitcom nie jest dobrym odpowiednikiem wnikliwej psychoanalizy, więc to zostawmy), natomiast jego obecność zmienia dynamikę "Cougar Town" z serialu o singlach z przedmieścia w coś innego, trochę odświeżającego.
Bohaterowie są starsi, bardziej poukładani i raczej nie rozmawiają o swojej pracy, bo jest nudnaaaa.
I tylko czasem ganiają po trawniku za czerwonym balonikiem, który może być przepustką do fortuny. Albo rozpalają wielkie ognisko z lampek świątecznych. Albo zamieniają wartę sąsiedzką w podglądactwo sąsiedzkie. Albo kradną figurę jaguara sprzed college'u Travisa. I to wszystko ma cel oraz sens, w co może na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć.

I gdyby którykolwiek odcinek wydawał się nudniejszy niż inne, wredna natura Ellie i jej wieczne przepychanki z roztrzepaną, głośną Laurie czynią świat lepszymi. A zza rogu wyskakuje Barb żeby zgorszyć Jules kolejnym bardzo dosłownym opisem swojego życia seksualnego, a tym samym jest jedynym usprawiedliwieniem na cougarowy tytuł serialu.
Liritio się cieszy i "Cougar Town" wpycha Wam w ramiona.

Bar Graysona, czyli darmowy alkohol i orzeszki.
I tutaj następuje niechętne postscriptum, jako że czwarty sezon "Cougar Town" na razie nie powala. Scenarzyści bardziej wydają się skupiać na rozwijaniu fabuły, co w teorii brzmi jak niezły plan na kontynuowanie serialu, ale w "Cougar Town" tęskni się za łodzią, Penny Can, kieliszkami w wersji oversized i niefrasobliwymi głupotami wymyślanymi w sąsiedzkim kręgu. Rozwój akcji jest wskazany, ale nie najistotniejszy, nie akcja jest najlepszą stroną tej produkcji (jak to z sitcomami zwykle bywa).
Liritio ma nadzieję na poprawę formy, a w tzw. międzyczasie czasem wracam do odcinków z poprzednich sezonów i klaszczę w łapki z radości.

piątek, 28 września 2012

Sitcomy zjadają mnie na śniadanie, czyli oglądajcie "Happy Endings".

Od razu ostrzegam: poniżej część pierwsza.

Serialowość jest wszechobecna na orbicie Liritio. Takie życie.

Chociaż od czasu (moich już oficjalnie naj!) "Przyjaciół" nie wymyślono nic lepszego, próby są. Wiele prób.
Schemat raczej stały: mieszana (płciowo głównie) grupa, ulubiony bar/kawiarnia/cokolwiek, cięte dialogi o życiu, śmierci i tych sprawach. I to piękne przesłanie, że istnieją ludzie, którym można powiedzieć wszystko, zrobić z nimi każdą głupotę, a oni nadal będą nas kochać, będą tam dla nas. W to chce się wierzyć.

Odkąd "How I Met Your Mother" po kiepskim sezonie siódmym przestało być dla mnie główną atrakcją, zaczęłam macać wkoło, przeczesywać nowe i stare, słuchać dobrych rad tłumu, znaczy szukać nowego sitcomu, który będzie wprawiał mnie w pozytywny nastrój.


O "Happy Endings" możecie nie wszyscy wiedzieć, polecam przynajmniej próbę.
Akcję przeniesiono co prawda z Nowego Jorku do Chicago, ale ogólny styl jest podobny do starych, dobrych Friendsów. W jednym odcinku sami bohaterowie przyrównują się do poszczególnych postaci z "Przyjaciół", co nie znaczy, że te dwa seriale niczym się nie różnią, mimo że "Happy Endings" bywają określane po prostu updatem "Friends".
Nie do końca tak jest.
Niby w obu główni bohaterowie znają się długo albo jeszcze dłużej, częściowo wspólnie mieszkają (chociaż nie drzwi w drzwi), a wolny czas spędzają głównie gromadą. Ale "Happy Endings" to znacznie mniej familijna atmosfera, serial rozpoczął emisję w 2011 roku, "Przyjaciele" zaczynali w 1994tym. I tym "Przyjaciołom" jeszcze z XX wieku nie brak niczego, ale odrobiny drapieżności tak. Też rozkład sił w "Happy Endings" jest inny - grupa składa się z małżeństwa, rozbitej pary, geja i wiecznej singielki.

Od lewej, tył taksówki: Alex, Max, Jane. Przód: Brad i Dave. Moje najnowsze słoneczkowe mordeczki, które dwoma sezonami zdobyły serce Liritio i teraz niecierpliwie czekam aż do mnie wrócą w sezonie trzecim.
Alex, słodka kobietka z prawie artystyczną duszą, która prowadzi własny sklep z ubraniami i biżuterią (w którym raczej nie ma klientów), emanuje pozytywną energią, a jednak to właśnie jej najdłużej zajmuje zrozumienie wszelakich przenośni i niedomówień.
Dave, mało charakterystyczny pan, który chciałby mieć swoją restaurację, ale póki co pracuje w biurze. Jest nawet jeden odcinek serialu, w którym wszyscy wymieniają swoją rolę w grupie, swoje charakterystyczne cechy, a Dave jest Davem. Dave chciałby być "the cool one", co nie zmienia faktu, że jest po prostu ich ukochanym Davem.
Alex w pilotowym odcinku ucieka Dave'owi sprzed ołtarza. Mocny początek pierwszego sezonu, który w dużej mierze kręci się wokół prób utrzymania grupy przyjaciół razem, mimo tak drastycznego rozłamu między dwójką z nich.


Jane, siostra Alex, nieco impulsywna mistrzyni planowania, która rozstawia wszystkich po kątach i sprząta pod kanapą z pomocą deski monterskiej (takiej, którą wjeżdża się pod samochody). Początkowo jej postać działała mi na nerwy, ale im dalej w serial, tym częściej skupiano się nie na jej obsesyjnej potrzebie kontroli, ale na tym jak świetnie jej obsesje sprawdzają się w połączeniu z charakterem jej męża. Tak oto Brad i Jane stali się moją ulubioną parą z ekranu. On jest uroczym pantoflarzem, ona blond dyktatorką, ale nie można zaprzeczyć, że tych dwoje rzeczywiście jest razem na dobre i na złe.
Brad jest słodki, to chyba najlepsze określenie. W pewien sposób równie kobiecy, co jego władcza żona, ale on też sroce spod ogona nie wypadł i pewne manipulacje potrafi uskuteczniać, kiedy chodzi o jego blond panią. Brad i Jane są rewelacyjni, zabawni i zgrani niczym stare dobre małżeństwo... Którym przecież są.


Wreszcie Penny, której trzydzieste urodziny też przypadają na odcinek pilotowy. Penny jest rozgadana, rozemocjonowana, trochę może szurnięta, poszukuje wielkiej miłości, a wiele odcinków poświęconych jest jej nowym chłopakom. Jest wśród nich jeden hipster, jeden milioner i nawet jeden o nazwisku Hitler, ma dziewczyna ślepe szczęście.
Jako że Penny to narwana, ale dobra dusza (zgadza się nawet na weselny taniec z facetem na skypie... Tak, tańczy z laptopem), z kiepskim gustem do mężczyzn, nie dziwne jest, że przez jakiś czas była dziewczyną - przykrywką Maxa, najmniej homoseksualnego geja jakiego ktokolwiek widział.
Czyli na koniec mój ulubieniec, Max. Nie ma stałej pracy, mieszka w lofcie i ktoś ciągle musi za niego płacić. Ponadto wydaje się potwornie inteligentny, boi się zobowiązań, a cięte riposty to dla niego odpowiednik oddychania. I zapada w sen zimowy! Albo coś na kształt snu zimowego...
Gdyby nie przeintelektualizowany, złośliwy Max, "Happy Endings" straciłoby większość swojej wabiącej ironią atmosfery.


Podobnie jak Barney w "How I Met Your Mother", Max jest najbarwniejszą postacią "Happy Endings". A przynajmniej tak było na początku - serial zaczynał bowiem z poziomu średniego, jakby scenarzyści nie mieli pewności, w którą stronę chcą skierować swoich bohaterów. Ale z odcinka na odcinek było lepiej, zaczęto rozwijać specyficzny stosunek Penny i Maxa, małżeństwo Brada i Jane, szybko przestał być to serial, w którym wszystko kręci się wokół rozbitej pary. A drugi sezon był już całkiem fantastyczny.

Liritio się zdziwiła, że "Happy Endings" skradło jej sporo czasu i zagnieździło się w repertuarze serialowym.
Zdziwiłam się również, że miejscami "Happy Endings" wydaje się sitcomem produkcji angielskiej, czego nie umiem wyjaśnić, ale jest to niewątpliwie spora pochwała dla amerykańskiego serialu.


Wariackie przygody oferuje nam znaczna większość sitcomowych fabuł (przynajmniej jeśli chodzi o te dotyczące grup przyjaciół), ale naprawdę dobre dialogi na temat codzienności niekoniecznie szalonej i ekscytującej, to nie pojawia się zbyt często. Dialogi przy tym nie silące się na dowcipną puentę co drugiego zdania, co z różnym skutkiem ma miejsce np. w "2 Broke Girls". Nie powiem, że "2 Broke Girls" nie jest śmieszne, ale... To jest zupełnie inny rodzaj humoru i ja wybieram ten nieco subtelniejszy z "Happy Endings".

Jak już wspominałam, dwa sezony są nierówne, drugi znacznie lepszy, ale pierwszy oferuje za to spójniejszą myśl przewodnią, która przemyka z odcinka na odcinek. Rzeczywiście, sezon drugi to już bardziej typowy układ: niby jakaś ciągłość zdarzeń jest, ale raczej w formie akcentowanych możliwości dalszego rozwoju akcji, niż faktycznych jej zwrotów.

W "Happy Endings" żartują i z Hitlera, i z Bin Ladena - tak, tak, naprawdę humor "Happy Endings" jest subtelny - nawet w temacie rasizmu nie są zbytnio poprawni politycznie, a do homoseksualizmu podejście przedstawiają zdecydowanie odmienne, niż to, do którego przyzwyczaiły nas niezliczone chick - flickowe twory. Też obiło mi się o uszy, że kolejne odcinki sezonu pierwszego były puszczane w amerykańskiej telewizji w złej kolejności... Można się więc odrobinę zdziwić, że serial dostał drugi a teraz trzeci sezon. Ale jednak, najwyraźniej nie ja jedyna coś w tych szczęśliwych (powiedzmy...) zakończeniach widzę.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Żony i córki", miniserial BBC. Tytuł nam nie straszny.

Pomówmy trochę o tym, jak rewelacyjnym aktorem jest Michael Gambon. Czy mocniej utkwił w świadomości odbiorców, odkąd doklejono mu długą brodę i usadzono w roli dyrektora Dumbledora? Możliwe, chociaż nie była to rola równie porywająca co magiczne dzieciaczki albo Ralph Fiennes jako Lord Voldemort.
Przyznam się, że ja o Gambonie zapominam, jak zapomina się o tłumie świetnych aktorów. Czyli wymieniając z głowy różnych "naj" zapominam o Gambonie, ale każdy film z nim zawsze mi o tym aktorze przypomina.

Skąd  ta nagła agitacja na rzecz Gambona? Ha, poczekajcie, aż przejdę do Toma Hollandera - pastor Collins u Wrighta, lord Beckett u Verbińskiego, znacie go chociażby z tych ról. Wraz z nimi Iain Glenn (którego Liritio kocha bardzo), Bill Paterson (jego znacie, chociaż o tym możecie nie wiedzieć), Rosamund Pike (ją też Liritio kocha, głownie dlatego, że chciałaby mieć taki uśmiech), Francesca Annis (taka pani z "Diuny" między innymi... "Diuna" jest zaprzeczeniem dobrej ekranizacji, ale obsadę ma niegłupią).

Na podstawie książki Elizabeth Gaskell, "Żony i córki", nakręcono miniserial, który zaczęłam oglądać bez przekonania, a wciągnęłam się jakoś mimochodem, niespodziewanie, ale trwale. Bez grymasów proszę, tytuł mnie również odpychał (z książek Gaskell znam... hm, żadnej nie znam, nadal, jej nazwisko niezmiennie widnieje na czarnej liście "do przeczytania").

Molly Gibson, córka doktora wychowująca się bez matki, zostaje "uszczęśliwiona" macochą przez ojca zaniepokojonego jej niekontrolowanym dorastaniem. Właściwie do obejrzenia serialu zmusiła mnie koleżanka, która wątpliwie reklamowała go jako wariację na temat Kopciuszka. Wierutna bzdura, chociaż może w pierwszej chwili tak się wydawać - szczególnie, kiedy hipotetyczny widz (czyli np. ja) nie zdaje sobie sprawy, że jest to ekranizacja książki Gaskell, która, chociaż całkowicie mi nieznana, ma swojego rodzaju dobrą reputację w jednej z szufladek mojej pamięci.

Macocha jest więc obłudną manipulatorką, co nie robi z niej strasznej zołzy, raczej kobietę ograniczoną i odrobinę głupią, a także doświadczoną długą walką z wdowieństwem i biedą. Córka macochy, Cynthia, dziewczę urodziwe, trzpiotowate i nieświadomie podążające w ślady charakteru mamusi. Ale nie wyobrażajcie sobie konfliktu, Molly i Cynthia dogadują się dobrze, są słodkie niebywale. W końcu dla dwóch raczej samotnych dziewcząt nagły dodatek z siostry na pewno nie jest najgorszym, co może się wydarzyć, nawet jeśli zwykle tylko jedna z nich zbiera całą uwagę otoczenia.

Inny wątek, związany z Hamley Hall, jest o tyle lepszy, że Michael Gambon jako pan Hamley i Tom Hollander w roli starszego syna, Osborne'a, przyćmiewają swoją grą całą resztę. Gambon, porywczy, głośny Squire, którego refleksja odnośnie wagi różnych zdarzeń przychodzi zawsze zbyt późno. I Hollander, marzycielski, poetycki Osborne, który pilnie strzeże swojej tajemnicy. Moim zdaniem jest to przykład brawurowego duetu aktorów, który ciężko opisać. Po prostu trzeba obejrzeć na własną rękę starcia dwóch przeciwnych charakterów połączonych bardzo silną więzią. 

"Żony i córki" w czterech odcinkach zawierają sporo wątków poza tym teoretycznie głównym, znaczy nieodwzajemnionym uczuciem Molly do młodszego Hamleya i jej próbą godzenia się z jego miłością do lekkomyślnej Cynthii. Moim właściwie jedynym zastrzeżeniem do serialu jest Justine Waddell w roli Molly. Patrząc na nią nie widziałam dziewczyny niewinnej i chowanej pod kloszem, przez co całkowicie nieobeznanej z tzw. "prawdziwym światem" małych intryg i ludzkich słabości. Widziałam dziewczę nieco ślamazarne i nijakie, zamiast wyzbytego samolubności stworzenia, które obdarza miłością swoją prawdziwą i przybraną rodzinę. Egoistyczna Cynthia nie wydawała mi się postacią uboższą w zalety, nie wiem czy to wina gry aktorskiej Waddell, czy postaci Molly inaczej zagrać nie sposób, ale mnie okropnie irytowała jej bierność w znacznej większości zdarzeń, które miały miejsce.


Czyli niby głównie romans? Aha, wcale nie. Przede wszystkim smaczki poboczne, których Liritio jest niezmienną fanką. A tych w "Żonach i córkach" jest pod dostatkiem, a zaczniemy od wspomnienia zabawnych panien Pheobe i Browning. Dwie stare panny, jedna ciągle "mająca w obowiązku", druga jakby roztargniona, jakby lekko głupia, a przy tym cudownie poczciwa. Przypominają dwie nerwowe przepiórki, ale są dobrą ilustracją małomiasteczkowych nawyków ciągłego plotkowania, oceniania, potępiania i natrętnego doradzania.
Jest też młoda Rosamund Pike w roli gadatliwej, pewnej siebie Lady Harriet, która przewija się sporadycznie, ale niezmiennie odgrywa w akcji niemałą rolę. Właściwie Lady Harriet stała się moją ulubioną śmiesznostką w tym serialu, bardzo bawiły mnie jej odrobinę wredne komentarze, oczywiście niezmiennie utrzymane w dobrym tonie.

Wreszcie moje światełko, Iain Glenn jako tajemniczy pan Paterson, który ma twarz i mimikę podstępnego węża (serio, nic dziwnego, że w  "Grze o tron" musiał dorobić sobie zarost i trochę masy, inaczej nikt nie uwierzyłby w jakąkolwiek szczerość jego postaci). Kiedy Glenn pojawia się na ekranie, Liritio tylko czeka co uknuje, co nabruździ. I w "Żonach i córkach" namiesza niemało, ale na pewno nie nazwę Patersona czarnym charakterem.

Jest też rozedrgana pani Hamley, tępawy, acz lisi pan Cox, przemądrzała plotkara, czyli pani Goodenough (nazwisko znaczące, czyż nie?), skrzywiony, zgarbiony, małomówny sługa Robinson, nie wymawiająca "r" Lady Cumnor...

Moją ulubioną wartością "Żon i córek" jest bez mała stuprocentowe uniknięcie sztywnych ram postaci, żadnych biało-czarnych charakterów, wszyscy są odcieniami szarości. Knucia, uchybienia, pomówienia, tak, wszystko jest. I słabości charakteru, i wady aparycji, ale przy tym również odruchy bardzo piękne, czyny rozpaczliwe i godne podziwu. Wszystko chwyta za serce (w przypadku zblazowanej Liritio chwyta niestety tylko trochę, ale jednak!) i skutecznie przykuwa uwagę. Dlatego zabawną wadą jest pewna papierowość głównych (powiedzmy...) bohaterów, Molly i Rogera, którzy w większości scen wykrzesują z siebie mniej więcej tyle samo charakteru, ile możemy zaobserwować u żon ze Stepford. (swoją drogą, "Żony ze Stepford", ten film zostawił mnie oniemiałą z przerażenia i zakochaną w Glenn Close)

Jako że jest to produkcja BBC, nikogo nie zdziwię zapewnieniem o pełnym profesjonalizmie, solidności wykonania. Kostiumy, zdjęcia, muzyka, nic nie odstaje, nic nie zawadza, a pewna ponurość, jaką zawiera w sobie ekranizowany materiał, jest uwzględniona w przeniesionym na ekran świecie małego miasteczka i jego przeróżnych mieszkańców. Na pierwszy rzut oka wariacja na temat Kopciuszka? Jasne. 

I tak oto ja, nieczuła, zgryźliwa Liritio, tak się "Żonami i córkami" ucieszyłam, teraz mogę przyznać, że kiedy dotarłam do końca czwartego odcinka, właściwie mogłam zaczynać od początku. A chociaż rozpisałam się szkaradnie, z tekstu nietrudno wyłowić myśl przewodnią, że bardzo, bardzo do spotkania z tą ekranizacją zachęcam.

czwartek, 31 maja 2012

"Znowu noc, bezgwiezdna noc..."

"Taniec wampirów", jakieś... siedem lat temu w teatrze muzycznym Roma.
Łukasz Dziedzic (w roli Hrabiego von Krolocka) naprawdę potrafił mnie (i nie tylko mnie) porwać swoją barwą głosu. Tak bardzo, że kupiłam płytę z muzyką, którą dzisiaj znam na pamięć i w środku nocy, na wyrywki zaintonuję Wam, że "umarł Bóg, nie potrzebuje go nikt...".

Niestety nigdy wcześniej i nigdy później żaden musical w Romie mojego serca nie podbił, chociaż nadal chodzę na nie od przypadku do przypadku i boleję nad własną oziębłością - ostatnio "Nędznicy" zimą... Miejcie litość nade mną, ów spektakl mnie dobił!
Jednyny "Taniec wampirów" wspominam niezwykle dobrze i muzyki słucham uparcie.


Ale wiadomo, że nie w Polsce się zaczęło, a w Wiedniu.
4 października 1997r., data premiery "Tanz der Vampire", i główna rola należąca do jedynego w swoim rodzaju Steve'a Bartona. O szalonym uwielbieniu dla niego wspominałam już wcześniej, nadmiernie powtarzać się nie będę. Głos miał przepiękny, charyzma uszami z niego wyłaziła, platoniczna miłość utkwiła we mnie na dobre.

Oczywiście już sama rola złego i tragicznego Hrabiego skłania do sympatii, a może i wzruszenia.
("Taniec wampirów" to przerobiony na musical scenariusz "Nieustraszonych pogromców wampirów" Polańskiego - sami wiecie, zamek, wioska, straszny wampir, stary profesor, ruda niewiasta i zakochany kawaler... Nawet jak nie wiedzieliście, to już wiecie)
Jakże można polubić młodego i dzielnego Alfreda (na ratunek ukochanej Sarze!), kiedy w opozycji mamy Krolocka, który również urody dziewczynie nie odmawia, ale tak najbardziej to chciałby ją zjeść. Może nie całą, jedynie uszczknąć odrobinkę, nadpić tyci. 

Skąd w nas (w dużej części nas?) takie skłanianie się ku stronie mroczniejszej, że kiedy szlachetne i dzielne serce Alfreda gna go w straszne niebezpieczeństwo, ziewamy, może trochę parskamy i ogólnie nudzimy się odrobinę. A potem nadchodzi wredny Krolock, snuje rzewną pieśń o swoim nienasyconym głodzie i Liritio już go kocha troszkę... Romantyzm odwrócony?

Przykład sztandarowy: "Upiór w operze". Aj, Christine, Christine, dlaczego?
A tak naprawdę jej wybór jest całkowicie zrozumiały. Romantyzm swoje, życie swoje, czy któraś z nas naprawdę chciałaby wiązać się z szalonym awanturnikiem, mordercą, bez pracy, rodziny czy nawet minimalnego dochodu? Śpiewać może ładnie, ale wilgoć piwnic to gwarantowany reumatyzm.
Oczywiście wiem, że sztuka rządzi się innymi prawami, a najbardziej (chyba) znany upiór, znaczy Gerard Butler (zadziwiająco przystojny w tej roli), miał moje pełne poparcie, nawet jeśli znałam tragicznie szczęśliwy koniec.

Jednak dylemat jest inny: kogo preferowałaby Liritio, gdyby Raoula ("Upiorowy..." amant nr. 1) grał Barton? A naprawdę tę rolę grał, w oryginalnej obsadzie na Broadwayu i West Endzie. Upiór, tak dramatycznie pociągający vs. Raoul, strasznie miękkie kluchy w większości interpretacji... Ale Barton!
Prawdopodobnie Raoul de Chagny w wykonaniu Steva Batrona byłby jedynym znanym światu przypadkiem postaci młodzieńca ze szlachetnym błyskiem w oku, którego bym mogła preferować nad Upiory wszelkie.

Skąd więc taki odwrócony romantyzm postaci u co najmniej części dam? Upiór, Krolock, Dracula, Lestat... Możemy też opuścić krainę fantazji i oddać się ziemskim sprawom. Czy to jedynie moja przypadłość, że wśród wszystkich postaci szekspirowskich nie ma żadnej nad Jago?

Muszę jednak przyznać, że pomijając twory fantastyczne czy inaczej bajkowe, niełatwo znaleźć czarny charakter, który nie miałby trudnej konkurencji w bohaterach lepszych od siebie. I chyba nie będzie stwierdzeniem na wyrost, że im bardziej kino szło do przodu, tym bardziej czarne i białe stawało się szarym?

Ten wpis był próbą, czy nadal potrafię. Czy potrafię usiąść i bez zmuszania się stworzyć kilka zdań na temat (albo i bez, jak dzisiaj), czy mój blog jeszcze ma sens.
I chyba ma, bo nawet jak odstawiam wirtualne zwierzątko na margines, cięgle wracam - z lepszym lub gorszym skutkiem. Tego możecie się bać albo na to czekać, na razie mam nadzieję na wzrost formy.

A tymczasem, umiecie wybrać swoich ulubionych "złych"? Albo "złe"?
Gdybym miała zaczynać taką wyliczankę... No tak, na pierwszym miejscu jeden pan słuchający Beethovena, trzaskający szyją, zawsze na prochach. Kto? Norman, oczywiście, Gary Oldman kupił  mnie tą rolą na wieki. W ogóle, któż lepszy na czarny charakter, niż znakomite trio: Oldman, Rickman (yippee-ki-yay... zakończenie boli mnie niezmiernie), Malkovich. Panowie nie są zaszufladkowani do złej strony mocy, ale nie da się ukryć, pierwszorzędnie odnajdują się w rolach moralnie wątpliwych charakterów.
Ale rzeczywistość jest trudniejsza do oceny, w ilu bowiem filmach, które oglądamy z zadowoleniem, można wyznaczyć wyraźną granicę dobro/zło? Oczywiście kino z American Dream chętnie wyznacza tę granicę za nas, ale poza tym?
Nie można.
Stąd może pytanie powinno być dłuższe: czy macie ulubieńców wśród charakterów z szarej strefy?
Ponownie mogłabym zacząć przypadkowo, pierwszym skojarzeniem z ostatnich dni: Patty Hews, główna rola (Glenn Close) z bardzo godnego polecenia serialu "Układy" ("Damages"). Tak, ale to jest serial o prawnikach, gdzież więcej szarych stref, niż w serialu o prawnikach? Glenn Close jest w tej roli tak świetna, że pozostaje jedynie zalecać Wam osobiste zapoznanie się z serialem. Bez wątpienia warto.

Swobodny przepływ myśli doprowadził mnie od polskiej sceny musicalowej do amerykańskiego serialu. Na początek, po przerwie, wystarczy.

środa, 8 lutego 2012

I am Sherlocked.

Papierowa latarnia, wybierając między innymi Liritio do serialowego łańcuszka zwierzeń (wybacz poślizg), stała się bezpośrednią przyczyną wyznania, do którego zbieram się od mniej więcej roku. Ale po kolei - chociaż tytuł już mówi wszystko.

Jestem do serialowych rozrywek przywiązana niczym kogucik do kokoszki. Kocham je, ale troszkę. Przebieram wybrednie, zakochuję się w banalnym szczególe i już zostaję. Na chwilę. Albo na dłużej. Tak czy inaczej, moje upodobania serialowe zmieniają się niczym w kalejdoskopie (ha, żarcik jak ta lala), jak tu wybrać te ulubione?

Prosto, takie są dwa: "Seks w wielkim mieście" i "Przyjaciele".
Tyle. Oryginalnością nie powaliłam, wybaczcie.

Oba już zdjęte z anten, owiane każdy własną legendą, wszyscy je znają, nawet jak ich nie znają, pewnego rodzaju ikony swoich czasów. Nie mam więc do dodania wiele, a na pewno nie dziś. O rzeczach ukochanych mogę dużo albo wcale, dzisiaj będzie wcale.

Ale! Jest jedno cudeńko antenowe (już wiecie, już wiecie które...?). Serial idealny, naprawdę, nie mam ani jednej uwagi krytycznej. No dobra, jakąś tam mam, nieistotną, nieważną, tycią, nawet nie wspomnę.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że BBC wypuściło serial oparty na motywie Sherlocka Holmesa i przeniosło go do współczesnego Londynu... Nie sądziłam, że to może się udać. A że w tak spektakularnie dobrym stylu, od zera do bohatera, jestem pod wrażeniem od dłuższego czasu.

Perfekcyjna obsada, pochwały i nagrody leją się zewsząd, ja też jestem zafascynowana, też czekam na kolejny sezon z utęsknieniem.

Oczywiście najbardziej kocha się Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana, Sherlock i Watson, panowie dograli się idealnie, fani zapewne wariują w wymyślaniu historii łączących tę dwójkę innego rodzaju więzią, niż przyjaźń. Jednak cała obsada serialu to strzały w dziesiątkę, z moim ulubieńcem Moriartym. Zastanawiałam się, jak go sportretują, i udało się brawurowo.

Zaadaptowane opowiadania A. Conan Doyle'a tworzą półtoragodzinne odcinki pełne znakomitych dialogów (niestety na razie jest ich tylko sześć), a wiążąca je opowieść o specyficznych panach (i epizodycznych paniach) nie pozwalała mi spokojnie zasnąć kilka razy. Emocje obudziły się nawet w Liritio, o to w rzeczywistości jest znacznie trudniej, niż mogłoby się wydawać.

Oddzielne zagadki każdego odcinka, oddzielna historia przewodnia, i te wszystkie piękne szczegóły! Co łączy ze sobą Sherlocka Holmesa i Bee Gees? Odpowiedź na to pytanie czeka. A ja usychając z tęsknoty mogę klikać replay przy "Staying Alive" i uśmiechać się pod nosem.

Nie oglądacie seriali. I nie lubicie Sherlocka Holmesa. Nawet jeśli w ogóle nie przepadacie za wizją i fonią, oglądajcie Sherlocka BBC, jest to twór perfekcyjny, porywający i szkoda przegapić, a przynajmniej nie spróbować.

Hm... Tak, wydaje mi się, że już nie pozostawiłam żadnych wątpliwości, jaki jest mój ulubiony serial.

środa, 2 listopada 2011

Maratończyk(czka)... Maratonka? Serialowa czkawka.

Długość tasiemcowa. Adekwatnie do tematu. Anty-zwolenników gatunku przepraszam, tematyka inna w najbliższym czasie.

Wraz z końcem września rozpoczął się sezon tracenia czasu na seriale. Ja również, jak zwykle (chociaż w tym roku jakoś mniej radośnie) zasiadłam do kontemplowania nowych losów moich serialowych mordeczek.
Niestety nic nie ukryje faktu, że sezon n-ty, jak rewelacyjny by nie był (a rewelacyjnych nie ma, to mogę stwierdzić od razu), nie przeskoczy poziomu początkowego. Dlatego Liritio kontynuuje praktykę sezonu ogórkowego i nadal zapuszcza się na nieznane sobie serialowe wody, szukając NOWEGO, które będzie ciekawe. I nawet coś, czasem znajduje.
Czy upodobanie do seriali to rzeczywiście oznaka braku życia prywatnego (jak to kiedyś skomentował nasz kochany Joey)? Trudno, zdarza się najlepszym.

W najbliższym czasie (jest nadzieja) napisałabym Wam o tym, dlaczego
"Studio 60 on the Sunset Strip" to chyba jeden z moich ukochań wszech czasów. I o tym, o ile lepsze od moich oczekiwań (głównie obaw) okazało się "Miasteczko Twin Peaks" - że kocham agenta Coopera domyślicie się zapewne i bez mojej pisaniny. I jeszcze o tym, dlaczego zdecydowanie przekładam rewelacyjne "Układy" (vel "Damages") nad bardzo sympatyczne, ale zdecydowanie mniej rewelacyjne "Suits". I nawet opowiem Wam historyjkę, jak to z dość miernych książek niejakiej Lindy La Plante powstał całkiem dobry (w sumie z każdym sezonem lepszy) serial "Above Suspicion", dzięki któremu mogę swobodnie ślinić się nad Ciaranem Hindsem i wmawiać C., że tak naprawdę cieszy mnie dobre, mroczne, angielskie kino kryminalne.

