wtorek, 18 września 2012

"Sklep na rogu", reż. Ernst Lubitsch.

Pierwowzór niemożliwego dla mnie do strawienia "Masz wiadomość". To aż przerażające, jak bardzo film z Meg Ryan i Tomem Hanksem odbiega od wersji z 1940 roku.
Tutaj mamy wdzięk, dowcip, konkretną historię, przyjemnie zaaranżowane wątki poboczne i proste, zrozumiałe motywy bohaterów. Tutaj mamy uroczy romans z odrobiną poetycznie nieprawdopodobnego zrządzenia losu.
Ponad pół wieku później zaprezentowano rozwleczoną historię internetowej znajomości, w której niewiele kupy się trzyma, dobrych dialogów brak, natomiast zastąpiono je przesłodzonym zakończeniem i gratis dołożono kilka niemożebnie głupich elementów akcji.
Norę Ephron (reżyserkę i scenarzystkę "Masz wiadomość") po wsze czasy można chwalić za scenariusz do "Kiedy Harry poznał Sally", ale cała reszta jej twórczości jest moim zdaniem równie trafiona co kula w płocie. Może jeszcze poza "Zgagą", chociaż to raczej zasługa duetu Meryl Streep i Jacka Nicholsona.
Mniejsza o marginalne wycieczki, wracamy do "Sklepu na rogu".

Film jest grzeczny, to nie ulega wątpliwości, "źli" są szybko demaskowani, a para głównych bohaterów raczej nie posiada większych wad. Ale "Sklep na rogu" to stare kino i przyjemny romans, głębia postaci może nie do końca była głównym priorytetem. Niespecjalnie też razi brak takowej, częściowo dlatego, że James Stewart był naprawdę znakomitym aktorem i nawet w roli Alfreda - trochę przemądrzałego, a przy tym słodko złośliwego sprzedawcy galanterii - wydaje się interesującą postacią. Rozbrajająca jest scena, w której Alfred opowiada, że zaczął pisać do pewnej damy w poszukiwaniu wiedzy o świecie, gdyż nie stać go na encyklopedię.
Przy tym Alfred/Stewart jest naprawdę czarujący w tym filmie, a ślepa Liritio zawsze uważała Stewarta za aktora dobrego, ale mało wdzięcznego. Teraz odszczekuję, nie wiem gdzie miałam oczy, James Stewart jest uroczy. (Idiotyczny, przypadkowy rym musi być, inaczej to nie mój blog!)


Pełna wdzięku (i niechęci) relacja między Alfredem a Klarą (Margaret Sullavan) jest samograjem. Korespondencyjni znajomi w rzeczywistym życiu spierają się ze sobą, wyzłośliwiają, ostentacyjnie ignorują nawzajem swoje zdanie na wszelaki temat, a gdyby mogli, dosłownie podstawialiby sobie nogi. Przy tym są tak zadowoleni z siebie i pełni uwielbienia dla "nieznajomych" z listów, że aż zaciera się ręce na ich miny w obliczu rewelacji, że wyglądana z nadzieją osoba jest tak naprawdę znienawidzonym współpracownikiem.

Ponadto drugi plan wiele dodaje prostej opowieści o miłości. A tu też się dzieje, personel sklepu pana Matuschka to zabawna galeria postaci. Sam właściciel, czasem srogi a czasem jowialny, czyli w sumie niezdecydowany Hugo Matuschek (Frank Morgan), rozpaczliwie sfrustrowany romansem żony. Pozujący na dandysa Ferench, bawidamek, nieudolny dowcipniś czekający na awans. Pełen ambicji, cwany Pepi, chłopiec na posyłki (głownie pani Matuschek), który odgrywa w akcji zaskakująco dużą rolę. Jeszcze nieśmiały, znerwicowany Pirovitch z wąsem, który wydaje się bać własnego cienia i chowa się za każdym razem, gdy pan Matuschek pyta o opinię.


Ogromną wadą "Masz wiadomość" (poza innymi ogromnymi wadami tego filmu) jest niepotrzebne rozdęcie tematu. Przejęcia, wielkie interesy, jakieś niepotrzebne dzieci, nieudany narzeczony, ciągłe wzdychanie Meg Ryan...
Akcja "Sklepu na rogu" toczy się w przeciągu niewielu dni, głównie na małej przestrzeni sklepu i zaplecza. Wiele scen opisujących relacje między pracownikami, chemię Klary i Alfreda, zostało prosto, ale skutecznie sprowadzonych do dialogów w oczekiwaniu na otwarcie sklepu (bój o otwieranie drzwi panu Matuschkowi), dyskusji nad asortymentem (bój o pudełka z pozytywką), dekorowaniem drzewka świątecznego (bój o wcześniejsze wolne) czy zwykłym przepychaniem się przy szafkach.
Ale "Sklep na rogu", mimo skromnej otoczki, jest po prostu ładnym, słodkim filmem z naprawdę dobrymi dialogami. Filmem, po którym po prostu robi się milej na świecie.

