piątek, 28 września 2012

Sitcomy zjadają mnie na śniadanie, czyli oglądajcie "Happy Endings".

Od razu ostrzegam: poniżej część pierwsza.

Serialowość jest wszechobecna na orbicie Liritio. Takie życie.

Chociaż od czasu (moich już oficjalnie naj!) "Przyjaciół" nie wymyślono nic lepszego, próby są. Wiele prób.
Schemat raczej stały: mieszana (płciowo głównie) grupa, ulubiony bar/kawiarnia/cokolwiek, cięte dialogi o życiu, śmierci i tych sprawach. I to piękne przesłanie, że istnieją ludzie, którym można powiedzieć wszystko, zrobić z nimi każdą głupotę, a oni nadal będą nas kochać, będą tam dla nas. W to chce się wierzyć.

Odkąd "How I Met Your Mother" po kiepskim sezonie siódmym przestało być dla mnie główną atrakcją, zaczęłam macać wkoło, przeczesywać nowe i stare, słuchać dobrych rad tłumu, znaczy szukać nowego sitcomu, który będzie wprawiał mnie w pozytywny nastrój.


O "Happy Endings" możecie nie wszyscy wiedzieć, polecam przynajmniej próbę.
Akcję przeniesiono co prawda z Nowego Jorku do Chicago, ale ogólny styl jest podobny do starych, dobrych Friendsów. W jednym odcinku sami bohaterowie przyrównują się do poszczególnych postaci z "Przyjaciół", co nie znaczy, że te dwa seriale niczym się nie różnią, mimo że "Happy Endings" bywają określane po prostu updatem "Friends".
Nie do końca tak jest.
Niby w obu główni bohaterowie znają się długo albo jeszcze dłużej, częściowo wspólnie mieszkają (chociaż nie drzwi w drzwi), a wolny czas spędzają głównie gromadą. Ale "Happy Endings" to znacznie mniej familijna atmosfera, serial rozpoczął emisję w 2011 roku, "Przyjaciele" zaczynali w 1994tym. I tym "Przyjaciołom" jeszcze z XX wieku nie brak niczego, ale odrobiny drapieżności tak. Też rozkład sił w "Happy Endings" jest inny - grupa składa się z małżeństwa, rozbitej pary, geja i wiecznej singielki.

Od lewej, tył taksówki: Alex, Max, Jane. Przód: Brad i Dave. Moje najnowsze słoneczkowe mordeczki, które dwoma sezonami zdobyły serce Liritio i teraz niecierpliwie czekam aż do mnie wrócą w sezonie trzecim.
Alex, słodka kobietka z prawie artystyczną duszą, która prowadzi własny sklep z ubraniami i biżuterią (w którym raczej nie ma klientów), emanuje pozytywną energią, a jednak to właśnie jej najdłużej zajmuje zrozumienie wszelakich przenośni i niedomówień.
Dave, mało charakterystyczny pan, który chciałby mieć swoją restaurację, ale póki co pracuje w biurze. Jest nawet jeden odcinek serialu, w którym wszyscy wymieniają swoją rolę w grupie, swoje charakterystyczne cechy, a Dave jest Davem. Dave chciałby być "the cool one", co nie zmienia faktu, że jest po prostu ich ukochanym Davem.
Alex w pilotowym odcinku ucieka Dave'owi sprzed ołtarza. Mocny początek pierwszego sezonu, który w dużej mierze kręci się wokół prób utrzymania grupy przyjaciół razem, mimo tak drastycznego rozłamu między dwójką z nich.


Jane, siostra Alex, nieco impulsywna mistrzyni planowania, która rozstawia wszystkich po kątach i sprząta pod kanapą z pomocą deski monterskiej (takiej, którą wjeżdża się pod samochody). Początkowo jej postać działała mi na nerwy, ale im dalej w serial, tym częściej skupiano się nie na jej obsesyjnej potrzebie kontroli, ale na tym jak świetnie jej obsesje sprawdzają się w połączeniu z charakterem jej męża. Tak oto Brad i Jane stali się moją ulubioną parą z ekranu. On jest uroczym pantoflarzem, ona blond dyktatorką, ale nie można zaprzeczyć, że tych dwoje rzeczywiście jest razem na dobre i na złe.
Brad jest słodki, to chyba najlepsze określenie. W pewien sposób równie kobiecy, co jego władcza żona, ale on też sroce spod ogona nie wypadł i pewne manipulacje potrafi uskuteczniać, kiedy chodzi o jego blond panią. Brad i Jane są rewelacyjni, zabawni i zgrani niczym stare dobre małżeństwo... Którym przecież są.