Ale to tylko zapowiedź świetlanej przyszłości w internetowej bazgraninie Liritio, dzisiaj zajmę się szybkimi (hm, no prawie) niusami z wizji.
Polecimy więc prawem starszeństwa i na pierwszy ogień moich srogich (ha, ha, jasne...) i wnikliwych (dobra, niech ktokolwiek spróbuje się tu zaśmiać) komentarzy trafi House.

Pamiętacie go jeszcze? Ja słabo.
A jednak poczułam ukłucie zainteresowania osobą House'a w więziennym otoczeniu, w odcinku otwierającym ósmy sezon. I teraz, po obejrzeniu trzech odcinków mogę wydać werdykt: powoli, z mozołem, niczym ta lokomotywa, House dźwiga się w górę, wraca na stare tory i mam wrażenie, że z każdym kolejnym odcinkiem będzie w nim coraz więcej "starego, dobrego House'a" (tutaj można kiwać głową z nostalgiczną miną).

Prawdą jest (moją prawdą), że sezon siódmy pogrzebał House'a (nie oglądałam prawie żadnego odcinka, wystarczyła ta nędza, na którą trafiłam), chociaż szósty też przysługi serialowi nie czynił. I dlatego cieszę się, że mój ulubiony doktor wraca w lepszej formie, ponownie w komitywie z Wilsonem (koniec drugiego odcinka mnie rozbroił i kupił), ponownie z problemem na głowie (skąd wziąć kasę, jak odzyskać stary team i dlaczego właściwie z jego biurem sąsiaduje teraz klinika...), z nowym szefem aka starym podwładnym...
Tak, nic nowego w ósmym sezonie na razie nie zobaczyłam (ale skoro to ósmy sezon, nie spodziewam się nowego), ale za to radośnie przyklaskuję każdemu pomysłowi, który zbliża House'a do klimatu pierwszych kilku sezonów (które kocham bardzo) i prostuje te wszystkie nonsensy i żałości naprodukowane później.
Powrót House'a uważam za oficjalny i mam nadzieję na przyszłość oraz finisz w wielkim stylu. Może mnie nie zawiodą.

Idąc dalej, siódmy sezon "How I Met Your Mother" na razie kontynuuje poziom szóstego... Dalej czekamy na Mother, teraz czekamy jeszcze na domniemaną żonę Barneya. Robin znowu chce od życia czegoś, co już miała i zostawiła. Ted nadal szuka miłości, a Lily i Marshall są w ciąży. Niby nic ciekawego, ale ogląda się tak samo przyjemnie, chociaż może już sporo dowcipów się osłuchało. Tak czy inaczej, ja HIMYM nie zostawię, szczególnie, że "New Girl", na którą miałam wielkie nadzieje, okazała się nudna i bezcelowa, a dla uśmiechu jeden sitcom zawsze miło podejrzeć. A ile razy można powtarzać "Friendsów"? (sporo, ale nie na okrągło)

Natomiast zdziwiona jestem niezłym początkiem piątego sezonu "Plotkary". Wszyscy są nadal tak ładnie ubrani... Cztery odcinki nowego sezonu pozytywnie mnie zaskakują, chociaż tutaj (odwrotnie do "House MD") spodziewam się wkrótce spadku formy i pogrążenia się bohaterów w tym samym bagienku gry "każdy z każdym", którą zostawili rozgrzebaną (jak zwykle) sezonem czwartym. Ale na razie cicho sza, mogę odpukać, jest interesująco.

Czwarty sezon "Castle" na razie mnie wkurza, ale ciągle również trzyma przy sobie wdzięczną obsadą - tego brak "Mentaliście", obsady, w której wdzięczny jest ktokolwiek poza Simonem Bakerem.
Po tak zaskakującym finale trójki byłam pewna, że "Castle" w końcu zmieni trochę kierunek i nie powtórzy błędu "White Collar" oraz "Mentalisty", w których poważniejsze i ciekawsze historie z życia bohaterów są całkowicie olewane na rzecz kolejnych zagadek do rozwiązania.
Rozumiem, serial proceduralny itd., ale jednak! Niestety scenarzyści "Castle" pokazowo dają ciała. Przełomowy moment z finału trzeciego sezonu został skrzętnie zamieciony pod dywan i początki czwartego (poza pierwszym odcinkiem) są po prostu nudne.
Nic to, może będzie lepiej... Albo bye bye Castle.

Szczególnie, że odkryłam inny serial detektywistyczny, "Body of Proof", którego drugi sezon rozpoczął się we wrześniu. Kanwa podobna do "Bones" (tego serialu nie trawię), a więc genialna pani patolog i dzielny policjant. Co mnie w "Body of Proof" pociąga, to naturalność postaci, wśród których nie ma wielkich geniuszy, przystojnych twardzieli czy "aspołecznych acz zabawnych" kobiet. Megan Hunt jest rozwiedzioną uciekinierką ze świata, w którym była bogatą żoną prawnika i odnoszącą sukcesy panią neurochirurg. Ma nieznośną matkę, trochę mniej nieznośną córkę, a jej szefowa umawia się z eks mężem. Jest irytująco pewna siebie i bezkompromisowa, ale nie w sposób, który powoduje u mnie tiki nerwowe. Co w telewizji szokujące, Megan nawet wygląda na matkę nastolatki. Miła odmiana.
Partnerujący jej detektyw, Peter, zawsze służy dobrą radą, odrobinę przypomina niegroźnego misia i ładnie ciągnięty jest wątek ich wzajemnej sympatii.
Tak, w "Body of Proof" wdzięk obsady połączony jest z zaskakująco ciekawymi tajemnicami do rozwiązania, chociaż oczywiście zdarzają się lepsze i gorsze odcinki. Jak na razie to właśnie ten mało popularny serial staje się moim numerem jeden.


Czego nie oglądam i na co czekam?
Najsmutniejsze: "Glee". Nie mogę, zobaczyłam pierwsze dwa odcinki i poczułam wyraźnie, że się przesyciłam. Nawet fenomenalnie wdzięczny i potwornie utalentowany Darren Criss nie jest w stanie przyciągnąć mnie do kolejnych odcinków. A pierwsze dwa były słabiutkie, co najgorsze, Sue, fantastyczna Sue oszalała (nie dosłownie) i już nie jest fantastyczna, ale wkurzająca.
Will i Emma są razem, a ja nie wiem, co przeoczyłam, w ogóle nie wiem jak do tego doszło.
Dzieciaki z New Directions jakoś mnie nie porwały, piosenki też nie... Aj, albo się zestarzałam (ale oglądanie "Plotkary" temu przeczy), albo nasyciłam radosną atmosferą "Glee" z dwóch sezonów i trzeci doprowadzi do przesytu oraz mdłości.

Nie oglądam też "New Girl", chociaż chciałam. Bo jak tu nie czuć sympatii do Zooey Deschanel? Temat podobny do "Przyjaciół" czy "How I Met Your Mother", czarująca aktorka, zapowiadało się nieźle. I chociaż nie ma tragedii, to jest ten typ serialu, którego zwyczajnie nie chce się oglądać. Jedno wzruszenie ramion i możemy przejść do czego innego.

Mianowicie do mojego prywatnego zdziwienia, że z umiarkowaną niecierpliwością czekałam na wznowienie "Covert Affairs", które oglądałam w wakacje. To głupie, ale brakowało mi wyszczekanej, wiecznie uśmiechniętej blond agentki i jej ślepego technika. Nie da się ukryć, oboje są słodcy niczym tęczowe misie. A ja przecież najbardziej kocham właśnie takie misie...
A że w nowych odcinkach ma się pojawić ponownie Oded Fehr, na którego widok robi mi się zdecydowanie cieplej, mam nadzieję, że twórcy w końcu porzucą idiotyczny, aktualny wątek miłosny i zajmą się nowym, hipotetycznym, ale znacznie fajniejszym.