A kawiarniana rozmowa Alfreda, który już wie i Klary, która jeszcze nie wie to mistrzowsko napisana eksplozja emocji w nienaruszalnych ramach społecznych konwenansów i dobrego tonu, już dla tej jednej sceny warto obejrzeć całość.

12 komentarze:

Agata Adelajda pisze...

Uuu, pamiętam! Bardzo miły film. Ciepły, pogodny. Aktorzy, których chce się oglądać.
Jeśli lubisz JS, to na pewno jednym z lepszych filmów z nim jest "To cudowne życie".

Mariusz pisze...

Chociaż wolę Stewarta w westernach Manna i thrillerach Hitchcocka czyli konkretnie w filmach z lat 50-tych, to jednak muszę przyznać, że i w takich romantyczno-komediowych klimatach spisywał się również bardzo dobrze. A "Sklep na rogu" także lubię, to świetna komedia, która poprawia nastrój. A obok komizmu mamy tu też do czynienia z aktualnym do dziś obrazem stosunków społecznych. Na przykład pamiętam taką scenę, w której kierownik sklepu myśląc, że kobieta chce coś kupić jest dla niej bardzo miły, a kiedy dowiaduje się, że szuka ona pracy błyskawicznie zmienia się jego ton i zachowanie. Mamy tu więc ciekawe obserwacje, życiowe prawdy i społeczne komentarze, przedstawione w przystępnej, humorystycznej i momentami karykaturalnej formie. I m.in. dzięki temu ten film nadal ogląda się świetnie po 70 latach od premiery.
PS. Nie oglądałem "Masz wiadomość".

liritio pisze...

Agata Adelajda, właśnie ze Stewartem jest tak, że sama nie wiem czy go lubię... W niektórych filmach mnie drażni, ale np. w "Sklepie na rogu" wypadł zdecydowanie uroczo, pozytywnie.
"To cudowne życie" zapowiada się ciekawie, dzięki za podpowiedź :)

liritio pisze...

Mariusz, nie pamiętam żebym w którymkolwiek filmie Hitchcocka widziała... Aaaa, "Rear Window", cofam, jest James Stewart u Hitchcocka. I w filmografii widzę, że to on grał w "Vertigo"! No tak, "Vertigo" to jest ten film, do którego zbieram się od dłuższego czasu i ciągle nie oglądam.
"Sklep na rogu" ma bardzo prostu scenariusz, ale nie brak mu wnikliwych komentarzy do relacji ludzkich, zgadzam się z Tobą.

Agna pisze...

Uwielbiam ten film. Tutaj eksplodowała moja miłość do Stewarta, że szukałam co się dało z jego udziałem (i tak zahaczyłam o Hitchcocka i przy okazji też Cary'ego Granta).

Świetnie ujęłaś specyfikę Stewarta. A ja sobie powspominałam jak ewoluował w kolejnych filmach. Nie dał się zamknąć w jednej szufladce.

Bardzo lubię: "To wspaniałe życie", "Filadelfijską opowieść", "Harvey" czy "Mr Hobbs na wakacjach". Od Hitchcocka to "Lina", "Okno na podwórze" i przede wszystkim "Zawrót głowy" (perełka - autentycznie bałam się Stewarta!).

Osobny temat to "Anatomia morderstwa". Film jest bardzo długi (2:40), ale wciąga tak, że nie czuje się tych niespełna 3 godzin. A warto dodać, że Stewart jest tu starszym panem, a nie obiektem dla rozmarzonych oczu. ;)

"Masz wiadomość" oglądałam jako pierwsze. Fajnie było dostrzec podobieństwo oglądając pierwowzór. Masz rację, film z Ryan i Hanksem to rzecz warta ominięcia szerokim łukiem.

liritio pisze...

Agna, "Vertigo" nawet mam, stoi na półce i się kurzy, a ja coraz częściej myślę o obejrzeniu tego filmu... W końcu się uda :)
Stewarta widziałam w sumie w czterech filmach i dopiero w "Sklepie na rogu" zrobił na mnie tak pozytywne wrażenie. W "Mr. Smith jedzie do Waszyngtonu" irytowała mnie jego rola, ale może po prostu byłam zmęczona, szczególnie pod koniec tego przemówienia. W "Filadelfijskiej opowieści" jakoś tylko Cary'ego Granta widzałam :)
"Anatomia morderstwa" natomiast zawsze sprawiała na mnie wrażenie filmu jednak odrobinę nużącego, ale też nigdy nie dotarłam dalej, niż pierwsze dwadzieścia minut. Może trzeba to zmienić.

Agna pisze...

"Mr Smith..." faktycznie jest trochę irytujący. Widocznie wtedy zaistniała potrzeba zrobienia filmu aż tak dobitnego.
Wierzę, że "Anartomia..." może nużyć, ale mnie wciągnęła na amen i czas po prostu śmignął. ;)

"Vertigo" jest niesamowite. Znajdź na niego natchnienie. :)

Mariusz pisze...

Jamesa Stewarta cenię nie tylko za talent, ale też za to, że zagrał w wielu dobrych filmach, ale ku mojemu zdziwieniu wymieniacie głównie te filmy ze Stewartem, które nie przypadły mi do gustu. Mam tu na myśli "Filadelfijską opowieść", "Harveya", "Mr Smitha...", ale i "To wspaniałe życie", które jest może i niezłe, ale wolę jednak inny film Capry ze Stewartem pt. "You Can't Take It with You". Z kolei "Anatomię morderstwa" oglądałem chyba w tym roku, a jedyne co pamiętam, to postać graną przez Lee Remick.

Stewart jest "aktorem uniwersalnym", a z tej dyskusji wynika, że grał zarówno w filmach dla kobiet (komedie romantyczne) jak i dla mężczyzn (westerny) jak również w filmach dla wszystkich (Hitchcock). Z niewymienionych, godny polecenia jest film "Spirit of St. Louis", w którym zagrał pilota (sam zresztą był pilotem, w czasie wojny służył w lotnictwie).

liritio pisze...

No właśnie "Mr. Smith jedzie do Waszyngtonu" to jednak nie jest film, który można teraz odbierać bardzo entuzjastycznie, tak jak napisała Agna, myśl przewodnia jest aż nadto dobitnie przekazana.
A "You Can't Take it With You" nie widziałam, ale z tego co pamiętam to jest zdobywca Oscara za najlepszy film... Chyba tak?
Może kwestia jest tego, które filmy są dostępne, czyli Hitchcock, czyli romanse typu "Filadelfijska opowieść", jednak Cary Grant i Katharine Hepburn to znane nazwiska.
Ja na razie pozostaję fanką "Sklepu na rogu", "Vertigo" jest w planach. Ale na pewno Stewart zyskuje w moich oczach z każdym kolejnym filmem.

Mariusz pisze...

Tak, "You Can't..." zdobyło Oscara. Film może nieco razić moralizatorstwem i sentymentalizmem, ale mnie podobał się bardziej niż inny oscarowy film Capry pt. "Ich noce". Jeszcze a propos "You Can't..." to podaję tytuł oryginalny, ponieważ ten film ma dwa polskie tytuły: "Cieszmy się życiem" i "Pieniądze to nie wszystko". A jeśli chodzi o komediowe role Stewarta to najbardziej mi się podobał właśnie w "Sklepie na rogu", bo w "You Can't..." najlepsi byli Lionel Barrymore i Jean Arthur :)

Marigolden pisze...

Liritio, masz dar kierowania uwagi na filmy, na które sama bym uwagi nie zwróciła. Już pod poprzednim postem ("Chleb i tulipany") chciałam to wpisać, ale w końcu po 2 miesiącach wpisuję to tutaj: kiedy czytam Twoje uwagi o filmach, to czuję radość z własnej zazdrości. ^^ A zazdroszczę Ci, że tyle masz radości z filmów, na które ja sama nie zwróciłabym uwagi... Taka pętelka. ;)

liritio pisze...

Marigolden, komentarze jak Twój cieszą me oczy :)) a już poważniej, tak miło i słodko jest przeczytać tak oryginalnie pochlebną opinię, dziękuję. Pętelka elegancka.
A jakbyś kiedyś i Ty oglądała te filmy, mam nadzieję, że też jakąś radość z nich byś miała, chociaż może nie zwracają na co dzień Twojej uwagi. Chociaż wiadomo, każdy się czym innym raduje.

Prześlij komentarz