niedziela, 9 września 2012

"Chleb i tulipany", reż. Silvio Soldini.

Obejrzałam zadziwiający film. Zupełnie przypadkowo. A przez pierwsze minuty w ogóle nie wiedziałam, na co patrzę.
Jakiś niskobudżetowy projekt włoskiego debiutanta? Nie, mimo wyraźnie niskich nakładów finansowych, coś za mało kontrowersji i młodości w tym filmie było, żeby okazał się debiutanckim kinem. Kino telewizji, które potrafi w jednym wnętrzu przedstawić każdą objętość scenariusza i udawać, ze wszystko gra? Nie, to też mi nie pasowało. Wnętrze jednak było więcej niż jedno.
Nie miałam pojęcia, czego się po tym filmie spodziewać, ale oglądało się wspaniale. Ten film to taka prosta przyjemność, którą bardzo szkoda ominąć.

Historia? Rosalba została zapomniana przez współwycieczkowiczów na stacji benzynowej. O tyle jest to znamienne, że jej nieobecności w autokarze nie zauważył ani mąż, ani żaden z dwóch synów, ani nikt w ogóle.
A może to przez swoje nieogarnięcie Rosalba zgubiła resztę wycieczki? Z dwóch stron można na to spojrzeć, ale na pewno pierwsze sceny bezbłędnie określają jej postać. Odrobinę roztrzepana, zahukana przez męża pani domu, która spóźniła się na autokar, bo wyławiała kolczyk z muszli klozetowej. Pęsetą. Tak, potem wyławiała również pęsetę.

Jednocześnie Rosalba już od pierwszych scen wydaje się jednak inna, niż chciałby to widzieć na przykład jej mąż, jest w niej jakaś stłumiona przekora. W delikatnym uśmiechu, w milczeniu, w tym uważnie ściskanym pudełeczku kupionym na pamiątkę, którego wieczko tłucze się na podłodze autokaru. I ta przekora zaczyna pokazywać czułki na owej niefortunnej stacji benzynowej, a szczerzy się już pełną gębą, kiedy Rosalba zamiast czekać na rozkrzyczanego męża, trafia autostopem do Wenecji. Tak po prostu, bo nigdy nie była.

W tej teoretycznie prościutkiej opowieści zawartych jest bardzo wiele drobnych wątków. A może raczej kilka z życia wziętych obrazków, nawet nie pełnoprawnych wątków.
Zagubiony bez żony Mimmo (szczęśliwy w biznesie wykończeniowym, łazienki to podstawa), któremu nikt nie chce uprasować koszuli, a już na pewno nie kochanka.
Hydraulik/detektyw amator wysłany przez Pana Męża na poszukiwania krnąbrnej Rosalby, która jakoś nie spieszy się z powrotem do domu. Oj, scena, w której hydraulik Costantino śledzi Rosalbę to perełka, pościg mistrzostwo, chluba w życiorysie każdego detektywa.
Stary kwiaciarz rozstawiający klientów po kątach, kiedy kupują nieodpowiednie kwiaty. Odpowiedni bukiet to sprawa równie poważna, co wykończenie łazienki.
Masażystka Grazia z sąsiedztwa... O właśnie, masażystka, która marzy o miłości.
Rosalba może też marzy, ale ona ma męża, dwóch synów... Ona marzy inaczej, a tak naprawdę to gra na akordeonie i chyba wtedy jest tak samo, jakby marzyła.

Ale zanim masażystka, zanim kwiaciarz, hydraulik i na pewno zanim akordeon, Rosalba trafia do ponurego pensjonatu i idzie na kolację. A tam postać, w której Liritio zakochała się momentalnie po czubki uszu.
Fernando, posępny kelner w białej marynarce, którego sposób wysławiania się jest zastanawiająco wyszukany (o ile angielskie napisy prawidłowo oddają włoski oryginał dialogu). Naprawdę, ten człowiek nie mówi, on się wysławia, dla takich zdań stworzono czynność wysławiania się. A przy okazji zgadza się wynająć Rosalbie pokój (zagracony, ale jednak). Nagła lokatorka nieco krzyżuje jego plany, które wymagają krzesełka, sznura i chwili spokoju, ale z drugiej strony "Chleb i tulipany" to film również o tym, czego potrzebujemy i co dostajemy od życia. Czyli że jest zupełnie tak samo, jak śpiewa Mick Jagger, że "sometimes you get what you need". Rosalba akordeon, masażystka przyjaciółkę, a kelner Fernando ciepłą duszę w mieszkaniu.

"Chleb i tulipany" to przede wszystkim pogoda ducha i delikatność przekazu. Bez namolnych treści, bez niepotrzebnych dialogów poznajemy kolejne osoby, kolejne sytuacje, a drobne elementy tej historii trafiają na swoje miejsce. Bo chociaż jest prosto i zwięźle, znajduje się czas na matkę hydraulika, która pakuje prowiant i ociera łzy. Też na małe śledztwo Rosalby, która przecież sama jest śledzona. I na czarująco cwanego właściciela hotelu/odrapanej łajby.

I jeszcze znajduje się czas na Wenecję. Nie na miasto - pocztówkę turystyczną, które widujemy w wielu filmach ("Turysta" się kłania), ale miasto w którym się żyje. Wąskie, zapyziałe uliczki, wysokie kamienice, drewniane bale stojące w wodzie i puste, zszarzałe place... To jest silna charakterystyka filmu Soldiniego, szczerość planu zdjęciowego, szczerość całości. Bez upiększeń, czy to wnętrz, czy aktorów, oglądamy wycinek z życia, który może odrobinę przypomina bajkę, ale bajkę umieszczoną w sztywnej rzeczywistości ciasnych mieszkanek i zmęczonych twarzy.
Czyli Liritio się w "Chlebie i tulipanach" odrobinę zadurzyła, nie mogło być inaczej. W codziennej komedii i w przemycanym romantyzmie, w melodyjnym włoskim.
A w kelnerze Fernando za całokształt zagraconego mieszkania, prześlicznych śniadań (jabłko! jabłko to słowo klucz), sznura i akordeonu w szafie.

9 komentarze:

Logos Amicus pisze...

Ładny opis... Mam niewątpliwie słabość do lekkiej bajeczności i poczucia humoru we włoskich filmach.

PS. A Mick Jagger, tak naprawdę śpiewa (chyba): "You can't always get what you want". ;)

liritio pisze...

Logosie, miło Cię ponownie widzieć (w komentarzach... ale ogólnie miło, że znowu na blogu publikujesz i jesteś :)
Też mam słabość do tego specyficznego włoskiego luzu, którego nie da się podrobić.

A Mick Jagger dokładnie śpiewa: "you can't always get what you want, but if you try sometimes you might find, you get what you need". Gwoli ścisłości :)

Logos Amicus pisze...

Okazuje się, że lepsza jesteś ze Stonesów ode mnie :)

PS. Wychodzi na to, że zacząłem Wizję traktować bardziej jako stronę autorską niż bloga (stąd te archiwalne artykuły). W tej chwili to chyba bardziej mi odpowiada.

liritio pisze...

Nie wiem, nie sądzę, ze Stonesów całościowo zapewne nie, może tylko z tej jednej piosenki :)

Jakkolwiek być Wizji nie traktował, jest co czytać, z tego się cieszę zawsze. :)
Chociaż od artykułu o bizonach wpadłam w krótkotrwałą depresję. Biedne bizony.

Logos Amicus pisze...

"Chociaż od artykułu o bizonach wpadłam w krótkotrwałą depresję. Biedne bizony."

To dobrze, że nie czytałaś (tak mi się wydaje) artykułu o Tańcu Ducha i masakrze pod Woiunded Knee - bo najprawdopodobniej wpadłabyś w depresję jeszcze większą ;)

liritio pisze...

Czytałam. Ale o masakrze Indian wiedziałam, a o bizonach nie. Element zaskoczenia zadziałał, ponieważ nie miałam pojęcia o polowaniach na bizony.

Logos Amicus pisze...

Trudno niemal całkowite wytępienie bizonów w XIX wieku nazwać polowaniami. To właściwie też była masakra.

Ale, ale... te maskary odbywają się przecież każdego dnia - w kombinatach produkujących mięso. Niedawno widziałem (w filmie dokumentalnym "Samsara") jak traktuje się np. kurczaki: otóż jedzie sobie kombajn i po prostu kosi te stworzenia (stłoczone obok siebie niemiłosiernie) jak trawę. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Szok! (Spożycie kurczaków w moim domu spadło po tym dramatycznie... ale pewnie nie na długo.)

liritio pisze...

Rzeźnie zwierząt hodowanych na ubój to w ogóle... Ciężko o tym myśleć, wiedzieć jak to wygląda i potem radośnie zasiadać do jedzenia. Ten kombajn i kurczaki na przykład, trudno taki obrazek wyrzucić z pamięci.

Ale to jest co innego, a wybijanie zwierząt do tego stopnia, że są na wyginięciu, pod ochroną, to jakaś taka ostateczna ludzka bezmyślność w doprowadzaniu do nieodwracalnego.
Oczywiście nie tylko o zwierzętach myślę, masakry przeprowadzane przez Europejczyków w koloniach to jeszcze drastyczniejszy przykład.

Logos Amicus pisze...

Niestety, Europejczycy kolonizując świat, spotkanych na innych kontynentach ludzi uważali za podludzi - jeśli nie za zwierzęta.

Tu można postawić pytanie: kiedy wreszcie wyzwolimy się z tych naszych morderczych atawizmów... jeśli w ogóle się wyzwolimy (patrz: wcozrajsze masakry (wyniszczanie) milionów ludzi w "cywilizowanej" Europie (doby militaryzmów).

Niestety, wszystko na to wskazuje, że osiągnięty przez nas poziom cywiliacyjny nadal jest dość żałosny.

Prześlij komentarz