Z nowości kolejnych, "Person of Interest" to rzecz zastanawiająca. Niby proceduralna nuda, ale nie do końca. Przede wszystkim świetnie (na razie) prowadzą głównych bohaterów, Pana Reesa (Caviezel) i Pana Fincha (Michael Emerson). Były agent CIA, były... w sumie nie wiadomo na razie kim był Mr. Finch. Obaj w teorii nie żyją, obaj są słodko złośliwi i mało się przejmują życiem jako takim.
Chociaż temat brzmi absurdalnie - genialna maszyna wykrywa nadchodzące przestępstwa i wypluwa coraz to nowe nazwiska, którymi trzeba się zająć i powstrzymać nadchodzące nie wiadomo co... Jasne.
Ale realizacja jest nadzwyczaj sprawna, o ile nie pogrążą się w nudzie kolejnych zagadek stricte, będzie co oglądać. Jim Caviezel w głównej roli to coś nowego, świetny aktor, w serialu bym się jego akurat nie spodziewała. I jeszcze jego John Reese wjeżdżający ogromną ciężarówką w limuzynę "tego złego"... Nie da się ukryć, że mają panowie rozmach.

Na koniec zagadka, "Grimm", ciągle w sferze "nadchodzi" (niby już nadeszło, ale przegapiłam pierwszy odcinek...). Współczesna interpretacja baśni Braci Grimm, na początek poszedł chyba "Czerwony Kapturek". Jakiś magiczny ród Grimmów i straszne bestie kryjące się pod maską zwykłych, szarych obywateli. Detektywi i mordercy. Będzie dobre? Nie będzie dobre? Niby miało być, tematem się ucieszyłam, ale zapowiedź pilota osadziła w miejscu moje ewentualne nadzieje, a tym bardziej głosy na temat odcinka rozpoczynającego serię. Teraz już sama nie wiem. Niech to będzie dobre...

piątek, 12 sierpnia 2011

"Pushing Daisies" aka "Gdzie pachną stokrotki".

Lato trwa! - Tak, tak, uznałam, że ze względu na warszawską szarość w powietrzu muszę o tym przypomnieć, przynajmniej nieszczęśliwcom zgromadzonym w tej samej strefie wpływów atmosferycznych, co ja. Chociaż dzisiaj jeszcze nie ma tragedii, ale jak spojrzę wstecz na mijający tydzień...
A wystarczy odwiedzić Pie Hole i lato wraca, o ile nie do miasta, to przynajmniej na chwilę do Was.

Oficjalnie ogłaszam "Pushing Daisies" najbardziej pachnącą słońcem produkcją, jaką w ramach seriali widziałam. Na ile serial może pachnieć czymkolwiek :) Chociaż "Pushing Daisies" ma wiele wspólnego również z wąchaniem kwiatków od spodu.

Ned, The Pie Maker - nieskończenie uroczy Lee Pace - otrzymał od losu specyficzny dar, który pozwala mu ożywiać zmarłych jednym dotknięciem. Drugim posyła ich z powrotem na drugą stronę... Chyba, że nigdy nie dotknie ich po raz drugi.
Tak do Neda dołącza Chuck - śliczna, zupełnie mi nieznana Anna Friel - jego pierwsza, młodzieńcza (bardzo) miłość. Kim byłby zakochany mężczyzna, z własnej woli posyłając ukochaną z powrotem do grobu? Ale skoro Chuck ożyła, ktoś inny musiał umrzeć, w przyrodzie najważniejsza jest równowaga!
Chodzące zwłoki, zombie, ponownie żyjący... Z semantyką problemy ma Emerson, biznesowy partner Neda. W efekcie określa Chuck prosto, jako "The Dead Girl".
Chociaż w robienie ciast Ned wkłada sporo serca, głównie ożywiając zgniłe owocki, nie jest to wybitnie intratne zajęcie. Co innego łowienie nagród oferowanych za znalezienie zabójcy... Tak oto Ned i Emerson pracują razem, a Emerson oddając się robieniu na drutach pokonuje stres związany z żywą/martwą/ponownie żywą Chuck.

Kolorowe "Pushing Daisies", trochę przerysowane, stylizowane na coś pomiędzy groteskowymi światami Tima Burtona a pełną barw i dziwacznych min "Ugly Betty", jest istną wylęgarnią surrealistycznych charakterów.
Poza fantastyczną trójką z kostnicy - chłopak od ciast, chodzące zwłoki i czarująco dobierający koszule detektyw - wkoło Pie Hole kręci się grupka postaci pobocznych.
Olive, mała kelnereczka zakochana w Nedzie (w tej roli Kristin Chenoweth, uwielbiam ją :) złośliwy skrzacik z wielkim głosem.
Dwie ciotki Chuck, czyli pełne ograniczających je fobii Darling Mermaid Darlings na emeryturze.
Mój faworyt, pracownik miejscowej kostnicy, obsesyjnie dba o miękkość dłoni. I pieniądze na czynsz.
Objazdowy sprzedawca antydepresantów, który nigdzie nie jeździ (przez pewien czas).
I wiecznie żywy pies, który nigdy nie dotyka swojego pana.

Zabawne podejście do rzeczywistości i niezłe dialogi, absurdy, śmiesznostki, kolory, muzyczka w tle i zimne trupy na każdym kroku... Cyrk przyjechał!
Każdy odcinek to całkiem nowe morderstwo do rozwikłania, a niecodzienna umiejętność Neda zwykle pomaga w zdobyciu jedynie pierwszej wskazówki. Serial prawie że proceduralny :)

"Pushing Daisies" ma tylko dwa sezony, a szkoda. Dwadzieścia dwa odcinki to tak mało, chciałabym móc oglądać dalej, ale "Pushing Daisies" niestety nie jest serialem, do którego prędko można wrócić ze świeżym spojrzeniem. Feeria barw i specyficzne dialogi mocno zapadają w pamięć.
A było pięknie... Morderstwo hodowcy psów - bigamisty. Albo bałwan z trupem ukrytym pod śniegiem, każdego dnia nowy. Bliźniaczy właściciele domu pogrzebowego aka hieny cmentarne ze sporą nadwagą. I związek zawodowy klaunów, i tajemnicza śmierć truflowej zakonnicy, i morderstwo wśród producentów miodu... Jest nawet odcinek z jeźdźcem, z głową co prawda, ale i tak jest fajnie.

Odcinek pilotowy jest genialny, a tak wysoko zawieszoną poprzeczkę ciężko przeskakiwać za każdym razem. Ale nawet biorąc pod uwagę ten prawie niemożliwy do prześcignięcia początek, "Pushing Daisies" trzyma poziom... Do czasu.

Nie zrozumcie mnie źle, sama jestem oczarowana tym serialem, pierwszym sezonem dosłownie się zachłysnęłam, oglądałam codziennie nowy odcinek, czasem dwa. Wciągnęłam w szaleństwo też C., który po pytaniu "co to za szalona kobieta bez oka?", tak samo jak ja dał się zahipnotyzować i oglądał już do końca ze mną.
Ale dostrzegam pewien problem serialu: kiedy minął pierwszy zachwyt i oszołomienie czymś tak... innym, stało się oczywiste, że im dalej w las, tym mniej twórcy mają pomysłów na zwroty akcji. W drugim sezonie brak jakiegoś haczyka, na który łapałby się widz, który zmuszałby go do powrotu, do oczekiwania, do wykrzykiwania "i co dalej?!"

"Pushing Daisies" czaruje niecodziennym klimatem, oryginalnością, niczym ogromna, trzepocząca się wkoło, egzotyczna ważka. I chętnie wracałam do Pie Hole żeby zakosztować jeszcze trochę atmosfery, zobaczyć te kolory, rozbawić się dialogami. I C. znacznie prędzej zaczął się jęczeć o braku zaskoczeń fabułą. Mnie za to znacznie prędzej zaczęły irytować naleciałości rodem z "Amelii", które nie da się ukryć, w "Pushing Daisies" są częste.