Wreszcie Penny, której trzydzieste urodziny też przypadają na odcinek pilotowy. Penny jest rozgadana, rozemocjonowana, trochę może szurnięta, poszukuje wielkiej miłości, a wiele odcinków poświęconych jest jej nowym chłopakom. Jest wśród nich jeden hipster, jeden milioner i nawet jeden o nazwisku Hitler, ma dziewczyna ślepe szczęście.
Jako że Penny to narwana, ale dobra dusza (zgadza się nawet na weselny taniec z facetem na skypie... Tak, tańczy z laptopem), z kiepskim gustem do mężczyzn, nie dziwne jest, że przez jakiś czas była dziewczyną - przykrywką Maxa, najmniej homoseksualnego geja jakiego ktokolwiek widział.
Czyli na koniec mój ulubieniec, Max. Nie ma stałej pracy, mieszka w lofcie i ktoś ciągle musi za niego płacić. Ponadto wydaje się potwornie inteligentny, boi się zobowiązań, a cięte riposty to dla niego odpowiednik oddychania. I zapada w sen zimowy! Albo coś na kształt snu zimowego...
Gdyby nie przeintelektualizowany, złośliwy Max, "Happy Endings" straciłoby większość swojej wabiącej ironią atmosfery.


Podobnie jak Barney w "How I Met Your Mother", Max jest najbarwniejszą postacią "Happy Endings". A przynajmniej tak było na początku - serial zaczynał bowiem z poziomu średniego, jakby scenarzyści nie mieli pewności, w którą stronę chcą skierować swoich bohaterów. Ale z odcinka na odcinek było lepiej, zaczęto rozwijać specyficzny stosunek Penny i Maxa, małżeństwo Brada i Jane, szybko przestał być to serial, w którym wszystko kręci się wokół rozbitej pary. A drugi sezon był już całkiem fantastyczny.

Liritio się zdziwiła, że "Happy Endings" skradło jej sporo czasu i zagnieździło się w repertuarze serialowym.
Zdziwiłam się również, że miejscami "Happy Endings" wydaje się sitcomem produkcji angielskiej, czego nie umiem wyjaśnić, ale jest to niewątpliwie spora pochwała dla amerykańskiego serialu.


Wariackie przygody oferuje nam znaczna większość sitcomowych fabuł (przynajmniej jeśli chodzi o te dotyczące grup przyjaciół), ale naprawdę dobre dialogi na temat codzienności niekoniecznie szalonej i ekscytującej, to nie pojawia się zbyt często. Dialogi przy tym nie silące się na dowcipną puentę co drugiego zdania, co z różnym skutkiem ma miejsce np. w "2 Broke Girls". Nie powiem, że "2 Broke Girls" nie jest śmieszne, ale... To jest zupełnie inny rodzaj humoru i ja wybieram ten nieco subtelniejszy z "Happy Endings".

Jak już wspominałam, dwa sezony są nierówne, drugi znacznie lepszy, ale pierwszy oferuje za to spójniejszą myśl przewodnią, która przemyka z odcinka na odcinek. Rzeczywiście, sezon drugi to już bardziej typowy układ: niby jakaś ciągłość zdarzeń jest, ale raczej w formie akcentowanych możliwości dalszego rozwoju akcji, niż faktycznych jej zwrotów.

W "Happy Endings" żartują i z Hitlera, i z Bin Ladena - tak, tak, naprawdę humor "Happy Endings" jest subtelny - nawet w temacie rasizmu nie są zbytnio poprawni politycznie, a do homoseksualizmu podejście przedstawiają zdecydowanie odmienne, niż to, do którego przyzwyczaiły nas niezliczone chick - flickowe twory. Też obiło mi się o uszy, że kolejne odcinki sezonu pierwszego były puszczane w amerykańskiej telewizji w złej kolejności... Można się więc odrobinę zdziwić, że serial dostał drugi a teraz trzeci sezon. Ale jednak, najwyraźniej nie ja jedyna coś w tych szczęśliwych (powiedzmy...) zakończeniach widzę.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza