niedziela, 11 sierpnia 2013

Polityka i łups, a gdzie jest moja krówka?

"Na bogów, było o wiele lepiej, kiedy stawaliśmy tylko we czterech przeciwko temu wściekle wielkiemu smokowi, myślał Vimes, kiedy szli dalej ulicą. Pewnie, parę razy niewiele brakowało, żeby nas spalił żywcem, ale przynajmniej nic się nie komplikowało. To był naprawdę ogromny smok. Widzieliśmy, że się zbliża. Nie wyskakiwał nagle z polityką."
Terry Pratchett, "Łups!", Wyd. Prószyński i S-ka, 2009r., str.141
Nie da się ukryć, Sam Vimes jest na bakier z polityką, którą tak cudownie praktykuje Lord Vetinari.
Jest wiele powodów, dla których Liritio kocha "pratchetty", o czym już raz czy dwa napisała, Lord Vetinari jest jednym z nich. A odkąd w "Straż! Straż!" (pierwszej i chyba Liritio ulubionej części o Straży Miejskiej Ankh Morpork) przeczytałam, że Lord Vetinari zadbał o lochy, w których można zamknąć się od środka, jestem porażona jego makiawelicznym geniuszem i zakochana po uszy.
Właśnie "Straż! Straż" Vimes przywołuje w sentymentalnym wspomnieniu sytuacji konkretnego smoka, polityka przyszła nieco później.

Terry Pratchett jest autorem, o którym od czasu do czasu pamiętam i czytam. A potem chwilę nie, i znowu coś mi przypomina, i znowu czytam. Właściwie, Pratchett sam mi w ręce wpada, kiedy tylko o nim sobie przypominam (cieszy mnie to niezmiennie) i tak pomału pewnie już połowę jego książek przeczytałam.
Pierwsze były "Trzy wiedźmy", to świetnie pamiętam, najgorzej wspominam "Piramidy", a poza Patrycjuszem Vetinarim jestem wielką fanką Śmierci, Bibliotekarza, Sama Vimesa i Marchewy (właściwie to całej Straży) oraz całkiem oddzielnie Moista von Lipwiga, do którego zaraz wrócę.

"Łups!" to bardzo udana część osadzona Świecie Dysku (a różnie bywa, vide: "Piramidy"). Sam Vimes jest zmuszony coraz częściej parać się polityką, Patrycjusz, niezmiennie nieprzenikniony, dokleja w Straży wampira Sally, różne nacje grają w tytułowego Łupsa, a rocznica walk w Dolinie Koom wzburza tak czy inaczej średnio spokojną codzienność Ankh Morpork. Ach, najważniejsze pytanie? Gdzie jest moja krówka?! Od pierwszej strony po ostatnią Liritio pozostała zauroczona i zachwycona, że tym razem Prowincjonalna Nauczycielka o Pratchett'cie przypomniała i dwa dni później w łapki Lirito trafił "Łups!" (jak zwykle z Pratchettem i Lirito bywa, trafił niejako samodzielnie, od delikwentki niezależnie).

Jeszcze na moment do Lipwiga wracając, Liritio obejrzała ekranizację "Piekła pocztowego", czyli "Going Postal", obyło się bez zachwytów, chociaż nie mogę uznać, żeby film był kiepski. Raczej nieco obok książki, czy to mówiąc o klimacie charakterystycznym dla Pratchetta, czy to o charakterach.
Do "Piekła pocztowego" Lirito ma duży sentyment ze względu na trzy sprawy, z czego pierwszymi dwoma jest cudowny duet Lipwig - Vetinari. Niezmącony Patrycjusz i brawurowy oszust Lipwig, który jako jeden z nielicznych niemal dorównuje patrycjuszowskiej przebiegłości.
Trzecia, najważniejsza przyczyna sentymentu? Liritio była nieco zawiedziona Pratchettem i po trafieniu na kilka słabszych jego książek robiła sobie przerwę dłuższą niż zwykle, kiedy "Piekło pocztowe" ponownie wywindowało na sam szczyt radość z czytania o Świecie Dysku. Poza tym wszystkim, "Piekło pocztowe" to bez wątpienia jedna z najlepszych książek Pratchetta (kropka, zdania nie zmieniam).

Fabuła w dużym skrócie: złapany, powieszony oszust może uwierzyć w anioły, a dokładniej w jednego o imieniu Vetinari. Dostaje szansę odkupienia: rewitalizację urzędu pocztowego Ankh Morpork i pokonanie śmiertelnej konkurencji w osobie pana Gilta. Książka jest cudowna, film nie do końca.

Chociaż Richard Coyle idealnie gra Lipwiga (Lirito już podwójnie zakochana, Coyle'a zna z roli angielskiego szpiega w serialu "Covert Affairs". Zostałam fanką aktora od pierwszej chwili, a mimo to w "Going Postal" dopiero w ostatnich scenach uświadomiłam sobie, skąd go znam), z głównego bohatera zrobiono bardziej szczęściarza ledwo nadążającego za akcją niż główny młyn na pocztowy chaos, którym był w książce. Podobnie Charles Dance jest genialnym Vetinarim, tyle że z mojego ukochanego Patrycjusza zrobiono kogoś znacznie mniej zaczytanego Machiavellim, a znacznie bardziej dobrodusznego. Duży błąd. Również Gilta przemianowano na raczej pospolity czarny charakter, podczas gdy w książce był niezłym alter ego Lipwiga w mroczniejszej wersji.

Vetinari z gazetą, Lipwig w czerwonej kamizelce, w tle mroczny Gilt, czyli trzy strony dramatu.
Charaktery poboczne też uproszczono, i chociaż po części rozumiem, że zaplątany świat Pratchetta ciężko bez podobnych uproszczeń przenieść na ekran, nie mam wiele serca dla efektów końcowych, których największą siłą jest ogromna charyzma obsady.
W pewnym ujęciu problemu, do oglądania "Piekła pocztowego" potrzebny wydaje się odpowiedni humor, bowiem złożoność książki znacznie okrojono, pozostawiając nam film przygodowy w stylu kina familijnego. Wiąże się z tym kilka tanich chwytów, kilka naiwnych dialogów i mniej przewrotna fabuła. Ale jednocześnie "Piekło pocztowe" to film optymistyczny, dobrze zagrany, ładny... Czyli w ocenach bym się wahała, bo ani dobrze, ani źle, trochę na opak, ale w sumie całkiem miło.

5 komentarze:

Pan Szyszek pisze...

Po przeczytaniu "Piekła pocztowego" bardzo chciałem zobaczyć film, ale jakoś mi się to rozmyło. po przeczytaniu twojego wpisu, przypomniałem sobie o tym i już ściągam :D

Tosia pisze...

Pratchett to jeden z moich ulubionych pisarzy ^^ jego sarkazm do mnie przemawia :)

Pan Szyszek pisze...

"- Codziennie sprawdzasz czy kałamarze są pełne i uzupełniasz braki chociaż nikt z tego nie korzysta, ale żeby sprzątnąć góry ptasiego gówna to nie pomyślałeś?
- Nie było w regulaminie..."

To chyba mój ulubiony fragment z tej książki (trochę pewnie zmieniłem, ale sens ten sam).

liritio pisze...

Pan Szyszek, wybrać jeden ulubiony cytat z całej książki, no no :)
Jak film, dało radę?

Pan Szyszek pisze...

Tygodniowy wyjazd nad Balaton oderwał mnie od multimedialnej rzeczywistości i przez to chyba jeszcze trochę nie będę miał czasu na ten film.

Prześlij komentarz