Ale nic nie jest doskonałe, a powyższe wady są prawie nieistotne, kiedy okazuje się, że niektóre z odcinków zaczynają się wierszowanymi retrospekcjami do dzieciństwa Neda. Wierszowanymi!
"Pushing Daisies" może chwilami znużyć, ale szkoda to całkiem ominąć, bo była to świetna zabawa. I na chwilę powracało lato.

czwartek, 30 czerwca 2011

Opowieści z otchłani lekkich treści. Znowu rym, najwyraźniej bywa to silniejsze ode mnie.

Dwadzieścia (policzyłam) dwadzieścia roboczych postów tylko z ostatnich trzech miesięcy! Carramba, zakrzyknęłabym niczym tajemniczy szpieg Don Pedro, gdyby nie to, że pora jest raczej późna i tego typu okrzyków wydawać nie przystoi.
Tyle pozaczynanych, pierwszych, drugich i czasem środkowych zdań, a finiszu ani jednego, mimo obiecywanego zalewu pisaniny. Te moje obietnice, wszystkie tyle samo warte...

Zauważam ostatnimi czasy problem z wykazywaniem zainteresowania czymkolwiek poza - hipotetyczny przykład - durnym amerykańskim serialem. I chociaż świetnie zdaję sobie sprawę z faktu, że zainteresowanie durnym serialem wykazywałam zawsze, zwykle owemu serialowi towarzyszy jednak jakaś lektura cięższego kalibru, niż - nadal hipotetyczny przykład - przygody blond panienki w szeregach CIA.
A teraz?! Strach podsumowywać, bo łapki mijają mi się z kolanami, kiedy załamuję je w żałości nad własną osobą i nie wiem czy stan obecny to oznaka wychodzącego ze mnie stresu i zmęczenia, czy jednak postępującego cofania się w rozwoju.

Wiecie co ostatnio czytam? Wszystkie książki Alistaira MacLeana, które pamiętam, że są niezłe. A dlaczego pamiętam? Oczywiście ponieważ kilka lat temu przeczytałam te wszystkie, które moja matka miała na półce. Mogę Wam zdradzić ów MacLeanowy sekret: "Stacja arktyczna Zebra" bije inne na głowę, "Złote rendez-vous", "Siła strachu", "Noc bez brzasku" i "Przełęcz złamanego serca" pozostają niedaleko w tyle, innych nie pamiętam, ale wiem jeszcze, że "Działa Nawarony" uśpiły mnie skutecznie.
Alistair MacLean (coś mam wrażenie, że pisarzy o nazwisku MacLean jest sporo i każdy z innej mańki... A może to tych o nazwisku MacDonald jest dużo...?) daje radę w momencie, kiedy umysł spragniony jest relaksu. Gorzej, kiedy lektury z nazwiskiem MacLeana na okładce kończą się i pozostają nam - ciągle czysto hipotetycznie - seriale o młodej agentce CIA, w których Henry z "Ugly Betty" gra ślepego mistrza technicznych nowinek...
Przy okazji, kto by pomyślał, że facet piszący książki sensacyjne z najtwardszymi z twardych w rolach głównych, okaże się Szkotem! Wikipedia mi powiedziała, że MacLean był Szkotem. Kojarzenie wszystkich bohaterów jego książek, którzy buty wiążą i usuwają ciążę, na dodatek niezmiennie w tragicznych warunkach atmosferycznych, ze szkockim kiltem jakoś... Nie pasuje. Pomówmy o stereotypach :)

Dobrze, czyli czytam MacLeana i oglądam... W tym akapicie jeszcze nie oglądam. Czego więc nie czytam? Chociażby "Po zmierzchu" Murakamiego, które już przeczytałam... Prawie.

Szczerze mówiąc nie chciało mi się czytać tego do końca. Niby Murakami, ale nuda straszna, niby ten sam styl, ale w okolicach strony... No, nie pamiętam której strony, w każdym razie w jej okolicach odechciało mi się czytać kolejną stronę. A to dziwne, bo przecież to Murakami, którego w sumie lubię, jeszcze temat jakby ilustrujący „Nighthawks at the Diner” Hoppera, i jazzowe zaśpiewy w tle, powinnam się radować. Ale najwyraźniej coś między mną a historią z „Po zmierzchu” nie zaskoczyło i do listy trzech książek tego japońskiego pisarza, które naprawdę uważam za świetne, nie dołączy czwarta. Dla przypomnienia, te świetne to: „Przygoda z owcą”, „Tańcz, tańcz, tańcz” i „Wszystkie boże dzieci tańczą”.
Główna luka w przyjemności z lektury „Po zmierzchu”? Męczące wrażenie, że nie widzę, co też Murakami chciał w tej książce napisać i czytam zdania może i ładne, ale bez większej treści.
A kiedy nie chcę większej treści, co robię? Nadal hipotetycznie: oglądam serial, w którym Peter Gallagher gra szefa jakiegoś bliżej niesprecyzowanego oddziału CIA. Ale na pewno nie sięgam po Murakamiego w poszukiwaniu braku treści.

Na domiar złego nie czytam również "Koniec jest moim początkiem" Terzaniego. Po pierwszych stronach poczułam, że nie w porządku jest czytanie książki będącej podsumowaniem życia autora i prywatnym dialogiem z jego synem zarazem, kiedy nie mogę się skupić, a myśli ulatują w eter.
I nie czytam też "Terra Nullius" Svena Lindqvista, chociaż w torebce noszę - więc na blogu nie kłamię :) - ale w komunikacji miejskiej, nie mogąc się skoncentrować na opowieściach z Australii, słucham ostatnimi czasy muzyki. Niemniej "Terra Nullis" już spory kawałek Warszawy objechała/obejrzała, samochodem też ze mną jeździ, więc przynajmniej kawałek świata zobaczy.

Czyli co, przyznam się w zakończeniu, oglądam seriale. Dwa. Mam na to czas, jako że rok akademicki dobiegł końca i z zajęć obligatoryjnych pozostała jedynie praca, praca, praca... I chwilowo pada. Poza tym, nie oszukujmy się, na dwa seriale znajdę czas zawsze! To część mojego uroku...

Tydzień temu złamałam się pod naciskiem grupy rówieśników i rozpoczęłam przygodę z "How I Met Your Mother". Haaaave you met Ted? Barney jest moim idolem, a gdybym nie zapytała natychmiast znajomych, co się dzieje w sezonie szóstym (jestem w połowie pierwszego), miałabym trochę więcej zabawy licząc na szybkie i szczęśliwe zakończenia. Ha, ha, w serialu?
Ponadto, czyniąc hipotetyczne założenia prawdą, serial o blond agentce CIA z C. Grahamem i Gallagherem partnerującym niejakiej Piper Perabo (z jej filmografii wynika tyle, że nie zdołała dotąd zagrać w czymś wartym uwagi), czyli "Kamuflaż" ("Covert Affairs" to lepszy pomysł), uświetnił mi kilka chwil. A przynajmniej zajął, chociaż nie jest to cudowna produkcja, w wakacyjnym sezonie ogórkowym mnie na razie wystarcza. Jestem co prawda w trzecim odcinku sezonu pierwszego, a mam wrażenie, że w niedalekiej przyszłości rozpocznie się transmisja drugiego, ale te trzy pierwsze odcinki zachęciły mnie do obejrzenia kolejnych trzech. Czyli jest nieźle.

Dobiegł więc końca nieco przydługi post z serii "zacznę pisać i zobaczymy co dalej", mam nadzieję, że w najbliższym czasie oszczędzę Wam powtórki z tego typu wpisów. Może na rzecz tekstów głębszych w określoną zawartość tematyczną i mniej moich wtrąceń zza krzaka? Jest nadzieja.

poniedziałek, 4 października 2010

Serial, serialu, serialowi...

Wiem, że sezon serialowy, który rozpoczął się raptem dwa tygodnie temu, został już w każdą stronę podsumowany i przedyskutowany. Ale jednak o serialach bym chciała napisać i ja, bo serialową panienką jestem już od kilku lat. Chociaż - o dziwo - do wieku zaszczytnego, dwudziestoletniego, broniłam się przed serialami zębami i pazurami. A potem, nagle, już nie.

Wrzesień przeminął, edukacja szkolna ruszyła na dobre (co gorsza, właśnie rusza także akademicka, a mnie się oczywiście nie chce), należy kaganek oświaty wspomagać. Dlatego też, drogie dzieci, nie-dzieci, ale starsi z duszą dziecka albo i bez, przypomnimy sobie dzisiaj przypadki. Że przypadków jest siedem, trochę nam to zajmie.

Mianownik, kto, co rządzi w tym sezonie? O dziwo "Castle". Pierwsze odcinki trzeciego sezonu nie opuściły poziomu, chociaż również go nie podwyższyły. Beckett ma dziwne włosy, ale postaram się jej to wybaczyć, Castle uroczy jak zwykle, chemia między nimi działa, postaci poboczne bawią mnie nadal i aż chce się oglądać dalej. A zagadki równie zagadkowe, co wcześniej (czyli zagadkowe średnio, ale wystarczająco). Szokuje mnie fakt, że na "Castle" czekam najbardziej, bo ani tego typu seriale nie wciągają mnie jakoś specjalnie (wszelakie "Bones", "CSI", "Criminal Minds", "The Mentalist"... ani, ani), a wszystkie moje kochania serialowe nie powinny się popsuć (ale się spsuły). I tym sposobem "Castle" wylądował w mianowniku.

Dopełniacz, kogo, czego bardzo mi brak? Jest seria, zakończona jeszcze w 2008 roku, ucięta po pierwszym sezonie. I ja się pytam, dlaczego!? "Moonlight", wyjątkowo się wpisuję tym w wampirze trendy, wampir - detektyw, młody (no, prawie...), zdolny, atrakcyjny. Do tego piękna dziennikarka i jej narzeczony - prokurator, była żona wampira, mocno obsesyjna na jego punkcie (wątek wyjątkowo podobny do tego w późniejszym "True Blood") i mój ulubieniec oraz wisienka na torcie, przyjaciel głównego wampira, oczywiście również krwiopijca. Czarujący i złośliwy milioner, taka urocza zaraza :) Że główny bohater był trochę zbyt szlachetny jak na moje gusta, drobnostka, bowiem postać jego kolegi wynagradzała mi z nawiązką niektóre odrobinę zbyt mydlane zgrzyty. Akcja nie była zła, więcej, coraz ciekawiej się rozwijała. Ja, szczęśliwa jak prosię na deszcz, skończyłam pierwszy sezon, sięgnęłam łapką po drugi, macam, macam, a tam pusto!! Nie ma wcale...

Celownik, komu, czemu powinno się obciąć uszy za karę? (jak celownik, to celownik) Przede wszystkim House'owi. Doktorowi House'owi, któremu jeszcze cztery lata temu gotowa byłam urodzić siódemkę dzieci i każde nazwać Lupus! Pierwszy odcinek siódmego sezonu osłabił mnie całkowicie. Nudny House i Cuddy, nudny przypadek, nudna Trzynastka i Foreman, Tauba nawet nie pamiętam, a Wilson jakby sam siebie zmuszał do trzymana się w roli. Jedynie Chace broni się, jak zawsze. To mógł być sezon - hit, wielki powrót po średnio udanych seriach poprzednich kilku, ale coś nie wyszło i po pierwszym odcinku dziękuję bardzo. Może obejrzę jeszcze ostatni.

Biernik, kogo, co odznaczyłabym orderem z buraka cukrowego? "Lie to Me" - takiej bzdury dawno już nie widziałam. I to bzdury poważnej, bzdurnej całkowicie i przez duże "Be". "Lie to Me" to nie byle jaka Bzdura, miejcie to na uwadze. Serial proceduralny, bardzo eleganckie przestępstwa naszpikowane kłamstwami do odczytania plus schemat przeciętnych postaci - całkowicie papierowych i banalnych. Obejrzałam dwa odcinki i prawie udusiłam się ze śmiechu. Śmiechu bardzo dyskretnego, bowiem nie można z takiego serialu jak "Lie to Me" śmiać się równie otwarcie, co z "Mody na sukces" czy "Klanu"! Uśmiałam się z tych idiotycznych wstawek do rozmów, kiedy jeden pan mówi tekst-puentę na koniec, a jego rozmówczyni odpowiada "pokazałeś smutek" (w sensie, że na twarzy). Może moje ubawienie jest irracjonalne i ten serial ma drugą, inteligentną stronę, ale mnie dialogi w stylu "pokazała strach" doprowadzały jedynie do pokazywania skrajnego rozbawienia.

Narzędnik, kim, czym zadziwiam sama siebie?"Plotkarą" i "Glee", przy czym nie wiem, którym bardziej. Serial o dzieciach z Upper East Side, które mają problemy dorosłych i ich rodzicach, którzy mają problemy wybitnie dziecinne. Ale wszyscy są ładnie ubrani, wymieniają się złośliwymi dialogami a intryga goni intrygę. Do tego serial o dzieciach z liceum, które fajnie śpiewają, oblewają się napojami z dystrybutora i od czasu do czasu wydrapują sobie oczy. A jednak dziwnie się czuję, śledząc z uwagą całkowicie abstrakcyjne losy bohaterów "Plotkary" - której scenarzyści chyba ściągają z "Mody na sukces" ostatnimi czasy. Równie dziwnie się czuję oglądając serial o śpiewaniu w liceum. Przecież z założenia to powinno być głupie, a jak przeczytałam opis "Glee", uznałam, że w życiu tego nie obejrzę. I proszę.

Miejscownik, o kim, o czym najchętniej bym napisała mnóstwo pochwalnych zdanek, gdyby nie to, że czas antenowy tych seriali skończył się lata temu?
"Seks w wielkim mieście", "Przyjaciele" i "Na wariackich papierach" (młody Bruce Willis, marzenie). Odcinki "Seksu..." znam na pamięć, mam wszystkie i czasem do nich wracam, śmiejąc się w kółko z tych samych linijek i niezmiennie pochłaniając jakieś jedzenie, jako że i sławne cztery panie w kółko coś jedzą.
"Przjaciele" są genialni i kropka. Chandler jest podwójnie genialny i go kocham. I też kropka.
A "Na wariackich papierach" to serial tak wdzięczny i pełen prześmiewczych odniesień do przemysłu filmowego, że aż miło do niego wracać. Pierwsze dwa sezony to prawie poważny serial o agencji detektywistycznej, a kolejne to narastająca autoironia. Nie zaprzeczę, że kontynuacje są gorsze, niż te dwa pierwsze sezony, ale tak czy siak, młody Bruce Willis to argument nie do zbicia. I ta piosenka z czołówki! Ach, wakacyjne powtórki w telewizji przypominają się same.

Wołacz... O Hanku Moody! (Californication) O Peterze Burke! (White Collar) Gdzie jesteście, kiedy Was potrzebuję! I dlaczego wracacie dopiero w styczniu...?

Kończąc nieco przydługi wywód, piosenka, której nie można nie znać.
"Moonlighting" Al Jarreau.
Ja mogę z nią w ciemno iść nawet na karaoke, odkąd miałam naście lat jeszcze nie zapomniałam.


PS. Przypisując tagi dotarło do mnie, że to wszystko są amerykańskie seriale. Niedobrze. Ale inne też znam, tylko... No niestety inne, w przypadku seriali, często znaczy gorsze.